Reklama

Sklep sakralny

Śmierć przechodziła obok

Mateusz Wyrwich
Niedziela Ogólnopolska 43/2010, str. 34-35

Mateusz Wyrwich
Henryk Prajs, Żyd uratowany przez Polaków

Henryk Prajs jest jednym z najstarszych obywateli podwarszawskiej Góry Kalwarii. Ma dziewięćdziesiąt cztery lata i doskonałą pamięć. - Pewnie dlatego Pan Bóg pozwala mi tak długo żyć, żebym dawał świadectwo o dobrych ludziach, których spotkałem w swoim życiu - mówi polski Żyd

Przed wojną zdobył gruntowne wykształcenie krawieckie. W 1937 r. został powołany do wojska. Ukończył szkołę podoficerską 3. Pułku Szwoleżerów Mazowieckich w Suwałkach. Dziś jest kapitanem w stanie spoczynku i żyje jak najbardziej współczesnością. Ale też chętnie opowiada o doskonałych warunkach w wojskowej szkole, którą ukończył ze świetną notą. O końcu służby przypieczętowanej wojną i frontowymi ranami. O kolegach, z którymi przeszedł kampanię wrześniową. Wspomnienia przeplata pełnymi miłości opowieściami o córce i wnuku. Mieszka razem z nimi w domu wybudowanym wiele lat po wojnie nieopodal miejsca, gdzie w młodości żył z rodzicami i rodzeństwem. Uśmiechnięty, ze wzruszeniem wraca do Góry Kalwarii lat 20. i 30. ubiegłego wieku. Opisuje rodzinę, rodziców: ojca handlarza i mamę krawcową. Polskich sąsiadów i społeczność żydowską, którą w czasie wojny wymordowali Niemcy. Z przejęciem wspomina młodzieńcze zabawy z kolegami polskimi i żydowskimi. Potańcówki. Amatorskie spektakle teatralne zarówno autorów żydowskich, jak i polskich. Barwnie opisuje polską szkołę powszechną i żydowską, gdzie poznał język hebrajski. Jak mówi - w Górze Kalwarii nie było gett żydowskich. Za to przenikanie kulturowe. I dlatego pan Henryk z naciskiem podkreśla, że irytuje go mówienie w niektórych środowiskach żydowskich o przedwojennym antysemityzmie w Polsce i obarczanie Polaków winą za masowe uśmiercanie Żydów w czasie wojny. Gdyby tak było: - Nie przeżyłbym i ja okupacji niemieckiej ani tysiące moich rodaków - mówi. - A przecież śmierć groziła nie tylko tym, którzy nas ukrywali, ale też ich rodzinom! Więc trzeba było wyjątkowego poświęcenia z ich strony, by ratować obcego im człowieka. Szczególnie wdzięczny jestem chłopom, bo wiem, że ukrywali i innych. Owszem, i u nas, w Górze Kalwarii, szczególnie u końca lat trzydziestych, byli ludzie przesyceni propagandą nazistowską, ale to były jednostki. Zresztą, burmistrz naszego miasta i komendant policji szybko takie antyżydowskie zachowania hamowali.

Czas rozkwitu

Górę Kalwarię, jak pisze s. Małgorzata Borkowska OSB („Dzieje Góry Kalwarii”), zniszczoną w czasie potopu szwedzkiego, w 1666 r. kupił biskup poznański Stefan Wierzbowski. „Doprowadził on do wielkiego rozkwitu Góry jako ośrodka religijnego. Biskup znalazł tu inspirację do założenia ośrodka pielgrzymkowego na wzór Jerozolimy. (...) zagościły więc klasztory nie tylko kontemplacyjne, ale też skierowane na szkolnictwo i opiekę nad pątnikami. (...) Łącznie wymienia się w źródłach istnienie 35 kaplic, 6 kościołów, 5 klasztorów (...). Metryki parafialne od roku 1670 rejestrują dzieci urodzone już w Nowej Jerozolimie. Dwa lata później miejscowość otrzyma przywilej fundacyjny z prawdziwego zdarzenia, dzięki któremu mieszkańcy zostaną zwolnieni z płacenia świadczeń przez pięć lat”.
Okres prosperity niezwykle religijnych katolików trwał do pierwszego rozbioru Polski. Podczas trzeciego - miasteczko zajęli Prusacy, zasiedlając je i wprowadzając niemal obsesyjną germanizację. W siedem lat później sprowadzono też rodziny żydowskie. Jidysz, kultura i religia żydowska szybko zadomowiły się w Kalwarii. W czterdzieści lat po osiedleniu owa społeczność liczyła już powyżej tysiąca osób, co stanowiło przeszło połowę mieszkańców miasta. Po powstaniu styczniowym Polacy stanowili niecałe 30 proc. Góry Kalwarii. Przed wybuchem II wojny światowej w mieście żyło ponad 3 tys. osób wyznania mojżeszowego, co stanowiło około 40 proc. mieszkańców. Czas wojny przeżyło... kilkadziesiąt osób.

Reklama

Czas pogardy

Po krótkim pobycie na froncie, do 17 września, i po wyleczeniu ran wojennych, w końcu października 23-letni podoficer Henryk Prajs wrócił do Góry Kalwarii. Tu już szalał niemiecki terror. Dla „zaprowadzenia posłuszeństwa” Niemcy rozstrzeliwali mieszkańców miasta. W sierpniu 1940 r. w kwartale kilku ulic utworzono getto. Opuszczenie go groziło karą śmierci. Podobny los czekał katolików, którzy w jakikolwiek sposób pomagaliby Żydom. Wkrótce też Niemcy zmniejszyli racje żywnościowe i w getcie zapanował głód. A dzieci, które wychodziły z getta, by zdobyć pożywienie, Niemcy rozstrzeliwali. Okupanci wydali także Żydom zakazy zawierania małżeństw i gromadzenia się na modlitwie. Zagonili ich do wycieńczającej pracy. Kiedy więc w końcu lutego 1941 r. rozpoczęto wysiedlanie Żydów do warszawskiego getta, a później do obozów śmierci, Henryk Prajs postanowił uciec. Nie udało mu się jednak namówić do tego rodziny, która wierzyła, że... Niemcy nie zrobią im krzywdy. Uciekł więc sam i, jak mówi, rozpoczął „życie obok śmierci”. Niemcy bowiem wszystkich uciekinierów tropili jak zwierzynę. - Płakałem i daleko omijałem moje ukochane miasto, by nie natknąć się na niemieckie posterunki - mówi jeszcze do dziś ze łzami w oczach Henryk Prajs. - W końcu wycieńczony zapukałem do jakiegoś domu. Było to gospodarstwo Jana Cwala w Ostrowie, niedaleko Magnuszewa. Przyjęli mnie mimo świadomości, że ich całej rodzinie grozi śmierć, gdyby Niemcy znaleźli mnie, Żyda, w ich, Polaków, gospodarstwie. Mieszkałem tam kilka tygodni. Niebawem jednak zaczęła się istna obława na nas w okolicznych wioskach. A to dlatego, że wielu młodych Żydów uciekło z getta w Magnuszewie. Po naradzie rodzina Cwalów znalazła mi bezpieczniejsze schronienie w wiosce Ostrów, w rodzinie Józefa Wdowiaka. Mieszkałem u nich przez kilka miesięcy, pomagając w gospodarstwie i szyjąc. Ot, byłem zwykłym krawcem, który obszywa miejscowych. Ludzie w wiosce wiedzieli, kim jestem, ale nikt nie doniósł Niemcom. Zaprzyjaźniłem się z ich dziećmi: Bernardem, Henrykiem i Adelą. Żyłem jak w normalnej rodzinie. Niebawem ksiądz proboszcz z niedalekiego Osiecka wystawiał mi katolickie świadectwo urodzenia. To był, mimo wszystko, bardzo dobry „ausweis”...
Kiedy jednak zaczęły się rozchodzić pogłoski o następnych niemieckich polowaniach na Żydów, dla większego bezpieczeństwa Józef Wdowiak załatwił swojemu uciekinierowi mieszkanie u... niemieckiego kolonisty Ferdynanda Kultza. - Po prawdzie, to bałem się tam iść, ale jednocześnie miałem absolutne zaufanie do Józefa Wdowiaka. Myślałem: No, skoro tam mnie chce umieścić, to wie, co robi - wspomina Henryk Prajs. - Rodzina pana Ferdynanda okazała się bardzo miła i uczciwa. W ten sposób miałem kolejne miesiące spokoju aż do jesieni 1943 r., kiedy to rodzinę Kultzów ewakuowano w głąb Niemiec. Wtedy znów zacząłem ukrywać się u Wdowiaków.

Przybrana mama

Tymczasem Niemcy, z udziałem Ukraińców, rozpoczęli kolejne obławy. Tyleż na ukrywających się Żydów, co i na żołnierzy oddziałów AK i NSZ, aktywnie działających na terenie ówczesnego województwa warszawskiego. Wpadali znienacka do wiosek, gospodarstw i dokładnie rewidowali zagrody. Któregoś świtu więc, obawiając się kolejnych obław, Józef Wdowiak przeprawił łódką Henryka Prajsa na drugą stronę Wisły. Tu, prowadzony już tylko ręką Boga, trafił do wsi Podwierzbie, oddalonej niewiele ponad 20 kilometrów od Góry Kalwarii. Wychodząc z krzaków po przeprawieniu się przez Wisłę, napotkał starszą kobietę palującą chudą krowę. W rozmowie nie ukrywał swojego pochodzenia. - Bardzo miła starsza pani od razu zgodziła się, bym się u nich ukrył. Od razu też uprzedziła, że ma niewielki dom, dużo dzieci i mizerne dochody z gospodarstwa - opowiada Henryk Prajs. - I tak trafiłem do ubogiej rodziny Jana i Katarzyny Pokorskich. Aby nie być dla nich ciężarem, zaproponowałem, że mogę szyć dla ludzi z wioski za „co łaska”. Pani Pokorska zaczęła ostrożnie umawiać tych ludzi „do miary”. Przez miesiące obszywałem wioskę i okolice, pomagając w ten sposób Pokorskim i nikt mnie nie wydał. Pieniędzmi była żywność. U Pokorskich czułem się jak w rodzinie. Taką mi tam stworzono atmosferę. Zresztą do dziś uważam panią Pokorską za swoją przybraną matkę.
Zupełnie nie będąc niepokojony, Henryk Prajs przeżył w gospodarstwie prawie dwa lata. Tak już czuł się oswojony z wolnością, że kiedy w styczniu 1944 r. weszło do chałupy pięciu SS-manów, nie zdążył schować się do wcześniej przygotowanej kryjówki na terenie gospodarstwa. Zapytany przez Niemców, kim jest, do dziś sam nie wie, jak to się stało, ale z całą pewnością odpowiedział, że jest synem Pokorskich. Potem, znów wiedziony ręką Boga, sięgnął do szafy i wyciągnął stamtąd metrykę urodzenia starszego syna, który w tym czasie przebywał na robotach w Niemczech. Choć miał dobrą swoją. Dołączył przy tym swoje zdjęcia. I znów do dziś pan Prajs nie potrafi wytłumaczyć, jak znalazły się w jego ręku. - W pewnym momencie Niemcy zapytali panią Pokorską, czy jestem jej synem. I od razu ostrzegli, że jeśli skłamie, to grozi jej i rodzinie śmierć. Mimo to potwierdziła. A ja przez cały ten czas gadałem i gadałem jednak o czymś zupełnie innym. Bardzo sugestywnie przekonywałem Niemców swoją łamaną niemczyzną, że przecieka nam dach i żeby się wstawili u starosty o przydział drewna na jego remont. Jeden z nich wreszcie warknął: „To nie jest nasza sprawa!” - opowiada do dziś z dużą emocją pan Prajs. - Jakoś tak pod skórą czułem, że kiedy odchodzili, nie bardzo byli przekonani co do mojego „synostwa”...
Kilka tygodni później do chałupy weszło dwóch cywilów. Pan Prajs do dziś nie może powiedzieć, czy byli to niemieccy tajniacy, czy szmalcownicy, czy jeszcze ktoś inny. Z całą pewnością wie jednak, że nawet gdy przystawili pani Pokorskiej pistolet do skroni - nie zdradziła go. I właśnie od tej pory nazywa ją swoją drugą matką.
Po tym wydarzeniu Henryk Prajs, w obawie przed kolejnym najściem Niemców, znalazł schronienie parę wiosek dalej, u rodziny Janeczków. Kilka tygodni później ponownie wrócił do Wdowiaków na Podwierzbiu. - Już w styczniu 1945 r. weszli Rosjanie. Chcieli wysiedlić wioskę, ale udało mi się wyjednać u sowieckiego, choć żydowskiego pochodzenia, komendanta odstąpienie od tego zamiaru - wspomina Henryk Prajs. - Byłem bardzo dumny, że chociaż w ten sposób mogłem tym wspaniałym gospodarzom odwdzięczyć się za uratowanie mi życia. Do dziś jestem ogromnie wdzięczny mieszkańcom wsi Rozniszew, Podwierzbie, Ostrów i wielu innych wiosek, że mnie nie wydali. Przecież tam wszyscy wiedzieli, że się ukrywam. W samo ukrywanie mnie było zaangażowanych kilkadziesiąt osób. A kilkaset wiedziało o mnie. Do dziś zachowuję wielką wdzięczność za to zbiorowe bohaterstwo i gdzie tylko mogę, mówię o tym. I jeszcze o tym, że kocham Polskę i czuję się polskim patriotą.

Św. Stanisław Kostka - patron dzieci i młodzieży

Małgorzata Zalewska
Edycja podlaska 37/2002

Jastrow/pl.wikipedia.org



W komnacie, gdzie Stanisław święty zasnął w Bogu,

na miejscu łoża jego stoi grób z marmuru.

Taki, że widz niechcący wstrzymuje się w progu,

myśląc, że Święty we śnie zwrócił twarz do muru

i rannych dzwonów echa w powietrzu dochodzi...

I wstać chce, i po pierwszy raz człowieka zwodzi.

Nad łożem tym i grobem świeci wizerunek

Królowej Nieba, która z Świętych chórem schodzi

i tron opuszcza, nędzy śpiesząc na ratunek.

Palm wiele, kwiatów wiele aniołowie niosą,

skrzydłami z ram lub nogą wstępując bosą.

Gdzie zaś od dołu obraz kończy się ku stronie,

w którą Stanisław Kostka blade zwracał skronie,

jeszcze na ram złoceniu róża jedna świeci:

niby że, po obrazu stoczywszy się płótnie,

upaść ma, jak ostatni dźwięk, gdy składasz lutnię.

I nie zleciała dotąd na ziemię - i leci...

(Cyprian Kamil Norwid)

Doroczną pamiątkę św. Stanisława Kostki kościół w Polsce obchodził wcześniej 13 listopada. Od 1974 r. święto to obchodzimy 18 września jako święto patronalne dzieci i młodzieży, by na progu nowego roku szkolnego prosić dla nich o błogosławieństwo i potrzebne łaski.

Stanisław Kostka urodził się w październiku 1550 r. w Rostkowie, w wiosce położonej około 4 kilometrów od Przasnysza, na Mazowszu, w diecezji płockiej. Ojcem Stanisława był Jan Kostka, od 1564 r. kasztelan zakroczymski, a jego matką była Małgorzata z domu Kryska z Drobnina. Obie rodziny Kostków i Kryskich były w XVI w. dobrze znane.

Stanisław Kostka miał trzech braci i dwie siostry. Oto co Stanisław powiedział o swojej rodzinie: "Rodzice chcieli, byśmy byli wychowani w wierze katolickiej, zaznajomieni z katolickimi dogmatami, a nie oddawali się rozkoszom. Co więcej postępowali z nami ostro i twardo, napędzali nas zawsze - sami jak i przez domowników - do wszelkiej pobożności, skromności, uczciwości, tak żeby nikt z otoczenia, z licznej również służby, nie mógł się na nas skarżyć o rzecz najmniejszą" .

Św. Stanisław swoje pierwsze nauki pobierał w domu rodzinnym. Jego nauczycielem przez pewien czas był Jan Biliński. W domu rodzicielskim przebywał do 14. roku życia. Następnie Stanisław razem ze swym bratem Pawłem rozpoczęli studia u jezuitów we Wiedniu, lecz gdy nowy cesarz Maksymilian w 1565 r. zabrał jezuitom konwikt, musieli przenieść się na stancję. Do jezuickiej szkoły w Wiedniu uczęszczało wówczas około 400 uczniów, a regulamin tej szkoły streszczał się w jednym zdaniu: "Taką pobożnością, taką skromnością i takim poznaniem przedmiotów niech się uczniowie starają ozdobić swój umysł, aby się mogli podobać Bogu i ludziom pobożnym, a w przyszłości ojczyźnie i sobie samym przynieść także korzyść". Do pobożności miała zaprawiać studentów codzienna modlitwa przed lekcjami i po lekcjach, codzienna Msza św., miesięczna spowiedź i Komunia św. Początkowo Stanisławowi nauka szła trudno, ale pod koniec trzeciego roku należał już do najlepszych. Władał płynnie językiem ojczystym, niemieckim i łacińskim; uczył się też języka greckiego.

Trzy lata pobytu w Wiedniu to był dla Stanisława okres rozbudzonego życia wewnętrznego. Stanisław znał tylko drogę do kolegium, do kościoła i do domu. Swój wolny czas poświęcał na lekturę i modlitwę. Zadawał sobie pokuty i biczował się. Mimo sprzeciwu i próśb brata i kolegów nie zaprzestawał praktyk pokutnych. Intensywne życie wewnętrzne, nauka i praktyki pokutne tak bardzo osłabiły organizm chłopca, że bliski był śmierci. Zapadł w niemoc śmiertelną w grudniu 1565 r. Kiedy św. Stanisław był już pewien śmierci, a nie mógł otrzymać Wiatyku, gdyż właściciel domu nie chciał wpuścić katolickiego kapłana, wtedy św. Barbara, patronka dobrej śmierci, do której się zwrócił, w towarzystwie dwóch aniołów nawiedziła jego pokój i przyniosła mu ów Wiatyk. W tej również chorobie objawiła się Świętemu Matka Najświętsza i złożyła mu na ręce Boże Dzieciątko. Od Niej to doznał cudownego uleczenia z poleceniem by wstąpił do Towarzystwa Jezusowego. Nie było to rzeczą łatwą dla Stanisława, gdyż jezuici nie mieli zwyczaju przyjmować kandydatów bez woli rodziców, a on na nią nie mógł liczyć. Po wielu trudnościach i zmaganiach Stanisław został przyjęty do jezuitów najpierw na próbę, gdzie zadaniem jego było sprzątanie pokoi i pomaganie w kuchni, po pewnym jednak czasie, wraz z dwoma innymi kandydatami udał się Stanisław do Rzymu i na skutek polecenia prowincjała z Niemiec przełożony generalny przyjął go do nowicjatu. Rozkład zajęć nowicjuszów przedstawiał się następująco: modlitwa, praca umysłowa i fizyczna, posługi w domu i w szpitalach, dyskusje na tematy życia wewnętrznego i o sprawach kościelnych, konferencje mistrza nowicjatu i przyjezdnych gości. Stanisław czuł się szczęśliwy, że wreszcie osiągnął swój życiowy cel.

Przełożeni pozwolili Stanisławowi w pierwszych miesiącach 1568 r. złożyć śluby zakonne. Wielkim wydarzeniem w życiu św. Stanisława było przybycie 1 sierpnia w uroczystość Matki Bożej Anielskiej (dziś tę uroczystość obchodzimy 2 sierpnia) św. Piotra Kanizjusza, który zatrzymał się w domu nowicjatu i wygłosił dla nich konferencję. Po tej konferencji Stanisław powiedział do kolegów: "Dla wszystkich ta nauka świętego męża jest przestrogą i zachętą, ale dla mnie jest ona wyraźnym głosem Bożym. Umrę bowiem jeszcze w tym miesiącu". Koledzy zlekceważyli sobie jego słowa. Jeszcze 5 sierpnia jeden z ojców zabrał Stanisława do bazyliki Najświętszej Maryi Panny Większej na doroczny odpust. Za kilka dni było święto Wniebowzięcia Matki Bożej. 10 sierpnia Stanisław napisał list do Matki Bożej i ukrył go na swojej piersi. Prosił by mógł odejść z tego świata w uroczystość Wniebowzięcia Maryi. Jego prośba została wysłuchana. W wigilię Wniebowzięcia Stanisław dostał silnych mdłości i zemdlał. Wystąpił na nim zimny pot i poczuł dreszcze, z ust zaczęła sączyć mu się krew. O północy zaopatrzono go Wiatykiem. Przeszedł do wieczności tuż po północy 15 sierpnia 1568 r., mając zaledwie siedemnaście lat.

Wieść o jego pięknej śmierci rozeszła się lotem błyskawicy po całym Rzymie. Wbrew zwyczajowi zakonu jezuitów ciało Stanisława przyozdobiono kwiatami. W dwa lata potem, gdy otwarto grób św. Stanisława, znaleziono jego ciało nietknięte rozkładem. W 1605 r. papież Paweł V zezwolił na zawieszenie obrazu św. Stanisława w kościele św. Andrzeja w Rzymie i na zawieszenie przy nim lamp, jak też wotów. Papież Klemens X w 1670 r. zezwolił jezuitom na odprawianie Mszy św. i na odmawianie pacierzy kapłańskich ku czci św. Stanisława. W 1674 r. ten sam papież ogłosił św. Stanisława Kostkę jednym z głównych patronów Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Te wszystkie fakty Stolica Apostolska uznała jako akt beatyfikacji. Św. Stanisław Kostka jest pierwszym Polakiem, który dostąpił chwały ołtarzy w Towarzystwie Jezusowym. Rok 1714 był rokiem, w którym papież Klemens XI wydał dekret kanonizacyjny, ale samego aktu kanonizacji dokonał papież Benedykt XIII dopiero w 1726 r. wraz ze św. Alojzym Gonzagą. W 1926 r., w 200. rocznicę kanonizacji odbyła się uroczystość sprowadzenia do Polski małej części relikwii św. Stanisława. W tych jubileuszowych uroczystościach wziął udział sam prezydent państwa, Ignacy Mościcki. Ciało św. Stanisława spoczywa w kościele św. Andrzeja Boboli w Rzymie w jego ołtarzu po lewej stronie.

Ku czci św. Stanisława Kostki wzniesiono w Polsce wiele świątyń, wśród nich piękną katedrę w Łodzi. Najpiękniejszy kościół pod wezwaniem św. Stanisława znajduje się w Nowym Jorku. Św. Stanisław Kostka należy do najpopularniejszych polskich świętych. Przed cudownym obrazem św. Stanisława w obecnej katedrze lubelskiej modlił się w 1651 r. król Jan II Kazimierz.

W naszej diecezji doroczną uroczystość odpustową ku czci św. Stanisława Kostki przeżywa wspólnota parafialna w Jerzyskach, gdzie proboszczem jest ks. Zenon Bobel.

U początku nowego roku szkolnego i akademickiego starajmy się prosić św. Stanisława Kostkę, który jest patronem dziatwy i młodzieży, aby wstawiał się on za nami i wypraszał potrzebne nam wszystkim łaski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Obfitować w dobre uczynki

2018-09-18 17:28

Beata Pieczykura

Beata Pieczykura/Niedziela

Ze św. Stanisławem Kostką w parafii pw. Jana Berchmansa w Gorzkowie – Trzebniowie...

„Jego krótka droga życiowa z Rostkowa na Mazowszu przez Wiedeń do Rzymu była jak gdyby wielkim biegiem na przełaj, do tego celu życia każdego chrześcijanina, jakim jest świętość” – te słowa św. Jana Pawła II wyznaczyły rytm spotkania, które odbyło się w parafii pw. Jana Berchmansa w Gorzkowie – Trzebniowie 18 września. Dlatego obfitowało ono w dobre uczynki najpierw podczas Mszy św. celebrowanej przez proboszcza ks. kan. Bogumiła Kowalskiego dla dzieci ze Szkoły Podstawowej w Ludwinowie i dwóch oddziałów przedszkolnych oraz nauczycieli, dyrekcji i pracowników tych placówek. A następnie w ogrodzie św. Jana Berchmansa staraniem społeczności szkoły, Księdza Proboszcz i państwa Ewy i Andrzeja przygotowano dla najmłodszych dmuchańce i pieczonki. Wszyscy zebrani tego dnia w sposób szczególny pragnęli naśladować św. Stanisława, aby potem w codziennym życiu w przedszkolu, szkole, pracy było w nim więcej miłości, nadzieli i wiary, aby każdy dzień obfitował w dobre uczynki: modlitwę się, troskę o drugiego człowieka podczas nauki, pracy i odpoczynku. Tę drogę pokazał św. Stanisław Kostka i w nieba zaprasza młodych i starszych, aby z uporem dążyli do świętości. Dlatego mamy „patrzeć na jego życie i uczyć się od niego być tak jak on w dążeniu do świętości, aby ta świętość na nas spłynęła” – mówił ks. Kowalski.

Zobacz zdjęcia: Obfitować w dobre uczynki

...parafii pw. Najświętszej Maryi Panny Różańcowej w Kotowicach...

W przedszkolu w Kotowicach dzieci radowały się obecnością niezwykłych gości. W święto św. Stanisława Kostki bowiem proboszcz parafii pw. Najświętszej Maryi Panny Różańcowej w Kotowicach ks. kan. Mirosław Wójcik zadbał o to, aby dzieci odwiedzili w znaku relikwii św. Stanisław Kostka oraz św. Jan Berchmans, św. Dominik Savio, św. Alojzy Gonzaga. Następnie w kościele parafialnym o godz. 17 odprawił Mszę św. w intencji dzieci, młodych i całej wspólnoty parafialnej, upraszając dla wszystkich Bożej łaski przez wstawiennictwo św. Stanisława Kostki.

...parafii pw. Stanisława Kostki w Częstochowie

Wspólnota parafialna pw. Stanisława Kostki w Częstochowie wraz z ks. Leonardem Gołkowskim dziś 18 września przeżywa uroczystość odpustową w jubileuszowym roku. Z tej okazji o godz. 18 Mszy św. będzie przewodniczył abp Stanisław Nowak oraz udzieli młodym sakramentu bierzmowania. Uroczystość poprzedziło triduum ku czci św. Stanisława Kostki prowadzone przez ks. kan. Bogumiła Kowalskiego, proboszcza parafii pw. Jana Berchmansa w Gorzkowie – Trzebniowie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem