Reklama

Krzyż z Małopolskiej „Solidarności”

Anna Cichobłazińska
Niedziela Ogólnopolska 51/2011, str. 11

BOŻENA SZTAJNER/NIEDZIELA

Wisiał w naszym pokoju jak w każdym innym. Po prostu był. Nie zastanawiałam się, od kiedy. Traktowałyśmy go jak stały element wyposażenia miejsca pracy. Tylko gdy ktoś z zewnątrz przychodził, zwracał na niego uwagę. - Jak dobrze, że znów jest na ścianie - inicjował rozmowę odwiedzający nas przynajmniej raz w tygodniu pewien Łemko, który usiłował tłumaczyć wszystkim, że Łemkowie to Rusini i z Ukraińcami nie mają nic wspólnego. Ta potrzeba ciągłego przyznawania się niemłodego już mężczyzny do nieznanej nam bliżej narodowości wywoływała w nas, wtedy młodych dziewczynach, skrywany uśmiech. Tragiczną historię bieszczadzkich połonin i jej mieszkańców zrozumiałam wiele lat później, wędrując śladami zarośniętych bujną roślinnością wsi i usytuowanych na wzgórzu ruin cerkwi oraz fragmentów cmentarzy z połamanymi żelaznymi krzyżami na zrujnowanych nagrobkach.
A nasz krzyż był nowiutki, jeszcze pachniał świeżo ściętym drzewem. Szybka, masowa robota zauważalna była przede wszystkim w metalowej postaci Ukrzyżowanego. Widać było, że forma była stara lub prymitywnie wykonana. Odwiedzający nas pan Krzysztof, szef sprzymierzonych związków rzemieślników, o którym wiedziałyśmy, że został wyrzucony z uniwersytetu w 1968 r. i nigdy tam nie wrócił, syn sławnego krakowskiego malarza i - jak sądziłyśmy - na pewno znający się na sztuce, z politowaniem kiwał głową nad jego estetyką. Tylko pan Józef ze sprzymierzonego związku rolników traktował go jak chleb powszedni. Tuż po wejściu do naszego pokoju całował przybite gwoździem stopy Chrystusa, nabożnie się żegnając. Gdy zwoływał nas w grudniu na strajk rolników do Rzeszowa, coraz bardziej nieobecny i roztargniony, jego wzrok skierowany na Ukrzyżowanego mówił więcej niż niejeden apel.

Po 13 grudnia 1981 r. nie myśleliśmy o nim. Trzeba się było ukryć i najlepiej nie mieszkać tam, gdzie było się zameldowanym. SB to zbiurokratyzowana machina. Szukali tam, gdzie mieli zapisane. Najbliższe tygodnie i miesiące poświęciliśmy na odtwarzanie struktur związku i organizowanie podziemnej poligrafii. Ci, których nie aresztowano w nocy 13 grudnia, początkowo się ukrywali, później, wzywani do „białego domku”, albo go opuszczali po przesłuchaniu, albo dzielili los internowanych. Po kilku miesiącach dostaliśmy wezwania do zabrania prywatnych rzeczy z budynku Regionu Małopolskiej „Solidarności” i zostały rozwiązane umowy o pracę.
Wchodziliśmy tam z ciężkim sercem. Powitał nas nieopisany bałagan. Na podłogach walały się sterty papierów i teczek, z pootwieranych szaf i szuflad biurek wystawały pojedyncze dokumenty. W kącie na krześle z tekturowego pudła dawały się zauważyć chaotycznie wrzucone niechlujną ręką małe krzyżyki, przygotowane do przekazania nowo powstającym siedzibom Związku. Wszystko wyglądało tak, jakby przed chwilą skończyła się tu rewizja.
Pozwolono nam zabrać prywatne rzeczy. Spojrzeliśmy po sobie. Tego, co najważniejsze - dokumentacji Związku już nie było. Gdy opuszczaliśmy budynek, ściągnęliśmy ze ścian krzyże, obawiając się, że zostaną zbezczeszczone. Pilnujący nas panowie przyglądali się tym czynnościom w milczeniu, bez jednego komentarza. Pudełko z krzyżami, które stało samotne w kącie pokoju, wynieśliśmy bezpiecznie poza budynek. Opuszczając siedzibę Małopolskiej „Solidarności”, obejrzeliśmy się za siebie, zamykając w ten sposób kawał ważnego okresu życia. Każdy z nas wyjmował z pudełka jeden krzyż i chował go do kieszeni. Po powrocie do domu znajdował dla niego godne miejsce. W następnych latach jeszcze wiele razy zmienialiśmy miejsce zamieszkania, jednak drewniany krzyżyk z Regionu wędrował zawsze z nami. Dziś, po 30 latach, gdy odwiedzam znajomych z tamtego okresu, rozpoznaję go natychmiast.

Taki krzyż jest u Ewy, której ojciec - kapitan Ludowego Wojska Polskiego - w pierwszych dniach stanu wojennego w krakowskim „białym domku” Służby Bezpieczeństwa na zastrzeżonej wojskowej linii rugał wyrodną córkę, by wreszcie dała sobie spokój z tymi wolnościowymi bzdurami i pomyślała, w jakiej sytuacji stawia go wobec przełożonych, a mąż - aresztowany w 1986 r. za druk nielegalnych wydawnictw, po serii przesłuchań na Montelupich nigdy już się nie pozbierał, sama musiała wychowywać troje maleńkich dzieci.
Jest u Agnieszki i Kajtka, którzy wydawali najdłużej ukazujące się pismo podziemnej „Solidarności” Małopolskiej „13”, a w każdą rocznicę „Wujka” jeździli na Śląsk i będą jeździć - jak mówią - dopóki winni zbrodni na górnikach nie zostaną ukarani.
Jest i u Włodka, który po kilkunastu latach emigracji politycznej we Francji wrócił do Polski z rodziną, ale nie może się tu odnaleźć.

Jest u Leny, której mądra przyjaźń towarzyszyła w najtrudniejszych momentach naszej młodej dorosłości, przy narodzinach naszych dzieci, w chorobach, braku domu i tułaczkach po cudzych kątach.
Jest także w moim domu. Przy kolejnych przeprowadzkach był jako pierwszy pakowany do pudeł i jako pierwszego wyjmowaliśmy go z mężem i wieszaliśmy na ścianie. Pewnego dnia córka zapytała, dlaczego właśnie ten krzyż traktuję z taką atencją. Wtedy trudno mi było znaleźć właściwe słowa, aby wyjaśnić to małemu człowiekowi. Dziś, gdy spoglądam na krzyż, widzę młodych z tamtych lat - dumnych, odważnych, pełnych nadziei, wrażliwości, pomysłów, wiary, która góry przenosi, i rozumiem pełnię chrześcijańskiej symboliki.

Tagi:
historia krzyż stan wojenny

Zagadka ostatnich książąt mazowieckich

2018-02-14 11:10

Roman Stańczyk
Edycja warszawska 7/2018, str. VI

490 lat temu król Zygmunt I Stary wydał edykt stwierdzający, że ostatni książęta mazowieccy – Stanisław i Janusz – zmarli z przyczyn naturalnych. Nie rozwiązało to zagadki śmierci ostatnich przedstawicieli mazowieckiej gałęzi dynastii Piastów. Dyskusja trwa do dzisiaj

Artur Stelmasiak
Sarkofag ostatnich książąt mazowieckich w archikatedrze św. Jana Chrzciciela. Ich szczątki zostały pochowane w podziemiach pod prezbiterium

Jest marzec 1522 r. Władzę w Księstwie Mazowieckim sprawują książęta Stanisław i Janusz. Zasiadają na tronie już od czterech lat. Jednak dopiero teraz mogą czuć się na nim swobodnie. Wcześniej, do 1518 r., regencję w ich imieniu sprawowała matka – Anna Radziwiłłówna, która nawet po osiągnięciu przez książąt wieku umożliwiającego samodzielne sprawowanie władzy nie utraciła wpływu na sprawy Mazowsza.

Książęca miłość

Prywatnie Stanisław i Janusz prowadzili bardzo rozrywkowy tryb życia. Zdaniem historyków, obaj ulegli wdziękom Katarzyny Radziejowskiej. Pierwszy w córce kasztelana sochaczewskiego Andrzeja Radziejowskiego zakochał się Stanisław – starszy z książąt. Obiecywał jej nawet małżeństwo. Związkowi sprzeciwiła się jednak Anna Radziwiłłówna. Wówczas do Katarzyny zaczął zalecać się młodszy z braci – Janusz. O tym, jakim uczuciem zaczął pałać do szlachcianki, świadczy fakt, że podarował jej książęce Błonie.

Tragiczna historia zaczyna się w 1524 r., kiedy Stanisław udał się z wizytą do młodszego brata do Błonia. Po obfitej uczcie, w której najprawdopodobniej uczestniczyła również Katarzyna Radziejowska, Stanisław, nie czując się najlepiej, powrócił do Warszawy. Wcześniej niewiele jadł. Miał się posilić wyłącznie kapłonem polanym małmazją octową. Starszy z mazowieckich Piastów czuł się coraz gorzej. Wkrótce zmarł. W chwili śmierci (sierpień 1524 r.) miał 24 lata. Zgon uznano za naturalny, zaś u władzy pozostał młodszy książę Janusz. W marcu 1526 r. młodszy z synów Anny Radziwiłłówny zwołał do Warszawy sejm. Czując, że opuszczają go siły, spisuje testament. W nim zapisuje wszystko swojej siostrze – Annie. Janusz przeżył brata jedynie o 2 lata. Zmarł w nocy z 9 na 10 marca 1526 r. Odtąd miała zacząć obowiązywać umowa zawarta w 1496 r. między ojcem Stanisława i Janusza – księciem Konradem III Mazowieckim a królem Polski – Janem III Olbrachtem. W myśl jej zapisów Księstwo Mazowieckie traciło suwerenność.

Wówczas to dramatyczną próbę utrzymania odrębności Mazowsza podjęła siostra Stanisława i Janusza – Anna. Ogłosiła się ostatnią przedstawicielką rodu. Nie zyskała jednak szerszego poparcia. Szlachta mazowiecka coraz mocniej zaczęła sprzyjać pomysłowi połączenia się z Polską. Spór Anny i jej pretensje do Księstwa Mazowieckiego zakończył w 1537 r. sejm, który zmusił Annę i jej męża Stanisława Odrowąża do zrzeczenia się praw dziedzicznych do Mazowsza.

Królewska komisja weryfikacyjna

Śmierć Stanisława i Janusza nadal wywołuje sporo kontrowersji. Tuż po niej pojawiały się oskarżenia o celowe otrucie. Nazwiska winnych śmierci ostatnich mazowieckich Piastów zmieniały się jak w kalejdoskopie. Pierwotnie cień oskarżenia padł na Katarzynę Radziejowską. Szlachcianka, która najpierw romansowała ze Stanisławem, a potem uwiodła Janusza, miała w ten sposób odreagowywać niechęć ze strony matki książąt. Popularne są opinie, że to właśnie ona otruła najpierw Annę Radziwiłłównę, a potem Stanisława i Janusza.

– Kwestię rzekomego otrucia dwóch ostatnich książąt mazowieckich można traktować jako legendę, tak typową dla czasów, w których powstała. Już wówczas prowadzone śledztwa wskazywały, że oskarżenia o zastosowaniu trucizn są niespójne, pełne stereotypów, wiary w magię i zabobon – ocenia dr Sebastian Adamkiewicz, publicysta portalu Histmag.org.

– Brakowało twardych dowodów, które mogłyby wskazywać na fakt otrucia. Zresztą wersja ta pojawiła się dopiero po śmierci Stanisława, bo zgon Janusza uważano za zupełnie naturalny. Dopiero później zaczęto te kwestie łączyć. Historycy są jednak zgodni co do tego, że o śmierci dwóch ostatnich Piastów decydowały przyczyny naturalne. Wymienia się przede wszystkim chorobę alkoholową lub schorzenia weneryczne.

Rosnąca nagonka w celu wykrycia osoby winnej śmierci książąt zmusiła do reakcji nawet króla. Zygmunt I Stary powołał spośród mazowieckiej szlachty komisję „weryfikacyjną” , która miała wyjaśnić tę kryminalną zagadkę. Sprawę badali medycy, ale niczego niepokojącego nie znaleźli. „Dlatego ogłosiliśmy i niniejszym edyktem ogłaszamy, stanowimy i oznajmujemy, że wszystkie doniesienia, oskarżenia, świadectwa o otruciu i śmierci rzeczonego pana księcia (...) były i są próżne, niedołężne i żadnej siły ani wagi. (...) Okazało się, że pan książę nie sztuką ani sprawą ludzką, lecz z woli Pana Boga wszechmogącego (w którego mocy rozrządzenie życia i śmierci) z tego zeszedł świata i umarł” – czytamy w edykcie króla Zygmunta I Starego z 9 lutego 1528 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Post Daniela z o. Adamem Szustakiem

2018-02-13 08:51

Langusta na Palmie

Zapraszamy do wspólnego przeżycia Postu Daniela od Środy Popielcowej z o. Adamem Szustakiem. W filmie zakonnik wyjaśnia o co w tym wszytkim chodzi.

Dokładna istrukcja obsługi.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

KSM obraduje

2018-02-23 21:02

Agata Kowalska, KSM Częstochowa

Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Archidiecezji Częstochowskiej rozpoczęło dziś punktualnie o godz. 18.00 Sesję Zarządów.

Maciej Cupiał, KSM Częstochowa

Będzie to bardzo ważny, historyczny czas - wybory nowego składu osobowego Prezydium, obrady, ale przede wszystkim jednak - Zlot KSM. W sobotę u stóp Jasnej Góry swoje życie Matce Bożej zawierzy niemalże tysiąc młodych ludzi.

Zapraszamy od godz. 14.00 wszystkich tych, którzy czują się KSM-owiczami i chcą pokazać swoją przynależność do stowarzysznia. Mszę Świętą sprawować będzie Ksiądz Arcybiskup Metropolita Częstochowski Wacław Depo. Módlmy się o światło Ducha Świętego dla wszystkich biorących udział w tych wydarzeniach!

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem