Reklama

Bezwarunkowa miłość

Jan Kuciński
Niedziela Ogólnopolska 19/2007, str. 25

Vitalinka/ Fotolia.com

Jeżeli Pan domu nie zbuduje,
na próżno się trudzą ci,
którzy go wznoszą
(Ps 127,1)

W ostatniej publikacji dzieliłem się ważną prawdą i zarazem regułą wychowania: „Rozkochaj w sobie swoje dziecko i stawiaj mu wymagania”. W niniejszym tekście chciałbym się zatrzymać nad miłością rodzica do dziecka. Mam bowiem wrażenie, że to pojęcie tak bardzo spowszedniało, że trzeba doprecyzować, o jaką miłość chodzi. Z pewnością nie o miłość według harlequinów, goniących za sensacją kolorowych czasopism. Chodzi o miłość według Ewangelii. Jedną z jej cech jest jej bezwarunkowość. Bóg kocha i świętego, i złoczyńcę. Nie kocha nas za to, co robimy, lecz za to, kim jesteśmy. Miłość Boga do nas musi być wzorem miłości rodziców do dzieci.

Jak kochać?

Drodzy Tato i Mamo, musicie kochać dziecko nie za to, co robi, ale za to, kim jest. Kocham cię nie za to, że się dobrze uczysz, ale dlatego, że jesteś moją córką; kocham cię nie za to, że świetnie grasz w piłkę, ale dlatego, że jesteś moim synem. Źle byłoby, gdyby nasze dzieci musiały walczyć o naszą miłość, one muszą być w niej zanurzone. Parafrazując słowa Biblii, dzieci muszą być przekonane, że nic nie może ich odłączyć od miłości rodziców.
Zaszczepienie takiego przekonania w sercu dziecka to poważne i trudne zadanie. Pułapka dla rodziców tkwi w tym, że bardzo nam zależy na tych, których kochamy, i nic z tego, co ich dotyczy, nie jest nam obojętne. Radują nas ich sukcesy i osiągnięcia, a irytują porażki - jak gdyby dotyczyły nas samych. I radość, i irytację wyrażamy swoim zachowaniem widocznym dla dziecka. Dziecko natomiast stale zadaje sobie - często nieuświadamiane - pytanie: Czy tata, mama mnie kocha? Często odpowiada na nie „tak”, pod warunkiem, że odnosi sukcesy i spełnia oczekiwania rodziców. Ale równie często odpowiedź brzmi „nie”, jeśli dziecko ich zawiedzie. Stawianie warunku w miłości oznacza, że trzeba na nią zapracować, a - co gorsza - w każdej chwili można ją utracić.

Reklama

Miłosne pułapki

Czy czytając te słowa, poczuliście podmuch piekła? To nie przesada, w takiej atmosferze wychowuje się wiele dzieci. Często objawia się to w ich zachowaniu: kłamią, oszukują, zrzucają odpowiedzialność za zło na kogoś innego, krytykują i oczerniają innych. Dlaczego tak robią? Ano dlatego, że łatwiej się chwalić, niż rzeczywiście być w porządku, a na tle osób krytykowanych i oczernianych sami jakby bardziej lśnimy. Nie przez przypadek diabeł w Biblii jest określany jako ojciec kłamstwa. Stara się nas zwieść, że jesteśmy źli i Bóg nas nie kocha. Prawda jest inna - Bóg kocha nas zawsze, dlatego możemy żyć w prawdzie o sobie, możemy wyznać, że to nasza wina i przytulić się do Ojca... Czy poczuliście przedsmak nieba?

Poczucie bezpieczeństwa

Dziecku trzeba przekazywać prawdę o tym, że może żyć bezpiecznie, bo zawsze będziemy je kochać. Należy je utwierdzić w przekonaniu, że nie jest w stanie zrobić nic, co zgasiłoby naszą miłość do niego, że jak będzie trzeba, to oddamy za nie swoje życie... Bo to jest właśnie miłość według Ewangelii. Domyślam się, że wielu czytających te słowa zadaje sobie pytanie, czy powinno się godzić na złe zachowanie dziecka. Odpowiadam krótko: absolutnie nie! Dziecko powinno doświadczyć konsekwencji swego zachowania. Ale pod żadnym pozorem tą konsekwencją nie może być utrata naszej miłości...
W następnym odcinku skupimy się na konsekwencjach.

Warto przemodlić i przemyśleć:

- Czy jestem przekonany, że sam jestem bezwarunkowo kochany przez Boga?
- Czy kocham bezwarunkowo swoje dzieci i czy one o tym wiedzą?

Tagi:
rodzina wychowanie dzieci miłość rodzice

Wakacyjny kurs miłości

2018-07-04 11:07

Aleksandra Nitkiewicz
Niedziela Ogólnopolska 27/2018, str. 50-53

W wakacje można uczyć się wszystkiego: języka hiszpańskiego czy japońskiego; szycia i rysunku, bywają kursy żeglarskie oraz wspinaczki skałkowej. Czemu by nie odbyć przyspieszonego kursu miłości?
Cel – szczęśliwa narzeczona, jeśli jesteś zaręczony; szczęśliwy mąż, jeśli jesteś żoną; szczęśliwe dzieci, jeśli jesteś rodzicem czy nauczycielem; szczęśliwa przełożona, jeśli jesteś zakonnicą, albo szczęśliwy wikary jeśli jesteś proboszczem...

©Wayhome Studio - stock.adobe.com

Kto z nas nie chciałby odkryć uniwersalnego języka miłości? Raz zgłębić jego zasady, a potem do końca życia używać go, by ci, których Bóg stawia na naszej drodze, czuli się kochani i szczęśliwi.

Pięć języków miłości

W swoim czasie pomyśleli o tym Amerykanie i, jak to oni, spróbowali wynaleźć uniwersalny sposób uszczęśliwiania. W końcu doszli do wniosku, że nie ma jednego sposobu dla wszystkich. Odkryli natomiast, że ludzie dzielą się na pięć grup, jeśli chodzi o zachowania, które sprawiają, że czują się kochani. Przyznam, że teorię dr. Garego Chapmana o pięciu językach miłości traktowałam dość sceptycznie. Potem jednak jako coach zaczęłam spotykać się z osobami, które pragną coś zmienić w życiu, i odkryłam, że ludzie potrzebują poczucia bycia kochanym nie tylko do szczęścia, ale przede wszystkim do tego, by normalnie funkcjonować w pracy, wśród znajomych i przyjaciół, w rodzinie, w małżeństwie. Potrzebują czuć się kochani i szczęśliwi, by osiągać swoje cele, by zmieniać się na lepsze. A ten, kto czuje się kochany, wie, że życie ma sens, odnosi sukcesy osobiste i zawodowe, jest kreatywny i przedsiębiorczy. Czy wierzycie w to, że każdy z nas może stać się narzędziem w Bożych rękach, by życie kogoś nabrało sensu, by ktoś poczuł się kochany i szczęśliwy, by ktoś pokonał kryzys, który jeszcze niedawno go przygniatał?

Afirmacja i przysługi

Wyobrażacie sobie parę z kilkuletnim stażem małżeńskim, która jest w kryzysie bez powodu? Niemożliwe? A jednak... On uważa, że robi dla żony wszystko, co w jego mocy. Wspiera ją i chwali. Zapewnia o swojej miłości. Pracuje ciężko i dużo. Gdy żona potrzebuje, zostaje z dziećmi. Stara się mieć czas na bycie z najbliższymi, choć nie jest mu łatwo. Wydaje mu się, że żona tego nie docenia. Ona uważa, że piękne słówka prawić może każdy, ale tak naprawdę liczą się czyny, a u nich kran cieknie, żarówki przepalone, kafelki w kuchni odpadają. Ona potrafi mężowi przywieźć obiad, gdy wie, że będzie pracował do późna, dba o jego ubrania, każdego ranka szykuje mu śniadanie. Widzi, że on się tak nie stara i gdzieś w głębi serca podejrzewa, że mąż jej nie kocha.

Dlaczego choć się starają, w głębi serca martwią się, że to, co najpiękniejsze, mają już za sobą... O co chodzi? O to, że każde z nich mówi innym językiem miłości. On do szczęścia potrzebuje pochwał i wsparcia. Jej dobre słowo dodałoby mu skrzydeł. Jedna jej pochwała sprawiłaby, że mógłby góry przenosić. Afirmuje żonę, ponieważ uważa, że to właśnie jest w miłości najważniejsze, ona jednak pozostaje obojętna. Jej językiem miłości są drobne przysługi. Potrzebuje, by ukochana osoba zadbała o jej potrzeby. Gdyby mąż zaczął naprawiać w domu usterki, posprzątał łazienkę, od czasu do czasu zajął się praniem czy umyłby samochód, poczułaby, że naprawdę mu na niej zależy, że ją kocha i dba o nią. Choć okazują sobie miłość, nie poznali najważniejszej prawdy o tym, co uszczęśliwia ich najbliższych.

Dobry czas

Wyobrażacie sobie żonę, która dwa lata po ślubie wysyła mężowi SMS-a: „Jestem w ciąży :)”?

Myśli sobie: No, może nie od razu przeczyta, może nie będzie mógł wyjść z pracy natychmiast, ale za dwie godziny najpóźniej przyjedzie do domu z kwiatami i razem poświętują. W końcu dwa lata na to czekali. On przeczytał wiadomość, ucieszył się bardzo, ale w międzyczasie telefon mu się rozładował. Pomyślał sobie, że skoro ciąża jest pewna, powinien więcej zarabiać i niepotrzebnie odmówił koledze, który chciał go wciągnąć w dodatkową pracę już wieczorem. Znalazł kolegę i zgodził się na pracę popołudniami. Wraca po 21.00, jeszcze różę udało mu się gdzieś załatwić, i jest bardzo zdziwiony, że żona zamiast ucieszyć się, jest wściekła. O co chodzi? Ci małżonkowie znowu mówią różnymi językami miłości. Ona do szczęścia potrzebuje obecności ukochanej osoby. Chciałaby, żeby najważniejsze chwile w życiu mąż dzielił z nią, by wobec tak doniosłych faktów wszystko inne odłożył na bok. By czuła się kochana, potrzebuje jego obecności. On z kolei ceni sobie przysługi. Informację przyjął z wielką radością, dlatego bez chwili zwłoki postanowił wziąć się do pracy, by ukochanej żonie i dziecku dostarczyć więcej pieniędzy na ich potrzeby. Choć oboje chcą dobrze, także ci małżonkowie nie odkryli, co najbardziej uszczęśliwia ich najbliższych i sądzą według siebie...

Dotyk, podarunki i bak

Są takie osoby, które, aby czuły się kochane, potrzebują dotyku. Mam na myśli dotyk przyjacielski, pozbawiony erotycznych podtekstów, nawet jeśli jest skierowany od męża do żony i odwrotnie. O co chodzi? Pomyślcie o uczniu, który potrzebuje, by nauczyciel położył rękę na jego ramieniu i powiedział: Dasz radę. Przypomnijcie sobie przyjaciółkę, która lubi, by pogłaskać ją po dłoni, gdy poruszacie jakieś trudne tematy. A może twój chłopak uwielbia oglądać filmy, gdy trzymacie się za ręce. Niektórzy właśnie takiego dotyku, „przy okazji„, potrzebują do szczęścia, do tego, by czuli się kochani. Jeszcze innym potrzebne są podarunki. I wcale nie chodzi o to, by były drogie. Czasem jakiś drobiazg dobrze trafiony może uszczęśliwić taką osobę i sprawić, że poczuje się kochana.

Na ile twój bak miłości jest pełny? Na sto procent, osiemdziesiąt czy może dwadzieścia procent... Co mogą zrobić twoi najbliżsi, by zatankować twój bak miłości do pełna? Jeśli masz problemy z odpowiedzią na to pytanie, pomyśl o tym, co robisz najczęściej, by okazać innym przyjaźń, miłość, przywiązanie. Z bardzo dużym prawdopodobieństwem jest to właśnie to, czego ty sam potrzebujesz. Bo z ludźmi jest trochę jak z samochodami. Można jechać na stację benzynową dieslem i zatankować benzynę czy benzyniakiem i zatankować gaz. Tylko po co? Nie dość, że nie ujedzie na tym paliwie, to jeszcze kłopotów sobie przysporzy... Każdy człowiek ma jeden lub maksymalnie dwa języki miłości. Do nas należy wybór, czy będziemy ich używać, by zmieniać świat na lepsze. By ktoś, kogo kochamy czy lubimy, poczuł się szczęśliwy. Nieprzyjaciół też można tak kochać, ale wtedy przestaną nimi być :-).

Aleksandra Nitkiewicz
Redaktor, coach, doradca rodzinny. Współprowadzi warsztaty „Nasza małżeńska kariera” (Częstochowa, 11-12 sierpnia). Zapisy: wytwornia.fundacja@gmail.com .

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Biskup rezygnuje z udziału w Synodzie

2018-09-19 15:27

st (KAI) / Utrecht

Wybrany przez episkopat holenderski jako delegat na październikowy synod o młodzieży bp Robertus Mutsaerts zrezygnował z udziału w tym zgromadzeniu. Jego zdaniem w chwili obecnej, w obliczu ujawniania szeregu skandali w Kościele, kwestia duszpasterstwa młodzieży nie jest najpilniejsza.

Mazur/episkopat.pl

Episkopat holenderski podczas Synodu będzie reprezentował wybrany jako zastępca delegata bp Everardus Johannes de Jong.

Konferencja Episkopatu Holenderskiego wyraziła szacunek dla decyzji bpa. Mutsaertsa. Jednocześnie podkreśliła znaczenie podejmowania konkretnych środków na rzecz bezpiecznego Kościoła dla dzieci i młodzieży. Holenderski episkopat postrzega nadchodzący synod jako szansę i możliwość zajęcia się tymi kwestiami podczas rozmów z biskupami ze wszystkich krajów świata.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

Burzliwe dzieje Kościoła w Estonii

2018-09-21 13:25

Paweł Bieliński / Tallin (KAI)

Estonia, do której chrześcijaństwo dotarło dopiero w XII wieku, zwana była w średniowieczu Maarjamaa - Ziemią Maryi. Kres rozwojowi Kościoła katolickiego w tym nadbałtyckim kraju położyła w XVI wieku reformacja. Katolicyzm był tam zakazany przez kilka stuleci. Kolejny cios odradzającemu się Kościołowi zadały czasy komunizmu. Dopiero po odzyskaniu niepodległości przez Estonię w 1991 r. Kościół katolicki może znów tam swobodnie działać.

rh2010/Fotolia.com

Ziemia Maryi

Historia katolicyzmu na ziemiach estońskich sięga drugiej połowy XII w. Benedyktyński mnich Fulco z opactwa Moutier-la-Celle koło Troyes we Francji został w 1165 r. mianowany biskupem misyjnym dla Estów. W sąsiedniej Liwonii (będącej dziś północną częścią Łotwy) tamtejszy biskup Albert w 1201 r. oddał swą diecezję w opiekę Matki Bożej. Akt ten potwierdził w 1215 r. papież Innocenty III, poświęcając Maryi zarówno Liwonię, jak i Estonię. Od tej pory oba te obszary były nazywane Ziemią Maryi. Tallin stał się siedzibą diecezji, podległej metropolicie w Lundzie w Szwecji, ale szybko przeniesiono ją do Dorpatu (dzisiejsze Tartu). Istniała ona do 1558 r., gdy miasto zajęli Rosjanie.

Stopniowo budowano kościoły i klasztory dla przybywających tam zakonów (dominikanów w 1229, cystersów w 1249 i brygidek w 1409 r.). - Wszędzie w Estonii możemy znaleźć ślady katolickiej przeszłości Estonii, zwykle kojarzonej z epoką średniowiecza - potwierdza administrator apostolski tego kraju bp Philippe Jourdan. Nic dziwnego, w końcu wszystkie ocalałe z dziejowych burz średniowieczne kaplice i kościoły były kiedyś katolickimi miejscami kultu. Katolicyzm dominował w północnej Estonii od 1227 do 1561 r., a w południowej jeszcze dłużej, do 1626 r. Dopiero później luteranizm przejął jego rolę, skądinąd razem z katolickimi świątyniami.

Reformacja

Jesienią 1523 r. Marcin Luter napisał list „Do wybranych i umiłowanych przyjaciół Boga w Rydze, Tallinie, Tartu i Liwonii”, dając tym początek reformacji na tych terenach. Idee reformacyjne trafiły na podatny grunt. Pod ich wpływem już rok później w Tallinie doszło do ikonoklazmu - mieszkańcy zniszczyli ołtarze, obrazy i figury świętych w trzech kościołach, a w 1525 r. wypędzono z miasta dominikanów. Wprawdzie nadal odprawiano Msze św. w katedrze, jednak pod groźbą kar nie wolno w nich było uczestniczyć mieszkańcom. Ostatecznym zwycięstwem reformacji było złożenie w 1561 r. przez Estonię hołdu protestanckiemu królowi Szwecji - kult katolicki w Tallinie wówczas ustał, zastąpiony przez luterański. Do 1577 r. działał jeszcze klasztor brygidek na przedmieściach Tallina, ale w końcu zajęły go wojska rosyjskie.

Katolicyzm przetrwał w Dorpacie, który od 1582 r. należał wraz z Liwonią do Rzeczpospolitej. Rok później przybyli tam jezuici (czterech księży i dwóch braci), którzy otworzyli gimnazjum. W 1600 r. w dorpackim klasztorze było już 31 zakonników. Musieli oni jednak opuścić miasto po zajęciu go przez wojska szwedzkie w 1625 r. Kościół katolicki zupełnie zniknął w Estonii.

Pierwsze odrodzenie

Skromne początki jego odrodzenia przypadają na przełom XVIII i XIX wieku, gdy Estonia należała już do Rosji. W 1798 r. komendant twierdzy w rosyjskim wówczas Tallinie, Hiszpan gen. Jacob Castro de Lacerda zażądał dla swego garnizonu możliwości udziału we Mszy św. Utworzono więc rok później katolicką parafię z siedzibą w refektarzu dawnego klasztoru dominikanów. Podlegała ona archidiecezji mohylewskiej. Po 30 latach parafia liczyła 1500 wiernych, głównie polskich żołnierzy w służbie armii carskiej oraz polskich i niemieckich kupców przebywających w Tallinie. Ponieważ refektarz mieścił tylko 300 osób, w 1841 r. rozpoczęto więc jego rozbudowę. Powstał w ten sposób kościół Świętych Piotra i Pawła (dzisiejsza katedra), który ukończono po czterech latach. Jednak prowadzącym wówczas parafię dominikanom zabroniono jakiejkolwiek pracy misyjnej wśród miejscowej ludności.

Choć powstawały kolejne parafie: w Tartu (1830) i w Narwie (1835), to kościoły w tych miastach oraz w Valdze wzniesiono dopiero na przełomie XIX i XX wieku. W 1914 r. w Estonii żyło 6 tys. katolików. Byli to głównie Polacy i Litwini, przybyli do pracy jako robotnicy, urzędnicy i żołnierze. Po reaktywowaniu w 1918 r. diecezji ryskiej (zniesionej w czasie reformacji), podporządkowano jej estońskie parafie. Po I wojnie światowej liczba katolików spadła do 2 tys., z których połowa mieszkała w Tallinie. Papież Benedykt XV wysłał do Estonii włoskiego jezuitę, o. Antonia Zecchiniego, który w 1922 r. został arcybiskupem i delegatem apostolskim na Litwie, Łotwie i w Estonii. Dwa lata później otrzymał on od Piusa XI nominację na administratora apostolskiego Estonii. W 1927 r. ministerstwo spraw wewnętrznych niepodległej już Estonii uznało statuty katolickich parafii, zgodnie z którymi biskup lub inny przedstawiciel papieża mógł za zgodą ministerstwa zatrudniać do pracy zagranicznych duchownych, gdyby zabrakło miejscowych, zaś kandydaci do kapłaństwa zyskali prawo studiowania zagranicą. Powstały dwie nowe parafie: w Pärnu (Parnawie) i w Rakvere. Dużą wagę przykładano do religijnej edukacji młodzieży. Publikowano literaturę religijną.

W 1931 r. nowym administratorem apostolskim został niemiecki jezuita, o. Eduard Profittlich (od 1936 r. arcybiskup), dotychczasowy proboszcz katedry. Zrozumiał on, że praca duszpasterska w tym kraju będzie owocna, o ile sami Estończycy opowiedzą się po stronie Kościoła katolickiego, który dotychczas nazywany był powszechnie „Kościołem polskim”.

Czasy komunizmu

Po zajęciu Estonii przez Związek Radziecki w 1940 r., abp Profittlich został aresztowany, a w 1942 r. rozstrzelany jako „kontrrewolucjonista” (od 2004 r. trwa jego proces beatyfikacyjny). Wydalono też nuncjusza apostolskiego, abp. Antonio Aratę, który zabrał ze sobą do Watykanu flagi Łotwy i Estonii, obiecując, że przechowa je do czasu odzyskania przez te państwa niepodległości. W 1945 r. do łagru deportowano tymczasowego administratora apostolskiego, luksemburskiego jezuitę o. Henriego Werlinga (1897-1961). Uwolniony w 1954 r., nie chciał wyjechać zagranicę, lecz postanowił spędzić resztę życia w Estonii.

Od 1952 r. w Tallinie posługę duszpasterską pełnił - przez 35 lat - ks. Mikielis Krumpans (1916-1987). Mieszkał w kościelnej wieży. Władze zabraniały organizowania spotkań i zakładania katolickich organizacji. Nie wolno było wydawać katolickiej literatury, ani nawet przygotowywać dzieci do Pierwszej Komunii. Zakazany był także aktywny udział dzieci i młodzieży w liturgii, np. jako ministranci lub członkowie chóru. Kościół katolicki ponownie stał się Kościołem Polaków i Litwinów, gdyż było zaledwie kilkoro rodowitych Estończyków-katolików.

Sytuacja zaczęła się zmieniać w latach 70., gdy zelżał nacisk ze strony państwa. Liczba osób przychodzących do kościoła zaczęła rosnąć. Od 1975 do 2000 r. w Tallinie ochrzczono około 200 dorosłych Estończyków. Nawróciła się m.in. znacząca liczba intelektualistów.

Po śmierci ks. Krumpansa, odpowiedzialność za Kościół w Estonii przejął wyświęcony zaledwie dwa lata wcześniej w Rydze ks. Rein Õunapuu. W 1989 r. zaczął on wydawać miesięcznik „Kiriku Elu” (Życie Kościoła), który zdobył popularność także poza kręgami katolickimi.

Drugie odrodzenie

W 1990 r. powstała parafia w Ahtme. Był to rok odzyskania niepodległości przez Estonię. Kolejne parafie założono w Tallinie (greckokatolicka w 1991 r.) i w Sillamäe (1993). W Tartu powstała szkoła katolicka (1993), a w dzielnicy Pirita w Tallinie znów zamieszkały siostry brygidki (2001).

10 września 1993 r. kilkugodzinną wizytę w Tallinie złożył papież Jan Paweł II. Odprawił Mszę św. na Rynku, odwiedził katedrę katolicką, wziął udział w nabożeństwie ekumenicznym i skierował przesłanie do intelektualistów. Całe społeczeństwo z uwagą śledziło tę wizytę.

Od 1992 r. kolejni nuncjusze apostolscy w krajach bałtyckich (abp Justo Mullor Garcia, abp Erwin Ender i abp Peter Zurbriggen) byli jednocześnie administratorami apostolskimi Estonii, aż do czasu, gdy w 2005 r. funkcję tę objął ks. Philippe Jourdan z Francji, który od dziewięciu lat pracował już w Tallinie.

Kościół katolicki w Estonii liczy obecnie niespełna 6 tys. wiernych (na 1,3 mln mieszkańców kraju), skupionych w 10 parafiach. Według danych z kwietnia 2018 r., pracę duszpasterską wśród nich pełni jeden biskup, 12 księży diecezjalnych i zakonnych (dominikanów), 18 sióstr zakonnych (brygidek, niepokalanek, misjonarek miłości i felicjanek) i jeden brat zakonny (dominikanin). Działa tam też prałatura personalna Opus Dei (której numerariuszem jest bp Jourdan) i założone w 2016 r. diecezjalne seminarium misyjne „Redemptoris Mater” (pierwsze seminarium duchowne w historii Estonii!). W Tallinie ma swą siedzibę Caritas Estonia, zaś w Tartu i Kodasemie czynne są katolickie ośrodki wychowawcze.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem