Reklama

Dr Szałata: dopóki nie wygramy walki z biedą - nie wygramy walki z trądem

2018-01-28 07:26

Rozmawiała Paulina Godlewska / Warszawa (KAI)

ARCHIWUM KAZIMIERZA SZAŁATY

Problem trądu będziemy mieli tak długo, jak długo nie zlikwidujemy trądów moralnych, biedy, niesprawiedliwości społecznej. Dopóki nie wygramy walki z biedą nie wygramy walki z trądem – powiedział w rozmowie z KAI dr Kazimierz Szałata, prezes Fundacji Polskiej Raoula Follereau. Dziś obchodzony jest Światowy Dzień Trędowatych.

Paulina Godlewska (KAI): - 28 stycznia obchodzony jest Światowy Dzień Trędowatych. W Polce obchody tego Dnia organizuje Fundacja Polska Raoula Follereau. Na czym skupia się jej działalność?

Dr Kazimierz Szałata: - Nawiązuje ona do tradycji wielkiego ruchu zainicjowanego przez francuskiego misjonarza i filozofa Raoula Follereau. Przy okazji pisania artykułu o Karolu de Foucauld spotkał on na Saharze dziwnych ludzi zamkniętych w swego rodzaju obozie koncentracyjnym. To było jego pierwsze spotkanie z trędowatymi. Kiedy pytał czy można im jakoś pomóc, towarzyszący mu ludzie mówili, że trędowaci umarli już za życia i nie warto się nimi zajmować. Kiedy wrócił do Francji stwierdził, że jeżeli w ten sposób traktujemy tych, którzy potrzebują pomocy, to nie mamy prawa nazywać się ludźmi kulturalnymi, a tym bardziej chrześcijanami.
Follereau podjął więc najpierw inicjatywy dla ratowania chrześcijańskiej kultury Europy, która była zagrożona różnymi postaciami trądu duchowego. W roku 1943 spotkał siostrę Eugenię, która wróciła z Wybrzeża Kości Słoniowej i opowiedziała mu o losie ludzi pozbawionych jakiejkolwiek opieki. Razem podjęli decyzję, że trzeba wreszcie coś zrobić, wywołać powszechną rewolucję, która zmieni nasz stosunek do ludzi trędowatych, ludzi, którzy od najdawniejszych czasów byli wyrzucani na margines życia społecznego i religijnego. Wymarzyli sobie, że zaczną budować wioski dla trędowatych, w których można by było ich pielęgnować, leczyć ale też byłoby to miejsce, gdzie mogliby normalnie żyć - zakładać rodziny czy uczyć się. Pierwsza taka wioska powstałą w Adzopé na północ od Abidjanu. Później podobne wioski pojawiały się na całym świecie.
Żeby zdobyć środki na leczenie trędowatych Raoul Follereau objechał ponad 32 razy kulę ziemską głosząc proste orędzie o miłości Boga do człowieka. Inicjator obchodów Światowego Dnia Trędowatych Raoul Follereau podkreślał, że 28 stycznia, to dzień walki z „wszelkim trądem” a więc nie tylko tym wywołanym bakterią Hansena, ale też z bezbożnością, relatywizmem moralnym czy egoizmem. To przez ten trąd, który rozwija się w krajach bogatych, ludzie cierpią na tę straszną chorobę, chociaż od lat ’80 – trąd jest uleczalny.
Ojciec Święty Jan Paweł II mówił, że także w Polsce trzeba mówić o trędowatych, bo oni potrzebują naszej pomocy i to jest jedno z ważniejszych dzieł Kościoła katolickiego w jego historii. Zajmowali się nimi przecież ludzie święci św. Franciszek z Asyżu, św. Damian, czy Matka Teresa z Kalkuty. Zajmował się nimi również francuski rycerz św. Maurycy, który podobno miał leczyć trędowatych pocałunkiem. To piękna metafora, która jest wciąż aktualna dlatego, że mamy leki na trąd, ale jak się okazuje nie wszyscy mają do nich dostęp. Trzeba to zmienić, dotrzeć do tych ludzi, otworzyć dla nich nasze serca. Trzeba złożyć ten pocałunek – czyli zająć się człowiekiem, ukochać go, nawet jeżeli jest odrażający.

- Dlaczego Pan zajął się polską gałęzią tej Fundacji?

- Przed rokiem 1995, podobnie jak większość z nas, nie miałem pojęcia, że istnieje trąd. Nie znałem takiego myśliciela jak Follereau, chociaż zajmuję się filozofią. Z perspektywy czasu widzę, że to była pewna logiczna, konsekwentna droga, którą prowadzi nas Bóg. Wykładałem wtedy etykę na ówczesnej Akademii Medycznej i razem ze studentami założyliśmy konwersatorium etyki „Medycyna na miarę człowieka”. Bardzo szybko doszedłem do wniosku, że mówienie o etyce i podawanie wzruszających przykładów to za mało.
Zaczęliśmy więc podejmować pierwsze akcje charytatywne. Zająłem się też pracą formacyjna w Międzynarodowym Centrum Formacji Chrześcijańskiej założonym przez prof. Patricka de Laubier. Podczas jednej z sesji tegoż centrum spotkałem w Genewie pana André Récipon, który – jak się później okazało, był synem duchowym Raoula Follereau i kontynuatorem jego dzieła. Po krótkiej rozmowie powiedział mi wtedy, że ktoś taki, jak ja jest mu bardzo potrzebny. Ktoś, kto potrafi z filozofii uczynić wiedzę praktyczną. Tydzień później w Paryżu wręczył mi misję tworzenia fundacji Raoula Follereau w Europie Środkowo-Wschodniej. Bardzo szybko zafascynowała mnie postać Follereau i jego dzieło. Dzięki tekstom tego francuskiego humanisty zrozumiałem, że wbrew pozorom, filozofia jest nauką praktyczną. Prowadzi ona do mądrości. A cóż jest bardziej praktycznego, niż mądrość, która poprzez doświadczenie prawdy kieruje nas do dobra, manifestującego się w zapełnianiu uczynków miłosierdzia.

- Kiedy po raz pierwszy wyjechał Pan spotkać się z trędowatymi i jak wyglądało to spotkanie?

- Pierwszy raz wyjechałem na afrykański Sahel, gdzie bieda i zagrożenie życia ludzi jest powodowana przez choroby, susze i brak dostępu do wody. Dotyka to Mali, Wybrzeża Kości Słoniowej, Nigru czy Burkina Faso. Podczas tej wizyty uświadomiłem sobie jak bardzo nie rozumiemy tych krajów. Pamiętam, że zabrałem ze sobą cukierki dla dzieci, które mi się roztopiły po drodze. Zresztą niektóre z dzieci, które spotykałem na bezdrożach sawanny, wolałyby żebym miał w kieszeni proso albo torbę ryżu, bo z cukierkami nie bardzo wiedziały co zrobić. Zdziwiło mnie również bardzo, że siostry, które niedawno założyły swój dom, mają problem z dostępem do wody. Jedna z nich, żeby utrzymać ogródek, woziła wodę na rowerze z miejsca oddalonego o kilka kilometrów. Okazało się, że 10 lat temu wybudowały one klasztor nad rzeką, w której od kilku lat nie pojawia się woda. Dramat Sahelu, gdzie wciąż trąd jest groźny, łączy się w sposób szczególny z biedą i coraz trudniejszymi warunkami sanitarnymi. Europa uwolniła się przecież od trądu nie dzięki antybiotykom, które jeszcze nie były znane, ale dzięki temu, że podniósł się poziom życia na Starym Kontynencie.

- Jak wygląda codzienność osób, które pracują w ośrodkach dla trędowatych?

- Przede wszystkim misjonarze mieszkają razem z chorymi dzieląc ich los, tak jak to robił o. Bejzyn i o. Damian. Są jakby jednymi z nich. Ważną rolę pełnią również ludzie świeccy, ale mając rodziny, nie mogą do końca poświecić chorym swojego czasu.
Dlatego Follereau swoją akcję na rzecz trędowatych oparł na współpracy z siostrami zakonnymi, które są z nimi na co dzień. Zajmują się chorymi, ale również ich rodzinami. Uczą ich uprawy roli, szycia, rzemiosła, żeby człowiek wyleczony z trądu mógł zarabiać na życie, bo bardzo często nie może on już wrócić do normalnej pracy. Ludzie boją się go i bardzo często łatwiej jest wyleczyć trędowatego z trądu, niż świadomość ludzką z lęku przed tym, kto był trędowaty, i po wyleczeniu nikomu już nie zagraża. W wielu rejonach świata raz „naznaczony” człowiek nie może się z tego uwikłania uwolnić do końca życia.
W ośrodkach dla trędowatych jest zazwyczaj kaplica, ośrodek duszpasterski, szpital, ale również szkoła i warsztaty, gdzie trędowaci uczą się zawodu i zarabiają na życie. Wśród zajmujących się trędowatymi nie brakuje też polskich misjonarzy i misjonarek. Siostra Noemi Świeboda ze zgromadzenia św. Józefa prowadzi szpital z oddziałem dla trędowatych w Kongo Brazzaville, siostra Róża Gąsior ze zgromadzenia służebnic Ducha Świętego opiekuje się trędowatymi w ośrodku Funda w Kongo, siostra Stefania Gembalczyk wspiera swoją posługą ośrodek Ramgarh w Indiach, siostra Marcela Deptuła misjonarka Świętej Rodziny opiekuje się trędowatymi w Zambii, dr Helena Pyz leczy chorych na trąd w ośrodku założonym przez polskiego pallotyna o. Adama Wiśniewskiego Jeevodaya w Indiach.

- Wracając na grunt polski, co Fundacja Raoula Follereau w ramach swojej działalności robi w naszym kraju?

- Od 16 lat, we współpracy z Komisją Episkopatu Polski do spraw Misji, organizujemy w Zielonce k. Warszawy Festiwal misyjny „Bóg mnie kocha”, który jest największą cykliczną imprezą misyjną w Polsce. Przy fundacji działa także Misyjne Apostolstwo Niepełnosprawnych Dzieci, poszerzone rok temu o Misyjne Apostolstwo Chorych Dzieci. Dzieci losują misjonarza i składają przyrzeczenie, że będą się za niego modlić i poszerzać swoją wiedzę o kraju, w którym przebywa i o jego zgromadzeniu. To ruch zainicjowany przez moją śp. córkę Anię Szałatę, która od najmłodszych lat jeździła na wózku inwalidzkim. W 2002 roku Ania zginęła na przejściu dla pieszych zostawiając nam wiele cennych pomysłów na aktywność misyjną dzieci na wzór św. Tereski z Lisieux. Organizujemy również co roku obchody Światowego Dnia Chorych i Światowego Dnia Trędowatych. Jesteśmy zaangażowani także w pomoc na Ukrainie, gdzie wspieramy ośrodki pomocy przy parafiach katolickich. Od pięciu lat wspieramy funkcjonowanie Szkoły Katedralnej UO UKSW w Łucku. Jeśli chodzi o Afrykę, to wspieramy ośrodki dla trędowatych, ale również ośrodki dzieci dotkniętych chorobą głodową. Realizujemy m.in. program „Kozy dla Afryki”. W jego ramach dziecko wychodząc z ośrodka dożywiania dostaje kozę, która żywi całą rodzinę.

- Co w tym roku w Polsce złoży się na obchody Światowego Dnia Trędowatych?

- W tym roku zorganizowaliśmy szeroką akcję informacyjną. Niewiele osób wie o tym szczególnym Dniu obchodzonym w Kościele. Akcja ma przypomnieć ludziom, że w najbiedniejszych krajach żyją jeszcze i cierpią ludzie chorzy na zapomnianą chorobę. Przypomnieć, że powinniśmy im pomóc i modlić się zarówno za trędowatych, jak i za niosących im pomoc misjonarzy. To także okazja do wsparcia materialnego dzieła na rzecz trędowatych. Dlatego w ostatnia niedzielę stycznia na całym świecie, przed kościołami. zbierane są pieniądze na ten cel. Do każdej diecezji przekazaliśmy materiały informacyjne. Informacje będą również w mediach. Każdego roku tego dnia jestem w jakiejś parafii, by mówić o trądzie oraz o wielkim, trwającym od wieków dziele Kościoła katolickiego na rzecz opieki nad trędowatymi. W tym roku będzie to parafia w Gołąbkach. Wieczorem wybieram się do Bychawy, gdzie od lat w obchody dnia trędowatych angażuje się miejscowa szkoła i parafia. Każdego roku, po każdej Mszy św. dzieci prezentują w kościele spektakl poświęcony ludziom chorym na trąd i niosących im pomoc misjonarzy.

- Czy tego dnia w Polsce będą organizowane zbiórki na rzecz chorych na trąd?

- Z pewnością będą organizowane zbiórki przez parafie, które każdego roku włączają się w dzieło pomocy chorym na trąd. Pieniądze trafiają na konto Fundacji a następnie za pośrednictwem Międzynarodowej Unii Stowarzyszeń Raoula Follereau z siedzibą w Paryżu trafią tam, gdzie są najpilniejsze potrzeby. Są to środki niezbędne dla utrzymania ośrodków leczniczo-opiekuńczych funkcjonujących dzięki funduszowi Dnia Trędowatych.
Co prawda, podstawowe leki na trąd są bezpłatnie dystrybuowane przez Światową Organizację Zdrowia, ale chorzy wymagają szerokiego, kompleksowego leczenia, co wiąże się z kosztami, na które nie stać chorych pozostających bez wsparcia socjalnego ze strony biednych społeczeństw. Trędowaci wyleczeni z trądu często mają nigdy nie gojące się rany. W wielu wypadkach konieczna jest interwencja chirurgiczna i skomplikowane leczenie neurologiczne. Potrzebna jest rehabilitacja i protezowanie.
Część pieniędzy zebranych w ostatnią niedzielę stycznia trafia na wsparcie koniecznych badań naukowych. W tym roku Międzynarodowa Komisja Medyczna chce zorganizować misje diagnostyki mobilnej, realizowane przez ekipy, które pójdą w głąb lasów tropikalnych, na bezdroża pustyni, do najdalszych wiosek po to, aby szukać tam chorych. Trędowaci często ignorują objawy choroby, bo trąd nie boli. Najpierw wygląda to niegroźnie, pojawiają się plamy na ciele, ale przy braku świadomości, że trzeba natychmiast podjąć leczenie, chorzy trafiają na nie za późno dlatego zostają kalekami na całe życie. Pilotażowy program takich ekip realizowany na Madagaskarze pokazał, że osób chorych na trąd może być nawet 4 razy więcej niż podają oficjalne dane. Konieczne jest też kontynuowanie badań nad opracowaniem mniej skomplikowanej i szybszej terapii. Obecnie trwa ona od 6 do 12 miesięcy i wymaga stałego przyjmowania leków, bo nawet drobne odstępstwa mogą zniweczyć działanie antybiotyków. Nie ma też do tej pory szczepionki na trąd.

- Co mówią dane statystyczne na temat trędowatych?

- Jeszcze w latach 70. szacowano, ze na świecie jest kilkanaście milionów trędowatych. Dziś wiemy dokładnie, że od tamtej pory wyleczono 16 mln osób. Wśród wyleczonych z trądu ponad 4 mln stanowią ludzie ciężko okaleczeni, którzy do końca życia muszą pozostać pod opieką specjalistycznych ośrodków zwanych leprozoriami. Nie wiemy dokładnie ilu aktualnie jest trędowatych na świecie. Wiemy, że każdego roku rejestruje się około 200- 250 tys. nowych przypadków - tyle bowiem osób trafia co roku na leczenie. W ciągu pierwszych piętnastu lat po zastosowaniu skutecznej terapii liczba 16 mln chorych spadła do 0.5 mln a potem do 250 tys. Od kilku lat nie notujemy jednak żadnego postępu, który dawałby nadzieje na całkowite wyeliminowanie tej strasznej choroby. Nie mamy więc złudzenia, że pewnego dnia pozbędziemy się problemu trądu. Trzeba by było zmobilizować wszystkie kraje, wszystkie międzynarodowe organizacje, żeby osiągnąć lepsze rezultaty. Trąd pojawił się nawet w Europie wraz z napływem uchodźców, ale tu, gdzie mamy dostęp do medycyny, nie stanowi on szczególnego zagrożenia.
Problem trądu będziemy mieli tak długo jak długo nie zlikwidujemy trądów moralnych, biedy, niesprawiedliwości społecznej. Dopóki nie wygramy walki z biedą - nie wygramy walki z trądem.

Tagi:
wywiad

Lubię oddawać siebie

2019-01-16 11:02

Z Kamilem Bednarkiem rozmawia Agnieszka Bugała
Niedziela Ogólnopolska 3/2019, str. 54-57

Sukces może zmienić ludzkie serce i przyjaciół wokół – ale on sobie z tym poradził. Jest niekwestionowaną gwiazdą polskiej sceny muzyki reggae. Pisze, komponuje, wciąż się uczy. I ścisza głos, gdy mówi o domu, o przyjaźni, miłości i... o babci

Agnieszka Bugała

AGNIESZKA BUGAŁA: – Kamil, już niebawem, bo 1 lutego premiera płyty „MTV Unplugged”. Dołączyłeś do listy niewielu artystów, którzy dostali szansę nagrania swoich utworów w aranżacjach akustycznych.

KAMIL BEDNAREK: – To było dla mnie i zespołu muzyczne wyzwanie i wyróżnienie, bo rzeczywiście, nie każdy dostaje propozycję realizacji takiego projektu. Zmobilizowaliśmy się, włożyliśmy mnóstwo pracy – odbyło się aż 40 prób, by wszystko brzmiało dobrze – i ten wysiłek się opłacał. Dzięki temu byliśmy przygotowani, choć nie ukrywam, że nigdy jeszcze nie czułem tak ogromnego stresu przed koncertem. Dzięki temu, jeśli chodzi o tremę, znów przesunęła mi się granica strachu. Mimo że gram już od 10 lat, to zdarzało się, że stres się pojawiał.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

"Szczęść Boże" czy... "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus"?

Ks. Paweł Staniszewski
Edycja łowicka 6/2003

Piotr Drzewiecki

Ostatnio jedna z kobiet zapytała mnie jakby z pewnym wyrzutem: "Proszę księdza, zauważam z niepokojem, że ostatnimi laty coraz modniejsze w ustach duchownych, kleryków, sióstr duchownych jest pozdrowienie: «Szczęść Boże» zamiast «Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus». Nawet ksiądz, który przyszedł do mnie po kolędzie, pozdrowił nas słowami «Szczęść Boże». To nie jest przywitanie chwalące Boga. Kiedyś w taki sposób pozdrawiano osoby pracujące: «Szczęść Boże w pracy» i wówczas padała odpowiedź: «Bóg zapłać». Dzisiaj kiedy słyszę «Szczęść Boże», od razu ciśnie mi się na usta pytanie: do czego, skoro nikt nie pracuje w tej chwili? Nie wiem, co o tym myśleć. Według mnie to nie jest w pełni chrześcijańskie pozdrowienie".
No cóż, wydaje się, że powyższa interpretacja pozdrowień chrześcijańskich jest uzasadniona. Ale chyba może za bardzo widać tutaj przyzwyczajenie do tego, co jest tradycją wyniesioną z dziecinnych lat z domu rodzinnego. Pamiętajmy jednak o jednym: to, co jest krótsze, a mam tu na myśli zwrot "Szczęść Boże", niekoniecznie musi być gorsze.
Owszem, pozdrowienie "Szczęść Boże" jest krótsze i z tego powodu częściej stosowane. Ale ono ma swoją głęboką treść, która nie tylko odnosi się do ciężkiej, fizycznej pracy. To w naszej tradycji związano to pozdrowienie z pracą. A przecież życzenie szczęścia jest związane z tak wieloma okolicznościami. Bo jest to ludzkie życzenie skierowane do Boga, stanowiące odpowiedź na całe bogactwo życia człowieka. I jest tu wyznanie wiary w Boga i Jego Opatrzność; wyznanie wiary, że to, co jest ludzkim życzeniem, spełnić może tylko Bóg. To szczęście ma pochodzić od Niego. Mamy tu więc skierowanie uwagi na Boga i naszą od Niego zależność. Zależność, w którą wpisana jest Boża życzliwość dla człowieka. Tak oto odsłania się nam głębia tego skromnego pozdrowienia "Szczęść Boże". Czyż to mało?
Poza tym życzyć szczęścia od Boga, to znaczy życzyć Bożego błogosławieństwa. A jak jest ono cenne, świadczy opisana w Księdze Rodzaju nocna walka patriarchy Jakuba z aniołem, której celem jest m.in. uzyskanie błogosławieństwa w imię Boga: "Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz" (por. Rdz 32, 25-32). I tu znów odsłania się znaczenie naszego pozdrowienia "Szczęść Boże". Jest to prośba o udzielenie przez Boga błogosławieństwa, czyli prośba o uszczęśliwienie człowieka, a więc ogarnięcie go Bożą łaską. Z tym łączy się życzenie osiągnięcia szczęścia wiecznego, którego wszelkie szczęście doczesne jest zapowiedzią i obrazem.
Nie chciałbym jednak być źle zrozumiany. To, że piszę tak wiele o pozdrowieniu "Szczęść Boże", nie znaczy automatycznie, iż chcę przez to podważać pierwszeństwo pozdrowienia "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus". Moją intencją jest jedynie odkrycie głębokiej wartości wypowiedzenia słów "Szczęść Boże" przy spotkaniu dwóch osób.
A na koniec pragnę przytoczyć - niejako w formie argumentu na poparcie moich rozważań - słowa Ojca Świętego Jana Pawła II, które wypowiedział 10 czerwca 1997 r. w czasie wizyty w Krośnie: "Niech z ust polskiego rolnika nie znika to piękne pozdrowienie «Szczęść Boże» i «Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus». Pozdrawiajcie się tymi słowami, przekazując w ten sposób najlepsze życzenia (bliźnim). W nich zawarta jest wasza chrześcijańska godność. Nie dopuście, aby ją wam odebrano".

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Ewa Kowalewska o waszyngtońskim Marszu dla Życia: tłum radosnych ludzi manifestujących swoje zaangażowanie pro-life

2019-01-18 21:18

pra / Gdańsk (KAI)

„Atmosfera tego marszu jest absolutnie unikalna, wręcz niesamowita. To niezapomniane przeżycie znaleźć się w tłumie tak wielu młodych, radosnych ludzi, manifestujących swoje zaangażowanie w obronie życia” - wspomina Ewa H. Kowalewska. Prezes Human Life International w Polsce w waszyngtońskim Marszu dla Życia uczestniczyła trzykrotnie i - jak mówi - „za każdym razem było to coś niepowtarzalnego”.

dlazycia.info

W dzisiejszym newsletterze Human Life International w Polsce Ewa H. Kowalewska przypomina historię Marszu dla Życia, który w tym roku w Waszyngtonie przejdzie po raz czterdziesty szósty. Odbywa się on w rocznicę niesławnej decyzji Sądu Najwyższego USA w sprawie Roe contra Wade, która w 1973 roku w praktyce zalegalizowała aborcję na życzenie podczas całej ciąży, aż do urodzenia dziecka.

W tym roku Marsz odbywa się pod hasłem „Jedyny w swoim rodzaju od pierwszego dnia: pro-life jest pro-naukowe”. „W ten sposób organizatorzy chcą pokazać, że każda istota ludzka jest unikalna, niepowtarzalna od samego poczęcia oraz połączyć te fakty z rzetelną wiedzą, która zawsze stoi po stronie prawdy i życia” - komentuje Ewa Kowalewska.

Marsz tradycyjnie przejdzie Aleją Konstytucji pod Kapitol oraz gmach Sądu Najwyższego. Zapowiedziano wielu znakomitych gości, w tym abp. Josepha Neumanna przewodniczącego Komitetu ds. Aktywności Pro-life Konferencji Episkopatu USA. Narrację ma prowadzić znany dziennikarz Ben Shapiro.

Z okazji Marszu organizowanych jest wiele wydarzeń towarzyszących. Większość dużych organizacji przygotowuje własne spotkania dla swoich wolontariuszy i pracowników, najczęściej połączone z posiłkiem. Wieczorem poprzedniego dnia odbywa się Msza św. w waszyngtońskiej katedrze, po której wielu młodych pozostaje na całonocnym czuwaniu. „Punktem kulminacyjnym jest jednak uroczysta kolacja po marszu nazywana „Rose Dinner”. W tym roku ma w niej wziąć udział wiceprezydent USA Mike Pence, który od lat jest osobiście związany z ruchem pro-life” - informuje prezes HLI Polska.

Human Life International, najstarsza w USA organizacja pro-life, założona przez benedyktyna o. Paula Marxa w 1974 roku, od początku uczestniczy w Marszu zwartą grupą swoich wolontariuszy i pracowników. „Atmosfera tego marszu jest absolutnie unikalna, wręcz niesamowita. To niezapomniane przeżycie znaleźć się w tłumie tak wielu młodych, radosnych ludzi, manifestujących swoje zaangażowanie w obronie życia” - wspomina Ewa H. Kowalewska. Prezes Human Life International w Polsce w waszyngtońskim Marszu dla Życia uczestniczyła trzykrotnie i - jak mówi - „za każdym razem było to coś niepowtarzalnego”.

„18 stycznia duchowo łączymy się z obrońcami życia z Ameryki! Papież Franciszek ogłosił odpust zupełny pod zwykłymi warunkami dla wszystkich, którzy tego dnia będą się łączyć w modlitwie w intencji obrony życia z uczestnikami Marszu dla Życia w Waszyngtonie - przyłączmy się” - zachęca Ewa Kowalewska.

Waszyngtoński Marsz dla Życia jest największym tego typu wydarzeniem na świecie. Weźmie w nim udział kilkaset tysięcy ludzi, w większości młodych. „Udział w nim robi wielkie wrażenie, bo jest to autentyczna, radosna afirmacja życia” - mówi Ewa Kowalewska. Marsz dla Życia w Waszyngtonie jest ukoronowaniem podobnych akcji pro-life, które w tych dniach odbywają się w ponad osiemdziesięciu amerykańskich miastach.

Prezes HLI Polska zwraca uwagę, że batalia o zaprzestanie aborcji w ostatnich latach w Ameryce nasila się coraz bardziej. „Od ujawnienia handlu organami zabijanych dzieci przez Planned Parenthood, organizację posiadającą najwięcej placówek aborcyjnych w USA, rozgorzała walka o pozbawienie ich funduszy federalnych. Są to duże pieniądze i jest o co walczyć. Zamknięto już ponad 200 placówek aborcyjnych, ale proceder zabijania poczętych dzieci nadal trwa. Wybór prezydenta Trumpa wzmocnił amerykański ruch pro-life, jednak każdy krok w kierunku delegalizacji aborcji wywołuje totalną awanturę, wspieraną głównie przez demokratów” - pisze Kowalewska.

W najnowszym newsletterze HLI Polska zauważono także, że po ostatnich zmianach w amerykańskim Sądzie Najwyższym większość sędziów jest po stronie ochrony życia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem