Reklama

Santiago de Compostela: rekordowa liczba pielgrzymów w 2017 roku

2018-01-04 17:58

RV / Santiago de Compostela (KAI)

Mariusz Książek

W 2017 r. ponad 300 tys. pielgrzymów przybyło do sanktuarium św. Jakuba w Santiago de Composteli. Jest to absolutny rekord w historii tego szlaku.

Już 13 grudnia liczba pielgrzymów przekroczyła psychologiczną granicę 300 tys. Szczęśliwym rekordzistą okazał się student z USA Andrew Larkin. W 2017 r. do grobu św. Jakuba Apostoła przybyło łącznie o ponad 8 proc. więcej pielgrzymów niż rok wcześniej (w 2016 r. - 278 041; 2017 r. - 301 006).

Zdecydowana większość dotarła do Santiago de Composteli pieszo (278 462), wielu na rowerze (21 931) bądź na koniu (417). Coraz więcej pielgrzymów przybywa na wózkach inwalidzkich (43). Hiszpanie już od dawna nie stanowią większości: w ubiegłym roku aż 56 proc. to cudzoziemcy. Jeśli chodzi o płeć, to niewielką przewagę mają mężczyźni (kobiety: 147 857; mężczyźni: 153 149).

Reklama

Statystycznie najwięcej pielgrzymów nie-Hiszpanów przybyło z Włoch (16 proc.), Niemiec (14 proc.), USA (10 proc.) i Portugalii. Stopniowo rośnie także liczba pielgrzymów z Polski. Jeśli chodzi o Hiszpanię, to w czołówce znajduje się Andaluzja (21 proc.), Madryt (19 proc.), Walencja (12 proc.) i Katalonia (10 proc.).

Tagi:
Santiago de Compostela

Camino moją radością

2018-09-19 10:33


Edycja łódzka 38/2018, str. IV

Mąż, tata, dziadek. Pielgrzym. Człowiek, który czterokrotnie przemierzył hiszpańskie szlaki wiodące do Santiago de Compostela i czterokrotnie wyruszał na Drogi Jakubowe na terenie Polski. W tym roku 24 maja w pątniczą wędrówkę wyruszył z Lourdes, by przez 46 dni wędrować samotnie drogą Camino del Norte do grobu św. Jakuba. Łukasz Kozłowski zabiera nas do świata, gdzie można doświadczyć rozpostartego parasola Bożej Opatrzności, małych cudów i drogi, która wiele upraszcza

Łukasz Kozłowski

Dominika Szymańska: – Skąd się zrodził pomysł na pierwsze Camino?

Łukasz Kozłowski: – Moja najstarsza córka miała wędrować Drogą Świętego Jakuba wraz ze swoimi przyjaciółmi. Jednak ze względu na obronę dyplomu nie udało jej się wtedy pójść. A ja któregoś ranka obudziłem się, a tu cały stół zasłany zdjęciami z Camino. I tak sobie wtedy pomyślałem: „Panie Boże, jak ja bym chciał pójść na tę Drogę! No, ale to chyba na emeryturze”. Bo jak można sobie wyobrazić 3 czy 4 tygodnie wędrówki, kiedy człowiek pracuje i to jeszcze w amerykańskiej firmie, gdzie o 2 tygodnie urlopu było bardzo trudno. A Pan Bóg tak zadziałał, że Amerykanie mój dział przenieśli na Węgry. Wszyscy w dziale dostali wypowiedzenie, dobrą odprawę. Wróciłem wtedy do domu i mówię do żony: „Słuchaj, ja bym chciał pójść na to Camino”. A moja dobra żona stwierdziła: „Zasłużyłeś”.

–Więc zaczęło się od zwolnienia z pracy?

– Nagle miałem „urlop” i miałem na to środki. No i ruszyłem. Nieprzygotowany, bo miałem za ciężki plecak. Pomyślałem: „Jak pielgrzymka to pielgrzymka. To się najwyżej dociążę”. A po 17 dniach wędrówki – dramat. Zapalenie ścięgien prostowników i później do końca, bo 28 dni wtedy wędrowałem do Santiago de Compostela, to już była droga przez mękę. Potworny ból. Pod koniec człowiek już nie miał siły odmawiać różańca, to odmawiałem sobie Koronkę, bo nie potrzeba przy niej aż takiego skupienia. A jednak, gdy doszedłem wtedy do Santiago, pomimo całego zmęczenia, pytałem: „Panie Boże, jak to? To już koniec?” Pożegnałem się ze św. Jakubem, myślałem, że tam nie wrócę. A przez 12 lat, które minęło od tamtego momentu udało mi się jeszcze 3 razy odwiedzić św. Jakuba, nie mówiąc już o polskich wędrówkach, których też było już 4.

–Taka wyprawa to mimo wszystko gigantyczny wysiłek. Jak to jest z tym cierpieniem na Camino?

– Do drogi się przygotowuję. Na miesiąc/dwa przed wyprawą chodzę przynajmniej 5 km dziennie, w weekendy ok. 20/30 km. Mając w pamięci tamtą pierwszą wyprawę. Ale trudności nie da się uniknąć. Przez te 46 dni, kiedy wędrowałem, chyba 30 dni padało, bardziej lub mniej. No, to buty zawsze mokre. Albo upał, albo słońce. Można narzekać i się stresować. Ale to nie do przyjęcia, taka postawa. Druga opcja jest taka: „No, zobacz, ale jestem dzielny! Ile ja mam lat, a jeszcze idę”. Ale to też można w pychę wpaść. Dlatego jedyną radą jest modlitwa. Gdy człowiek zajmie głowę modlitwą, to łatwiej się idzie, i czas szybciej płynie. Bywało tak, że na koniec dnia musiałem przyspieszenia nabierać z modlitwą. To był taki stały rytuał. Najpierw pacierz, różaniec. Zawsze za kogoś się modliłem. Spotkałem kiedyś ks. Františka Lízny, jezuitę z Czech. Dostałem od niego książkę „4 404 286 kroków ze św. Jakubem”. Więc ta modlitwa każdego dnia za kogoś to nie jest mój wynalazek. On też tak robił, tylko, że intencji miał tyle, że musiał losować. Ja obmadlałem rodzinę i znajomych. I to jest naprawdę piękna sprawa. Nadaje sens wędrówce. To jest radość. Dla mnie w ogóle Camino, czy po hiszpańskich górach, czy po Polsce, to jest olbrzymia radość. Choć niewątpliwie, jest też trudno. Ale jak się to wszystko, tę radość i ten trud, poświęci Bogu, za kogoś czy za siebie, no, to wszystko nabiera wtedy sensu.

– Co jest takiego pociągającego w Camino, że ciągle chce się na nie wracać?

– Niewątpliwie byłem potwornie zmęczony pracą w tej mojej firmie, gdzie człowieka „żyłują” nieprawdopodobnie. Druga rzecz: lubię chodzić. Za czasów studenckich chodziłem na pielgrzymki do Częstochowy. Później, gdy dzieci przyszły na świat, sporo jeździliśmy w góry. Ten pierwszy raz to była niewątpliwie chęć poznania świata, spróbowania co to w ogóle jest. I ta pierwsza wędrówka to było coś nowego, o tyle, że człowiek był cały dzień sam z sobą. Dzień po dniu to było analizowanie różnych życiowych zdarzeń. I takie przekonanie, że wszystko co w życiu człowieka się zdarza, to nie jest jakiś splot przypadkowych wydarzeń, ale Bóg to wszystko zaplanował. To było takie upewnienie się, że wszystkie zdarzenia, które miały miejsce w moim życiu, czy dobre, czy złe, miały swój sens i Pan Bóg to wszystko prowadził. Natomiast przed tą ostatnią pielgrzymką bałem się.

– Czego?

– Po pierwsze, lata płyną. Po drugie, wiem co to znaczy i ile to wymaga wysiłku. Był taki moment, 2-3 miesiące przed wyprawą, że budziłem się w nocy, zlany potem i zastanawiałem się: „No, Panie Boże, co ja wyprawiam? Czy ja powinienem iść? W takim wieku taki olbrzymi wysiłek? Bo to ponad 1100 km. Czy ja dobrze robię?” A teraz, już po skończonej wyprawie, patrząc na to wszystko, co mnie tam spotkało, to myślę, że warto było. Gdyby trzeba było ponownie się tego podjąć, to bym się podjął.

– Camino uczy pokory?

– Tak, niewątpliwie tak. Przed wyruszeniem w drogę rachunki przepisałem, konta rozdałem. Bo tu się idzie z takim poczuciem: „Nie wiadomo co to będzie. No, mogę nie wrócić”. Teraz się uśmiecham jak to opowiadam, ale gdy wyruszałem na Camino de Levante w 2013 roku odwiózł mnie na lotnisko mój zięć. Na 26 czerwca miałem zaplanowany powrót, a 28 czerwca zaplanowany był ślub mojego syna. Chciałem pisać list, że gdybym nie wrócił, to życzę sobie, żeby ten ślub się odbył. Na taki list się nie zdecydowałem, ale zięciowi na lotnisku tę prośbę przekazałem. To są takie historie, które dużo weryfikują.

– Co więc pozwala przełamać ten strach?

– To było bardzo wiele sytuacji, w których umacniała się moja wiara w Boga. Może inaczej, w Opatrzność Bożą. 46 dni i wszystko było jak w zegarku. Żaden logistyk nie byłby w stanie tak tego zaplanować. Całe mnóstwo małych cudów. Miałem też sytuację, że na głos wzywałem Boga, żeby mnie ratował. To było pod koniec mojej samotnej wędrówki (bo później na ostatni odcinek trasy dołączyła moja żona, córka i siostra). Wyliczyłem sobie, że aby się spotkać z żoną, jak to było umówione, każdego dnia powinienem robić ok. 20 km. Tymczasem ani jednego schroniska po drodze nie znalazłem. Zacząłem się troszeczkę niepokoić, ale idę. Coraz wyżej i wyżej. Jedna godzina, druga, trzecia. Droga przechodzi w ścieżkę. Zaczyna się pojawiać mgła. Żadnego pielgrzyma na drodze. Przechodzę przez jakieś łąki. Kątem oka dostrzegam, a tam rasowe, hiszpańskie byczki z tymi rogami. Do tego wszystkiego zaczyna grzmieć i przychodzi burza. A ja jestem jak na patelni, tak jakbym stał na połoninie w Bieszczadach. Błyski, grzmoty, deszcz pada. Strzałka na słupku wskazuje drogę w dół. W tej mgle zaczynam schodzić. Trawa coraz gęstsza. Naraz wiatr zawiał i zobaczyłem przed sobą dolinę. Ale jej końca nie widać. I wtedy mówię: „Panie Boże, ratuj mnie, bo nie wiem co mam robić”. Wtedy stwierdziłem, że muszę odnaleźć ten słupek i pod nim przeleżeć do rana, bo nie da rady, żebym tam zszedł i się odnalazł w tych trawach. Odnalazłem słupek. Okazało się, że był źle postawiony i za tym słupkiem była w trawie ścieżyna. W końcu udało mi się dotrzeć do schroniska, a tam na schodach do albergue wita mnie jakaś pielgrzymowiczka z Niemiec, którą widzę pierwszy raz w życiu i mówi: „Słuchaj, ja z koleżanką ugotowałam za dużo makaronu i na Ciebie czeka ten makaron na 1 piętrze”. Wchodzę do tej kuchni, a tam na stole taka fajna karteczka. Na rachunku ze sklepu napisane „Dobry apetyt! Smacznego”. Mało tego, że Pan Bóg mnie wyprowadził z tej historii, to jeszcze mnie nakarmił.

– A czy to nie jest tak, że w codzienności po prostu trudniej nam dostrzec tę Jego opiekę i ludzką życzliwość?

– Myślę, że w takich sytuacjach podbramkowych to człowiek nie zawsze się znajduje. Od wielu lat chodzę, przez wiele lat chodziłem po górach, ale żeby wzywać imienia Pana Boga na głos, to mi się jeszcze nie zdarzyło. Są też inne, oczywiście, sympatyczne i mniej dramatyczne sytuacje. Myślę, że ten parasol Opatrzności Bożej jest zawsze nad nami rozpięty. Różnica jest taka, że na tej drodze jest się kompletnie wyciszonym. O tym, że córka zmieniła pracę dowiedziałem się przez przypadek, gdy prosto z podróży zjawiłem się u niej w biurze, a tam mi powiedzieli „Pana córka już tu nie pracuje”. Na czas podróży odcinam się od tych wiadomości, nie wiszę na telefonie. Ja o tym jak Polacy grają [w czasie Mistrzostw Świata w Rosji] byłem informowany przez innych pielgrzymów. I rzeczywiście, człowiek jest odcięty od pracy, od telewizji, od radia, od telefonu. Trzeba powiedzieć: Boże, to jest czas dla Ciebie. I dla mnie.

– Są jakieś spotkania, które szczególnie Pan zapamiętał?

– Całe mnóstwo, nie sposób o wszystkich opowiedzieć. Czasem jest tak, że spotykamy kogoś, kto nas doprowadza do zupełnie innej osoby. Był pewien Francuz – oficer policji, 1,90 m wzrostu może, nogi długie. Miał dobry przewodnik po francusku, który rano, ni z tego ni z owego, otworzył i stwierdził: w tej i tej miejscowości, jest albergue prowadzone przez siostry trynitarki. I nie wiem skąd on wiedział, że bardzo mi zależało, by codziennie uczestniczyć we mszy świętej. Bo ja przecież po francusku w ogóle nic. On znał trochę angielski, ale nie byliśmy w stanie rozmawiać o takich szczegółach. Ale mówi: tutaj jest codziennie wieczorem msza święta. I zniknął. No, aniołem nie był, bo spotkaliśmy się znów po 2 tygodniach. Dotarłem do tego schroniska. Najważniejsze było to, że mogłem uczestniczyć we mszy świętej. A tam przy ołtarzu młody ksiądz, wysoki prawie na 2 metry. Potem po mszy świętej celebrans zaprosił pielgrzymów przed ołtarz po błogosławieństwo i ten młody człowiek też odszedł od ołtarza i stanął w szeregu pielgrzymów. Zagadnąłem do niego później. Okazało się, że to Polak, jezuita. Serdecznie się zaprzyjaźniliśmy.

– Czy Camino zmienia coś w życiu, czy ono ma jakieś przełożenie na codzienność?

- Najłatwiej byłoby powiedzieć, że to był przewrót, byłem niewierzący, a stałem się wierzący. Ale to nie tak. Natomiast myślę, że ta droga uspokaja, daje mi naprawdę dużo pokoju wewnętrznego. Gdy wracam z Camino, staram się tego nie stracić. Żeby nie wpaść znowu w ten „ciąg codzienności”: to trzeba zrobić, tamto trzeba zrobić. Życie na Camino jest dramatycznie proste. Trzeba coś zjeść, trzeba przeprać rzeczy, trzeba się wykąpać. I trzeba iść. I spać. I tyle. Oczywiście, nie da się tak funkcjonować na co dzień. Ale niewątpliwie takie doświadczenia wyniesione z Camino człowieka budują. I utwierdzają. Mam silne poczucie upływającego czasu. A Camino to takie upewnienie się co do wiary.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Franciszek: uczniowie Jezusa powinni iść drogą ubóstwa

2018-10-18 12:35

st (KAI) / Watykan

O konieczności przemierzania przez wszystkich uczniów Pana Jezusa drogi ubóstwa mówił dziś papież podczas Eucharystii w Domu Świętej Marty w Watykanie. Ojciec Święty wskazał, że chodzi o trzy wymiary ubóstwa: wolność od uzależnień materialnych, cierpliwość w prześladowaniach a także wytrwałość w obliczu poczucia samotności i opuszczenia u kresu życia.

screenshot/TV Vaticana

W swojej homilii Franciszek nawiązał do słów kolekty mszalnej w święto Łukasza Ewangelisty, gdzie mowa o tym, że został on wybrany przez Boga, aby objawił misterium Jego miłości do ubogich. Ponadto papież odniósł się do zawartego w czytanym dziś fragmencie Ewangelii (Łk 10,1-9) rozesłania 72 uczniów, bez „trzosa ani torby, ani sandałów”.

Ojciec Święty podkreślił, że pierwszą formą ubóstwa, jaką powinni żyć uczniowie, by podjąć naśladowanie Jezusa jest wolność od pieniędzy i bogactwa. Polega ona na posiadaniu „serca ubogiego” i chociaż w pracy apostolskiej potrzebne są struktury czy organizacje, które wydają się być oznaką bogactwa, należy je dobrze używać, nie przywiązując do nich swego serca – przestrzegł Franciszek.

„Jeśli chcesz podążać za Panem, wybierz ścieżkę ubóstwa i jeśli masz bogactwo, bo Pan ciebie nimi obdarzył, abyś służył innym, to niech twoje serce nie będzie do nich przywiązane. Uczeń nie powinien bać się ubóstwa, wręcz przeciwnie: musi być ubogi” – stwierdził papież.

Następnie Ojciec Święty wskazał na drugą formę ubóstwa, jaką jest oddanie wszystkiego co posiadamy, nawet własnego życia Bogu w obliczu prześladowań. Przypomniał, że Pan Jezus powiedział do uczniów: „oto was posyłam jak owce między wilki”. Zauważył, że również dzisiaj wielu chrześcijan jest prześladowanych czy oczernianych z powodu Ewangelii.

„Wczoraj, w auli synodalnej, biskup z jednego z tych krajów, w których dochodzi do prześladowań opowiadał o chłopcu katolickim ujętym przez grupę młodych, którzy nienawidzili Kościoła, fundamentalistów; został pobity, a następnie wrzucony do kadzi, do której wrzucano błoto, a w końcu, gdy błoto sięgnęło mu do szyi domagali się, by wyparł się Jezusa Chrystusa. Odmówił. Wówczas wrzucili kamienie i go zabili. Wszyscy w auli o tym usłyszeliśmy. A nie chodzi o przykład z pierwszych wieków: to dwa miesiące temu! Jakże wielu chrześcijan cierpi dziś fizyczne prześladowania: «Zbluźnił! Na szafot z nim»” – przypomniał Franciszek.

Papież dodał, że istnieją również inne formy prześladowań, oszczerstw, plotek. Zaznaczył, że czasami trzeba się bronić, aby nie wywołać zgorszenia.

Trzecią formą ubóstwa wskazaną przez Ojca Świętego jest samotność, opuszczenie, o którym mówi pierwsze czytanie dzisiejszej liturgii z Drugiego Listu do Tymoteusza (2 Tm 4,9-17a). Św. Paweł mówi: „W pierwszej mojej obronie nikt przy mnie nie stanął, ale mię wszyscy opuścili”. Dodaje zaraz: „Natomiast Pan stanął przy mnie i wzmocnił mię”. Franciszek podkreślił, że ten los spotkał „największego spośród narodzonych z niewiasty” – Jana Chrzciciela. Ten wielki kaznodzieja, do którego ciągnęły tłumy zakończył swe życie w samotności, w więziennej celi, ścięty z powodu słabości monarchy, nienawiści cudzołożnicy i kaprysu dziewczyny. Papież przypomniał, że często w domach starców, gdzie przebywają księża lub zakonnice, którzy całe swoje życie poświęcili głoszeniu Ewangelii – czują się samotni i opuszczeni. Towarzyszy im jedynie Pan Jezus, ale nikt z ludzi o nich nie pamięta.

Na zakończenie swej homilii Franciszek przypomniał słowa Pana Jezusa skierowane do Piotra: „Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz” (J 21,18). Dodał, że sam Pan Jezus w godzinie męki czuł się osamotniony i wołał: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?" (Mt 27, 46). Papież wezwał o modlitwy za wszystkich uczniów: kapłanów, siostry zakonne, biskupów, papieży, świeckich, aby potrafili kroczyć ścieżką ubóstwa, tak jak tego chce Pan.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Parada Pułaskiego w Filadelfii

2018-10-18 19:53

o. Maciej Karpiński OSPPE

Październik jest miesiącem polsko-amerykańskiego dziedzictwa w USA. Z tej okazji w niedzielę, 14 października odbyła się po raz 85. Parada Pułaskiego w Filadelfii. Tegoroczna parada była szczególna z powodu setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. W wydarzeniu wzięło udział wiele grup i organizacji polonijnych, wśród nich oczywiście z Amerykańskiej Częstochowy. Najpiękniej zaprezentowały się dzieci z Polskiej Szkoły dokształcającej im. Matki Bożej Częstochowskiej.

Biuro Prasowe Jasnej Góry

Sama Parada odbyła się na Benjamin Franklin Blvd. Parkway i trwała około dwóch godzin. Choć wydarzenie to w historycznej pierwszej stolicy USA jest zdecydowanie mniejsze niż w na nowojorskiej Piątej Alei, to była to wspaniała prezentacja polskiej kultury i tradycji, radosnego śpiewu i tańców.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem