Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Franciszek u św. Marty: niebo to spotkanie z Jezusem

2018-04-27 11:45

st (KAI) / Watykan

Grzegorz Gałązka

Niebo to nie miejsce trochę nudne, jak niektórzy myślą, ale spotkanie z Jezusem – powiedział papież podczas porannej Eucharystii w Domu Świętej Marty. W swojej homilii, nawiązując do pierwszego czytania (Dz 13,26-33), w którym autor przedstawia mowę Pawła w synagodze w Antiochii, Ojciec Święty poruszył kwestię Bożej obietnicy wiecznego szczęścia. Idziemy przez życie pewni, ufając tej obietnicy – zaznaczył Franciszek.

Papież przypomniał, że mieszkańcy Jerozolimy i ich przywódcy nie rozpoznali Jezusa i skazali go na śmierć, ale On następnie zmartwychwstał. Wówczas Paweł powiedział „My właśnie głosimy wam Dobrą Nowinę co do obietnicy danej ojcom: że Bóg spełnił ją wobec nas jako ich dzieci, wskrzesiwszy Jezusa”. Ojciec Święty zaznaczył, że lud Boży mając tę obietnicę w sercu, i wiedząc, że jest ludem wybranym wyruszył w drogę. Miał świadomość, że Bóg jest wierny. Franciszek przypomniał, że również chrześcijanie dnia dzisiejszego są w drodze. Czasami myślą o jakimś abstrakcyjnym, dalekim niebie, ale nie idzie o miejsce, ale „o drogę ku spotkaniu: ostatecznym spotkaniu z Jezusem. Niebo jest spotkaniem z Jezusem” - zaznaczył papież.

Ojciec Święty zachęcił, byśmy powracali do tej myśli, że pielgrzymujemy przez życie, aby spotkać Jezusa. Spotkanie, które sprawi, że będziemy się cieszyć na wieki. Franciszek dodał, że Pan Jezus nie oczekuje nas biernie, gdyż zapewnił nas, że „przygotuję wam miejsce” (J 14,3). Zatem Jezus wstawia się za nami. „Jezus modli się za mnie, za każdego z nas. Musimy to jednak powtórzyć, aby przekonać samych siebie: On jest wierny i modli się za mnie. Właśnie teraz, w tej chwili” – stwierdził papież.

Reklama

Ojciec Święty przypomniał słowa Pana Jezusa wypowiedziane do Piotra: „Ja prosiłem za tobą, żeby nie ustała twoja wiara” (Łk 22,32) i podkreślił, że te same słowa Pan Jezus kieruje do każdego z nas. „A każdy z nas musi powiedzieć: «Jezus modli się za mnie», pracuje, przygotowuje dla nas to miejsce. On jest wierny, czyni to, bo obiecał. Niebo będzie tym spotkaniem, spotkaniem z Panem, który tam poszedł, aby przygotować miejsce, spotkanie każdego z nas. A to nam daje ufność, sprawia wzrastanie ufności” – powiedział Franciszek

Na zakończenie swej homilii papież podkreślił że Pan Jezus jest kapłanem- orędownikiem aż do końca świata. „Niech Pan obdarzy nas świadomością tego, że jesteśmy w drodze, mając tę obietnicę. Niech Pan nas obdarzy tą łaską: aby spojrzeć w górę i pomyśleć: «Pan za mnie się modli»” – stwierdził Ojciec Święty.

Tagi:
homilia Franciszek

Franciszek: w szkole Maryi uczymy się wyruszać w drogę, aby umieć wytrwać w obliczu prób i trudności

2018-12-12 20:56

kg (KAI) / Watykan

W szkole Maryi uczymy się udawać się w drogę, aby dojść tam, gdzie mamy być: trwać przy tak wielu ludziach, którzy stracili lub zostali okradzeni z nadziei – powiedział Franciszek w kazaniu podczas Mszy św. 12 grudnia w bazylice św. Piotra w Watykanie. Eucharystia w języku hiszpańskim była sprawowana w liturgiczne wspomnienie Matki Bożej z Guadalupe – patronki Meksyku i całej Ameryki. Wraz z papieżem koncelebrowali ją liczni kardynałowie, arcybiskupi i biskupi, głównie z Kurii Rzymskiej i Ameryki Łacińskiej.

Grzegorz Gałązka

Nawiązując do pierwszych słów Maryi z Magnificat, zawartych w odczytanym podczas tej Mszy fragmencie Ewangelii św. Łukasza Ojciec Święty zauważył, że w ten sposób staje się Ona pierwszą „nauczycielką Ewangelii”, przypomina nam o obietnicach złożonych naszym ojcom oraz wzywa do wysławiania miłosierdzia Pana. Maryja uczy nas, że w dziele misji i nadziei nie potrzeba wielu słów ani programów, gdyż Jej sposób działania jest bardzo prosty: udała się w drogę i śpiewała - stwierdził kaznodzieja.

Rozwijając pierwszy z tych składników zaznaczył, że Matka Boża w swej trosce o innych zaraz udała się do swej krewnej Elżbiety, aby wspierać ją w ostatnim okresie ciąży, potem do swego Syna Jezusa, gdy zabrakło wina na weselu w Kanie. A gdy już posiwiała, szła z Nim na Golgotę, aby stanąć u stóp krzyża. „Na tym progu ciemności i bólu nie znikła ani nie uciekła, ale poszła, aby tam być” – podkreślił papież.

Dodał, że podobnie wyruszyła do Tepeyac w Meksyku, aby towarzyszyć Janowi Diego [któremu się objawiła 12 grudnia 1531 – KAI] i dziś nadal wędruje przez Amerykę w swym obrazie lub kopii, przez zapalone świece lub medaliki, w odmawianym różańcu czy Pozdrowieniu Anielskim, wchodzi do domu, do celi więziennej, sali szpitalnej, do domu starców, do szkoły, kliniki rehabillitacyjnej... Przychodzi tam, aby powiedzieć: „Czyż nie jestem twoją Matką?”. Bardziej niż ktokolwiek inny potrafiła być blisko, jest kobietą, która wędruje z delikatnością i czułością matki, gości w życiu rodzinnym i uczy nas stać pośród burzy – przypomniał Franciszek.

Zwrócił uwagę, że w szkole Maryi uczymy się wyruszać w drogę, aby dojść tam, gdzie mamy być, aby stać w obliczu tak wielu istnień ludzkich, które straciły lub zostały okradzione z nadziei. Uczymy się tam także wyruszania do dzielnic i miast „nie w butach magicznych rozwiązań, szybkich odpowiedzi i natychmiastowych efektów, nie z mocą fantastycznych obietnic pseudopostępu, dzięki któremu możemy osiągnąć jedynie przywłaszczenie sobie różnych tożsamości kulturowych i rodzinnych oraz podważania tej tkanki życiowej, która utrzymywała nasze narody, aby ustanowić jedyną i jednostronną myśl”.

W szkole Maryi uczymy się wędrowania do miasta i karmienia serca wielokulturowym bogactwem, którym żyje ten kontynent, gdy jesteśmy zdolni słuchać tego utajonego serca, które bije w naszych narodach i które strzeże jak płomyk pod popiołem poczucia Boga i Jego nadprzyrodzoności, świętości życia, szacunku dla stworzenia, więzów solidarności, radości sztuki dobrego życia oraz zdolności bycia szczęśliwym i czynienia innym radości bez żadnych warunków – oświadczył papież.

Mówiąc o śpiewaniu, wskazał, że Maryja idzie, z radością głosząc cuda, jakie Bóg uczynił swej służebnicy, mimo Jej małości. A Ona jak dobra Matka pobudza do śpiewu, stając się głosem tych, którzy czują, że nie mogą śpiewać. Udziela głosu Janowi, który poruszył się w łonie swej matki Elżbiety, starcowi Symeonowi, który zaczyna prorokować. W szkole Maryi uczymy się, że Jej życie jest naznaczone nie przez odgrywanie głównej roli, ale przez to, że dzięki Niej inni odgrywają taką rolę. Dodaje odwagi, uczy rozmawiania a przede wszystkim zachęca do odważnego życia wiarą i nadzieją – podkreślił kaznodzieja.

Zwrócił uwagę, że w szkole Maryi "uczymy się odgrywania głównej roli, ale nie po to, aby upokarzać, źle traktować czy poniżać innych, aby samemu czuć się silniejszym lub ważniejszym, nie po to, aby uciekać się do przemocy fizycznej lub psychologicznej, aby czuć się bezpiecznym i chronionym". Matka Boża uczy, że "prawdziwy protagonizm polega na przywracaniu godności tym wszystkim, którzy upadli i na czynieniu tego wszechmocną siłą miłości Bożej, która jest niepokonaną siłą Jego obietnicy miłosierdzia".

Stąd płynie konieczność unikania pokusy nadawania protagonizmowi "siły zastraszania i władzy, krzyku silniejszego lub opierania się na fundamencie kłamstwa i manipulacji" - przestrzegł Ojciec Święty. Dodał, że "wraz z Maryją Pan strzeże wiernych, aby nie zatwardzali serc i mogli stale rozeznawać odnowioną i odnawiającą moc solidarności, zdolnej do słuchania Boga w sercach mężczyzn i kobiet naszych narodów".

Na zakończenie podkreślił, że "Guadalupana" - dzięki temu, że wędrowała i śpiewała na całym kontynencie - nie jest wspominana wyłącznie jako Indianka, Hiszpanka, Latynoska czy Afroamerykanka, ale "po prostu jest Latynoamerykanką: Matką ziemi płodnej i wielkodusznej, na której wszyscy w taki czy inny sposób mogą odgrywać główną rolę w budowaniu świętej Świątyni rodziny Bożej". "Synu i bracie latynoamerykański, nie lękaj się śpiewać i wędrować jako to uczyniła twoja Matka" - zakończył swe kazanie Franciszek.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Idę po śmierć, idę po życie

2018-11-28 11:01

Z ks. Piotrem Pawlukiewiczem – słynnym rekolekcjonistą, zmagającym się z ciężką chorobą – rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP
Niedziela Ogólnopolska 48/2018, str. 18-20

Ks. Piotr Pawlukiewicz to jeden z najbardziej znanych polskich rekolekcjonistów.
Na spotkania z nim przychodzą wielkie rzesze wiernych. Znany jest również z niedzielnych kazań podczas Mszy św. transmitowanej przez Polskie Radio. W wyjątkowym wywiadzie dla „Niedzieli” opowiada o swojej chorobie, o tym, jak przygotować się na śmierć, i dlaczego warto dążyć do świętości

youtube

KRZYSZTOF TADEJ: – „Wstań. Albo będziesz święty, albo będziesz nikim” – to tytuł najnowszej Księdza książki. Dlaczego tak wysoko stawia Ksiądz poprzeczkę? Nie lepiej powiedzieć: „Czyń więcej dobra” lub po prostu: „Bądź lepszy”?

KS. PIOTR PAWLUKIEWICZ: – Wysoko to nie znaczy ponad ludzkie możliwości. Co to znaczy być świętym? Jeśli ktoś myśli, że święty to ten, kto nie popełnia błędów, że to chodzący ideał, to rzeczywiście za wysoko stawiam poprzeczkę. Ona będzie nieosiągalna nawet dla papieża. Ale dla mnie święty to ten, kto dąży do świętości. Małymi krokami – dwa centymetry na godzinę, milimetr na rok. Idzie do świętości, a jak się cofnie, upadnie, zgrzeszy, to z pokorą podejmuje decyzję, żeby nadrobić stracony dystans. Wraca na poprzednią drogę, mozoli się, żeby osiągnąć łączność z Chrystusem.

– Czym zatem jest świętość?

– Świętość to wybór. Nieraz młodzież pyta: „Po co się spowiadać?”. „Po co się spowiadać, skoro i tak zgrzeszę, upadnę, zawiodę w różnych sytuacjach? Po co się spowiadać, skoro ciągle wracam do grzesznego życia?”. Zawsze odpowiadam: nasze decyzje dotyczą tego, na co mamy wpływ; tego, co możemy wybrać.

– Co dokładnie ma Ksiądz na myśli?

– Każdy z nas ma zaplanowany dzisiejszy wieczór i jutrzejszy dzień. Mniej więcej wiemy, co będziemy robili w tym dniu, czy coś dobrego, czy złego. Nikt nie wie, czy popełni zło np. w 2054 r. Nie wiemy, co będzie się działo w dalszej przyszłości. Odpowiadamy za to, nad czym mamy władzę. Jeśli ktoś pyta: „Po co się spowiadać, skoro znów zgrzeszę?”, to ja pytam, czy planuje grzech. Jeśli planuje, to rzeczywiście jest kiepsko. Jeśli natomiast w dniach, nad którymi mamy władzę, nie planujemy grzechu, to w tym momencie stajemy się święci. W pełnym znaczeniu tego słowa.

– Kiedyś, mówiąc o świętości, opowiadał Ksiądz o filmie, którego bohaterem był Gandhi...

– Jest w tym filmie scena, jak Hindusi idą do fabryki. Angielska policja wali ich pałkami po głowie. Potem stojące kobiety obmywają im rany, a oni na nowo ustawiają się w kolejkę i idą do fabryki. I znowu dostają w głowę, i znowu kobiety obmywają im rany, i tak w kółko. To jest symbol naszej drogi do nieba. Szatan daje nam po głowie, a Kościół robi opatrunek. Opatruje sakramentem, Eucharystią, miłością bliźniego. Potem szatan znowu daje nam po głowie i Kościół znowu nas leczy. Świętym nie jest ten, kto siedzi obok i krytykuje: „I co ci to da?”. Świętym jest ten, kto uporczywie zmierza do Pana Boga. Spójrzmy na Piotra. Dlaczego był święty? Przecież nic nie umiał, nic mu nie wyszło oprócz jednego. Oprócz wracania do Pana Boga. Wielu ludzi jest pysznych. Wstydzą się spowiedzi. Wychodzą na ring tylko wtedy, gdy wiedzą, że wygrają. A jeśli mają cień podejrzenia, że mogą przegrać, to nie podejmują w ogóle walki. Ja zachęcam do walki.

– Nieraz słyszymy, że człowiek, który grzeszy, nie będzie szczęśliwy. To dlaczego ludzie grzeszą?

– Bo to jest na początku bardzo atrakcyjne. Dlaczego jeszcze? Ludzie są pyszni, pokazują płytką dumę, nieraz pokazują, „kim to ja nie jestem”. I wadzą się z samym Bogiem. Kiedyś zapytano żebraka przed katedrą w Warszawie, ile dziennie zarabia. Odpowiedział, że w niedzielę do dwustu złotych. Pytający był zdumiony: „Jak to?! Pan tak sobie tylko siedzi i zarabia aż dwieście złotych? To przecież niesamowite!”. Żebrak odpowiedział krótko: „Bo ludzie są głupie!”. No i my grzeszymy dlatego, że też jesteśmy „głupie”. Wydaje nam się, że obietnica diabła to jakaś superoferta, coś nadzwyczajnego. A kończy się jak zwykle: płaczem, łzami, wyrzutami sumienia i uświadomieniem sobie własnej głupoty.

– W najnowszej książce pisze Ksiądz, że wiele osób jest niezadowolonych. I dzieje się tak bez względu na to, co mają i czym się zajmują. Ciągle coś nam przeszkadza. To jak znaleźć szczęście? Zaakceptować życie takie, jakie jest? Jeśli np. widzimy coś złego w Kościele, to mamy się nie odzywać, tylko kochać Kościół bez względu na to, co się w nim dzieje?

– Kiedy podczas rejsu ktoś nagle krzyknie, że w okręcie jest dziura, to raczej wszyscy rzucą się do roboty pod kierunkiem kapitana, żeby mieć szansę wyjść z tego cało. Mamy kochać Kościół takim, jaki jest. Nigdy nie był doskonały. Zawsze byli w nim grzesznicy, bo Kościół jest szpitalem. Człowiek, który grzeszy, jest w szpitalu. Jest chory i znajduje pomoc. Nieraz słyszę: „Tamten facet chodzi do kościoła, a przecież grzeszy. Wieczorami kłóci się z żoną”. Odpowiadam: „Ale jakby nie chodził do kościoła, to może by ją zabił?”. Ja, gdybym codziennie nie chodził do kościoła, na pewno byłbym gorszy, niż jestem, na pewno trochę bym rozrabiał. Kościół nas leczy. Pan Jezus jest ordynatorem, Matka Boża – pielęgniarką.

– Wróćmy do tych osób niezadowolonych z życia. Czy można znaleźć szczęście już teraz? W miejscu, w którym żyjemy, i w warunkach, w których się znajdujemy?

– Oczywiście. Kiedyś czytałem wspomnienia jednej z więźniarek z Ravensbrück. Napisała, że nigdzie nie spotkała tak wspaniałych ludzi jak tam – życzliwych, pomocnych, z otwartym sercem. Mówiła o swoich towarzyszkach, że to aniołowie chodzący po ziemi. Tam więźniarki pomagały sobie nawzajem. Gotowe były oddać za siebie życie. I chwaliły Boga za dobro, które przekazywał przez ich serca.

– Nie zawsze łatwo odnaleźć szczęście. Ktoś np. dowiaduje się, że jest chory na nowotwór, ma przerzuty i zostało mu kilka miesięcy życia. Jak ma odnaleźć szczęście?

– Wszystko zależy od tego, czy ta osoba jest przygotowana na śmierć. Każdy z nas ma się przygotowywać do tej chwili. Godzina śmierci jest najważniejsza, bo w niej dokonamy ostatecznego wyboru. Wybierzemy szczęście albo, nie daj Boże, piekło. Niektórzy pójdą do piekła z własnej chęci, z własnej woli na złość Panu Bogu. Tak Go nienawidzą. Nienawiść zatruwa człowieka. Człowiek nieraz z nienawiści potrafi cierpieć tylko po to, żeby innemu zadać ból.

– Wróćmy do człowieka, który się dowiedział, że ma nowotwór.

– Człowiek powinien być przygotowany, że może stać się inaczej, niż sobie tego życzymy. Gdy składamy życzenia, często słyszymy: „wszystkiego najlepszego”, „niech ci się wiedzie”, „powodzenia”, zdrówka, zdrówka, a przede wszystkim zdrówka”. Trzeba być przygotowanym, że może być inaczej, i życzyć ufności Chrystusowej. Kiedyś mój kolega ksiądz opowiadał, że w dzieciństwie, kiedy jechał rowerem, ciężarówka przycisnęła go do krawężnika. Przewrócił się z wielkim hukiem, rozbił kolano i zapłakany wrócił do domu. Mama spytała, o czym myślał, gdy ta ciężarówka na niego jechała. Była przekonana, że usłyszy o mamusi i tatusiu. Ale tak nie odpowiedział. To są chwile, kiedy trzeba myśleć o Bogu. Gdy spotyka nas takie nieszczęście jak nowotwór, myślmy o Bogu.

– Pojawiają się pytania: „Dlaczego ja? Skoro Bóg jest wszechmogący, może mi przecież pomóc; dlaczego nie pomaga?”. Czy są dobre odpowiedzi na takie pytania?

– Oczywiście, można znaleźć odpowiedź. Zależy to od konkretnej sytuacji. W niejednym domu nastąpiły zgoda, pojednanie, otwarcie oczu na coś, czego się wcześniej nie dostrzegało, tylko dlatego, że ktoś z pokorą przyjął śmierć. Takie osoby mogą zrobić dużo dobrego. Dostały oręż do czynienia dobra. A śmierć przecież i tak kiedyś nastąpi.

– Śmierć, która niczego nie kończy. Można powiedzieć: Idę po śmierć, czyli idę po życie?

– Życie się nie kończy, ale się zmienia. Idę po śmierć, idę po życie. Tak, to dobre określenie. Na pogrzebie mówi się o człowieku, który umarł. Ale przecież to my umieramy, a on żyje. Ilu rodziców, ojców, matek bierze dzisiaj Biblię do ręki i rozmawia z dzieckiem o zmartwychwstaniu? Posłużę się przykładem. Na dworcu kolejowym możemy zobaczyć tunel. Na peronie ptak dziobie okruszki. Mógłby wlecieć w ten tunel i znaleźć dużo jedzenia. Ale się boi. My też tak żyjemy. Nasze okruszki to samochód, DVD, komputer. Dziobiemy, a ciasny tunel prowadzi do życia wiecznego. Tylko że młodzi ludzie wiedzą jedno: liczy się kasa. Jedyną powszechną ideologią w Polsce jest materializm praktyczny. My tu sobie rozmawiamy, a tymczasem w Polsce odbywa się, powiedzmy, kilka tysięcy rozmów o pieniądzach. Jak mało mam kasy, jak bardzo potrzebuję kasy, gdzie można więcej zarobić...

– Co Ksiądz mówi tym, którzy tylko o tym myślą?

– Puknijcie się w głowę! Wjechaliście w ślepą uliczkę. Ona jest bajecznie kolorowa, śliczna, ale na końcu okaże się, że jest ślepa. Nie zaprowadzi nikogo do szczęścia. Godzinami mogę opowiadać o ludziach, którzy teoretycznie powinni być nieszczęśliwi, a jednak jest inaczej. Ostatnio np. fotografowano siostrę zakonną, która ma sto lat. Szukano oblicza starego człowieka na okładkę książki. Siostra zapytała, o czym jest ta książka. Usłyszała, że o ludziach starych, smutnych, chorych. Podziękowała. „To nie dla mnie i nie o mnie”. Miała pokój w sercu. Była szczęśliwa.

– Był Ksiądz kiedyś kapelanem w szpitalu. Widział, jak ludzie odchodzą z tego świata. I przyszła ta chwila, kiedy to Księdza dotknęła choroba. Jak to Ksiądz przeżywa?

– Na razie raczej z humorem. Nie załamuję się. Lubię rozmawiać z Panem Bogiem po wojskowemu, chociaż nigdy w wojsku nie byłem. Wyobrażam sobie, że Pan Jezus mówi o chorobie: „Pawlukiewicz, masz nowego przyjaciela”. Odpowiadam: „Tak jest!”. I żyję dalej.

– Boli?

– Bólu nie czuję. To ograniczenie ruchowe, brak koordynacji. Przewróciłem się już może z 30, 40 razy.

– Czyli żartów nie ma?

– Bywa niebezpiecznie. Jak upadam, np. ze schodów, to myślę, żeby jakoś ręce pochować i przyjąć ciałem ciężar uderzenia.

– To choroba Parkinsona?

– Tak.

– Można ją zatrzymać?

– Można ją spowolnić i to się w dużym stopniu udaje. Ale po jakimś czasie zawsze sunie do przodu. Pół milimetra, centymetr, ciągle dalej.

– Kiedy Ksiądz się zorientował, że jest poważnie chory?

– W 2007 r. Przy goleniu zadrżała mi ręka. Nie mogłem precyzyjnie dotykać maszynką twarzy. Potem był problem z wyciągnięciem chusteczki do nosa albo portfela z kieszeni. Z trudem myłem zęby. Ale jeszcze wtedy były to drobne dolegliwości. Teraz jest inaczej. Szukam jednak pozytywnych stron. Jestem wzruszony opiekuńczością sióstr zakonnych, kapłanów, ludzi świeckich. Przychodzą, pytają, czy w czymś mi pomóc, czy dokądś podwieźć, coś kupić. Te codzienne doświadczenia kontrastują z obrazem polskiego kleru, który ostatnio przedstawił jeden z reżyserów. Ja widzę codziennie inny świat i jestem nim pozytywnie zaskoczony.

– Czy boi się Ksiądz śmierci?

– Teraz nie (uśmiech). Siedzimy sobie w miły jesienny wieczór. Miło się rozmawia, jest przyjemnie. Ale jak przyjdzie lekarz i powie, że to już koniec, to pewnie będę zazdrościł tym, którzy będą mogli oglądać następne mistrzostwa świata w piłce nożnej. Pewnie też tym, którzy dostaną nowy sprzęt muzyczny, taki idealny, bezszumowy... Wiem jednak, że Pan Bóg pokaże mi w niebie wiele fantastycznych rzeczy, o których na ziemi nie mamy pojęcia. Oczywiście, jeśli znajdę się w niebie, o co Boga pokornie proszę.

– Mówi Ksiądz, że każdy powinien przygotować się do śmierci. A Ksiądz jak to robi?

– Dużo myślę o śmierci, o przemijaniu. Dwa miesiące temu umarła moja mama. Widziałem ją przez całe moje życie, czyli prawie przez 60 lat. Przyglądałem się, jak żyła, byłem blisko w chorobie, kiedy umierała. I bardzo realnie spojrzałem na siebie. Mam prawie 60 lat, jestem chory. Oczywiście, można jeszcze pracować, funkcjonować, ale trzeba realnie oceniać sytuację i przygotować się na ten moment. Przygotować – to znaczy wypełnić swoją misję na maksa. Zrobić to, co zostało do zrobienia i co można zrobić przy wszystkich ograniczeniach. Tak, aby potem stanąć jak szeregowiec przed Generałem i usłyszeć od Niego słowa: „Dobrze, synu. Wiele uczyniłeś dobrego i wielką dostaniesz nagrodę w niebie”.

– Liczy Ksiądz na cud? Przecież wiele osób doświadczyło cudu.

– Kiedy o tym myślę, mówię sobie: „To byłby numer!”. Podchodzę do wszystkiego z humorem. Na początku, gdy lekarze stwierdzili, że to choroba Parkinsona, pojechałem do sióstr zakonnych na rekolekcje. Laseczką się podpierałem, żeby się nie przewrócić. Na spotkaniu po skończonych rekolekcjach słuchaczki wymieniały poglądy: które nauki się podobały, które mniej. Ze zdumieniem usłyszałem od 90 proc. zakonnic, co zrobiło na nich największe wrażenie: to, że ks. Pawlukiewicz o lasce zmagał się przy ołtarzu, żeby czegoś nie wylać, bo ręka mu drżała. Potem pojechałem na zamknięte rekolekcje do studentów i usłyszałem to samo. Wtedy dopiero można się było załamać! Trochę się buntowałem, no bo jak to, nie podziwiają moich słów, wygłaszanych mądrości, tylko podziwiają laskę, którą się podpieram, żeby nie wylądować na ziemi? Skandal! (śmiech).

– Bywają chwile depresji?

– Kiedyś miałem złe dni. Pomyliłem tabletki i zajrzała mi w twarz perspektywa domu starców. Marzyłem wcześniej, że jak będę ociężały, to kupię sobie jakiś fajny, duży telewizor. Tak na koniec. A potem przepiszę go jakimś biednym dzieciom. A tu po lekach nastąpiło jakieś nagłe załamanie zdrowia i perspektywa, że już nie zdążę zrobić nawet tego i wyląduję w domu księży emerytów. A tam łóżko i pampersy.

– Czy w takiej sytuacji inaczej przeżywa się życie? Czy jest się bliżej Boga?

– Cieszę się, że Bóg uchronił mnie od postawy buntu. Od stawiania pytań, dlaczego, i mówienia: „przecież dobrze żyłem”.

– Powróćmy na koniec do najnowszej książki. Jakie jest jej najważniejsze przesłanie?

– Chcę przekazać wszystkim: gryź, kop, szalej, ale wracaj. Wracaj do Pana Boga. Na różne sposoby. Możesz żebrać, płakać, prosić o spowiedź, ale jednego nie zaniechaj. Wróć do Kościoła, wróć do Pana Boga. Konfesjonały są otwarte codziennie, za darmo. Nie czekaj na koniec życia, bo nie wiesz, kiedy nastąpi. Zacznij wracać. Już teraz.

– Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

LMW zaprasza na uroczyste otwarcie zmodernizowanej wystawy

2018-12-12 21:27

Magdalena Poradzisz - Cincio

W związku z realizacją projektu „Modernizacja wystawy stałej Żołnierz Polski 1914-1945 w stulecie odzyskania niepodległości” w Lubuskim Muzeum Wojskowym w Drzonowie trwają intensywne prace związane z aranżacją nowej wystawy stałej.

Archiwum LMW

Stara wystawa została całkowicie zdemontowana, sala wyremontowana (pomalowano ściany, odnowiono podłogi). Wszystkie eksponaty prezentowane będą w nowoczesnych gablotach, wykonanych według najnowocześniejszych norm bezpieczeństwa.

Realizacja projektu umożliwi stworzenie nowej aranżacji wystawy stałej uzupełnionej nowoczesnymi środkami przekazu oraz wprowadzenie narracji, która kształtować będzie świadomość historyczną odbiorców. Nowe gabloty podniosą bezpieczeństwo prezentowanych zbiorów, w tym broni palnej oraz umożliwią ich atrakcyjniejszą aranżację. Tłem, a zarazem środkiem przekazu, będą duże wydruki zdjęć wielkoformatowych, wykonanych z cyfrowej kopii zdjęć archiwalnych z naszych zbiorów. Wydruki umieszczone zostaną na tylnych ścianach gablot.

Wystawie towarzyszyć będzie bogato ilustrowany katalog.

Zmodernizowana wystawa przedstawiać będzie następujące bloki tematyczne:

1. Polski czyn zbrojny w I wojnie światowej oraz okresu wybijania się na Niepodległość i walk o granice z lat 1914-1921;

2. Wojsko Polskie II RP (w tym bloku szczególnie wyróżnione będą m.in. polskie pistolety Vis. W zbiorach naszej placówki znajduje się unikatowy, pochodzący z prototypowej serii pistolet Vis wz. 32);

3. Wojna Obronna 1939 r.;

4. Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie i wyposażenie wojsk alianckich;

5. Udział lotników polskich w II wojnie światowej;

6. Walki o Monte Cassino;

7. Polskie Państwo Podziemne i Powstanie Warszawskie;

8. Wyposażenie i uzbrojenie wojskowe Państw Osi;

9. Ludowe Wojsko Polskie i jego udział w ofensywie radzieckiej lat 1944-1945;

10. Kobiety–żołnierze.

Na uroczyste otwarcie zmodernizowanej wystawy "Żołnierz Polski 1914-1945" zapraszamy tuż po świętach - 27.12.2018 o godz. 13.00. Wstęp wolny!

Projekt "Modernizacja wystawy stałej Żołnierz Polski 1914-1945 w stulecie odzyskania niepodległości" został dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem