Reklama

Ksiądz ze Wspólnoty Betlejem: Ubóstwo dotyczy każdego człowieka bez wyjątku

2017-11-18 12:23

Rozmawiała Liliana Leda / Kraków / KAI

Archiwum "Betlejem"

Ubóstwo dotyczy każdego człowieka bez wyjątku. Zdefiniowanie tego, kto jest najbardziej potrzebujący jest trudne. Czy człowiek, który żyje w dostatku, a tak naprawdę ma puste życie, czy ten, który przeżywa radykalną formę ubóstwa materialnego, ale ma poczucie sensu w życiu, jest solidarny – mówi w rozmowie z KAI ks. Mirosław Tosza, założyciel Wspólnoty Betlejem w Jaworznie. Duchowny wraz z podopiecznymi prowadzi rekolekcje „Ubogi niech do mnie przyjdzie” w Bazylice Mariackiej w Krakowie z okazji obchodzonego w niedzielę, 12 listopada, I Światowego Dnia Ubogich.

- Mam nadzieję, że to Duch Święty był inspiratorem i św. Teresa. A wszystko zaczęło się od tego, że przypadkiem znalazłem się na rekolekcjach prowadzonych przez wspólnotę "Wiara i Światło", która zajmuje się osobami niepełnosprawnymi umysłowo. Wtedy miało miejsce moje osobiste nawrócenie w wieku 19 lat. Tak zaczęła się moja droga z osobami, które są ubogie.

Później poszedłem do seminarium i cały czas w sercu miałem takie pragnienie, aby kiedyś zbudować taką wspólnotę, gdzie będziemy mogli żyć Ewangelią z ubogimi. To pragnienie wciąż rosło. Od proboszcza mojej rodzinnej parafii w Jaworznie dowiedziałem się, że miasto chce przekazać pustostan po starej szkole podstawowej na działalność charytatywną. I tak to się zaczęło, dokładnie w 1996 roku, 14 lutego, w walentynki.

- Kim są mieszkańcy Wspólnoty Betlejem?

- To głównie osoby bezdomne, w większości uzależnieni od alkoholu, osoby, które wyszły z więzienia. To są osoby, które straciły swój dom i nie mają za bardzo gdzie wracać, albo mają dom, ale z jakiegoś powodu bycie w tym domu nie jest dobre, albo jest niemożliwe, często z uwagi na pokomplikowane sytuacje rodzinne lub materialne.
Jest też grupa, którą my nazywamy rezydentami. To osoby, które są już jakiś czas we wspólnocie i podjęły decyzję, że będą tam mieszkać na stałe. Inni spędzają u nas czas potrzebny do tego żeby się pozbierać, odnaleźć w życiu, rozejrzeć. Część osób, która u nas mieszka pracuje zawodowo, reszta na terenie wspólnoty. Jest też czas na odwiedziny przyjaciół i rodziny. W niedzielę mamy o 11 Mszę św., na którą przychodzi dużo naszych przyjaciół, zwykle jest około 100 osób. W sezonie pasterskim przez pięć miesięcy na Bacówce wypasamy nasze alpaki, owce i osły.

- Św. Brat Albert uznał, że najlepiej będzie mógł pomagać potrzebującym, kiedy stanie się jednym z nich, podobnie św. Franciszek, który udał się do Gubbio, aby zamieszkać z trędowatym. Ksiądz również stworzył Wspólnotę, w której zamieszkał z ubogimi...

- O tym mówi też papież Franciszek w liście na Światowy Dzień Ubogich, że św. Franciszek nie tylko przytulił trędowatego, ale pojechał, aby z nim zamieszkać. To doświadczenie też powtarza się w różnych odmianach historii Kościoła. Św. Brat Albert odkrył, że nie wystarczy przychodzić, dawać rzeczy, spędzać jakąś cząstkę swego czasu. To jest pewien pomysł, ale to nie my go wymyśliliśmy tylko Bóg, który posłał Chrystusa po to, aby był ubogim z nami, nie po to aby nam pomagał w cudzysłowie „na dystans”, tylko żeby się stać jednym z nas. To nie jest jakaś wielka forma bohaterstwa taki styl życia, bo to jest styl życia, który przyjął Bóg. On uznał to za stosowne, że najlepszym pomysłem będzie stanie się jednym z nas. To logika wcielenia.

- W każdym człowieku jest takie miejsce, które świadczy o jego ubóstwie, więc może nie powinniśmy dzielić ludzi na tych, którzy są ubodzy i tych, którzy pomagają. Czy można powiedzieć, że ubóstwo jest czymś uniwersalnym?

- Zdecydowanie tak. Ubóstwo nie dotyczy jakieś jednej grupy społecznej, nie jest tylko materialne, ale dotyczy każdego człowieka bez wyjątku. Ma ono tylko różne formy. Jest ubóstwo fizyczne, duchowe, materialne.
Zdefiniowanie tego, kto jest najbardziej potrzebujący jest trudne. Czy bardziej potrzebujący jest człowiek, który żyje w dostatku, a tak naprawdę ma puste życie i nie wie, po co żyje, czy taki, który przeżywa radykalną formę ubóstwa materialnego, jest mu z tym ciężko, ale ma poczucie sensu w życiu, jest solidarny z innymi? Ciężko powiedzieć, czyj stan jest bardziej opłakany.
Nam się tylko wydaje, że największa bieda to jest ta materialna. Ubóstwo duchowe jest trudne i mniej zauważalne, jest ukryte, trudno go dostrzec. Ludzie się go wstydzą, nie uznają go, bo uważają że z tego powodu stracą autorytet. Najłatwiej dostrzec to ubóstwo zewnętrzne, że ktoś jest biedny i chodzi potargany.

- Jak w dzisiejszych czasach pomagać mądrze?

- Papież Franciszek w tej materii burzy spokój zarówno tym, którzy dają jak i tym, którzy wyciągają ręce. Papież mówi, że nie wystarczy dawać pieniądze, nawet z perspektywy tak zwanej sprawiedliwości czy roztropności. To nie jest jedna perspektywa.
Często zastanawiamy się, czy dać pieniądze czy nie dać, czy w ten sposób pomagamy czy kogoś psujemy i pomagamy w tym psuciu. A papież Franciszek mówi: to nie jest podstawowa płaszczyzna. Podstawowa płaszczyzna to jest płaszczyzna bliskości. Nie wystarczy, że będziemy podejmować takie spontaniczne gesty, ponieważ to jest tylko preludium, przygotowanie do prawdziwej więzi. Chodzi o to, aby wejść w kontakt z ubogim, wyciągnąć do niego rękę i spojrzeć mu w twarz. To jest bezlitosne dla tych, którzy próbują swoją pomoc ograniczać tylko do dawania pieniędzy i robić to na dystans. Wtedy próbujemy uspokoić swoje sumienie. Franciszek mówi: to nie wystarczy. I tu jest bezlitosny, ale bezlitosny jest też dla biednych, którzy też są powołani do dawania. W naszej wspólnocie mocno to akcentujemy.

- Papież Franciszek niejako apeluje do ubogich o to, aby ich ubóstwo było ewangeliczne...

- To jest znakomite. Papież mówiąc o tym ewangelicznym charakterze ubóstwa, podkreśla, że ono pozwala bardziej angażować się w pomoc innym i być bardziej odpowiedzialnym. Jest takie ubóstwo, na które człowiek się decyduje mając jakby inne możliwości. Najczęściej ludzie biedni, którzy od wielu lat żyją w takim stanie, nie widzą już perspektyw dla siebie, ich bieda już jest na tyle radykalna i weszła w ich krew, ze nie widzą już wyjścia. To nie znaczy, że go nie ma, ale oni już go nie widzą. To tak jak Chrystus, o którym napisali, że nie skorzystał ze sposobności, aby być na równi z Bogiem, ale sam ogołocił samego siebie.
Taki jest sens ewangelicznego ubóstwa, on nie polega na tym, że ja się pozbywam rzeczy, dystansuję do posiadania, tylko po to, aby się skupiać na swojej świętości, ale po to, aby być bardziej "dla". Franciszek mówi, że ubodzy muszą pamiętać, że ich ubóstwo, oprócz tego, ze bywa ubóstwem dotkliwym, materialnym, jest też ubóstwem, które może być ewangeliczne, a jest ewangeliczne wtedy, kiedy jest "dla".
Często jesteśmy podejrzliwi w stosunku do bogatych, że bogaci mają dużo i nie chcą się dzielić, ale bywa też tak, że to biedni nie chcą się dzielić. My jesteśmy też przeciwko takiemu idealizowaniu człowieka biednego, że jak ktoś jest biedny, to już jest pokrzywdzony, nikt go nie kocha i jest wykluczony społecznie. Z jednej strony może człowiek sam siebie wykluczyć, ale jest takim moment, kiedy trzeba wziąć odpowiedzialność za swoje życie i to uznać, czyli jestem biedny, nie mam domu, ale jestem uczciwy wobec siebie, bo dostrzegam, że w jakiejś mierze jest to też moja zasługa. Nie jestem tylko ofiarą, ale też sprawcą. Nie tylko doznałem krzywdy, ale też krzywdziłem. Tu nie chodzi o oskarżanie, ale uczciwe ocenianie, dlaczego jestem tu gdzie jestem dzisiaj. To jest uznanie też swojej odpowiedzialności za życie i za swoją przeszłość. Ważne jest odkrycie, że nawet będąc biednym i mając niewiele, nie tracę tej umiejętności dzielenia się.
Mamy we wspólnocie takie hasło, że nikt nie jest na tyle biedny, żeby nie miał czego ofiarować i na tyle bogaty, żeby niczego nie potrzebował. To wymaganie od ubogich też jest szalenie ważne.
Gdy przychodzi ktoś do Wspólnoty i pyta czy jest miejsce to mówię, że tak, ale nie wiem czy dla ciebie. Od razu chcemy zlikwidować taki argument, że jestem biedny, więc musicie mi pomóc. Zanim z nami zamieszkasz to coś daj z siebie. Zanim przyjmiemy cię do domu to udowodnij , że to co jesteś w stanie z siebie dać, to dasz. Bywa tak, że kogoś już na drugi dzień nie ma. Ale to pokazuje, że nie jest na tyle zdesperowany by pracować i żyć w naszym domu.
Papież jest kojarzony z gestami wobec biednych, mobilizuje do tego Kościół, ale mówi: uwaga, biednym trzeba stawiać wymagania i mieć odwagę im przypominać, że ubóstwo może być ewangeliczne.

- Czy można powiedzieć, że Światowy Dzień Ubogich jest organizowany nie tylko dla potrzebujących, ale też dla tych zamożnych, aby zobaczyli ubogiego obok siebie?

- – To jest dobre pytanie. My możemy podejrzewać bogatych o to, że się lansują. To bardzo ciekawy temat mediatyzacji miłosierdzia. Dzisiaj znalezienie równowagi w tej materii jest strasznie trudne i strasznie ważne. Ta granica między chwaleniem się a dzieleniem się dobrymi praktykami jest bardzo delikatna. Światowy Dzień Ubogich jest bardzo potrzebny, ponieważ spotkanie zmienia. Mamy też takie hasło we Wspólnocie, że „Betlejem to miejsce, które zmienia”.
Nieraz zupełnie do końca nie wiemy dlaczego się angażujemy, a to co się wydarza w spotkaniu nagle jest dla nas jakimś objawieniem, odkryciem czegoś na nowo. To kapitalna inicjatywa. Namiot Spotkań, który stoi na Małym Rynku jest szansą. Oczywiście nie rozwiąże problemów i nie ma też charakteru tylko happeningowego. To co dzieje się w spotkaniu ma ogromną wartość, tu nie ma wyreżyserowanych spotkań, jest bliskość z ubogim.

Tagi:
wywiad Światowy Dzień Ubogich

Znane blogerki modowe o tym, jak ważny jest ślub kościelny

2018-07-19 19:55

stacja7.pl

Znane blogerki modowe Biliźniaczki Laskowskie w rozmowie z portalem Stacja7.pl w prosty sposób wytłumaczyły, dlaczego ważny jest ślub kościelny. - Nigdy nie brałam pod uwagę takiej opcji, aby być z moim mężczyzną bez ślubu kościelnego – mówi Ania, która miesiąc temu zawarła związek małżeński, o czym informowała także na swoim blogu

Magdalena Pijewska

Bliźniaczki Laskowskie (ponad 37,5 tys. fanów na Instagramie) zajmują się promowaniem dobrych marek modowych, ale od dłuższego czasu zajmują się też promocją wartości chrześcijańskich w najlepszym tego słowa znaczeniu. W rozmowie ze Stacja7.pl dają najlepsze świadectwo wiary i wprost zaznaczają, że życie we dwoje musi mieć oparcie w sakramencie.

Ania podkreśliła znaczenie przysięgi małżeńskiej: - Przyrzekając przed ołtarzem miłość, wierność i uczciwość małżeńską nastawiamy się na to, iż w każdym momencie musimy razem stawiać czoła wyzwaniom, jakie na nas czekają w życiu. To przekonanie jest najpiękniejsze.

Druga z bliźniaczek, Ewa, która ma roczny staż małżeński, mówi, że moment wypowiadania słów przysięgi był jednym z najważniejszych w jej życiu: - Traktuje to bardzo poważnie, zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności.

Blogerki w wywiadzie podkreślają także, jak ważny dla nich był udział w naukach przedmałżeńskich.

Ewa: – Dla wielu osób jest to kontrowersyjny temat. Często słyszy się głosy ze strony młodych ludzi, że nauki przedmałżeńskie nie są potrzebne. A to jest naprawdę bardzo, bardzo ważne, aby wynieść z nich jak najwięcej.

Bliźniaczki Laskowskie zachęcają też młodych ludzi, by dzień przed samym ślubem odłożyli już sprawy organizacyjne i zajęli się przygotowaniem duchowym do tego najważniejszego dnia w życiu.

Ania: – Warto skupić się na tym, że zaczynamy nowy etap w swoim życiu, który będziemy budować z naszą ukochaną osobą i zacząć od zaproszenia Boga do naszej relacji. Myślę, że to jest najważniejsze. Jeśli będziecie o tym myśleć, to wszystko inne powiedzie się pięknie. I nawet małe wpadki tego nie zmienią. W końcu zaczynamy coś pięknego.


Cała rozmowa jest do przeczytania na portalu Stacja7.pl

Portal zaprasza także do lektury wydania o sakramencie małżeństwa i sposobach na dobre przygotowanie do ślubu. A w nim między innymi 5 praktycznych rad ojca Leona Knabita, popularnego benedyktyna, i jedna najważniejsza.

WIĘCEJ
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Centrum nędzy w środku Europy

2018-07-17 13:10

Tomasz Winiarski
Niedziela Ogólnopolska 29/2018, str. 22-25

Z youtuberem Vonskym – twórcą dokumentu pt. „Projekt Lunik” – rozmawia Tomasz Winiarski

Vonsky

TOMASZ WINIARSKI: – Jak reagowali ludzie, którym mówiłeś, że wybierasz się w tak nietypowe miejsce? Nie miałeś obaw, że pakujesz się w kłopoty?

VONSKY: – Od początku traktowałem podróż do Luníka na równi z podróżą do miejsc typu Donieck, Ługańsk, Syria czy fawele w Brazylii. Bałem się straszliwie, a szczególnie o sprzęt. Wiele z moich obaw się nie sprawdziło, ale może to dzięki podwojonej ostrożności? Jakoś daliśmy radę bez strat materialnych, nikt nas nie pobił, niczego nam nie zniszczono. Ale to pewnie dlatego, że też byliśmy „grzeczni” i oprowadzała nas osoba „z wewnątrz”, chociaż obawialiśmy się, że Marian – nasz przewodnik może mieć przez to w lokalnej społeczności problemy, że z nami trzyma. Ale chyba nic takiego, poza kilkoma tekstami w jego stronę, nie miało miejsca.

– Na Twoich zdjęciach owiany złą sławą Luník IX, czyli największe romskie getto w Europie, wygląda niemalże jak strefa działań wojennych...

– I właśnie tak to sobie wyobrażałem przed przyjazdem. Na miejscu emocje pozostały, ale z czasem ochłonąłem i zacząłem się przyzwyczajać do tej rzeczywistości. Oczywiście, z naszej perspektywy, osób wychowanych w dobrobycie, nie da się przyzwyczaić do bezdomności czy ulicznego stylu życia. To nie nasza bajka, ale poznać i odkryć to od środka jest doświadczeniem bardzo otwierającym głowę na wiele życiowych aspektów. Przede wszystkim doceniasz to, co masz. Został jeszcze jeden blok do wyburzenia, który się sypie. W całym bloku żyje może 5 rodzin. Jego stan jest tragiczny, rzekomo przez to, że Romowie wyjmowali zbrojenia budynku, które potem sprzedawali. Wszędzie gruz i śmieci. Reszta bloków wygląda trochę lepiej, ale też są w opłakanym stanie. Przede wszystkim dużo pleśni i wilgoci. Mieszkańcy mówią, że niektóre pokoje na zimę w ogóle barykadują, bo nie da się w nich wysiedzieć przez brak ogrzewania i problemy z pleśnią i wilgocią.

– Jak przyjęli Was miejscowi? Zdobyliście ich zaufanie? Co sprawiło Wam najwięcej trudności?

– Dzieci, z którymi piątego dnia graliśmy na blokowisku w piłkę, pierwszego dnia pokazywały nam noże i środkowe palce. Nie było to łatwe, ponieważ poprzednie grupy filmowe czy telewizyjne nie zostawiły najlepszego wrażenia. Mieszkańcy Luníka czują się jak małpy w zoo. Telewizje obiecywały poprawę po nagraniu swojego materiału. Obiecywano Romom, że państwo się nimi zajmie, że im pomoże. Rozdawano różnym rodzinom pieniądze za to, żeby wystąpiły przed kamerą lub żeby pokazały im swoje mieszkania. Nadal uważam, że należałoby zostać tam jeszcze dłużej, żeby zdobyć jeszcze większe zaufanie oraz więcej materiałów filmowych. Poznać więcej ludzi i ich historie. Generalnie zawarliśmy kilka znajomości i jeśli tam wrócimy, to raczej będziemy mile widziani.

– Gdzie nocowaliście? W dzielnicy Luník panują tragiczne warunki sanitarne – mieszkańcy są odcięci od prądu i wody. Nie jest łatwo tam przetrwać. Powszechne są też różnego typu choroby, np. wszawica i zapalenie wątroby.

– Zamieszkaliśmy w ośrodku Salezjanów, gdzie warunki są porównywalne do typowych hosteli. Ok. 50 m od najbliższego bloku, w którym prawie w ogóle nie ma wody, prądu i ogrzewania. Pokój z widokiem na Luník – wtedy najbardziej doceniasz nawet najmniejsze udogodnienia. Mieszkańcy Luníka nie mają łatwo i rzeczywiście borykają się z bardzo wieloma problemami. Wszawica, szczególnie wśród dzieci, jest widoczna i powszechna. My na szczęście nic nie złapaliśmy, chociaż księża pracujący na Luníku sami wspominali, że raz na jakiś czas coś się zdarzy. Jeden z bloków, w którym byliśmy, był odłączony od wody. Woda działa tylko przez parę godzin po dwa razy dziennie w piwnicy. Nie wszyscy się też szczepią.

– Osiedle Luník powstało w latach 70. ubiegłego wieku i z założenia miało być zamieszkałe głównie przez rodziny policjantów i wojskowych. Jak to się stało, że dzisiaj wegetują tutaj wyłącznie bezrobotni Romowie, a dzielnica stała się symbolem skrajnej patologii społecznej?

– Luník IX był jednym z bardziej prestiżowych osiedli swego czasu. Jak widać, Romowie nie wpisywali się we wzór idealnych sąsiadów i wystarczyło zaledwie jedno pokolenie, aby sprawić, by reszta lokatorów innych narodowości wyprowadziła się z osiedla. Romowie mają w swoim zwyczaju posiadanie rodzin wielodzietnych, a więc szybko stali się na Luníku zdecydowaną większością. Okazuje się, że przymusowa integracja i cały projekt komunis-
tycznych władz Czechosłowacji nie wypaliły. Chyba nie jest ciężko zgadnąć dlaczego.

– No właśnie, czyli to wina nieudanego projektu komunistycznych władz, który polegał na przymusowej integracji społeczności romskiej?

– Myślę, że wszyscy się zgodzimy z tezą, iż jest to nieudany eksperyment przymusowej integracji i ingerencji systemowej w prywatne życie ludzi. Ale jako reporterowi ciężko mi postawić dokładną diagnozę.

– Bezrobocie w dzielnicy Luník IX wynosi niemalże 100 proc. Nędza, brak pracy i perspektyw – to idealny przepis na wzrost przestępczości. Wy natomiast przyjechaliście tam z drogim sprzętem fotograficznym... Naprawdę udało się wrócić bez strat?

– Oficjalne statystyki mówią o niemalże zerowej przestępczości. Nieoficjalnie – wiadomo. Jest tak, ponieważ bycie kapusiem nie jest czymś mile widzianym na Luníku IX. O sprzęt bałem się bardzo, ale obyło się bez żadnych strat. Uprzedzono nas, że na dwa dni przed naszym przyjazdem przyszły dla mieszkańców Luníka pieniądze z socjalu. A oni te pieniądze trwonią w pierwszym tygodniu na imprezy i alkohol. No i właśnie chodziło o to, żeby uważać na ludzi pod wpływem. Czy to alkoholu, czy innych używek, ponieważ mogą być agresywni.

– Czy władze Słowacji podejmują w ogóle jakieś kroki mające na celu np. aktywizację zawodową tych ludzi? Podobno system zasiłków socjalnych oraz widmo windykacji zniechęcają Romów do podjęcia pracy zawodowej. Jak to wygląda?

– Temat Luníka IX jest tematem każdej samorządowej kampanii wyborczej Koszyc, a temat Romów sam w sobie jest tematem kampanii parlamentarnej. Pomysłów było wiele – m.in. nagrody dla romskich kobiet, które poddadzą się sterylizacji. A dzień przed wyborami politycy przyjeżdżają na Luník z kiełbasą wyborczą w formie darmowych worków z ziemniakami. Pokojowa Nagroda Nobla dla osoby, która rozwiąże ten problem społeczny.

– Kierowcom autobusów miejskich, którzy kursują na trasie zahaczającej o getto, władze płacą specjalne premie finansowe za pracę w warunkach podwyższonego ryzyka. Czy faktycznie jest tam aż tak niebezpiecznie?

– Nie powiedziałbym, żeby Romowie chcieli zagrozić kierowcom – są bardziej nieprzychylni wobec gapiów, którzy przyjeżdżają zrobić kilka zdjęć, lub wobec ekip telewizyjnych. Telewizje z zagranicy dużo naobiecywały, że ich materiały wideo pomogą tej społeczności itp. Generalnie Romowie z Luníka nie chcą się czuć jak fotografowane małpy w cyrku. W Internecie są zdjęcia, jak autobus linii 11 wygląda od środka, i rzeczywiście jest w opłakanym stanie.

– Jest w opłakanym stanie, bo władze nie chcą inwestować w tę społeczność, czy ze względu na to, że niszczą go romscy pasażerowie?

– Akurat tego nie wiem, może na tej linii kursują starsze autobusy, a może zdewastowali je Romowie?

– Czy dla słowackiej policji ta część Koszyc również stanowi strefę „no-go”, do której wolą się nie zapuszczać?

– Słowacka policja raczej nie traktuje zgłoszeń na Luník IX poważnie, aczkolwiek my sami byliśmy świadkami interwencji. Ale może wytłumaczę dla jasności: jedna karetka była eskortowana przez dwa radiowozy. Na samym osiedlu znajduje się komisariat policji. Raczej nie nazwałbym tego miejsca mianem strefy „no-go” dla policji, choć faktem jest, że raczej niechętnie przyjmują zgłoszenia.

– Czy zaryzykowałbyś stwierdzenie, że na Luníku panuje bezprawie? Samosądy?

– Raczej nie.

– Na miejscu działa katolicki zakon ojców salezjanów. Na czym polega pomoc, która za ich sprawą dociera do romskiej społeczności w Koszycach?

– Ich pomoc opiera się na kilku filarach. Przede wszystkim jest to ewangelizacja i zjednoczenie z Bogiem – 80 proc. mieszkańców Luníka IX uważa się za katolików. Życie w wierze to z założenia życie uczciwe, dobre i pracowite, więc są to dobre podstawy wychowawcze zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. Kolejne takie filary to wychowanie młodzieży, pomoc w znalezieniu pracy, praca z takimi rodzinami. Za darmo lub za małą opłatą można w ośrodku uprać także swoje ubrania. Salezjanie robią naprawdę bardzo dobrą robotę.

– Czy obok organizacji katolickich na miejscu pomaga ktoś jeszcze?

– Są wolontariusze z miasta, ale nie chcieli z nami rozmawiać i ciężko mi zdefiniować, na czym polega ich pomoc. Mają na Luníku swoje biuro.

– Wspominałeś, że władze wyburzają kolejne budynki, których stan grozi zawaleniem. Zmniejsza się też liczba mieszkańców Luníka. Jaka jest zatem przyszłość tego miejsca?

– Z tego, co mówił starosta Luníka IX, wynikało, że planuje wybudowanie czterdziestu nowych mieszkań dla rodzin, które bardziej się starają i wychodzą na prostą. Mimo tego liczba mieszkańców rzeczywiście spada. Bardzo możliwe, że za kilka lat to miejsce będzie zupełnie inne niż teraz. Już się zmieniło, od kiedy byliśmy tam po raz pierwszy w lutym, a kolejny raz w maju.

– Co jest tak naprawdę przyczyną katastrofy, która kryje się pod nazwą „Luník IX”? Zawinił system czy może chodzi o kulturowe uwarunkowania społeczności cygańskiej?

– Romowie obecnie żyjący na Luníku IX mają mało wspólnego z kulturą cygańską, którą znamy. To jest kwestia pokoleniowa i tego, że całe to miejsce jest skupiskiem patologii, która jest dziedziczona. Tym ludziom po prostu brakuje przykładu, motywacji. W większości to nie jest tak, że oni deklarują: „Nie chcemy być jak reszta białych Słowaków”. Oni nie mają nic przeciwko, ale po prostu z jakiegoś powodu im się nie chce. Brakuje perspektyw.

– Myślisz zatem, że istnieje recepta na jakąkolwiek poprawę sytuacji tych ludzi? Dostrzegasz światełko w tunelu tej beznadziei?

– O to samo zapytaliśmy ks. Pavla, ale nie dostaliśmy jasnej odpowiedzi. Ciężko jest przewidzieć losy Luníka IX, gdyż jest to także temat debaty politycznej. Subiektywnie patrząc, duża część tych ludzi nie jest z natury zła. Po prostu mieli brak szczęścia urodzić się w takim miejscu. Największa nadzieja jest w młodych, ponieważ starych drzew się nie przesadza, a to dorośli powinni zadbać o to, aby kolejne pokolenia nie dziedziczyły ich niedoli.



Zapraszamy do odwiedzenia kanału "Vonsky Channel" na YouTube, gdzie znajduje się więcej ciekawych materiałów, nie tylko o Luniku IX

Obejrzyj film: Vonsky Channel
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Bahrajn: rozpoczęto prace przy budowie katedry katolickiej

2018-07-19 20:54

(KAI/vaticannews.va) / Manama

W Bahrajnie rozpoczęły się prace przy budowie katedry poświęconej Matce Bożej, która stanie się sercem wspólnoty katolickiej wikariatu apostolskiego Arabii Północnej, obejmującego Kuwejt, Arabię Saudyjską, Katar i sam Bahrajn.

maxos_dim/pixabay.com

Katedra wznoszona jest 20 km od stolicy kraju - Manamy i będzie nie tylko miejscem kultu. Oprócz świątyni znajdą się tam także kuria biskupia, dom dla gości oraz centrum formacji duszpasterskiej i społecznej. Teren pod budowę obiektu ofiarował król Bahrajnu Hamad bis Isa Al Chalifa. Zakończenie prac przewidziane na 2021 rok.

Powstająca katedra, obliczona na 2 tys. wiernych, stanie się wyraźnym świadectwem obecności chrześcijan na Półwyspie Arabskim, w ogromnej większości muzułmańskim. W fundamentach budowli umieszczono kapsułę, zawierającą opis historii Kościoła katolickiego na świecie, ze szczególnym uwzględnieniem jego obecności w tym regionie, a także podstawowe informacje na temat powstającej katedry.

Dla tamtejszych katolików, w ogromnej większości migrantów, którzy na co dzień niejednokrotnie doświadczają różnego rodzaju zniewag, dyskryminacji i trudności, nowa świątynia jest powodem do dumy i radości. Oni też finansowo włączają się w jej budowę. Wspólnotę katolicką stanowią tam przede wszystkim chrześcijanie z Iraku i Iranu, a także ze Sri Lanki, Indii, Libanu i Filipin, którzy przybyli do Bahrajnu w poszukiwaniu pracy. Na duże uroczystości do katedry Matki Bożej w Bahrajnie będą przybywać także chrześcijanie z innych krajów, np. z Arabii Saudyjskiej, gdzie wyznawanie innej wiary poza islamem jest całkowicie zabronione.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem