Reklama

Cuda dzieją się po cichu

Najmłodszy więzień polityczny stanu wojennego

Z Anną Stawicką-Kołakowską rozmawia Anna Cichobłazińska
Niedziela Ogólnopolska 49/2011, str. 40-41

Archiwum prywatne
18 lutego 2008 r. Anna Stawicka-Kołakowska została odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, a mąż - Andrzej Kołakowski - Krzyżem Kawalerskim

ANNA CICHOBŁAZIŃSKA: - Dorastając w Gdańsku, w kolebce „Solidarności”, trudno było nie włączyć się w walkę z komuną. Jaki był Gdańsk Pani młodości?

ANNA STAWICKA-KOŁAKOWSKA: - Gdańsk był taki jak cała komuna - ponury i beznadziejny. Azylem był dla nas kościół św. Brygidy i bazylika Mariacka, gdzie odprawiane były Msze św. za ojczyznę. To były miejsca, gdzie mogliśmy się poczuć wolni. Wydawało nam się, że wszyscy mają pragnienie wolności. Rzeczywistość jednak była inna. Gdy patrzę na moją klasę z liceum, to może 3-4 osoby na 34 uczniów angażowały się w cokolwiek, nawet nie w sensie fizycznym, ale mentalnym. Komuna niszczyła umysły, pragnienie wolności i samodzielności. Oczywiście, w Gdańsku ludzie łatwiej manifestowali sprzeciw wobec komunizmu, bo mieli doświadczenia roku 70. Żyłam w specyficznej atmosferze, w środowisku opozycji, obcując z takimi ludźmi, jak Anna Walentynowicz, Ewa Kubasiewicz czy młodzież zaangażowana w Ruch Młodej Polski. Mieliśmy swój świat walki. Wydawało nam się, że poza tym nie ma nic innego.

- Pani rodzinne związki z ks. inf. Stanisławem Bogdanowiczem też zapewne wpłynęły na życiowe wybory...

- Przykład rodziny jest zawsze najważniejszy. W moim domu nikt nie ukrywał, że komunizm jest zły. Ks. inf. Bogdanowicz był niezłomnym kapłanem. Zawsze odważnie stawiał czoło komunistom. Tak było też w rodzinie. Nasi bliscy kuzyni (to byli kuzyni dziadka Jana Bogdanowicza) ze strony dziadka, trzej bracia Nowiccy zostali odznaczeni orderem Virtuti Militari w 1919 r. za obronę Podbrodzia na Wileńszczyźnie. Mój dziadek mógł wybrać sobie jednostkę, w której będzie służył, właśnie za to, że w 1920 r. organizował samoobronę na terenie Wileńszczyzny. Takie postawy rodzinne zobowiązują kolejne pokolenia. Jestem wdzięczna moim przodkom, moim wujkom, za dawany nam przykład. To jest także przykład dla moich dzieci, dla moich wnuków, żeby nie rezygnowały z walki o godność człowieka. Bo wolność teoretycznie już mamy, ale, niestety, ginie w niej gdzieś godność człowieka, która jest najważniejsza.

- Gdy ojczyzna była w potrzebie, przykład przodków zadziałał jak narkotyk, w konsekwencji została Pani najmłodszym więźniem politycznym stanu wojennego...

- Do Ruchu Młodej Polski wstąpiłam, mając 16 lat. Drukowaliśmy ulotki, rozklejaliśmy je na ulicach Gdańska, wspieraliśmy „Solidarność”, drukowaliśmy książki, szczególnie te historyczne. Miałam poczucie, że robimy coś ważnego, że przełamujemy monopol władzy na prawdę. Byliśmy przeświadczeni, że jest to walka o godność, wówczas wolność nie była w zasięgu naszych możliwości. Dzisiaj, z perspektywy czasu, nie mam wątpliwości, że sama wolność nie jest wartością najwyższą. Wolność bez wartości, bez afirmacji godności ludzkiej, nie ma znaczenia.
Przychodzi stan wojenny, góra Ruchu Młodej Polski jest internowana. A my, na tzw. wolności, stanowimy spójną grupę. Zaczęliśmy drukować ulotki. A że byliśmy młodzi, niedoświadczeni, to na jednej z ulotek napisaliśmy, gdzie nas można znaleźć. Na tej ulotce m.in. nazwaliśmy Jaruzelskiego „przywódcą junty zniszczenia narodowego”, zaprosiliśmy ludzi do udziału w modlitwie różańcowej w intencji ojczyzny. Odbywała się ona w każdą niedzielę w bazylice Mariackiej u ks. Bogdanowicza, po wieczornej Mszy św. Prowadziłam tę modlitwę w stanie wojennym (przed internowaniem robiła to Magdalena Modzelewska z Ruchu Młodej Polski). W niedzielę, po ukazaniu się naszych ulotek, na modlitwę przyszło mnóstwo ludzi. Najstarszy z naszej grupy, spodziewając się aresztowań, zdecydował się sam poprowadzić Różaniec (nam nie pozwolił pójść do bazyliki Mariackiej). Po zakończeniu modlitwy od drzwi bazyliki do komisariatu milicji, gdzie było ok. 50 m, ustawił się szpaler ZOMO. Wierni wychodzący z bazyliki szli prosto na komisariat. Naszego kolegę, oczywiście, aresztowali. W wyniku śledztwa nastąpiły dalsze zatrzymania. Nie mieliśmy doświadczenia, jak się zachować w więzieniu. Nie wiedzieliśmy, że można odmówić zeznań. Wcześniej, na jednym ze spotkań, gdy zastanawialiśmy się, jak się zachować w przypadku aresztowania, otrzymaliśmy sugestię od ukrywających się przywódców RMP, żeby w śledztwie przyznać się do tego, co SB będzie ewentualnie wiedzieć. Dla mnie jednak ważne były wskazówki mojego wujka - ks. Bogdanowicza, który mówił: „Pamiętaj, jak cię złapią z ulotkami, to krzycz, że to nie twoje ulotki. Do niczego się nie przyznawaj”. Na dowód przytaczał historię żołnierza Armii Krajowej, który po strzelaninie z UB porzucił karabin, a w areszcie powiedział, że to nie on strzelał i że to nie jego karabin. „Trzymaj się tego - mówił ks. inf. Bogdanowicz. - Nigdy do niczego się nie przyznawaj”. Skorzystałam ze wskazówek wujka. Gdy trafiłam do celi, doświadczone więźniarki polityczne powiedziały mi, że mogę odmówić zeznań.

- Dziś trudno uwierzyć, że tak młodzi ludzie sądzeni byli przez sądy wojenne...

- Z naszej grupy siedziało już 5 osób. 10 osób pozostało jeszcze na wolności. Zapadły wysokie wyroki. Ja miałam 17 lat, dwóch chłopców 18 lat, najstarszy - 21. Rozprawa odbywała się przed Sądem Marynarki Wojennej. W mojej sprawie zeznawała lekarka, która powiedziała, że w dniu, w którym były rozdawane ulotki, byłam chora. Podobnie zeznała przyjaciółka mojej mamy. Sędzia im nie uwierzył i zostałam skazana na 3 lata pozbawienia wolności i 4 lata pozbawienia praw publicznych. Moi koledzy dostali jeszcze wyższe wyroki, mimo że się przyznali. Ten, od którego SB wyciągnęło najwięcej informacji, dostał wyrok 5 lat więzienia. Pozostali dostali po 4 lata. Nie winię ich za to, że się przyznawali. Nie mieli woli, by kogokolwiek skrzywdzić. Po prostu nie wiedzieli, jak się zachować, a SB miało swoje sposoby zastraszania. Po ogłoszeniu wyroku oburzenie na sali wypełnionej rodzinami i znajomymi nie miało granic. Na sędziów posypały się wyzwiska. Krzyczano: Hańba! Bandyci! Mój tata napluł na prokuratora Ringa. Nikt nie powstrzymywał emocji, choć za takie zachowanie groziło kolegium. W drodze do więzienia „lodówka” (więźniarka bez okien - przyp. red.), w której nas przewożono, poruszała się slalomem, gdyż przed więzienną budą jechał samochód z wujkiem (oczywiście, nie był to ks. Bogdanowicz, ale inny wujek) i mamą, którzy wygrażali pięściami konwojującym nas strażnikom.

- Licealistka z dobrego domu trafia do osławionego więzienia w Fordonie. Jak Pani wspomina ten czas?

- Przeczytałam o tym wiele lat później w dokumentach otrzymanych z IPN-u. Moje zachowanie przed komisją penitencjarną tak zostało skomentowane: „Skazana nie żałuje, że przebywa w zakładzie karnym i tego, za co została skazana. Uważa się za więźnia politycznego”. Byłam krnąbrnym więźniem, ciągle się buntowałam przeciw regulaminowi. Ten mój więzienny bunt to nie było żadne bohaterstwo. Muszę to wyraźnie podkreślić. W latach 50. więźniowie polityczni za takie zachowanie jak nasze w stanie wojennym zostaliby natychmiast zamordowani. Wykorzystywałyśmy przestrzeń, jaką można było wykorzystać, by się buntować. Przykład szedł ze strony starszych koleżanek. Siedziałam z Ewą Kubasiewicz (skazana na 10 lat więzienia), z Wiesią Kwiatkowską (skazana na 5 lat więzienia). W więzieniu uczyły nas historii, przekazywały wiedzę o opozycji, przekonywały, że nawet w więzieniu jesteśmy wolne, że nikt nas tu nie złamie. Ponieważ ciągle miałam zatargi ze służbą więzienną, moje starsze koleżanki napisały skargę do sądu penitencjarnego, że jako małoletnia jestem karana za moją postawę - m.in. pozbawiono mnie tzw. rygoru M1, przysługującego młodocianym. Przyjechał sędzia penitencjarny Michał Łącki. Wszedł do celi, wyprosił naczelniczkę więzienia i wychowawczynie. Usiadł z nami i zaczął rozmawiać. Do mnie powiedział ciepło: „Wiesz, załatwię, że wyjdziesz z więzienia na przerwę w karze”. Po dwóch tygodniach przyjechał z glejtem rocznej przerwy w karze w celu kontynuowania nauki. Wstawił się za mną mimo uwag naczelniczki, że jestem „elementem niezresocjalizowanym”. Na taką przerwę w karze skierował także 18-letniego Arka Makara. Ewa Kubasiewicz również dostała przerwę w karze. Wyszłam z więzienia bez podpisania lojalki ani zobowiązań, że nie będę prowadziła działalności politycznej, mimo że taki nacisk był na mnie wywierany.

- Z papierami więźnia politycznego chyba niełatwo było kontynuować naukę?

- To prawda. Z kuratorium otrzymałam dokument podpisany przez komisarza wojennego ds. oświaty, w którym napisane było, że ponieważ pozbawiona jestem praw obywatelskich, nie mam prawa do nauki. Pojechałyśmy z mamą do sędziego Łąckiego do Bydgoszczy. On powiedział, że pozbawienie praw publicznych nie daje podstaw do relegowania ze szkoły. Wujek - ks. inf. Bogdanowicz stwierdził jednak, że nie ma sensu, bym wracała do liceum w Gdańsku, bo podłożą mi pierścionek lub dolary i jeszcze gorzej mnie załatwią. Zaczął jeździć po Polsce i szukał dla mnie szkoły prowadzonej przez siostry zakonne. Znalazł takie miejsce pod Poznaniem w Pobiedziskach, w liceum prowadzonym przez siostry Sacré Coeur. Dyrektor s. Wanda Corde opowiedziała mi po latach, że za wujkiem jeździło SB i straszyło siostry prowadzące szkoły, że jeżeli mnie przyjmą, z pewnością nie unikną najrozmaitszych represji. Wujek wybrał dla mnie świetną szkołę, dawała głęboką formację religijną, moralną i gruntowne wykształcenie. Był to jeden z najwartościowszych okresów w moim życiu. Po tej szkole nie miałam szans na Uniwersytet Gdański, a i studiowanie historii na UG nie miało sensu. Złożyłam papiery na KUL. Katolicki Uniwersytet Lubelski odegrał wielką rolę w moim życiu, uczył, jak poznawać historię, jak rozumieć świat, dawał też solidną i głęboką formację religijną.

- Czy wybór kierunku studiów był podyktowany właśnie tym zadaniem nałożonym przez przodków?

- Historią interesowałam się od wczesnego dzieciństwa. Dziadek tak barwnie opowiadał, że miałam ochotę wsiadać na konia i ruszać do boju. A później kształtowały mnie wydawnictwa podziemne z końca lat 70. Zrozumiałam, jak bardzo ukrywana jest prawda o ludziach, którzy tak wiele przeżyli i mają prawo do tego, by o nich pamiętać i ich afirmować. Poznawana nielegalnie historia uświadamiała nam, w jakiej zakłamanej rzeczywistości żyjemy. Odkryłam, że nauczanie historii jest ważną misją, którą chcę realizować. Gdy kilka lat później wybrałam studia historyczne, nie zadawałam sobie pytania, gdzie będę pracować, wiedziałam, że z moimi poglądami i z moją przeszłością nie będzie to takie proste. Wówczas najważniejsze było to, żeby znać prawdę.

- Została Pani jednak nauczycielem...

- Rzeczywiście, przez 16 lat pracowałam jako nauczycielka. Nauczanie historii to wspaniała przygoda. Po pierwsze, kontakt z młodzieżą w czasach, gdy młodzieży nikt nie wychowuje. A młodzież jest otwarta, pragnie poznawać świat przez historię. I wówczas ta praca daje ogromną satysfakcję i radość. Oczywiście, chciałabym to dalej robić, ale nie mam już takiej możliwości.

- No właśnie, a co Pani teraz robi, zawodowo?

- Jestem na zasiłku dla bezrobotnych. A właściwie już nie jestem, bo dosyć mam chodzenia do pośredniaka, to takie upokarzające, a i tak nie ma tam żadnych ofert pracy. Lepiej wziąć sprawy w swoje ręce i samemu się sobą zająć. Pracy w szkole szukam od roku, ale to nie oznacza, że nie pracuję z młodzieżą, bo nadal organizuję wieczornice, spotkania przy grobach kombatantów czy rajdy szlakiem podziemia niepodległościowego. Do tej pory przychodzili moi uczniowie i harcerze z Gdańska, ale w tym roku zgłosili się do nas kibice Lechii Gdańsk. Zrobiliśmy piękną uroczystość 9 maja ku czci żołnierzy Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych i innych formacji, dla których 9 maja był początkiem kolejnej niewoli. Organizujemy ogniska o tematyce historycznej. Od 10 lat jestem współorganizatorem rajdu pieszego w Borach Tucholskich śladem 5. Wileńskiej Brygady Armii Krajowej. Nie zaprzestałam pracy z młodzieżą, myślę czasem, że nauczanie historii znów wróci do podziemia. W związku z nową reformą, którą pani Hall wprowadza w życie (wywiad był przeprowadzony przed wyborami parlamentarnymi - przyp. red.), nauczanie historii w zasadzie skończy się na gimnazjum, bo w liceum w pierwszej klasie jest już tylko historia najnowsza. A przecież liceum jest dla ucznia w sensie poznawczym najważniejszym okresem. Nie tylko przyswaja fakty, ale może je już analizować. Być może będzie to dla mnie czas organizowania wykładów dla młodzieży, która chce pogłębić wiedzę historyczną? Może będę to robiła w jakiejś salce parafialnej? Myślę, że będzie taka potrzeba. Oczywiście ciągle szukam pracy w szkole!

- Jak to jest możliwe, że człowiek, który tworzył historię, nie może teraz uczyć historii...

- Myślę, że jakby Polska była krajem wolnym i niepodległym, nie byłoby takich sytuacji, że kombatanci, więźniowie polityczni, którzy przeszli takie straszne więzienia, mieliby jakieś marne dodatki do renty i nie mogliby przeżyć od jednej renty do drugiej, od jednej emerytury do drugiej. Staliby na trybunach obok najwyższych władz państwowych. Nie zdarzałyby się takie sytuacje, że na pogrzebie ostatniego westerplatczyka nie było nikogo z Ministerstwa Obrony Narodowej. Nie ma szacunku do kombatantów, bo nie ma szacunku do historii. Nawet nie ma woli, by wyciągać wnioski z historii, uczyć się współczesności poprzez historię. Życie polityczne w Polsce jest tak silne zdegenerowane, że tylko polityczny walec może to zmienić. I mówię to nie tylko jako osoba zasłużona dla ojczyzny, ale nauczyciel uhonorowany wieloma nagrodami. Wydaje się, że mając taki dorobek, dobre opinie rodziców, dyrektora szkoły, wzorową ocenę za pracę, to praca powinna się dla mnie znaleźć. A jednak tak się nie stało...

- Pani Anno, wróćmy do okresu Pani studiów historycznych na KUL. Czy tam poznała Pani męża?

- Nie tam, chociaż też studiował na KUL-u (pedagogikę). Spotkaliśmy się w 1985 r. na głodówce w obronie więźniów politycznych, które organizowała pani Anna Walentynowicz u ks. Adolfa Chojnackiego w kościele w Krakowie-Bieżanowie. Byłam na pierwszym roku studiów. To była głodówka rotacyjna. Spotkałam go w czasie drugiego pobytu w Krakowie. Fajny był z niego chłopak, poukładany, wesoły, grał na gitarze. Spotkaliśmy się ponownie po powrocie do Lublina w czasie wieczornicy 11 Listopada. Długo rozmawialiśmy. Później dawałam mu ulotki, wciągnęłam w działalność konspiracyjną. I tak zostaliśmy razem. Byłam szefem kolportażu grupy politycznej „Antyk”. Zdarzało się, że w czasie spotkania tej grupy on biedny siedział na schodach i czekał, aż się skończy spotkanie. Drukował bibułę i rozwoził po całej Polsce. Oboje bardzo się zaangażowaliśmy w tę działalność.

- Czy doświadczenia gdańskie nie wpływały na Pani lubelską działalność konspiracyjną?

- Nie. Mam na to swoją teorię. Z dokumentów IPN wynika, że w naszej grupie były dwie osoby współpracujące ze Służbą Bezpieczeństwa, a jednak na żadnym etapie działalności konspiracyjnej nie miałam przeświadczenia, że ktoś nas obserwuje, czy na nas donosi. Nie czułam zagrożenia. Sądzę, że w późniejszym czasie SB wystarczało, że nas kontroluje, to był 1985-86 rok. Oni szykowali się już do przemian. Nasza działalność komunie już tak bardzo nie przeszkadzała. Może i mam spiskową teorię dziejów, ale sądzę, że te przemiany to nie do końca były naszą zasługą, dlatego we wspomnieniach bardziej podkreślam walkę o godność niż o wolność. Uważam, że ogromną rolę w osłabianiu wpływu rządzących Polską komunistów odegrał Kościół katolicki. To była siła, której komuniści bali się najbardziej. Nie nas, nie ulotek, ale wiary, tej sfery wolności, jaka istnieje między człowiekiem a Bogiem, której nie da się skontrolować. Bali się też siły Kościoła w sensie politycznym. Jeżeli ktoś się przyczynił do obalenia komunizmu, to Kościół katolicki. Oczywiście, ważna była nasza postawa buntu przeciw zniewoleniu w wymiarze jednostkowym i społecznym, ale wydaje mi się, że nie my mieliśmy ostateczny wpływ na przemiany ustrojowe.

- Czym się teraz zajmuje najmłodszy więzień polityczny stanu wojennego?

- Mój mąż pisze piękne piosenki patriotyczne, któryś z kolegów nazwał go „bardem wolnej Polski”. Jeździmy razem na koncerty, jestem jego kierowcą, to jest teraz moje podstawowe zajęcie. Dziękuję Bogu za te 22 lata małżeństwa. Mój mąż jest wspaniałym człowiekiem, dobrym i uczciwym, daje mi strawę duchową przez te swoje pieśni. Zaangażowaliśmy się oboje w Krucjatę Różańcową w intencji ojczyzny, której inicjatorem jest ks. Małkowski. Polska potrzebuje modlitwy. Jeżeli będziemy wypełniali Śluby Jasnogórskie, jeżeli Bóg będzie na pierwszym miejscu, to wszystko będzie na miejscu właściwym.

* * *

Anna Stawicka-Kołakowska (rocznik 1964) już jako 16-letnia uczennica VI Liceum Ogólnokształcącego w Gdańsku zaangażowana była w działalność opozycyjną. Uczestnictwo w wiecach rocznicowych lat 70. i działalności wydawniczej Ruchu Młodej Polski określiło jej postawę, gdy gen. Jaruzelski ogłosił w Polsce stan wojenny. Aresztowana w marcu 1982 r., po dwumiesięcznym śledztwie została skazana przez Sąd Marynarki Wojennej na 3 lata więzienia i 4 lata pozbawienia praw publicznych. Karę odbywała w osławionym Zakładzie Karnym w Fordonie k. Bydgoszczy. Była najmłodszą więźniarką polityczną stanu wojennego (17 lat). Obecnie, po likwidacji gimnazjum, w którym była zatrudniona, od roku jest bezrobotna. Żona Andrzeja Kołakowskiego, barda wolnej Polski, matka dwóch synów i córki.

Artykuł jest rozszerzoną wersją wywiadu zamieszczonego w numerze 49 Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

Czym jest cudowny medalik i na czym polega jego "cudowność"?

2018-12-14 09:12

salvenet.pl

Czym jest cudowny medalik i na czym polega jego "cudowność"? Dlaczego jest on cudowny? Wyjaśnia o. Mirosław Kopczewski OFMConv., inicjator Wielkiego Zawierzenia Niepokalanemu Sercu Maryi w Niepokalanowie.

- Matka Boża powiedziała, że każdy, kto będzie z ufnością nosił ten medalik na ciele i z ufnością odmawiał tę modlitwę, będzie doznawał szczególnych jej łask - mówił franciszkanin.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Bitwa o nadzieję - spotkanie Mężczyzn św, Józefa

2018-12-15 10:45

Andrzej Lewek

19 grudnia odbędzie się kolejne spotkanie otwarte Mężczyzn Świętego Józefa w Krakowie. W grudniu gościem będzie Maciej Sikorski wraz z teatrem EXIT. Podejmie ważny temat: "Bitwa o nadzieję" Bądźcie z nami 19 grudnia na żywo, lub na łączach internetowych przez stronę mezczyzni.net Gość specjalny: Maciej Sikorski wraz z teatrem EXIT mąż Aliny, ojciec 6 dzieci na ziemi i jednego w niebie. Instruktor teatralny, reżyser oraz twórca teatru Exit, w którym pracują osoby niepełnosprawne Środa 19 grudnia 2018 18:30 Msza Święta w kościele, po Mszy spotkanie w Kamieniołomie, Kraków – Podgórze, ul Zamoyskiego 2
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem