Reklama

Akcja dom

Nie tylko wyjście z grobu

Z ks. prof. Józefem Naumowiczem rozmawiała Milena Kindziuk
Edycja warszawska (st.) 13/2002

Zmartwychwstanie Jezusa oznacza, że On żyje: w Kościele, w sakramentach, w sercach ludzi. Obecny jest w miłości, dobroci, przyjaźni, prawości - mówi ks. prof. Józef Naumowicz, znawca pierwszych wieków chrześcijaństwa, wykładowca na Uniwersytecie kard. S. Wyszyńskiego. Wyjaśnia też, jak liczymy datę Wielkanocy i dlaczego jest ona świętem ruchomym.

MILENA KINDZIUK: - Malarze często ukazują Chrystusa wychodzącego z grobu. Czy tak wyglądało Zmartwychwstanie?

KS. PROF. JÓZEF NAUMOWICZ: - To artystyczne wyobrażenie. Sam moment Zmartwychwstania nie miał jednak świadków. Nie widziało go żadne ludzkie oko. Nie jest też możliwe do dokładnego opisania ani przedstawienia. Ewangelie tylko tyle nam przekazują: Chrystus, który umarł, znów żyje i można Go spotkać. I na tym polega istota Zmartwychwstania.

- O Zmartwychwstaniu świadczy pusty grób. Gdy Jan Apostoł wszedł do niego "ujrzał i uwierzył" - jak mówi Ewangelia.

- Tak, zadziwiły go leżące tam płótna i sposób ich rozmieszczenia. Pamiętał, jak Jezus został pochowany. Wcześniej bowiem był świadkiem Jego ukrzyżowania, przebicia boku, śmierci. Niewątpliwie uczestniczył też w złożeniu Go do grobu. Widział, w jaki sposób ciało po namaszczeniu zawinięto w całun i obwiązano, a nadto głowę owinięto " chustą", czyli innym kawałkiem płótna. Gdy natomiast w niedzielę rano wszedł do wnętrza grobu, zobaczył płótna leżące na tym samym miejscu, co w piątek wieczorem. Ponieważ ciało zniknęło, całun opadł. Leżał rozpostarty, ale opaski nie były ruszone. Podobnie, chusta pozostała w tej samej pozycji - nietknięta - jak wtedy, gdy owijała głowę zmarłego. Ciała Jezusa więc nikt nie wydobył z owych płócien. On sam z nich wyszedł w cudowny sposób, nie naruszając układu płócien pogrzebowych.

- Nie było więc to tak, jak w przypadku Łazarza po jego wskrzeszeniu?

- Łazarzowi trzeba było zdjąć opaski, odwinąć chustę, a wszystko działo się na oczach ludzi. Ale on jedynie wracał do poprzedniego stanu, i później ponownie musiał umrzeć. Czym innym jest zmartwychwstanie Jezusa: On nie cofa się do zwykłego życia, ale przekracza próg śmierci. Nie jest już z tego świata, choć zarazem pozostaje w nim obecny.

- Jezus wyszedł z grobu, jak Jonasz z brzucha morskiego potwora?

- Tak, ale nie jest tu ważne jedynie samo "wyjście z grobu". W przypadku Jonasza chodziło o to, że jego przebywanie w brzuchu owego potwora nie tylko nie zakończyło się śmiercią, ale stało się początkiem misji poza granicami jego kraju, przed czym wcześniej się bronił. Stało się początkiem nowego oddziaływania proroka: poszedł on do pogańskiej Niniwy i ją nawrócił. Podobnie śmierć Jezusa i Jego pogrzeb nie oznaczają, że Jego misja się skończyła, ale że wtedy zaczął się jej nowy etap. Od swego zmartwychwstania żyje On i działa w szczególny sposób, nie ogranicza się już do jednego miejsca, narodu, skrawka ziemi. To początek innego rodzaju obecności. Zmartwychwstanie Jezusa oznacza więc, że On żyje: w Kościele, w sakramentach, w sercach ludzi na całym świecie. Obecny jest w miłości, dobroci, przyjaźni, przebaczeniu, prawości. Daje nadzieję zmartwychwstania ostatecznego.

- Jest jeszcze inna analogia. Jonasz przebywał we wnętrznościach ryby przez trzy dni.

- Zgodnie z interpretacją starotestamentalną, po trzech dniach od chwili zejścia z tego świata zaczynał się rozkład ciała. Łazarz leżał w grobie "już cztery dni", jak mówi Ewangelia i jego ciało zaczęło ulegać rozkładowi. Chrystus powstaje z martwych właśnie trzeciego dnia, zanim się zaczął rozkład Jego ciała.

- Centralne dla chrześcijaństwa wydarzenie zmartwychwstania Chrystusa wspominamy co roku. Dlaczego więc data Wielkanocy jest ruchoma?

- Bo jest wyznaczana według kalendarza księżycowo-słonecznego, jakim posługiwano się w Izraelu, także przy wyznaczaniu święta Paschy. Miesiące księżycowe mają inny bieg, niż w kalendarzu słonecznym, jakim posługujemy się w naszym obszarze kulturowym.

- A jak wyznaczano datę Paschy w Izraelu?

- Podaje to Księga Wyjścia, gdy określa zasady pierwszej Paschy, jaka rozpoczynała cudowne wyzwolenie z niewoli egipskiej. Księga ta mówi o zabiciu i spożywaniu baranka z chlebem niekwaszonym i gorzkimi ziołami. Opis kończy się wezwaniem do corocznego odnawiania podobnego obrzędu. Wskazuje również dokładną datę, kiedy należy to czynić: w pierwszym miesiącu roku, czternastego dnia miesiąca, o zmierzchu. Miesiąc, o którym tu mowa, to miesiąc księżycowy, a więc wyznaczony przez fazy Księżyca. Miesiąc ten zaczyna się od nowiu ( Księżyc zwrócony jest wtedy ku Ziemi częścią nieoświetloną i pozostaje niewdoczny) i trwa 28 lub 29 dni. Jego czternasty dzień przypada wtedy, gdy blask tego ciała niebieskiego staje się pełny i najjaśniej rozświetla mroki nocy. Jeżeli pełnia ta następuje po wiosennym zrównaniu dnia z nocą, należy do miesiąca, zwanego "Nisan". Wtedy, a więc podczas pierwszej wiosennej pełni księżyca, świętowano doroczną Paschę.

- A dlaczego Pascha wiąże się z Wielkanocą?

- Jezus bowiem umarł i zmartwychwstał w czasie tego głównego święta Izraela. Także Eucharystię ustanowił podczas wieczerzy paschalnej. Gdy więc Jego uczniowie obchodzili doroczną pamiątkę śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, nawiązywali do kalendarza stosowanego w Starym Testamencie.

- Ewangelie nie są jednak zgodne, czy w czasie Paschy Chrystus spożywał Ostatnią Wieczerzę czy też został już ukrzyżowany.

- Pozostańmy przy tradycji ustanowionej przez Ewangelię św. Jana, która zwraca szczególną uwagę na znaczenie symboliczne dat. Według niej, Jezus umarł czternastego dnia miesiąca Nisan, który wówczas wypadł w piątek. Śmierć nastąpiła wkrótce po godzinie dziewiątej, która odpowiada mniej więcej naszej godzinie piętnastej (było dwanaście godzin dziennych i dwanaście godzin nocnych). Chrystus umierał na Golgocie w czasie, gdy w świątyni zabijano baranki na ucztę paschalną. Stawał się nowym barankiem paschalnym, który zastąpił ofiarę Starego Przymierza. Wieczorem była pełnia: na niebie pojawiał się jasny, pełny księżyc. Zasiadano wtedy do uczty paschalnej. Jezus natomiast swą wieczerzę spożywał wraz uczniami dzień wcześniej. Postępował według innego kalendarza lub też z własnej woli przyśpieszył ucztę paschalną. Ostatnia Wieczerza odbywała się jednak w atmosferze rozpoczynającego się święta, zachowywała starożytny ryt, będąc zarazem już nową Paschą.

- Jaka może być najwcześniejsza data Wielkanocy?

- Nie może ona przypadać przed 22 marca. Zawsze następuje po wiosennym zrównaniu dnia z nocą, ustalonym na 21 marca. Równonoc ta ma znaczenie symboliczne: wyznacza dzień, gdy po mrocznej zimie, światło dnia staje się dłuższe od ciemności nocy. Symbolizuje zwycięstwo światła nad ciemnością. Powszechnie była przyjmowana jako pierwszy dzień wiosny, a więc nowego życia. Stąd datę Paschy wyznacza zawsze pierwsza pełnia Księżyca po wiosennym zrównaniu dnia z nocą, datę Wielkanocy zaś - pierwsza niedziela po pierwszej wiosennej pełni Księżyca.

- Mówi się, że każda niedziela to cotygodniowa Wielkanoc.

- Tak, każda niedziela jest pamiątką Zmartwychwstania. Zauważmy, że zmartwychwstały Jezus przychodzi do swoich uczniów zawsze w pierwszym dniu po szabacie, czyli w dniu po sobocie. "W pierwszym dniu tygodnia" ukazał się Marii Magdalenie i uczniom z Emaus, "pierwszego dnia tygodnia" ukazał się uczniom w Wieczerniku, a "po ośmiu dniach", czyli też w pierwszym dniu tygodnia zjawił się w Wieczerniku ponownie, gdy był już Tomasz. Wynikają stąd ważne przesłania dla naszego traktowania niedzieli.

- Jakie?

- Że jest ona "pierwszym dniem". Ona nie kończy tygodnia, nie jest ostatnim jego dniem jak w systemie rozkładu naszej pracy, nie jest to weekend - jak w systemie naszego wypoczynku. To pierwszy dzień tygodnia, który rozpoczyna nowy czas. Jak wtedy w pierwszym dniu tygodnia Chrystus łamał chleb uczniom w Emaus i zjawił się w Wieczerniku, tak dzisiaj nie można właściwie przeżyć niedzieli bez spotkania Chrystusa Zmartwychwstałego w Wieczerniku, czyli we Mszy św.

- A jak obchodzono samą Wielkanoc w pierwszych wiekach chrześcijaństwa?

- Przede wszystkim było to najważniejsze święto w roku, tym bardziej, że do IV w. nie znano przecież Bożego Narodzenia. Inną cechą starożytnych obchodów było to, że Wielkanoc była mocno związana z chrztem i całą tajemnicą odrodzenia przez sakramenty wtajemniczenia chrześcijańskiego. W zasadzie chrztu udzielano tylko na Wielkanoc, albo przede wszystkim w ową Wielką Noc. Dzięki temu po każdym święcie wspólnoty odradzały się, zasilone przez nowe wielkie grono ochrzczonych. Liturgia wielkanocna była połączona z długą lekturą Pisma Świętego, całonocnym czuwaniem.

- W wielu bizantyńskich kościołach i na ikonach jako " Zmartwychwstanie" przedstawia się "Zstąpienie do Otchłani". Dlaczego?

- Bo przedstawienie to ukazuje istotę Zmartwychwstania: zwycięstwo Chrystusa nad śmiercią i zaproszenie wszystkich ludzi do udziału w tym zwycięstwie. Pokonanie śmierci jest tu przedstawione w sposób niezwykle dramatyczny: oto Chrystus roztrzaskuje bramy piekieł, rozrywa pęta, więzy, łańuchy śmierci, depcze złe moce. Pokonuje śmierć, ale dokonuje tego nie tylko dla siebie, ale dla ludzi. Trzyma bowiem za rękę Adama i Ewę, za którymi podążają całe pokolenia. Pierwsi rodzice symbolizują bowiem ludzkość. Chrystus chwyta ich nie za dłoń, ale dokładnie w tym miejscu ręki, gdzie mierzy się puls, znak życia - i przenosi ich do istnienia. Obraz może najwięcej powiedzieć, czym jest Zmartwychwstanie: pokonaniem śmierci, ale też przeniesieniem do życia.

- Skąd się wzięło "Triduum paschalne"?

- Sama nazwa, mimo że łacińska, pojawiła się chyba dopiero w XX w. Jednak uroczystości Wielkiego Czwartku, Piątku i Soboty sięgają początków chrześcijaństwa. Każdy dzień miał własny charakter: czwartek wyznaczał koniec czterdziestodniowego przygotowania do Wielkanocy, był dniem pojednania pokutników, później stał się dniem wspomnienia Wieczerzy Pańskiej. Piątek - dzień Męki Pańskiej, w sobotę oddawano cześć Chrystusowi złożonemu do grobu. Bardzo ciekawy opis tych trzech wielkich dni w Jerozolimie pozostawiła pątniczka Egeria w końcu IV w.

- A tradycja grobów w kościołach?

- Upamiętnia ona złożenie Chrystusa do grobu, chociaż tradycja ta istniała nie zawsze i nie wszędzie. W średniowieczu, zwłaszcza w krajach północnych, pojawił się zwyczaj, że w Wielki Piątek w grobie składano krzyż, a nawet stawiano Najświętszy Sakrament. Stąd wywodzi się tradycja ubierania grobów, która w Polsce przybrała specjalny charakter zwłaszcza w okresie zaborów w XIX w. czy w oczasie stanu wojennego. Dodajmy, że np. w kościołach w Irlandii w niemal każdym ołtarzu widać wbudowany grób Chrystusa - umarłego i zarazem zmartwychwstałego. Ma to wielką wymowę teologiczną.

- Św. Paweł porównał Zmartwychwstanie do tajemnicy ziarna, które obumiera, aby dać wielokrotne życie.

- Jest to ciekawe porównanie. Ziarno bowiem, gdy nie obumiera, pozostaje samo. W grobowcach egipskich przetrwało nawet przez kilka tysięcy lat. Przetrwało, ale olbrzymie możliwości życia, jakie w tych ziarnach tkwiły, nie zostały wykorzystane. Inne ziarna, które padły w ziemię, obumarły, ale z nich każdorazowo na wiosnę wyrastały nowe obfite kłosy. Obumieranie ziarna jest więc tylko pozorne, w rzeczywistości służy życiu. Prawdziwa śmierć zatem to nie śmierć fizyczna, ale odmowa dawania, zamknięcie się w sobie. Żeby wejść w życie, trzeba umrzeć dla siebie. Umrzeć, aby lepiej żyć.

- Dziękuję za rozmowę.

Przewodniczący Episkopatu: atmosfera polityczna wymaga zmiany

2019-01-19 08:55

rozmawiał Tomasz Królak / Warszawa (KAI)

Pomysł by Kościół podjął się obecnie roli mediatora to nonsens, bo taka propozycja powinna wyjść najpierw od polityków wszystkich partii - stwierdził w rozmowie z KAI abp Stanisław Gądecki. Zdaniem przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski trzeba realizować dobro wspólne w zupełnie inny sposób, tak z jednej, jak i z drugiej strony.

Eliza Bartkiewicz/episkopat.pl

Tomasz Królak (KAI): Księże Arcybiskupie, po zabójstwie prezydenta Adamowicza, sytuacja w Polsce jest napięta, pełna niepokoju. Co przewodniczący Episkopatu myśli o tym, co się stało?

Abp Stanisław Gądecki: – Sytuacja jest istotnie napięta. Dlatego trzeba też ważyć słowa, które się w takim momencie wypowiada. Z jednej strony trzeba koniecznie wyrazić żal, przede wszystkim wobec rodziny Zmarłego, ale także wobec gdańszczan, a zwłaszcza współpracowników zamordowanego Prezydenta. Morderstwo na tym szczeblu jest w Polsce precedensem. Innych ludzi „na świeczniku” może stąd ogarnąć uzasadniony niepokój.
Wiemy, że na świecie zdarzały się już nieraz podobne akty przemocy, których ofiarami – czasami śmiertelnymi – padali samorządowcy i politycy. Jest to zjawisko, które, niestety, z natury zagraża zaangażowaniu politycznemu, które zazwyczaj lubi wskrzeszać w ludziach silne emocje. Zdarza się, że ma to swoje oddziaływanie na osoby, które – bądź to najęte, bądź z własnej inicjatywy – czynią komuś zło, ponieważ jest ważną figurą publiczną.
Myślę też, że żaden, nawet najdoskonalszy system ochrony nie jest w stanie obronić człowieka na stanowisku przed atakami. Przypomnijmy sobie próbę zamordowania papieża Jana Pawła II czy atak na brata Rogera z Taizé, który został śmiertelnie kilkakrotnie ugodzony nożem przez chorą psychicznie osobę. Przy częstych wystąpieniach publicznych można ograniczyć niebezpieczeństwo ataku, ale nie można go całkowicie wyeliminować, chyba że przy każdym człowieku sprawującym publiczny urząd postawimy kilku ochroniarzy.
W sumie, wydaje się, że niewielu jest takich ludzi, którzy w sposób zupełnie świadomy i dobrowolny pragną czynić zło, krzywdzić innych ludzi i samych siebie, łamać normy moralne czy lekceważyć własne sumienie. Mimo to byli, są i będą tacy ludzie i takie środowiska, które promują złe, a w konsekwencji destrukcyjne sposoby postępowania.
Myśląc o tym, co się stało, chciałbym zwrócić uwagę na to, czym kończy się często lekceważenie formacji chrześcijańskiej. Agresor nie zna, albo nie traktuje poważnie historii Kaina i Abla (Rdz 4,8-12), w której jeden człowiek objawia swoją nienawiść wobec drugiego; staje się jego nieprzyjacielem. „Cóżeś uczynił? – mówi Pan Bóg. Krew brata twego głośno woła ku Mnie... Bądź więc teraz przeklęty na tej roli, która rozwarła swą paszczę, aby wchłonąć krew brata twego, przelaną przez ciebie” (Rdz 4,10-11).
Morderca lekceważy piąte przykazanie Dekalogu, które zakazuje – pod grzechem ciężkim – zabójstwa bezpośredniego i zamierzonego. Zabójca i ci, którzy dobrowolnie współdziałają w zabójstwie, popełniają grzech, który woła o pomstę do nieba (Rdz 4,10). Piąte przykazanie zakazuje nawet podejmowania jakichkolwiek działań z intencją spowodowania pośrednio śmierci drugiej osoby.
Kara za ten czyn jest straszna. „Zabójca nie nosi w sobie życia wiecznego” – uczy św. Jan w swoim Pierwszym Liście. Kto więc – przy pełnej świadomości – podejmuje się takiej zbrodni, niezależnie od tego, czy jego ofiarą jest prezydent czy bezdomny człowiek pod mostem, sam siebie – jeśli się nie nawróci – pozbawia życia przyszłego, które trwa wiecznie. Nie ma cięższej kary dla człowieka. I to należy podkreślić w pierwszym rzędzie.

- Co robić, by do takich ataków nie dochodziło, a przynajmniej ograniczyć możliwość podejmowanych prób?

- – Odpowiedź Kościoła brzmi: nawracać się, wracać do Ewangelii i zauważać to, czego Pan Jezus uczy cały czas swoich naśladowców, to znaczy pełnego miłości odnoszenia się do wrogów. To jest istota sprawy. Wszystko inne jest tylko pochodną. Najważniejsze jest Jezusowe przykazanie „miłujcie waszych nieprzyjaciół” (Mt 5,44). Nienawiść jest nie do pogodzenia z przesłaniem chrześcijańskim, z faktem bycia chrześcijaninem. Nie można godzić się z tym, by w narodzie chrześcijańskim niektórzy ludzie lekceważyli nakaz samego Chrystusa. Nawet jeśli zostałeś skrzywdzony, nie zwyciężaj zła złem, ale „zło dobrem zwyciężaj” (Rz 12,21).
Wszystko inne jest tylko konsekwencją takiej postawy. Jest z nią nie do pogodzenia język pełen zawiści, zazdrości, niechęci a nawet nienawiści do drugiego człowieka. Nie chodzi tu jednak o eliminację tzw. „mowy nienawiści”, która jest pojęciem ideologicznym lewicy, służącym do zamknięcia ust przeciwnikom politycznym. Ci, który nawołują do walki z „mową nienawiści”, często sami stosują ją chętnie wobec swoich oponentów.
Sygnałem ostrzegawczym w tym względzie jest sytuacja, w której chrześcijanie stopniowo rezygnują z języka Ewangelii, a coraz częściej zaczynają posługiwać się ideologiczną, „poprawną” politycznie nowomową ateistów i liberałów. Chętnie podkreślają wtedy, że chrześcijaństwo to religia miłości i miłosierdzia, że Kościół jest dla grzeszników, że nie wolno nikogo oceniać ani potępiać. Zapominają natomiast o tym, że Jezus wzywa wszystkich grzeszników do nawrócenia, a swoim wyznawcom wręcz nakazuje iść i upomnieć każdego z błądzących braci czy sióstr. Chrześcijanie, którzy poddają się ideologicznym manipulacjom, miłość do człowieka zastępują akceptacją, a prawdę o jego postępowaniu zastępują sloganem o tym, że należy być tolerancyjnym. Konieczne jest zatem uczenie się języka Ewangelii, jedynego zdolnego wyrazić pełen szacunek dla drugiego człowieka, niezależnie od jego pochodzenia, wykształcenia, pozycji , kultury i wiary.

- Czy Episkopat zabierze głos odnoszący się do napiętej sytuacji w naszym kraju?

- – Od dawna jest przygotowywany w tej materii list społeczny. Na razie jest on w fazie konsultacji. Gdyby to ode mnie zależało, nie wydawałbym takiego listu w obecnej sytuacji, pełnej napięcia, żalu i rozgoryczenia i niegodnych prób wykorzystania tej śmierci dla celów politycznych. Potrzebna jest spokojna atmosfera, umożliwiająca spokojny i wyważony obiór takiego tekstu. Chcemy uniknąć też stawania po czyjeś stronie, nawet w zawoalowanej formie.

- Kilkanaście godzin po ataku nożownika oceniał Ksiądz Arcybiskup, że „kto inspiruje do wzajemnej walki, koniec końców przywołuje burzę”. Czy zatem uważa Ksiądz, że na sprawcę, który był chory psychicznie, mogła też oddziaływać fatalna atmosfera życia politycznego?

- – Na ile coś prawdziwego można wnioskować w oparciu o doniesienia medialne, to morderca mścił się za rzekome doznane krzywdy. Gdybyśmy jednak za krzywdę mieli uznać to, że złoczyńca zostaje ukarany za swoje zbrodnie i zamknięty do więzienia, byłoby to zaprzeczeniem sensowności istnienia samego prawa.
Czy to, co się stało w Gdańsku, jest wynikiem atmosfery politycznego sporu? Z pewnością atmosfera polityczna działa silnie na bezkrytycznych ludzi. Ale w tej chwili nie chodzi o diagnozowanie tego, czy i na ile atmosfera polityczna odegrała tu jakąś istotną rolę. Ważniejsza jest konieczność zmiany atmosfery. Ten proces trzeba zacząć od uderzenia się we własne piersi i przyznania się do winy, co powinno prowadzić do wyznania grzechów i zadośćuczynienia. Chodzi więc w sumie o realizowanie dobra wspólnego w zupełnie inny sposób, tak z jednej, jak i z drugiej strony.

- W liście Episkopatu z 2017 r. pt. „Chrześcijański kształt patriotyzmu” pada wyraźny apel o zmianę języka, co dopiero dziś stanęło w centrum społecznej refleksji. Biskupi postulowali „refleksję nad językiem” gdyż „miarą chrześcijańskiej i patriotycznej wrażliwości staje się wyrażanie własnych opinii z szacunkiem dla – także inaczej myślących – współobywateli (...)”. Z jednej strony pojawiają się apele o to, „aby Kościół coś powiedział” a jednocześnie zupełnie nie słucha się tego, co Kościół ma do powiedzenia, bo przecież te słowa nie wywołały wtedy praktycznie żadnej refleksji i nie przyniosły skutku...

- – Czasami politykom się zdaje, że to, co mówi Kościół jest tak ogólne, że aż całkiem nieistotne. Dlatego lekceważą głos Kościoła, jeśli nie dmie w ich tubę. Inni domagają się, by Kościół przyjął teraz rolę mediatora, aby zebrał wszystkie stronu sporu i usiłował je nakłonić do zmiany stanowiska. Uważam to za nonsens, bo taka propozycja powinna wyjść najpierw ze strony wszystkich partii. Dziś jednak te partie są tak skupione na sobie, że gdyby zmieniły swoją taktykę, straciłyby grunt pod nogami.

- Muszą grać to samo...

- – Nie są w stanie zmieniać swojej muzyki. Próby mediacji już bywały, na przykład abp Głódź próbował niegdyś godzić różne frakcje, ale z tego nic nie wyszło.
Jakakolwiek mediacja mogłaby być skuteczna tylko i wyłącznie wówczas, gdyby inicjatywa wyszła od samych zainteresowanych, którym zależy na pokoju ojczyzny. Jeśli na tym zależy mnie, jako przewodniczącemu Episkopatu, to jeszcze za mało.

- A jeśli politykom nie zależy, to wystawia im to chyba słabe świadectwo?

- – Jestem daleki od potępiania polityków, bo polityka to najpiękniejsza służba, jaką człowiek może oddać ojczyźnie. Każdy w swoim sumieniu powinien osądzić, co robi.

- Mieliśmy w przeszłości kilka takich momentów, np. po katastrofie smoleńskiej czy, zwłaszcza, po śmierci Jana Pawła II, gdy obiecywaliśmy sobie, że to nas zjednoczy, że nie może być tak, jak dotąd. Obecna atmosfera wzbudziła podobne nadzieje.

- – Hasła, w stylu „nigdy więcej” są komiczne. One starają się zaklinać rzeczywistość, ale nic nie wnoszą; są samouspokojeniem dla ich autorów.

- Ale czy to jest nasza, polska cecha?

- – Nie, podobnie jest wszędzie na świecie.

- Czy jednak jako przewodniczący Episkopatu zachowuje Ksiądz Arcybiskup nadzieję, że będziemy żyć teraz w bardziej pokojowej Polsce?

- – Nadzieję trzeba zachowywać zawsze, nadzieja umiera ostatnia. Trzeba przypominać historie polskiej niezgody. Wskazywać na jej konsekwencje i poruszać sumienia. O tym właśnie mówiłem w Świątyni Opatrzności podczas Mszy z okazji 100. rocznicy odzyskania niepodległości.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

Inną drogą udali się z powrotem

2019-01-19 22:06

A.Cz.

Kiedy zastanawiamy się nad wędrówką Trzech Króli, myślimy przede wszystkim o gwieździe, która ich prowadziła, o spotkaniu z przebiegłym Herodem i darach, jakie wcielony Bóg otrzymał od przybyłych z daleka podróżników. Mamy świadomość, iż złoto, kadzidło i mirra stanowią antycypację losu Jezusa i już w chwilę po narodzinach określają jego przeznaczenie. Wiemy, jak potoczy się dalej historia życia Zbawcy.

www.pl.wikipedia.org
Podróż Magów, James Tissot.
Zobacz

Scena pokłonu Trzech Króli fascynowała wielu malarzy. Zapewne dlatego, że wielkim artystycznym wyzwaniem są odmienna, egzotyczna uroda podróżników, nieznane zwierzęta, na których jechali, wymyślne nakrycia głów dostojników, długie kolorowe płaszcze uszyte z ciężkich tkanin, przy królewskich pokłonach układające się w skomplikowane struktury i wymyślnie udrapowane figury. Albrecht Dürer, Sandro Botticelli, Leonardo da Vinci, Giovanni di Paolo, Fra Angelico, El Greco… Ranga wymienionych malarzy najlepiej świadczy o popularności tematu i nieodpartej chęci przedstawienia go w swoisty, oryginalny sposób. We wszystkich ikonograficznych prezentacjach historii podróży wschodnich władców centralne miejsce zajmuje pokłon Trzech Króli.

Fragment Ewangelii św. Mateusza (2, 1-12) dużo uwagi poświęca spotkaniu Mędrców z Herodem i roli gwiazdy w ich podróży. Autor relacjonuje także spotkanie wędrowców z Bogiem, dary, jakie składają Dzieciątku. Mało uwagi poświęca temu, co nastąpiło po spotkaniu Magów z Dzieciątkiem. Św. Mateusz pisze tylko, że Królowie “inną drogą udali się z powrotem do swojego kraju”. Oczywiste jest, że zmiana trasy odbyła się po ingerencji Anioła i z troski o bezpieczeństwo małego Jezusa. Ale co po drodze przeżywali Królowie? Jak zmieniło się ich życie? Przysłowie mówi, że “podróże kształcą”. Jaką naukę wynieśli władcy ze spotkania z Nowonarodzonym?

Na te pytania daje odpowiedź amerykański poeta mieszkający w Wielkiej Brytanii, laureat Nagrody Nobla z 1948 roku, Thomas S. Eliot, w swoim wierszu Podróż Trzech Króli. Napisany w 1927 roku utwór możemy czytać po polsku dzięki przekładom Józefa Czechowicza (najwcześniejszy, z 1938 roku), Jerzego Pietrkiewicza i Antoniego Libery. Przyjmuje się, że wiersz stanowi wyraz przełomu duchowego autora, jest figurą jego nawrócenia i włączenia do wspólnoty kościoła anglikańskiego. Eliot opowiada dzieje wyprawy Trzech Króli – trudy wędrówki, zmaganie się ludzi i zwierząt z nieprzychylnym klimatem, poczuciem wyobcowania, trudnościami z aprowizacją, głodem i zniechęceniem. Przybywający z bogatych, ciepłych krain wędrowcy musieli pokonać nie tylko zmęczenie, ale i własny głos rozsądku, kierujący ich z niebezpiecznej drogi z powrotem do domu.

Można powiedzieć, że wierszowi Trzej Królowie podążali ku Jezusowi po znakach, które w przyszłości miały się wypełnić treścią Chrystusowej biografii. Pisze Eliot:

“Stanęliśmy przed gospodą porosłą liśćmi wina;

W otworze drzwi sześć rąk rzucało raz po raz kośćmi i zgarniało srebrniki,

Stopy zaś uderzały w puste bukłaki po winie.

Nikt jednak tam nic nie wiedział; ruszyliśmy więc dalej

I dopiero pod wieczór, prawie w ostatniej chwili,

Trafiliśmy w to miejsce – można powiedzieć – właściwe. “

Przedstawiona gra w kości, w której wygraną są srebrniki jest wyraźnym sygnałem zdrady Judasza. My już wiemy, że ma ona nastąpić w trzydzieści trzy lata po podróży Trzech Króli. Potrącane pod stołem puste bukłaki po winie są oczywistą prezentacją stanu świadomości grających – biblijne stare zbiorniki tutaj nie zostały napełnione nową treścią, dlatego też, jak pisze poeta, “nikt jednak tam nic nie wiedział”.

Sens wędrówki Magów nie polega na ich geście złożenia darów. Złoto, kadzidło i mirra znaczą dopiero w perspektywie życia Chrystusa i jego męki. Podobnie mijani po drodze ludzie w gospodzie też nie wiedzą – ich srebrniki nie ważą jeszcze tyle, co zdrada, a bukłaki są zwykłymi przedmiotami. Przed spotkaniem z Bogiem wędrowcy pozostają nieświadomi. Dopiero droga powrotna naznacza sensem całą ich, wydawałoby się, nierozsądną wyprawę. Pisze Eliot:

“Pamiętam, było to dawno;

Dziś bym postąpiłbym tak samo, tylko trzeba zapytać

Trzeba zapytać

O to: czy cała ta droga nas wiodła

Do Narodzin czy Śmierci? Że były to Narodziny, to nie ulega kwestii,

Mieliśmy na to dowody. Bywałem świadkiem narodzin i byłem też świadkiem śmierci,

I było dla mnie jasne, że są to różne rzeczy; jednak te narodziny

Były dla nas konaniem, ciężkim jak Śmierć, śmierć nasza.

Wróciliśmy do siebie, do naszych starych Królestw,

Ale w tym dawnym obrządku jakoś nam już nieswojo,

Obco wśród tego tłumu zapatrzonego w swe bóstwa.

Rad byłbym innej śmierci.”

Powrót do domu oznacza więc całkowitą, radykalną zmianę świadomości. Trasa, w Biblii uzasadniona poleceniem Anioła, jest inna, bo podróżują nią inni ludzie. Narodziny Chrystusa stały się dla wędrowców śmiercią, konaniem. Podczas drogi do Betlejem umarło stare ja, nowy człowiek nie mieści się już w pozostawionym niegdyś, ciepłym i wygodnym świecie. Spotkanie z prawdziwym Bogiem przekreśla sens całego dotychczasowego życia Trzech Króli. I sprawia, że dopiero teraz poznają prawdziwą wartość swojej egzystencji. Cena tej wiedzy już nie jest ważna. “Dziś postąpiłbym tak samo” – mówi po zakończeniu trudów wędrówki jeden z nich, odnowiony człowiek.

Czy Boże Narodzenie odnowiło także nas? Czy oddany przez nas nie tak dawno pokłon przed Dzieciątkiem w stajence pozostał tylko pustym, rytualnym gestem?

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem