Reklama

Częstochowa: 25. rocznica śmierci bp. Szwagrzyka i bp. Musiela

2017-12-08 12:02

jk/Częstochowa

Przemysław Korczak

Przed 25 laty zaledwie w ciągu 5 dni odchodzi z tego świata dwóch biskupów pomocniczych archidiecezji częstochowskiej – bp Tadeusz Szwagrzyk i bp Franciszek Musiel. Ćwierć wieku później (7 grudnia) w Niższym Seminarium Duchownym Archidiecezji Częstochowskiej ma wspólnej modlitwie spotkali się przyjaciele i bliscy współpracownicy obu duchownych. Czas i miejsce spotkania nie są przypadkowe. Bp Szwagrzyk mieszkał bowiem przez całe swoje biskupstwo w NSD, a bp Franciszek Musiel był w tej szkole nauczycielem języka łacińskiego.

Pomysłodawcą wspólnej modlitwy w murach seminarium był obecny rektor NSD, ks. Jerzy Bielecki. „Osoba każdego biskupa wpisana jest zawsze w historię naszej diecezji, jest jej częścią, dlatego chciałem, aby ci młodzi, którzy są teraz w seminarium mogli poznać bliżej sylwetki obu kapłanów, którzy tak blisko związani byli z naszą szkołą” – wyjaśnia ks. Bielecki. Ksiądz Rektor dodaje także, że m.in. poprzez takie spotkania można uwrażliwiać młodych ludzi na konieczność modlitwy za osoby, które poprzedziły nas w drodze do wieczności.

Wspólna modlitwa za zmarłych przed 25-cioma laty biskupów częstochowskich rozpoczęła się Mszą św., sprawowaną pod przewodnictwem ordynariusza, abp Wacława Depo. Eucharystię koncelebrował także poprzedni metropolita, abp Stanisław Nowak oraz wielu kapłanów-przyjaciół bp. Szwagrzyka i bp. Musiela.

„Nikt nie żyje dla siebie i nie umiera dla siebie. Jeżeli żyjemy, żyjemy dla Pana, jeśli umieramy, umieramy dla Niego - niech te słowa z listu św. Pawła do Rzymian będą dziękczynieniem Bogu za służbę moich współbraci w biskupstwie, a zarazem prosimy dla nich o pełnię życia wiecznego, którą Chrystus obiecuje każdemu wiernemu słudze” – tymi słowami rozpoczął wspólną modlitwę abp Wacław Depo. W swoich rozważaniach metropolita częstochowski nawiązał także śpiewanej antyfony na wejście – „są błyszczący mądrością umysłu i serca, jak wspaniały firmament i będą świecić jak gwiazdy na wieki, bo nauczyli wielu godnego życia”: „ Myślę, że te słowa, wpisują się w postać i posługę zarówno bp. Tadeusza, jak i bp. Franciszka - oddanych pasterzy według serca Bożego dla naszej archidiecezji i Kościoła w Polsce”- mówił kaznodzieja.

Reklama

Zobacz zdjęcia: 25. rocznica śmierci bp. Szwagrzyka i bp. Musiela

Na zakończenie homilii metropolita częstochowski skierował do obecnych nietypową prośbę: „Chciałbym prosić w tej Eucharystii, dziękując jednocześnie za biskupów, aby ta nasza modlitwa cieszyła się jak najczęściej spotkaniem dwóch trudnych, ale jakże bardzo potrzebnych postaw – miłości do Boga i człowieka oraz wdzięczności za dary, które otrzymujemy od Boga poprzez człowieka”.

Po Eucharystii nie zabrakło także okazji do wielu wspomnień. Kapłani współpracujący z bp. Szwagrzykiem i bp. Musielem opowiadali o życiu i pracy obu hierarchów oraz o odchodzeniu ich z tego świata. Zarówno obecni alumni, jak i grono pedagogiczne NSD oraz zaproszeni kapłani, słuchali tych opowieści z dużym zainteresowaniem uwagą.

Biskup Tadeusz Szwagrzyk urodził się 14 listopada 1923 r. we wsi Lgota Wielka w parafii Szreniawa w pow. miechowskim. Do Seminarium Częstochowskiego wstąpił 17 lutego 1945 r. Studia filozoficzne i teologiczne ukończył na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Święcenia kapłańskie otrzymał w katedrze częstochowskiej 5 czerwca 1949 r. Po dwóch latach został skierowany na studia specjalistyczne z zakresu prawa kanonicznego na KUL. W roku 1954 ukończył pracę doktorską nt. „Przechowywanie Najświętszego Sakramentu w świetle przepisów prawno-liturgicznych”. Następnie zaczął pełnić obowiązki prefekta w Częstochowskim Seminarium Duchownym. 27 marca 1962 r. został mianowany wicerektorem częstochowskiego seminarium. Papież Paweł VI mianował go 3 listopada 1964 r. biskupem pomocniczym w diecezji częstochowskiej. Konsekracja biskupia odbyła się 7 lutego 1965 r. Brał udział w ostatniej sesji Soboru Watykańskiego II. Zmarł 7 grudnia 1992 r. Przez całe swoje biskupstwo mieszkał w Niższym Seminarium Duchownym w Częstochowie.

Biskup Franciszek Musiel urodził się 14 stycznia 1915 r. we wsi Janiki, parafia Krzepice. W 1936 r. wstąpił do Częstochowskiego Seminarium Duchownego. Święcenia kapłańskie otrzymał 22 maja 1941 w Krakowie. Od 13 grudnia 1950 r. pełnił funkcję notariusza w Sądzie Biskupim w Częstochowie. Studiował na KUL. Stopień licencjata z zakresu prawa kanonicznego uzyskał w 1956 r. Od 30 lipca 1957 r. pełnił funkcję administratora, a później proboszcza parafii Matki Bożej Zwycięskiej w Częstochowie. Papież Paweł VI, 12 listopada 1965 r. mianował go biskupem pomocniczym w diecezji częstochowskiej. Konsekrowany był 30 stycznia 1966 r. Zmarł 2 grudnia 1992 r.. Był nauczycielem języka łacińskiego w Niższym Seminarium Duchownym w Częstochowie w latach 1955-1961.

Niższe Seminarium Duchowne w Częstochowie rozpoczęło swoją działalność 1 września 1951 r. pod nazwą: Częstochowskie Seminarium Duchowne - Wydział Przygotowawczy. Założycielem szkoły był bp Zdzisław Goliński.

Historię szkoły można podzielić na 3 okresy. Pierwszy to działalność w okresie Polski Ludowej do roku 1991; drugi okres to wejście w życie ustawy o systemie oświaty z dnia 7 września 1991 r., na mocy której osoby prawne i fizyczne mogą zakładać i prowadzić szkoły niepubliczne. Oznacza to przyznanie Niższemu Seminarium Duchownego uprawnień szkoły publicznej aż do odwołania: wreszcie trzeci okres zaczyna się 1 września 2002 r. wraz z przekształceniem Niższego Seminarium Duchownego - Liceum Ogólnokształcącego z 4-letniej szkoły ponadpodstawowej na 3-letnią szkołę ponadgimnazjalną.

Placówka realizuje rozszerzonym program nauczania języka polskiego, historii i wiedzy o kulturze. Ponadto uczniowie uczą się aż 3 języków obcych: angielskiego, niemieckiego i łacińskiego. Oprócz nauczania przedmiotów przewidzianych przez prawo oświatowe, alumni mają możliwość rozwijania swoich zdolności i zainteresowań. Obecnie działają w szkole koła: historyczne, sportowe i dziennikarskie.

Szkoła dysponuje m. in. nowoczesną salą informatyczną, własną biblioteką oraz dużą salą gimnastyczną, boiskiem piłkarskim, kortem tenisowym oraz własną kuchnią i stołówką.

W ponad 65-letniej historii swojego istnienia mury szkoły opuściło ponad 1000 absolwentów z różnych części Polski, np. z Warszawy, Zakopanego czy Kołobrzegu. Ponad 360 z nich przyjęło święcenia kapłańskie.

Tagi:
modlitwa

Dzień modlitw o świętość kapłanów

2018-10-20 13:21

Kamil Krasowski

Modlitwa brewiarzowa, adoracja Najświętszego Sakramentu, konferencja i Msza św. pod przewodnictwem księdza biskupa znalazły się w programie Dnia modlitw o świętość kapłanów, który 20 października odbył się w sanktuarium Matki Bożej Cierpliwie Słuchającej w Rokitnie.

Karolina Krasowska
Modlitwa w rokitniańskiej bazylice

W spotkaniu uczestniczyli księża naszej diecezji. Dzień modlitw o świętość kapłanów księża rozpoczęli wspólną modlitwą brewiarzową i adoracją Najświętszego Sakramentu. Mieli też okazję do spowiedzi św.

Gościem spotkania był ks. Jan O'Dogherty, dyrektor poznańskiego ośrodka Opus Dei, który wygłosił konferencję "O wspólnocie kapłańskiej".

Zobacz zdjęcia: Dzień modlitw o świętość kapłanów w Rokitnie

W południe w rokitniańskiej bazylice  odbyła się Msza św. pod przewodnictwem bp. Tadeusza Lityńskiego z homilią ks. Jana.

- Cieszę się, że możemy dzisiaj powiedzieć słowo "dziękuję" za to posłanie, wyrażając wdzięczność za to powołanie. Ku temu zmierza nasza modlitwa i refleksja, a także odpowiedzialność za tę misję, za obecność Chrystusa w nas, pośród nas, ale także w tych, do których jesteśmy posłani. Niech ta dzisiejsza modlitwa temu sprzyja - powiedział bp Tadeusz Lityński.

- Duch Święty działa poprzez nas, i to nie tylko wtedy, kiedy są sytuacje ekstremalne, ale też na co dzień. Kapłan jest na co dzień narzędziem Ducha Świętego - mowił ks. Jan O'Dogherty. - Pamiętam jak papież Jan Paweł II w książce "Pamięć i tożsamość" mówił o tym, że jest mu dobrze czuć się narzędziem. On był narzędziem Bożym pierwszej klasy. Dzięki temu narzędziu Pan Bóg działał cuda w Kościele - kontynuował kapłan. - Pan Bóg poprzez nas, kapłanów, też czyni cuda. I to codziennie. Bo przez nasze ręce Pan Bóg przebacza grzechy ludziom. Poprzez nasze ręce naucza ludzi słowa Bożego. Prawdziwe cuda - większe, można powiedzieć, że ważniejsze niż uzdrowienia chorych. Pan daje nam kapłanom, bo jesteśmy drugimi Chrystusami, niesamowitą władzę. Czuć się narzędziem to bardzo dobra rzecz - o tym często mówił św. Josemaria Escriva - dodał ks. Jan.

Spotkanie zakończyło się Aktem zawierzenia kapłanów naszej diecezji Matce Bożej Rokitniańskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jak za 10 dolarów uratować życie?

2018-10-16 11:31

Z s. Marią Żywiec – misjonarką w Zambii – rozmawia Grzegorz Polak
Niedziela Ogólnopolska 42/2018, str. 40-42

S. Maria Żywiec ze Zgromadzenia Służebniczek Najświętszej Maryi Panny (starowiejskich), która od 1994 r. pracuje w Zambii, wyjaśnia, jak można za 10 dolarów uratować ludzkie życie, opowiada, jak doszło do tego, że siostry Afrykanki skutecznie zastępują Polki, i tłumaczy, dlaczego chciałaby zostać do końca życia w Zambii.

Maciej Syka
Sympatyczni podopieczni z ochronki sióstr służebniczek

Grzegorz Polak: – Czy można powiedzieć, że pracujecie w ekstremalnych warunkach? Przecież w Waszych szpitalach nieraz brakuje prądu czy nawet wody...

S. Maria Żywiec: – Kiedy pierwsze służebniczki 90 lat temu pojechały do Zambii, zastały tam rzeczywiście ekstremalne warunki. W jakiejś mierze tak jest do dziś. Mamy placówki w buszu, w miejscach bardzo odległych od miasta, czyli od cywilizacji. W porze letniej temperatury dochodzą do 50oC, a my nie mamy klimatyzacji, czasem nawet trudno o zwykły wiatraczek, żeby schłodził powietrze. Mamy placówki, gdzie siostry służą jako pielęgniarki, felczerki, lekarki. Prowadzimy także szpitale misyjne i przychodnie zdrowia. Nie jest to łatwe, ponieważ często brakuje nam podstawowych leków, środków opatrunkowych, przyrządów. Ekstremalne warunki są wtedy, kiedy nie ma prądu, a przywożą kogoś z wypadku. Trzeba uruchomić generator, żeby oświetlić salę operacyjną i laboratorium, aby przeprowadzić niezbędne badania. Na porządku dziennym są transfuzje krwi. Malaria nieustannie atakuje dzieci – aby ratować im życie, konieczna jest krew. Trzeba przywieźć ją z miasta odległego o 280 km, a drogi są niebezpieczne i niewygodne.

– Jak zdobywacie leki i sprzęt medyczny?

– Wszystko to, co jest potrzebne w szpitalu, przywozimy z miasta. W dużej mierze zakupów sprzętu i leków dokonujemy z własnych środków, ponieważ dofinansowanie ze strony zambijskiego rządu jest niewielkie. Dlatego jesteśmy niezmiernie wdzięczne tym, którzy wspierają nasze dzieła. Zachęcam do dalszej pomocy, bo ona – choć nieraz skromna – może uratować komuś życie. Nieraz wystarczy do tego zaledwie 10 dolarów.

– Tyle kosztuje zastrzyk przeciw malarii?

– Zastrzyk oraz wenflon, kroplówka i aparat potrzebny do przetaczania krwi. Więc to nie jest aż tak drogie, ale są jeszcze inne koszty, przede wszystkim transport. Żeby krew była zdatna do użytku, trzeba ją przewieźć z miasta w lodówce i potem przechowywać ją w bezpiecznym, chłodnym miejscu.

– Czy siostry przyjmują też porody?

– Oczywiście, bo w Zambii brakuje specjalistów. Dlatego my jako pielęgniarki często musimy wykonywać prace lekarskie, np. zastępować anestezjologa, radiologa, wykonywać małe zabiegi chirurgiczne. Wiąże się z tym spore ryzyko, jednak w takich sytuacjach ja i moje współsiostry zawsze bardzo czujemy Bożą opiekę. Często wzdychamy do naszego założyciela – bł. Edmunda Bojanowskiego, a także do naszych poprzedniczek sióstr, które są już „po tamtej stronie”. To jest nasze świętych obcowanie.

– Można chyba mówić o cudach bł. Edmunda Bojanowskiego, bo słyszałem, że nie było żadnego śmiertelnego przypadku podczas porodu czy w czasie operacji prowadzonej przez siostry.

– Tak. Wizerunek naszego ojca Edmunda wisi w każdej sali operacyjnej. W jego stronę kierowane są nasze westchnienia. Wiele cudów można przypisać jemu, zwłaszcza kiedy udało się wyprowadzić pacjenta z krytycznej sytuacji. Także na co dzień odczuwamy opiekę i pomoc nadprzyrodzoną, bo jako osoby słabe nie dałybyśmy rady stawić czoła temu wszystkiemu.

– Czy trudno zrobić zastrzyk afrykańskiemu dziecku?

– Ogromnie trudno, szczególnie ten dożylny, dlatego że ma ono ciemną skórę, jest bardzo często odwodnione i zanemizowane przez malarię. Bardzo trudno znaleźć maleńką żyłkę, cienką jak niteczka, w którą trzeba jeszcze wkłuć igłę i podłączyć kroplówkę czy zrobić zastrzyk. To bardzo często graniczy z cudem. To są chyba najbardziej stresujące sytuacje, kiedy ma się świadomość, że koniecznie trzeba wkłuć się do żyły, żeby uratować życie.

– Siostry muszą być w stanie gotowości przez całą dobę?

– Tak jak w każdym szpitalu są nocne dyżury. Gdy jednak dzieje się coś szczególnego, kiedy przyjęty jest pacjent w krytycznym stanie, to wszystkie siostry idą do szpitala, aby pomóc. Mogą to być skomplikowany poród czy operacja kogoś pogryzionego przez krokodyla. Często takiego nieszczęśnika niosą przez cały dzień i dopiero w nocy dostarczają do szpitala. Są też przypadki ukąszenia przez węża czy poranienia przez hipopotamy, a nawet słonie. Ogromnym problemem są choroby tropikalne, w tym szczególnie niebezpieczna malaria.

– Czy da się przed nią ustrzec?

– To szalenie trudne zarówno dla nas, jak i dla mieszkańców wiosek. Nosicielami malarii są moskity, ale nawet zakładana na noc moskitiera nie zabezpiecza przed nimi w 100 proc. Pojawiają się one najczęściej wieczorem, a ludzie tak wcześnie nie chodzą spać, więc są narażeni na ukąszenie. Gdy pracuje się w szpitalu przez całą noc, szczególnie w porze deszczowej, bardzo trudno się uchronić od ukąszenia moskita.

– A dlaczego jest tak dużo porodów niepełnoletnich dziewcząt?

– Bardzo często kończą one edukację na szkole podstawowej. Ich rodzice nie mają pieniędzy na opłacenie im nauki w szkole średniej albo jest ona położona bardzo daleko. W konsekwencji dziewczęta przedwcześnie wychodzą za mąż albo mają dzieci w bardzo młodym wieku. Takie porody są bardzo skomplikowane i ryzykowne, szczególnie przy pierwszym dziecku. W takich wypadkach mobilizujemy się maksymalnie, aby uratować i dziecko, i matkę. Bardzo często taki poród kończy się cesarskim cięciem, które jest jedynym wyjściem, choć nie najlepszym.

– Czy plaga AIDS została w Zambii zatrzymana?

– Nie, mimo dostępności leczenia. Najważniejsza jest profilaktyka, jednak skoro dziewczęta już w młodym wieku mają dzieci, to nie rokuje to dobrze. Będzie tych zachorowań więcej i we wcześniejszym wieku. To pociąga za sobą poważne problemy społeczne, ponieważ jest ogromna liczba osieroconych dzieci. Bardzo często obraz wioski jest następujący: starsi i małe dzieci. Średniego pokolenia za bardzo nie widać.

– A gdzie jest?

– To ci, którzy umarli na AIDS. Jest ogromna liczba sierot, którymi też się opiekujemy, bo jako służebniczki nie tylko zajmujemy się lecznictwem, ale też prowadzimy dużo szkół. Edukację zaczynamy od przedszkoli. Niemal każda nasza misja, a mamy ich ponad 30 w naszej afrykańskiej prowincji, prowadzi ochronkę, żeby użyć terminologii Edmunda Bojanowskiego. Pracują w nich także siostry Afrykanki. Prowadzimy też szkoły podstawowe i średnie. Zajmujemy się nie tylko sierotami, ale także dziećmi z rodzin ubogich i zaniedbanymi. Zależy nam, aby dać im wykształcenie. Zawsze jest lepiej dać komuś wędkę aniżeli rybę. Innymi słowy: ważne jest, żeby kształcić dzieci i młodzież. Doraźna pomoc nie da takich efektów, tak nie wychowuje się ludzi.
Rozpoczęłyśmy budowę szkoły średniej z internatem dla dziewcząt w Chamuce, gdyż sam przywódca plemienia ofiarował nam 45 ha ziemi na ten cel i bardzo o to prosił. Niestety, brak nam funduszy na kontynuowanie budowy. Jest to duży projekt, tak jak duże są potrzeby. Docelowo będzie się tam uczyło 500 dziewcząt. Ma to być ośrodek oświatowy na całą okolicę. Będą z niego mogły korzystać także młode kobiety, które chciałyby się nauczyć szycia, gotowania, uprawy ziemi czy hodowli zwierząt. Dla nas to także bardzo dobra możliwość ewangelizacji. Dlatego bardzo gorąco zachęcam czytelników „Niedzieli” do wsparcia tego projektu, przez datki.

– Wspomniała Siostra o służebniczkach afrykańskich. Ile ich jest w stosunku do Polek?

– To powód do ogromnej radości, że jest ich znacznie więcej niż nas, Polek. W Zambii i Republice Południowej Afryki pracuje ok. 170 sióstr tubylczych, a nas zostało 12. Ziarno zasiane 90 lat temu wydało plon. Siostry tubylcze są naszą radością, ponieważ pracują wśród swoich ludzi. One bardzo dobrze znają ich kulturę i obyczaje, znają ich słabe i mocne strony, wiedzą, jak do nich podejść, w jaki sposób ich do czegoś zachęcić, czego od nich wymagać. W samej Zambii jest ponad 70 różnych narzeczy, więc one mogą się z miejscową ludnością lepiej niż my porozumieć. Siostry Afrykanki bardzo pięknie ewangelizują. Wcale się nie martwimy, że nas jest tam coraz mniej, ponieważ mamy tę świadomość, że oddajemy dzieło w dobre ręce. Obecnie prowincja przeżywa rozkwit: otwieramy nowe domy, nowe placówki, gdzie siostry zajmują się dziećmi i młodzieżą. Wychowane przez nas dziecko będzie dobrym obywatelem, pracującym dla swego kraju, nie wyjedzie w poszukiwaniu lepszego bytu do Europy. Tak wychowujemy nasze dzieci.

– Czy Siostra wyobraża sobie sytuację, że polskich sióstr służebniczek nie będzie w Zambii?

– Oczywiście, że tak. Uważam, że taka jest kolej rzeczy. My po to tam pojechałyśmy – myślę tutaj o pierwszych siostrach służebniczkach – żeby przygotować siostry Afrykanki do przejęcia misji. To najlepsza pomoc w dziele ewangelizacji. Bardzo się cieszymy, że siostry przejmą po nas tę pracę, którą my zaczęłyśmy. Zresztą już przejmują, bo przecież znaczna większość domów jest prowadzona przez siostry Afrykanki. Robią to w sposób bardzo piękny i z wielką gorliwością. To już widać po owocach, ponieważ szkoły prowadzone przez nasze siostry Afrykanki znajdują się w czołówce wszystkich zambijskich szkół. Nasze uczennice, ponieważ prowadzimy szkoły przede wszystkim dla dziewcząt, zdają egzaminy maturalne w 100 proc. A przecież są to dzieci pochodzące w dużej mierze z ubogich rodzin. Jest to dla nas ogromna satysfakcja, że potrafimy przygotować do odpowiedzialnego, dorosłego życia dziewczęta ubogie, z buszu, dziewczęta, które – wydawać by się mogło – nie miały żadnych perspektyw w życiu.

– Czy Siostra mogłaby żyć bez Zambii?

– Pracuję w tym kraju 24 lata. Szczerze powiem: czuję, że należę do Zambii. Oczywiście, w sercu jestem Polką, ale moja druga ojczyzna to właśnie Zambia. Trudno byłoby mi sobie wyobrazić życie bez Zambii. Bardzo bym chciała zostać tam do końca mojego życia i tam być pochowana. Tam są moi ludzie, tam są moje dzieci, tam jest moja druga ojczyzna.

– Spotykam doświadczonych polskich misjonarzy, którzy przyjeżdżają do Polski na urlop, ale nie mogą się doczekać powrotu na misje. Jak to się dzieje, że oni, choć nie zapominają o swojej pierwszej ojczyźnie, myślami są przy tej drugiej – przybranej?

– To trudno wytłumaczyć. Jest to na pewno tajemnica, która wiąże się z powołaniem. Źródło radości z tej służby tkwi właśnie w powołaniu. Jest to dar Boży, który ciągle się na nowo odkrywa. Jeśli się go w całości przyjęło, to są tego takie właśnie skutki: znajdujesz miejsce, do którego posyła cię Bóg. W Zambii jest mój dom, oczywiście ten doczesny. Tam się czuję u siebie, wśród ludzi, których znam, którym służę i którzy okazują mi wdzięczność i serdeczność. Każdy człowiek powinien mieć gdzieś swój dom, miejsce, do którego należy, gdzie chce pracować, za którym tęskni. Mój dom jest w Zambii. Jak przyjeżdżam do Polski, tęsknię za jak najszybszym powrotem na misje. W Polsce życie jest zupełnie inne, czuję się zagubiona, zwłaszcza przez pierwszy miesiąc pobytu; nie umiem załatwić wielu prostych spraw. Tam mam do czynienia z ludźmi prostymi, skromnymi, dobrze się czuję w ich obecności. Uczę się od nich prostoty, pokory i otwartości serca. Określam ich jako ludzi, którzy wyzwalają z egoizmu, z patrzenia na siebie i myślenia o sobie. Oni zawsze są zainteresowani kimś drugim. Zawsze znajdą czas na to, żeby pozdrowić, zapytać, co słychać, ofiarować się drugiemu człowiekowi. Zastanawiam się, który świat jest bardziej ludzki: ten zautomatyzowany, ucywilizowany, czy ich, gdzie żyje się biedniej, ale gdzie znajduję więcej człowieczeństwa.
Tam czuję ciepło, naturalność w kontaktach. Dla ludzi w Zambii każdy człowiek jest ważny. Zambijczycy mają ogromne pokłady cierpliwości, bardzo dużo czasu poświęcają jedni drugim. To ludzie niezwykle spokojni, żyjący bezstresowo. Ten inny styl życia powoduje, że nie ma tam chorób związanych w dużej mierze ze stresem, a więc zawałów serca, a wylewy należą do rzadkości.

– Czym się Siostra zajmuje?

– Po wielu latach pracy w szpitalu jestem w zarządzie prowincjalnym. Jestem jedyną Polką wśród sióstr Zambijek. Zajmuję się sprawami administracyjnymi, w tym zaopatrzeniem. Wiąże się to z częstymi wyjazdami do miasta, gdzie stoi się w ogromnych korkach, trzeba jeździć między ludźmi, bo wszędzie są przechodnie, i pilnować swego dobytku. Miasto jest męczące: pełne spalin, a w porze deszczowej zalane wodą. Gdybym mogła, uciekłabym do buszu.
Do tego dochodzi troska o siostry starsze i chore. Mamy już przecież siostry seniorki Afrykanki i ja się nimi zajmuję. We wspólnocie są także nowicjuszki i postulantki ze swoimi mistrzyniami. W sumie to duża, 23-osobowa wspólnota. Żeby to wszystko utrzymać, zaczęłam hodować przepiórki. Nasza ferma liczy blisko 4 tys. sztuk.

– Na jajeczka czy na mięsko?

– Na jedno i drugie. Odstawiamy przepiórki do zakładów mięsnych, także do różnych parafii, domów zakonnych. Zdrowe mięso przepiórek staje się popularną potrawą wśród miejscowego duchowieństwa.

– Jak się Siostrze współpracuje z afrykańskimi służebniczkami?

– Doznaję od nich wiele szacunku i miłości, szczególnie teraz, gdy jestem wśród nich jedyną Polką. Kiedy wracam z miasta z zakupami, zawsze się o mnie zatroszczą, przygotują kolację, usiądą ze mną przy stole. Z zawstydzeniem przyznam, że tego musiałam się uczyć od nich, bo zdawało mi się, że właśnie praca, obowiązki są na pierwszym miejscu. Natomiast one nauczyły mnie takiego podejścia, aby być do dyspozycji drugiej osoby. Cały czas dają mi lekcję siostrzanej miłości.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

W górach uczczono 40. rocznicę wyboru kard. Wojtyły na papieża

2018-10-22 12:00

rk / Andrychów (KAI)

40. rocznicę wyboru Karola Wojtyły na papieża uczczono 21 października na Groniu Jana Pawła II w Beskidzie Małym. W kaplicy „Ludzi Gór”, w jesiennej scenerii górskiej, turyści i pielgrzymi dziękowali podczas Eucharystii za dar pontyfikatu papieża Polaka.

Aleksandra Ziółko

Mszę św. z okazji 40. rocznicy wyboru Jana Pawła II koncelebrowali: ks. Marek Śladewski z parafii pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Krzeszowie – ratownik beskidzkiej grupy GOPR, oraz ks. Józef Łukaszczyk SDB – misjonarz pomagający obecnie w parafii w Gilowicach na Żywiecczyźnie.

W kazaniu ks. Śladewski przypomniał, że św. Jan Paweł II na wzór Chrystusa służył drugiemu człowiekowi. „Czym jest służba? Służba to miłość” – podkreślił i zachęcił, by uczyć się tej służby od samego Chrystusa i świętych. Zwrócił jednocześnie uwagę, że służbą jest także modlitwa za innych.

W Eucharystii uczestniczyła 50-osobowa grupa uczniów z nauczycielami z I Liceum Ogólnokształcącego im. Marcina Wadowity w Wadowicach. Uroczystość uświetniły również poczty sztandarowe OSP z Targoszowa i Krzeszowa.

Groń Jana Pawła II w Beskidzie Małym to jedyny szczyt górski w Polsce noszący imię papieża-Polaka. Wzniesienie liczy 890 metrów n.p.m. Znajduje się tu m.in. kaplica postawiona w 1995 r. oraz stalowy krzyż z 1991 r., poświęcony „ludziom gór”.

Karol Wojtyła w latach swego dzieciństwa i młodości wielokrotnie przychodził na ten szczyt, bywał tu również jako biskup. Ostatni raz wszedł na Leskowiec i Jaworzynę jako kardynał w 1970 r., po Mszy św. odprawionej w Kalwarii Zebrzydowskiej z okazji 25-lecia kapłaństwa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem