Reklama

Dom na Madagaskarze

Jeszcze jedna tajemnica wielkości Prymasa Tysiąclecia

Z o. dr. Jerzym Tomzińskim - paulinem, świadkiem życia Stefana Kardynała Wyszyńskiego - rozmawia Lidia Dudkiewicz
Niedziela Ogólnopolska 30/2001

LIDIA DUDKIEWICZ: - Mam wyjątkowy zaszczyt rozmawiać z serdecznym przyjacielem i przez długie lata świadkiem życia Kardynała Stefana Wyszyńskiego. W pamięci ostatnich pokoleń zachował się on jako wybitny hierarcha, nazywany Księciem Kościoła, jako człowiek dostojny, o wielkiej godności. Ojciec miał okazję poznać Prymasa Tysiąclecia prywatnie. Proszę powiedzieć, jakim był człowiekiem?

O. DR JERZY TOMZIŃSKI: - Moje życie kapłańskie od początku było związane z ks. Stefanem Wyszyńskim: najpierw jako biskupem, później - prymasem Polski i kardynałem. Wiele można by mówić o tym wyjątkowym w skali Kościoła powszechnego Kardynale. Najnowsza historia już potwierdza prawdziwość opinii, że był to Hierarcha dany przez Boga na trudne czasy, że był to rzeczywiście Prymas Tysiąclecia. Obchodzony obecnie Rok Kardynała Stefana Wyszyńskiego otwiera przed nami skarbnicę dziedzictwa Księdza Prymasa i zachęca do ogarniania refleksją wielkiego dzieła życia tego wyjątkowego człowieka. Chciałbym zaproponować spojrzenie na ten wybitny autorytet od strony ludzkiej. Myślę, że jest to w pewnym sensie moim obowiązkiem, skoro na tak długi czas Bóg połączył nasze drogi życiowe. Na postawione pytanie - odpowiadam: Był to człowiek wielki, który z wysokości sprawowanej godności, jako głowa Kościoła w Polsce, doskonale widział wszystkich ludzi, a najwyraźniej tych przeciętnych, pochłoniętych powszednimi sprawami codziennego, szarego życia.

- Z pewnością najczęściej spotykał się Ojciec z Księdzem Prymasem na Jasnej Górze. Jak przełożyłby Ojciec na fakty znane słowa Kardynała Wyszyńskiego: "... Stoję na progu Kaplicy Jasnogórskiej i tam zawsze chcę być, choćby mnie wszyscy potrącali!"?

- Prymas Wyszyński dobrze się czuł na Jasnej Górze wypełnionej ogromnymi rzeszami wiernych. Odnosiło się wrażenie, że ten wielki Prymas jest jednym z pielgrzymów. Nie trzeba się też dziwić, iż pomnik Prymasa Tysiąclecia, który został ustawiony u bram Jasnej Góry, przedstawia go w postawie pokory, klęczącego jak zwyczajny pielgrzym utrudzony drogą. Klęka on przed Maryją, bo ku Cudownej Kaplicy jest zwrócony, ale klęka też przed pielgrzymami, którzy właśnie tutaj przechodzą , kończąc pątniczy szlak wiodący do Domu Matki na Jasnej Górze. Gdy Prymas przebywał w Sanktuarium, nie stronił od zwyczajnych ludzi, a oni wyjątkowo lgnęli do niego. Na Jasnej Górze zawsze jest dużo ludzi biednych, w różny sposób okaleczonych, którymi inni często poniewierają. Gdy kiedyś przepraszałem, że tylu ich się nagromadziło w zakrystii i nękają go - wielki Prymas powiedział do mnie: "Synu, a do kogo oni mają pójść, jak nie do Matki?". Zamknął mi usta - takie to było dla niego oczywiste. I potrafił tych biedaków przygarnąć z prawdziwą serdecznością. A ileż jest przykładów ogromnej życzliwości wobec braci usługujących na Jasnej Górze. Dobrze im się rozmawiało o zwyczajnych sprawach. Prymas Wyszyński dla wszystkich był ojcem, a szczególnie dla prostych ludzi.

- Gdy Ojciec mówi o miejscu prostych ludzi w życiu Kardynała Wyszyńskiego, to samo nasuwa się pytanie dotyczące Waszych, często wspólnych wakacji na paulińskiej Bachledówce koło Zakopanego.

- Jako generał Zakonu Paulinów, w 1967 r. zaproponowałem Kardynałowi Wyszyńskiemu spędzenie wakacji na Bachledówce. Jest to wzgórze górujące nad wsią Czerwienne, na Podhalu, przecudne miejsce na polskiej ziemi, jedyny w swoim rodzaju punkt widokowy, z którego można zachwycać się panoramą Tatr i Beskidów. W pogodny dzień góry jakby przybliżają się tam do człowieka, ich szczyty widać wtedy jak na dłoni. Paulińska Bachledówka od pierwszego wejrzenia zachwyciła Księdza Prymasa. Siedem razy pod rząd, w latach 1967-73, przybywał tam na miesięczny odpoczynek.
Na początek i na koniec jego pobytu przyjeżdżał Kardynał Wojtyła. Towarzyszył mu też, wśród wielu osób, ówczesny sekretarz i kapelan - ks. Józef Glemp. Prymas Wyszyński wnosił swoją osobą atmosferę rodzinności i chrześcijańskiej radości. Starsi górale doskonale pamiętają tamte czasy, pamiętają swoje spotkania z Kardynałem Wyszyńskim w paulińskiej kaplicy, a także na wiejskich dróżkach i na leśnych ścieżkach. Ksiądz Prymas łatwo nawiązywał kontakty z góralami. Niejednokrotnie wychodził do nich w pole i pomagał w grabieniu siana. A oni go również za to kochali. A ile się z nim nagadali o swoich troskach i radościach. Kardynał Wyszyński chodził zawsze z różańcem, dużo się modlił i czerpał z mądrości ludzi gór. Patrzył na ich przygarbione, obolałe od roboty plecy, na spękane dłonie i podziwiał ich - pełen pokory, a zarazem wielkiego szacunku dla ludzi ciężkiej pracy.

- Czytelnicy "Niedzieli" znają wyjątkową książkę pt. "Okrusyna casu jak okrusyna chleba", która wyszła dwa lata temu i była obszernie prezentowana na naszych łamach. Opowiada ona o czasach, gdy na Bachledówce przebywali dwaj wielcy Kardynałowie: Stefan Wyszyński i Karol Wojtyła. Okazuje się, że autorami tej książki obok Ojców Paulinów są górale pamiętający tamte spotkania na Bachledówce. Z ich relacji wynika, że Prymas Polski był człowiekiem bezpośrednim i bardzo pogodnym.

- Ksiądz Prymas bardzo aktywnie odpoczywał. Wstawał o godz. 5.00. Dużo się modlił, pracował i pisał. Codziennie rano odprawiał Mszę św. z homilią. Wieczorem uczestniczył w nabożeństwie i prowadził Apel Jasnogórski. Do naszej kaplicy przychodzili na wspólną modlitwę górale z okolicy. Wszyscy bardzo się garnęli do Księdza Prymasa, jak do swojego ojca. Dzieci, które szły na Bachledówkę na Apel Jasnogórski, po drodze zrywały na łąkach i w lasach polne kwiaty i zanosiły do Księdza Kardynała.
Ważne wydarzenie podczas prymasowskich wakacji stanowił zawsze przyjazd na Bachledówkę Kardynała Wojtyły. Wtedy było wyjątkowo rodzinnie i radośnie, szczególnie w związku z imieninami Księdza Prymasa, na początku sierpnia. Były życzenia, góralskie wiersze, śpiewy i tańce ludowe, a wszystko odbywało się bardzo szczerze i serdecznie, jak tylko górale potrafią. Kardynał Wojtyła tworzył wtedy " na żywo" przyśpiewki, wykonywane pięknie brzmiącym, mocnym barytonem.
Ksiądz Prymas był zawsze wierny mieszkańcom Bachledówki i okolic. Gdy wyjeżdżał, np. do Rzymu, pisał do nich listy, w których wyrażał ogromne przywiązanie oraz tęsknotę za lasami i pięknymi polskimi górami, a przede wszystkim za wspólną modlitwą w góralskiej kaplicy.

- Z tego, co Ojciec do tej pory powiedział - rzeczywiście rysuje się wizerunek Kardynała jako człowieka pokornego i bardzo zwyczajnego...

- Bo takim zwyczajnym człowiekiem był ten wielki Prymas - a przykładów jest bez liku. Pamiętam, jak kiedyś we Wrocławiu, podążając w procesji, zauważył płaczące dziecko i stanął, aby je pocieszyć. Ogromna procesja musiała się zatrzymać na ulicy, aby Kardynał mógł porozmawiać z dzieckiem i otrzeć jego łzy.
Pani Maria Okońska pisała kiedyś w Niedzieli o dziewczynce, która tak polubiła Kardynała Wyszyńskiego, że obiecała mu podczas nabożeństwa w archikatedrze warszawskiej, iż pokaże mu swoją nową sukienkę. I przyszła wkrótce do Pałacu Prymasowskiego przy ul. Miodowej w Warszawie na audiencję, aby się zaprezentować w nowej sukience. Ksiądz Kardynał potraktował ją bardzo poważnie i przyjął na rozmowę.
Wszyscy, którzy kiedykolwiek mieli zaszczyt być w gościnie u Prymasa Polski, pamiętają, jak serdecznie pełnił on rolę gospodarza. Zabiegał, aby goście dobrze się czuli, zasiadał za jednym stołem, pilnował, aby talerze były pełne i zabawiał radosnymi anegdotami.
Pan Stanisław - kierowca Prymasa Wyszyńskiego opowiadał, jak kiedyś po wizycie w Koszalinie czy Szczecinie, gdy się okazało, że kierowca nie dostał kolacji, Prymas kazał mu zawrócić, a ujechali już ok. 30 km. Ksiądz Prałat na ich widok prawie zemdlał z przerażenia. No i cóż, naprawił swój błąd i zaprosił kierowcę na kolację.
Takim to zwyczajnym i rozbrajającym w swej dobroci człowiekiem był Prymas Tysiąclecia.

- Podobno Ksiądz Prymas do tego stopnia szanował i kochał kapłaństwo, że gotów był klękać przed kapłanami i całować ich po rękach...

- I rzeczywiście tak się zdarzało. Jak wiemy, Kardynał Wyszyński był konfratrem Zakonu Paulinów. Niejeden z ojców był świadkiem czy uczestnikiem zdumiewającego zdarzenia, gdy po Mszy św., w zakrystii, chwytał on mocno dłonie kapłana i z wielkim szacunkiem składał na nich prymasowski pocałunek. W tym geście było zawsze wiele miłości, pokory i prostoty. Młodym kapłanom zwykle składał życzenia, aby każdą Mszę św. odprawiali jak tę prymicyjną, czyli aby każda Msza św. była dla nich najważniejsza w życiu. Gdy Ksiądz Wyszyński w 1946 r. przyjechał na Jasną Górę na rekolekcje przed otrzymaniem sakry biskupiej, spotykałem się z nim w celu omówienia całej ceremonii. Kiedyś do mnie powiedział: " Słuchaj, pomódl się za mnie, bo ja pisać trochę potrafię, ale rządzić - to chyba nic". Bezgraniczna pokora, prawda?

- Z różnych zapisów dotyczących Kardynała Wyszyńskiego wiemy, że był on człowiekiem niezwykle odważnym, co było wiadome nie tylko w granicach Polski, ale daleko w świecie.

- Tę odwagę postrzegano przede wszystkim w Rzymie. Tam również wysoko ceniono polskiego Hierarchę. Podczas różnych uroczystości, gdy Papież był wnoszony na sedia gestatoria, otrzymywał zawsze burzliwe oklaski. Kto wie, czy nieraz nie większe oklaski miał nasz Kardynał, a rzesze skandowały: "Wyszyński, Wyszyński". Byliśmy tacy dumni, że to idzie Polska właśnie.
Prymas Polski potrafił mądrze rozmawiać w watykańskich kongregacjach, posługiwał się siłą argumentów i dużą roztropnością, ale też był twardy w swych racjach. A musiał wykazać niezwykłą odwagę, szczególnie w okresie Soboru Watykańskiego II, gdy komuniści zorganizowali nagonkę na niego. Nawet na Placu św. Piotra w Rzymie rozdawane były ulotki przeciwko Prymasowi Polski. Komuniści chcieli zniszczyć Kardynała i pozbyć się go z kraju, aby móc ostatecznie rozprawić się z Kościołem. Sytuacja była bardzo skomplikowana. Gdy Prymasa nazywano "czerwonym kardynałem", bo przyjechał ze Wschodu, od komunistów; czy zdrajcą, bo podpisał porozumienie z władzami PRL, on wtedy wyjaśniał, że z władzami się nie kuma, lecz walczy z bestią. Mówił dosłownie: "Gdy się ma naprzeciwko lwa, to się go nie drażni, lecz obłaskawia, aby pokonać bestię". Ot i cała taktyka, która pozwala dobrnąć do celu i zwyciężać na dłuższą metę.
Z Prymasem Polski tak się liczył Ojciec Święty Paweł VI, że pod jego wpływem i dzięki staraniom Kardynała Wojtyły ogłosił Maryję Matką Kościoła, w dodatku dokonał tego nawet nie w Bazylice Santa Maria Maggiore, a w Auli Soborowej wobec Ojców Soboru Watykańskiego II.
Również w Watykanie Ksiądz Prymas rozbrajał swoją prostotą i wszędzie zauważał człowieka. W czasie Soboru cały Rzym mówił, że to ten Kardynał, który podaje rękę karabinierom, tego się bowiem nie praktykowało. Jak wiemy, karabinierzy na motorach stanowili ochronę, gdy kardynałowie przejeżdżali watykańskimi samochodami przez ulice Rzymu.

- Z pewnością naszych Czytelników interesuje Ojca zdanie na temat stosunku do siebie nawzajem dwóch wielkich Polaków: Kardynała Wyszyńskiego i Kardynała Wojtyły.

- Trzeba wiedzieć, że komuniści zgodzili się na Księdza Wojtyłę jako biskupa, a potem kardynała, bo chcieli doprowadzić do konfliktu między Warszawą a Krakowem i osłabić Prymasa Polski. Tymczasem fakty były takie, że w niecałe dwie godziny po ogłoszeniu przez Radio Watykańskie, iż Wojtyła został mianowany kardynałem, pojawił się on w Kaplicy Matki Bożej na Jasnej Górze i po modlitwie oświadczył: " Jadę do Księdza Prymasa". Tak więc nie było rozbicia, a wręcz przeciwnie, natychmiast powstał zgrany duet. Ten duet jest do dziś przykładem, jak dużo można w taki sposób osiągnąć. Ot, taki fakt. Wiemy, że pielgrzymujący obraz Matki Bożej Jasnogórskiej został uwięziony przez władze komunistyczne. Peregrynowały wtedy po Polsce puste ramy. Gdy obraz został wykradziony i pojawił się w Radomiu na szlaku nawiedzenia, wszyscy osłupieli, nawet biskup, który - jak do tej pory - witał puste ramy, a w ramach był już obraz. UB-owcy jeszcze nic wtedy nie zauważyli. Pamiętam, jak Prymas nagle powiedział: "Karol, idziemy!" - krótko i wszystko jasne, jak rozkaz. Ci dwaj Kardynałowie pierwsi wzięli obraz i ponieśli w rzeszę wiernych. Funkcjonariusze byli kompletnie zaskoczeni, bo przecież mieli przed sobą kardynałów z wykradzionym obrazem. I w takich okolicznościach obraz wrócił na szlak nawiedzenia.
Kardynał Wyszyński był człowiekiem wielkim również przez to, że się nie bał wielkich, mądrych ludzi i chętnie się nimi otaczał. Szanował ludzi mających odmienne zdanie na dany temat, pozwalał im dyskutować. Cieszył się, gdy miał blisko siebie Kardynała Wojtyłę. Wielokrotnie posyłał go w swoim imieniu na ważne spotkania, również za granicę. Wyraźnie go windował i pokazywał światu. A Kardynał Wojtyła wszędzie zostawiał dobry ślad.
To od Prymasa Polski osobiście dowiedziałem się o niezwykłej inteligencji Kardynała Wojtyły , który raz książkę czyta i już ją zna w całości. W 1978 r. po jakiejś ważnej rozmowie tych dwóch Kardynałów, a było to na kilka tygodni przed pamiętnym konklawe, Prymas powiedział do mnie: "Wiedziałem, że wielkim człowiekiem jest Wojtyła, ale nie wiedziałem, że aż tak wielkim". No i został papieżem...

- Jak Ojciec osobiście postrzegał Księdza Prymasa?

- Cieszę się, że Bóg obdarował mnie przyjaźnią Księdza Prymasa. Wydaje mi się, iż znałem go od zawsze. Cieszę się, że był Prymasem Jasnogórskim, że dane mi było działać w jego maryjnej szkole i podejmować wielkie akcje duszpasterskie, które z pewnością pozwoliły przetrwać Kościołowi w Polsce mroki terroru komunistycznego. Przebywając blisko niego, odnosiłem wrażenie, że mam kontakt ze świętym. Podpatrywałem Prymasa, bo byłem przekonany, że tak właśnie wygląda święty, i chciałem się od niego wszystkiego uczyć, przede wszystkim świętej cierpliwości i ufności Panu Bogu. Na każdym kroku było widać, że jest człowiekiem zawierzenia i wszystko zanosi do Nieba przez Maryję. Pamiętam doskonale taki przypadek: Przyszedł do niego ktoś ze skargą na proboszcza. Nawymyślał przy okazji na Kościół i na cały świat. Gdy tak pyskował, Prymas w pewnym momencie powiedział mu spokojnie, że już zmówił cząstkę Różańca. Zdumiony mężczyzna grzecznie odszedł.
Taki był nasz Prymas - wszystkie sprawy załatwiał z Panem Bogiem i po prostu zawsze się modlił. Był człowiekiem wielkim i zarazem był człowiekiem równającym się z małymi. Tak potrafią tylko święci.

- Serdecznie dziękuję za rozmowę i życzę Ojcu oraz nam wszystkim, abyśmy mogli wkrótce radować się wyniesieniem sługi Bożego Kardynała Stefana Wyszyńskiego na ołtarze. Z pewnością niecierpliwie czeka na ten moment Kardynał Karol Wojtyła - obecny Papież Jan Paweł II. A my módlmy się do Boga za wstawiennictwem sługi Bożego Prymasa Tysiąclecia i niech się dzieje wola Nieba.

Ślub polskich pielgrzymów w Panamie!

2019-01-16 18:36

zś, ad/Stacja7 / Warszawa (KAI)

Poznali się na ŚDM w Krakowie, wkrótce potem byli już parą. Dlatego nie wyobrażali sobie, by ich ślub mógłby odbyć się gdzie indziej, niż na kolejnych Światowych Dniach Młodzieży. Uroczystość odbyła się w środę 16 stycznia w Panamie - podaje Stacja7.

Magdalena Pijewska

Martyna i Kuba pochodzą z Trzebini. Przyznają, że zainspirowała ich historia innej pary zakochanych, którzy również poznali się na ŚDM a potem wzięli ślub w trakcie kolejnego spotkania w Rio de Janeiro. – Gdy już byliśmy parą, ta historia cały czas chodziła mi po głowie, w końcu zdecydowałem się nią podzielić z Martyną, pamiętam, że było to podczas ŚDM w wymiarze diecezjalnym w Niedzielę Palmową. Martynie pomysł bardzo się spodobał i pomału rozpoczęliśmy przygotowania. Krakowskie ŚDM połączyły nas, a panamskie utrwaliły już na zawsze – zwierza się Kuba.

Wyjazd do Panamy, połączony ze ślubem, wiązał się z wieloma przygotowaniami, w tym formalnościami. Młodzi zdradzają, że pomogli im zaprzyjaźnieni księża, choć wszystkie niezbędne dokumenty udało się skompletować tuż przed wyjazdem. Zadbali również o strój. – Suknia i garnitur bez większych problemów zmieściły się w naszych walizkach, lecz suknia musiała zostać spakowana w worek próżniowy – wyjaśnia Kuba.

Z uwagi na dużą odległość między Polską i Panamą oraz koszty związane z wyjazdem, świadkami zawarcia małżeństwa nie mogli być rodzice pary młodej. – Ostatecznie przeżywają ślub bardziej niż my – śmieje się Kuba, a Martyna zaznacza, że jej mama do końca martwiła się o to, jak wyprasuje suknię i uczesze włosy.

Opowieść o ich związku zaczyna się w 2016 r. podczas Światowych Dni Młodzieży w Polsce. – Nie przypuszczaliśmy, że ten czas aż tak bardzo zmieni nasze życie – przyznaje Martyna Gergont, która podczas ŚDM 2016 była wolontariuszką parafialną. – Do naszego dekanatu przyjechała duża grupa pielgrzymów z Paryża. W parafii Kuby zaplanowane było ich powitanie. Początkowo mieliśmy pomagać w zupełnie innych miejscach, a jednak obydwoje trafiliśmy na jedno ze stanowisk do wydawania posiłków dla pielgrzymów. I tam się właśnie poznaliśmy – wspomina Martyna. Kuba dodaje, że wspólny pobyt na Campus Misericordiae bardzo ich do siebie zbliżył – Po tym niesamowitym tygodniu zaczęliśmy się coraz częściej spotykać i niedługo później zostaliśmy parą. Żadne z nas nigdy nie było w związku i raczej nic nie zapowiadało zmiany. Aż do ŚDM – dodaje.

Przez najbliższe dwa tygodnie na portalu będą publikowane bieżące relacje z przebiegu Dni w Diecezjach oraz Wydarzeń Centralnych ŚDM z Panamy. Wydarzenia, w których biorą udział polscy pielgrzymi, zrelacjonują młodzi z archidiecezji warszawskiej oraz archidiecezji krakowskiej, którzy już wyruszyli do Panamy i od 14 stycznia uczestniczą w Dniach w Diecezjach.

O tym jak wyglądają przygotowania i organizacja Światowych Dni Młodzieży w Panamie na kilka dni przed rozpoczęciem wydarzeń z udziałem Papieża Franciszka, opowie w specjalnym vlogu Michał Kłosowski, który od początku stycznia wraz z wolontariuszami z całego świata pracuje nad organizacją ŚDM w Panamie.

zś, ad/Stacja7

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Cierpienie można przyjąć tylko wiarą

2019-01-16 21:37

Justyna Walicka/Archidiecezja Krakowska

- To jest niepojęta tajemnica, której rozumowo zgłębić do końca nie jesteśmy w stanie. Ale jesteśmy w stanie przyjąć to naszą wiarą. Właśnie dlatego, że Pan Jezus przyjął cierpienie i z cierpieniem się utożsamił i dał się przez nie przeniknąć aż do końca i tym samym przychodzi nam z pomocą - o cierpieniu mówił abp Marek Jędraszewski podczas kolędowej wizyty duszpasterskiej w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie-Prokocimiu.

Jaonna Adamik/Archidiecezja Krakowska

Wicedyrektor szpitala lek. med. Andrzej Bałaga przywitał metropolitę i podziękował za kolejną wizytę, która, jak zaznaczył, jest wsparciem zarówno dla personelu w podejmowaniu nierzadko trudnych decyzji, jak i dla małych pacjentów w ich powrocie do zdrowia.

Prof. Szymon Skoczeń w imieniu zespołu lekarskiego i pielęgniarskiego szpitala poprosił arcybiskupa o błogosławieństwo.

Delegacja dzieci również przywitała metropolitę krakowskiego i złożyła wierszowane życzenia. Młodzi pacjenci zapewnili arcybiskupa o swej pamięci modlitewnej w ich szpitalnej kaplicy.

Metropolita wyjaśnił, że dzisiejsze czytania mówiące o tym jak Chrystus wyrzuca złe duchy i uzdrawia, dopełniają tego, co zaczęło się w Betlejem.

– Bo chodziło o to, żeby Chrystus się światu objawił jako Boży Syn. Jako Ten, który zrodzony przed wiekami z Ojca stał się z Jego woli człowiekiem po to, aby nam przynieść zbawienie.

Arcybiskup podkreślił, że w dzisiejszej Ewangelii jest także mowa o tym, że Chrystus udał się w odosobnione miejsce, by się modlić. I na słowa Apostoła, że wszyscy Go szukają, odpowiedział, że trzeba iść dalej, do kolejnej miejscowości nauczać o Bogu.

W Liście do Hebrajczyków natomiast słyszymy dziś przypomnienie tego, że Chrystus stał się do nas podobny we wszystkim – oprócz grzechu. Metropolita szczególnie podkreślił, że Pan Jezus stał się do nas podobny we wszystkim i stał się jednym z nas. Metropolita zacytował zdanie: „W czym bowiem sam cierpiał, będąc doświadczany, w tym może przyjść z pomocą tym, którzy są poddani próbom.” – Ludzie są poddawani próbom. Ludzie są doświadczani cierpieniem i to miejsce jest szczególnym nagromadzeniem ludzkiego cierpienia. Nie w postaci abstrakcyjnej, nie w postaci ksiąg o cierpieniu czy o tym jak z cierpienia ludzi wydobywać. To jest miejsce, w którym cierpienie przybiera kształt konkretnego człowieka, konkretnego dziecka. I jest to dla nas wszystkich jakaś ogromna tajemnica.

Metropolita zaznaczył, że Chrystus stał się jednym z nas także w cierpieniu, bo On naprawdę cierpiał. I pokazał jak trzeba to cierpienie przyjąć – z całkowitym zaufaniem wobec Boga, nawet, jeśli jest to niezwykle trudne.

– Bo na krzyżu Golgoty (…) było poczucie osamotnienia, była ogromna boleść, ale było też oddanie wszystkiego swemu Ojcu. I była tam także, co trzeba bardzo mocno podkreślić, błogosławiona obecność tych, którzy Pana Jezusa kochali i pozostali Mu wierni aż do końca. Zwłaszcza Jego Przenajświętsza Matka, zwłaszcza Jego najbardziej spośród wszystkich ukochany uczeń Jan. Byli przy Nim i swoją obecnością pokazywali – nie jesteś sam, kochamy Ciebie. Arcybiskup powiedział także, że zdaje sobie sprawę, że łatwo jest powiedzieć, że mamy przyjmować cierpienie. Szczególnie jeśli chodzi o cierpienia dziecka, wobec którego jesteśmy kompletnie bezradni.

– To jest niepojęta tajemnica, której rozumowo zgłębić do końca nie jesteśmy w stanie. Ale jesteśmy w stanie przyjąć to naszą wiarą. Właśnie dlatego, że Pan Jezus przyjął cierpienie i z cierpieniem się utożsamił i dał się przez nie przeniknąć aż do końca i tym samym przychodzi nam z pomocą. Bo jeśli On przeszedł przez bramę cierpienia do pełni życia, to i my ufamy, zmierzając także do Dzieciątka narodzonego w Betlejem, że nas rozumie, że nas swoją miłością ubogaci, że swoim ubóstwem podniesie i że przy wszystkich nierozumieniach tego czym jest cierpienie, a zwłaszcza czym jest cierpienie dziecka, będziemy, będąc blisko Niego, mogli z całą głębią wiary powtarzać słowa wyśpiewywane w Betlejem przez aniołów: „Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom Bożego upodobania, pokój ludziom dobrej woli”.

Po Mszy św. arcybiskup niosąc słowa otuchy odwiedził małych pacjentów w szpitalnych oddziałach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem