Reklama

Chrystus fundamentem kultury

2018-02-14 10:25

Krystyna Czuba
Niedziela Ogólnopolska 7/2018, str. 10-11

Wcielenie Syna Bożego stało się początkiem nowej historii świata. W 533 r. mnich Dionysius Exiguus (Dionizjusz Mały) zaproponował, aby czas liczono nie od założenia Rzymu, ale od narodzin Chrystusa. Od Chrystusa mierzy się czas i wszystko, co związane z życiem człowieka

Graziako

Podczas pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny w 1979 r. na placu Zwycięstwa Jan Paweł II powiedział: „Kościół przyniósł Polsce Chrystusa – to znaczy klucz do rozumienia tej wielkiej i podstawowej rzeczywistości, jaką jest człowiek. Człowieka bowiem nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie”.

Dlaczego Ojciec Święty to powiedział? Ta myśl wracała do mnie wiele razy. Dlaczego człowieka nie można zrozumieć bez Chrystusa? Bo bez Jego obecności na ziemi nasze życie nie miałoby głębszego sensu. Bez Chrystusa nasze życie, które jest tajemnicą, byłoby złą tajemnicą, czarną tajemnicą. Chrystus jest światłem dla tajemnicy życia ludzkiego. Jest światłem dla naszego wysiłku, „czynienia ziemi sobie poddanej” (por. Rdz 1, 28), który nazywamy kulturą.

Chrystus kluczem do rozumienia rzeczywistości

U podstaw kultury prawdziwie ludzkiej są prawda, dobro, piękno. A Chrystus jest Prawdą, Dobrem i Pięknem. On tak naucza. I doświadczamy, że ta nauka jest wpisana w nasze istnienie i nasze dobro. Mówią o tym dzieje człowieka, dzieje narodów i dzieje całej ludzkości.

Jan Paweł II nazywa Chrystusa kluczem do rozumienia rzeczywistości dziejów, podstawowym kryterium dziejów. I to nie tylko dla ochrzczonych, ale dla każdego człowieka.

Kultura jest sposobem istnienia narodu. Chrystus jest Synem Izraela, narodu Starego Przymierza. Jest postacią historyczną. Był w pełni włączony w społeczeństwo swojego czasu i narodu. Związany z obyczajami swojej epoki. Przyjął zwyczaje swojego narodu, takie jak: obrzezanie, ofiarowanie w świątyni, pielgrzymowanie, obchodzenie świąt. Uznawał także rolę państwa jako władzy administracyjnej i płacenie podatku (por. Mt 22, 19-22). Przywiązany do tradycji, do tego, co najlepsze. Jednocześnie sprzeciwiał się wszystkiemu, co Jego rodaków zamykało w sekciarstwie (por. Mt 12, 9-14). Stosował się do zasad Izraela, ale nie był konformistą. Przestrzegał prawa, ale nie był legalistą. Szanował tradycję, ale się jej przeciwstawiał wówczas, gdy była dla człowieka uciskiem.

Chrystus wszedł w kulturę swojej epoki i swego narodu, aby być fundamentem i znakiem dla kultury każdego czasu i każdego narodu.

Cała aksjologia, czyli nauka o wartościach, którą proponuje kulturze Jan Paweł II, skupia się na fakcie, że Jezus Chrystus jest Boskim Prawodawcą. Nauczając, „jako mający władzę nad Prawem”, ukazuje, że Bóg ma władzę nad wszystkim, co stworzył, władzę przez miłość. Na miłości Boga i bliźniego „opiera się całe Prawo i Prorocy (por. Mt 22, 40). Miłość jest wykładnią prawa i jest wykładnią kultury. Kultura jest właściwym odniesieniem człowieka do siebie i do innych ludzi. Jest wspólnym dobrem. Czynionym z miłości do prawdy, dobra, piękna; dla wspólnoty, dla dobra społecznego, do którego człowiek zobowiązany jest w sumieniu.

Kultura to odniesienie do zasad religijno-moralnych. Chrystus nauczał tych praw z odwagą wobec mających władzę: faryzeuszów i saduceuszów, Piłata czy Heroda: „Moja nauka nie jest moją, lecz Tego, który Mnie posłał” (J 7, 16).

Wzór kultury duchowej

Chrystus, wybierając życie rodzinne, uświęcił każdą ludzką rodzinę. Rodzina, jako „pierwsza i żywotna komórka” społeczeństwa i narodu, jest wspólnotą dla życia, recepcją podstawowej kultury. Chrystus jest więc wzorem kultury duchowej każdego człowieka w życiu codziennym, rodzinnym, społecznym.

Wniósł w kulturę ludzką solidarność z każdym człowiekiem. Głosił braterstwo wszystkich ludzi, choć pochodził z określonego narodu. Ukazuje to w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie (Łk 10, 30-37). Jest to odpowiedź na pytanie: „Kto jest moim bliźnim? ” (Łk 10, 29). Uczył, że wszystkie dobra materialne są względne i przemijające (por. Łk 12, 16-21). Współcześnie, kiedy „mieć” w kulturze ludzkiej stało się priorytetem nad „być”, ta nauka Chrystusa jest niezwykle ważną lekcją, czym jest kultura.

By własnym życiem uczyć kultury, Chrystus przyjmuje postać sługi człowieka: Syn Człowieczy „nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć” (por. Mt 20, 28). Duch służby jest podstawą ludzkiej kultury we wzajemnych odniesieniach. Jezus wnosi w kulturę lekcję pracy. Jest to lekcja Nazaretu. W swych przypowieściach o królestwie Bożym odwołuje się do różnego rodzaju pracy ludzkiej, która tworzy kulturę. Ukazuje to Jan Paweł II w „Laborem exercens”, odwołując się do pracy pasterza, rolnika, lekarza, siewcy, gospodarza, służącego, ekonoma, rybaka, kupca, najemnego robotnika. Mówi również o wielorakiej pracy kobiet. Apostolstwo przedstawia na podobieństwo pracy fizycznej i żniwiarzy czy rybaków. Wspomina także o pracy uczonych (por. nr 26).

Centralny punkt odniesienia

Jan Paweł II od początku swojego pontyfikatu podkreślał i przypominał, że Chrystus jest centralnym punktem odniesienia do kultury, także europejskiej, bo ona jest na tym fundamencie budowana. „Nie lękajcie się Chrystusa”. Chrystus jest tym, wokół którego gromadzą się wszystkie dążenia i formy organizacyjne życia chrześcijańskiego w Europie. Jean Guitton napisał: „Zostawił On ślad swojej ręki na każdej z idei, którą żyjemy, nie otworzył każdej, ale każda z Jego ręki otrzymała swą równowagę, swą podstawę, swą pełnię”.

Chrystus nie stworzył naukowego systemu filozoficznego, nie przedstawił spekulatywnych dowodów, ale uczył, wyjaśniał, stawiał pytania, by pobudzić do myślenia. Jego zasadniczą nauką jest objawienie Boga. Jan Paweł II stwierdził, że nie może przemilczeć miejsca Chrystusa w kulturze europejskiej. Trzeba je głosić i podkreślać „stanowczo i z dumą”.

Taka postawa winna cechować udział chrześcijan w rozumieniu współczesnej kultury europejskiej. Winni być „światłem świata” i „solą ziemi”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Nieznane życie Jacka Gmocha

2018-02-07 10:50

Z Jackiem Gmochem rozmawia Krzysztof Tadej
Niedziela Ogólnopolska 6/2018, str. 44-46

Jacek Gmoch to jeden z najbardziej znanych polskich trenerów. Był selekcjonerem polskiej reprezentacji w piłce nożnej. W 1978 r. zdobył z drużyną 5. miejsce podczas mistrzostw świata w Argentynie. Jego życie to gotowy scenariusz na film. W czasie II wojny światowej były dni, gdy głodował. W czasach PRL-u ścigano go listem gończym. Był krytykowany za przyjaźń z księżmi, nazywanymi „wrogami Polski Ludowej”. Po wprowadzeniu stanu wojennego pomagał wielu Polakom, którzy wyemigrowali do Grecji. Karierę piłkarską zaczynał jako zawodnik Znicza Pruszków, później grał w warszawskiej Legii. W reprezentacji Polski rozegrał 32 spotkania. W 1971 r. został współpracownikiem legendarnego trenera reprezentacji narodowej – Kazimierza Górskiego. Stworzył „bank informacji” i był prekursorem badań naukowych w piłce nożnej. W tym czasie reprezentacja pod wodzą Górskiego zdobyła złoty medal olimpijski w Monachium w 1972 r. i 3. miejsce na mistrzostwach świata w RFN w 1974 r. Gmoch trenował wiele klubów piłkarskich, m.in.: słynny Panathinaikos AO, AEK Ateny i Olympiakos SFP. W 2010 r. został uznany za jednego z pięciu najlepszych trenerów w historii greckiej ligi piłkarskiej. Od 1993 r. jest prezesem Grecko-Polskiego Związku Przyjaźni i Współpracy. Należy do najbardziej znanych ekspertów i komentatorów sportowych. Słynie z poczucia humoru. W ekskluzywnym wywiadzie dla tygodnika „Niedziela” opowiada o ważnych momentach swojego życia, swojej wierze i o tym, co w życiu jest najważniejsze. Z Jackiem Gmochem – słynnym trenerem, ekspertem i komentatorem sportowym – rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP

Krzysztof Tadej
Jacek Gmoch – jeden z najsłynniejszych polskich trenerów piłki nożnej

KRZYSZTOF TADEJ: – Pańskie motto życiowe to...

JACEK GMOCH: – Słowa jednego z filozofów: „Pracuj tak, jakbyś miał żyć 200 lat, ale żyj tak, jakbyś miał za chwilę umrzeć”. Dokładnie tak staram się postępować każdego dnia. Pomagają mi w tym rodzina i przyjaciele. Powiem więcej: gdyby nie oni, to nic bym w życiu nie osiągnął.

– Kiedy rozmawialiśmy w 2012 r., powiedział Pan: „Nie napisałem jeszcze autobiografii, bo wydaje mi się, że jeszcze mam tyle do zrobienia... I tyle lat przed sobą. A jak podsumowuje się życie, to powoli trzeba myśleć o odejściu z tego świata”. W maju ma ukazać się Pańska książka. Zmienił Pan zdanie?

– Pan Bóg ostrzegł, że życie nie będzie trwało w nieskończoność. W ostatnich dwóch latach miałem poważne kłopoty zdrowotne. Muszę zacząć myśleć, żeby coś po sobie pozostawić. Zdecydowałem się napisać o pięknych i trudnych chwilach. Ale z miłością, bez złośliwości, oskarżeń i pretensji. Zapisałem to, co piękne. Dlatego w naszej rozmowie nie chcę mówić o bolesnych sprawach. Dzisiaj jestem szczęśliwym mężem, ojcem i dziadkiem. I cały czas człowiekiem zwariowanym na punkcie piłki nożnej!

– „Jacek Gmoch to słynny trener kat”. Zgadza się Pan z tym stwierdzeniem?

– No nie, to przesada! Nie mogę przecież odbierać tego tytułu trenerowi siatkarzy Hubertowi Wagnerowi! (śmiech). On był prekursorem w wyciskaniu z ludzi tego, co najlepsze! Ale rzeczywiście, tak o mnie pisano.

– Przeraźliwie krzyczał Pan w szatni?

– W szatni trzeba nie tylko krzyczeć, ale też potrząsnąć zawodnikami. Piłkarze to ludzie, którzy są na wojnie. W szatni trener ma ich podnieść na duchu, wzmocnić psychicznie, wskazać cel. A w przerwie mówić: tu zagraliśmy paskudnie, a tam rewelacyjnie. I wytłumaczyć, co robić dalej. Prosto, dosadnie. Jeśli trener tego nie zrobi, to nie będzie miał dobrych wyników. Trener musi mieć charyzmę. Jeśli jej nie ma, to wie pan do czego się nadaje?! Najwyżej do robienia kiełbasek na grillu!
Trener musi mieć wizję, strategię. Przed meczem wszystko tłumaczy i każdy wie, za co jest odpowiedzialny. Tak tworzy się zespół. Jeśli tego nie ma, to 11 facetów bez sensu biega po boisku.
Trener ma też motywować. Nastawienie psychiczne do meczu często decyduje o wyniku. Piłkę nożną można opisać jako zbiór kilku elementów. Technika, cechy motoryczne zawodnika, taktyka, psychologia... Dzisiaj psychologia ma decydujące znaczenie, bo dobre drużyny są porównywalne – są świetnie wyszkolone technicznie, mają znakomicie przygotowaną taktykę. Największe rezerwy tkwią w psychice. Kto lepiej przygotuje psychicznie drużynę do meczu, ten wygrywa.

– Pańska kariera sportowa rozpoczęła się od piłki nożnej i koszykówki. Ale mało brakowało, żeby tak się nie stało, bo Pański tata nie był tym zachwycony.

– To dyplomatyczne stwierdzenie. Ojciec stanowczo zabronił mnie i mojemu bratu grania w piłkę. Nauka musiała być na pierwszym miejscu. Mówił: „Skończcie studia i nie zawracajcie sobie głowy sportem”.

Szczególnie nie chciał, żebyśmy grali w piłkę nożną, choć sam był piłkarzem. Może dlatego, że w tamtych czasach śmiano się z piłkarzy? „Człowieczek z krzywymi nogami”, „odrzut człowieczy” – to były najłagodniejsze określenia, które pamiętam. Pomimo tego od najmłodszych lat z moim bratem Andrzejem uprawialiśmy różne dyscypliny. Muszę podkreślić, że dzięki niemu osiągnąłem znaczące sukcesy w sporcie. A to dlatego, że się biliśmy.

– Bił się Pan z bratem?

– Wielokrotnie. Był moim idolem – starszy ode mnie, niezwykle wysportowany, waleczny, zwinny. Chciałem mu dorównać. Jak walczyliśmy, to nieraz u cioci spadał żyrandol. Kończyło się nieszczególnie, bo dostawaliśmy baty od ojca.

– W tym okresie myślał Pan, żeby zostać księdzem?

– Byłem ministrantem w kościele św. Kazimierza w Pruszkowie. O takich planach mówiło się wśród moich bliskich. To było ogromne marzenie mojej cioci, Flory Paczowskiej. Czuła się odpowiedzialna za podtrzymywanie w rodzinie wiary katolickiej. Wspaniała, dobra, ale wymagająca. Z ciocią Florą nie było żartów. Mieszkała naprzeciwko kościoła i była bystrą obserwatorką. Jak ktoś nie przychodził na niedzielną Mszę św. lub stał gdzieś z tyłu, na schodach, to od razu obrywało się rodzicom. Mnie bardzo lubiła i nawet kupiła mi komżę. Ale i to nie pomogło.

– Dlaczego? Nie czuł Pan powołania?

– Ministrantem byłem ponad dwa lata. Ale kiedyś z kolegami, też ministrantami, graliśmy w podziemiach kościoła w ping-ponga. I spóźniliśmy się na Mszę św. Później proboszcz za karę zaczął nas przepytywać z różnych modlitw, kazał je recytować po łacinie. Niestety, jak doszliśmy do Credo, to od połowy mógł usłyszeć tylko nasze mruczando... (śmiech).

– I wybrał Pan sport.

– Grałem w piłkę nożną, ale równolegle studiowałem na Politechnice Warszawskiej. Jestem absolwentem tej uczelni – magistrem inżynierem budowy dróg i mostów. Później przez 10 lat pracowałem naukowo, a w 1975 r. ukończyłem AWF ze specjalnością piłka nożna.

– Był Pan znakomitym zawodnikiem Legii Warszawa, rozegrał Pan też 32 spotkania w reprezentacji Polski. Aż przyszedł pechowy mecz 17 sierpnia 1968 r.

– Dramatyczne wydarzenie, które wpłynęło na całe moje życie. Grałem w meczu Kadry PZPN z „Expressem”. Spotkanie zorganizowali dziennikarze niezwykle popularnej gazety – „Expressu Wieczornego”. Na stadion przyszło ponad 30 tys. widzów. Niestety, bramkarz swoją niefortunną interwencją złamał mi nogę. Trafiłem do szpitala z wielostopniowym złamaniem. Groziło mi kalectwo. Walczyłem o powrót na boisko. Przez pół roku ciężko pracowałem, żeby odzyskać sprawność. Ale mogłem wytrzymać tylko połowę meczu, a potem noga puchła... Okazało się, że w wieku 28 lat muszę zakończyć karierę piłkarską. Do dzisiaj zresztą trochę kuleję.

– I wtedy odczuł Pan, że nie jest już potrzebny drużynie?

– To przykre, wolę mówić o tym, co zdarzyło się dobrego. W szpitalu odwiedzili mnie ks. kan. Witold Jaworski i ks. inf. Józef Wójcik. Chcieli podnieść mnie na duchu i to im się udało. Muszę przyznać, że w kolejnych latach to oni wpływali na moje życie. Z Witkiem Jaworskim byłem zaprzyjaźniony od małego. Wierny przyjaciel, nigdy mnie nie zawiódł. Traktuję go jak drugiego brata. Zna moje dobre i złe strony. Jest powiernikiem tajemnic całej mojej rodziny.

– Drugim wspomnianym przez Pana księdzem był legendarny kapłan diecezji radomskiej ks. inf. Józef Wójcik. O nim kard. Karol Wojtyła powiedział, że był uważany za „wroga nr 1 Polski Ludowej”. 9 razy wsadzano go do więzienia, usłyszał 18 wyroków.

– Poza tym w 1972 r. wykradł kopię obrazu Matki Bożej z Jasnej Góry! Wcześniej obraz wędrował po Polsce, co denerwowało władze. Zatrzymano go, przewieziono do klasztoru, a ludzie modlili się przed pustą ramą. Jak nastąpiła odwilż za Gierka, ks. Józef zorganizował potajemne wywiezienie obrazu, żeby wrócił na szlak modlitewny. Mocno ryzykował. Opowiadał mi kiedyś, jak pojechał do kard. Wyszyńskiego. W tajemnicy powiedział o tym pomyśle, ale Prymas nie był zachwycony. Mogło się to różnie skończyć. Jednak się udało.
Od pierwszego spotkania zaimponował mi głęboką wiarą. Zobaczyłem człowieka, który nie chciał nic dla siebie, a dużo dawał innym. Dla mnie był przykładem, jak postępować. Ludzie się do niego garnęli. Miał w sobie jakąś moc, gdy przekazywał innym wiarę. Szybko się zaprzyjaźniliśmy.

– Pan, mimo że jest osobą tak znaną, nie ukrywał, że jest katolikiem.

– Nigdy nie wstydziłem się wiary i mówienia o Panu Bogu. Jestem wierzący, tak jak cała moja rodzina. Miałem różne okresy w życiu. Do pewnych wniosków trzeba dojrzeć. Na początku przyjmuje się to, co mówią rodzice, katecheci. Potem pojawiają się pytania, wątpliwości. To normalne, bo pytania pozwalają dojść do zrozumienia. A potem, gdy człowiek się zastanowi i dokona wyboru, to wierzy się w pełni świadomie. Dziękuję Bogu, że mogłem w swoim życiu poznać księży, którzy byli dla mnie wzorem wyznawania wiary. To np. kard. John Krol z USA, kard. Józef Glemp czy wspomniani ks. Witold Jaworski i ks. Józef Wójcik.

– W związku ze spotkaniami z ks. Wójcikiem miał Pan też trochę kłopotów.

– Cały czas byliśmy ze sobą w kontakcie. Bywał u mnie w domu, a ja nieraz jeździłem do niego, do Suchedniowa. Tam, w kościele, często razem modliliśmy się w kaplicy św. Jacka. Pamiętam, gdy byłem trenerem reprezentacji Polski, poprosił mnie, żebym przyjechał i zobaczył miejscową drużynę. Popatrzyłem, przekazałem uwagi, potem zjedliśmy obiad i było bardzo sympatycznie. Jak wróciłem do Warszawy, od razu wezwali mnie do Komitetu Centralnego. Partia miała pretensje o to, że zadaję się z takim wywrotowcem, który bez przerwy walczy z komuną. Oczywiście, przyjaźń trwała dalej. Ks. Józef zapraszał mnie na uroczystości kościelne i jak tylko miałem czas, to jechałem. Gościłem go w Atenach, w swoim domu, gdy w 2004 r. razem z ks. Edwardem Pleniem był kapelanem naszych olimpijczyków.

– Wspomniał Pan o stolicy Grecji. Tam ma Pan drugi dom?

– Mniej więcej połowę roku mieszkamy z żoną w Grecji, a połowę w Polsce.

– Gdy w sierpniu 1978 r. przestał Pan być trenerem reprezentacji, wyjechał Pan trenować norweską drużynę Skeid do Oslo, a rok później rozpoczął Pan karierę trenerską w Grecji. Dlaczego? Nie było dla Pana pracy w polskich klubach?

– Z ogromnego sukcesu, jakim było zajęcie 5. miejsca podczas mistrzostw świata w Argentynie, niektórzy chcieli zrobić porażkę. Wyjechałem z kraju. Potem jeszcze chciano zrobić ze mnie złodzieja i byłem poszukiwany listem gończym. O tym szczegółowo opowiem w swojej książce.

– Nieznanym wątkiem w Pańskim życiorysie jest pomoc, której udzielał Pan w Grecji Polakom, np. tym, którzy emigrowali z kraju po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 r.

– Ludzie przyjeżdżali z nadzieją na lepsze życie. W Polsce byli prześladowani, niektórzy nie mieli pracy. Każdy wyjazd to była dramatyczna decyzja. Starałem się pomagać, na ile mogłem. Bardzo rzadko o tym mówię, bo uważam, że pomaganie komuś w potrzebie powinno być czymś oczywistym, normalnym. Nasze życie jest jak piasek, który się przesypuje przez palce, i zostaje tylko to, co ważne. A ważne jest dobro czynione dla innych. Wiele razy za to dostałem po głowie. Na 10 przypadków nieraz i 9 razy się zawiodłem. Ale zawsze był ten jeden, który zachowywał się przyzwoicie. Ktoś, kto podziękował i powiedział, że zmieniłem jego życie.

– To prawda, że jeździł Pan do Polaków na lotnisko i prosił urzędników na lotnisku, żeby ich nie deportować?

– Ile nocy wtedy nie przespałem! Samolot z Warszawy do Aten lądował o godz. 2 w nocy. Nasi rodacy mieli wykupiony bilet tylko w jedną stronę i marzyli, żeby zostać w Grecji. Na lotnisku byli zatrzymywani i przygotowywani do deportacji. Mieli być odsyłani do kraju rano, o godz. 6, węgierskimi liniami. Niektórzy chwytali się ostatniej deski ratunku i twierdzili, że są z mojej rodziny. Mówili tak do urzędników na lotnisku – którzy w większości byli kibicami mojej ówczesnej drużyny, Panathinaikosu. Dlatego dzwoniono do mnie w środku nocy i mówiono, że ktoś twierdzi, iż jest moim kuzynem. Pytali, czy go odesłać do kraju. Prosiłem, żeby poczekali. Jechałem szybko na lotnisko i spotykałem się z kimś, kogo pierwszy raz widziałem na oczy. Ale prosiłem, żeby pozwolili mu zostać w Grecji. Zostawiali.

– Ratował Pan też ludzi zabieranych z ulicy.

– Greckie władze często organizowały naloty na nielegalnych imigrantów. Zabierali też Polaków. Interweniowałem. Pamiętam, jak kiedyś żona nauczyciela informatyki z polskiej szkoły wyszła na chwilę na zakupy. Nie miała przy sobie dokumentów. Zgarnięto ją z ulicy mimo protestów, bo zostawiła w domu dwoje dzieci. Gdy się o tym dowiedziałem, natychmiast zadzwoniłem do ministra spraw wewnętrznych. „Co się dzieje? Dlaczego z ulic zabieracie Polaków?” – zapytałem. Pani została szybko wypuszczona.

– Zaangażował się Pan również w pomoc dla polskiej szkoły w Atenach.

– Przez Grecję w okresie stanu wojennego przewinęło się ponad pół miliona Polaków. Władze Grecji zachowywały się bardzo przyzwoicie – przymykały oko na to, że Polacy pracują na czarno, że mają problem z dokumentami. Szybko powstał problem braku szkoły, bo przecież do Grecji przyjeżdżały całe rodziny.

– Grecki Kościół katolicki w 1985 r. oddał do dyspozycji Polaków jedną ze swoich sal, w której rozpoczęto naukę polskich dzieci, ale dość szybko działalność zawieszono.

– Szkoła powstała dopiero w 1988 r., z inicjatywy jezuity ks. Stanisława Mola. Zwrócił się do mnie, czy mogę pomóc. Natychmiast, wraz z innymi Polakami, zaczęliśmy organizować ławki, pomoce naukowe, piłki. Dawaliśmy wszystko – swój czas, swoją pracę, pieniądze. Podkreślam, że nie był to tylko mój wysiłek. Pomagało wiele osób, w tym np. znakomity piłkarz Krzysztof Warzycha.
Polska szkoła to jeden z wielu przykładów wzajemnej pomocy i solidarności Polaków. Piękny przykład, o którym się nie pisze, nie mówi. Chcę też zwrócić uwagę na inny pomijany szczegół. Otóż Polacy w Grecji są bardzo szanowani, cenieni. Zapisali się złotymi zgłoskami w historii tego kraju. Mogę podać wiele przykładów. Np. po trzęsieniu ziemi w 1986 r. w Kalamacie to właśnie Polacy ją odbudowali. To, jakim uznaniem się cieszymy, najlepiej wyczuła pani prezydentowa Agata Kornhauser-Duda – podczas ostatniej oficjalnej wizyty prezydenta w Grecji powiedziała do mojej żony, że nigdzie za granicą nie spotkała się z tak wielką serdecznością i szacunkiem. Te słowa są najpiękniejszym podziękowaniem dla mnie i dla wielu Polaków, którzy przez lata czynili wszystko, by rozwijać przyjaźń między Polską a Grecją.

– Wspomniał Pan o żonie...

– Stefania, mój anioł. Moja wielka miłość. Święta kobieta. No bo jak można było tyle lat ze mną wytrzymać? Chyba trzeba ją zaliczyć do męczenników (śmiech). Poznałem żonę na Politechnice Warszawskiej. Nie jest związana ze sportem. Nie chciałem mieć sportsmenki, w domu ważna jest normalność. Wspólnie przyjęliśmy zasadę, że po meczu nie rozmawiamy o meczu. Nieraz się nie udawało. Włączałem telewizor, oglądałem relacje. Często w kuchni zaczynałem opowiadać o swoich ideach, o meczach, o piłkarzach. Ale przyszedł moment, że powiedziała: „Mam już dość piłki!”. Musiałem kupić drugi telewizor...

– A Pański syn?

– Paweł został biznesmenem. Do dzisiaj ma pretensje, że nie został piłkarzem. Mówię mu: „Gdybyś był piłkarzem, to jedna kontuzja i już po tobie. W innych dziedzinach jest większa szansa na sukces”. Nie wiem, czy go przekonałem. Mam też troje wspaniałych wnuków, na szczęście też nie grają w piłkę. Jestem szczęśliwym człowiekiem. I o tych szczęśliwych chwilach opowiem w mojej książce. M.in. o jednym z najważniejszych dla mnie spotkań – z Janem Pawłem II, u którego byłem na śniadaniu. Zapraszam czytelników „Niedzieli” do lektury!

***

KONKURS DLA CZYTELNIKÓW „NIEDZIELI”

Nagroda: ZDJĘCIE JACKA GMOCHA Z AUTOGRAFEM

Jacek Gmoch nie tylko podzielił się z Czytelnikami „Niedzieli” nieznanymi informacjami o swoim życiu, ale też podarował swoje fotografie opatrzone autografem. Rozlosujemy je wśród osób, które prawidłowo odpowiedzą na następujące pytania:

1. Absolwentem której uczelni jest Jacek Gmoch?

2. Proszę wymienić dwóch kapłanów zaprzyjaźnionych z Jackiem Gmochem.

3. W którym kraju Jacek Gmoch zaangażował się w pomoc Polakom?

Odpowiedzi należy nadesłać do 4 marca 2018 r. pod adresem: Redakcja Tygodnika Katolickiego „Niedziela”, ul. 3 Maja 12, 42-200 Częstochowa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Dlaczego warto być teologiem? – spotkanie członów PTT w Częstochowie

2018-02-23 22:13

Ks. Mariusz Frukacz

Dlaczego warto być teologiem dzisiaj, co dalej z teologią, teologia naukowa czy kościelna? – te pytania były przedmiotem naukowej refleksji członków Częstochowskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Teologicznego. Teologowie spotkali się wieczorem 23 lutego w auli św. Jadwigi w Wyższym Seminarium Duchownym w Częstochowie.

Bożena Sztajner/Niedziela
Wyższe Seminarium Duchowne w Częstochowie

W spotkaniu wzięli udział członkowie Częstochowskiego Oddziału PTT na czele z ks. dr hab. Pawłem Maciaszkiem kierownikiem PTT Oddziału w Częstochowie oraz klerycy Wyższego Seminarium Duchownego Diecezji Sosnowieckiej, klerycy Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Częstochowskiej i studenci Wyższego Instytutu Teologicznego w Częstochowie. Punktem wyjścia do dyskusji był referat ks. prof. dra hab. Marka Skierkowskiego z Uniwersytetu Kard. Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

Rozpoczynając spotkanie ks. dr hab. Paweł Maciaszek podkreślił jak ważny w teologii jest „trud przemyślenia wielkich prawd wiary w obrębie zmieniającej się kultury”.

Następnie prelegent odwołując się m. in. do konstytucji apostolskiej papieża Franciszka o kościelnych studiach akademickich „Veritatis gaudium” wskazał jak ważne jest przezwyciężenie rozdarcia teologii i troski pastoralnej i podkreślił za papieżem Franciszkiem, że „teologia powinna być wprowadzeniem duchowym, intelektualnym i egzystencjalnym w serce kerygmatu, powinna urzeczywistniać się w dialogu, powinna zwracać uwagę na interdyscyplinarność i transdyscyplinarność oraz winna spełniać swoja funkcję w obrębie instytucji”.

Ks. prof. Marek Skierkowski przypomniał również, że teologia to wiara poszukująca zrozumienia. – Teologia wypełnia końcowe zadanie myśli filozoficznej – cytował prelegent kard. Józefa Ratzingera i dodał za teologiem Karlem Rahnerem, że „słowo Bóg stanowi ostatnie słowo poprzedzające całkowite milczenie”.

Mówiąc o konieczności teologii ks. Skierkowski podkreślił, że „całe posłannictwo Kościoła przeniknięte jest teologią” – Człowiek ma prawo zachwycić się Bożym Objawieniem – powtórzył prelegent za teologiem szwajcarskim Hansem Ursem von Balthasarem.

Teolog z UKSW wskazał również na integralną metodę teologiczną składająca się z pięciu komponentów: filozoficzno-antropologicznego, pozytywno-hermeneutycznego, konstruktywno-systematycznego, praktyczno-dialogicznego i modlitewno-mistycznego.

- W palecie różnych nauk teologia jest niezbędna. Każdy teolog musi być eklezjalny – przypomniał prelegent i dodał: „Od teologii zależy los człowieka. Istnieje też ścisły związek teologii naukowej z teologią ewangelizacyjną”.

W dyskusji po referacie ks. dr Franciszek Dylus wskazując na możliwość poznania Boga przypomniał, że „teologia zaczyna się od Jezusa Chrystusa” i dodał za Pascalem: „Nie tylko nie znamy Boga inaczej niż przez Chrystusa, ale i siebie samych znamy jedynie przez Chrystusa; znamy życie i śmierć jedynie przez Chrystusa. Poza Chrystusem nie wiemy, ani co to nasze życie, ani śmierć, ani Bóg, ani my.”

Natomiast ks. dr Jarosław Grabowski podkreślił, że „teologia powinna służyć wspólnocie Kościoła, bo ona wyjaśnia prawdy wiary”.

Oddział Częstochowski Polskiego Towarzystwa Teologicznego istnieje od 1997 roku. Skupia duchownych i świeckich, wykładowców Wyższego Seminarium Duchownego i Instytutu Teologicznego w Częstochowie, duszpasterzy parafialnych, katechetów oraz inne osoby świeckie zaangażowane w życie Kościoła i zainteresowane szeroko pojętą problematyką teologiczną. Oddział w Częstochowie organizuje okolicznościowe sesje naukowe oraz spotkania w trzech sekcjach tematycznych: Sekcji Biblijnej , Sekcji Teologii Systematycznej i Sekcji Teologii Praktycznej. Do ważnych przedsięwzięć podejmowanych przez PTT w Częstochowie należą organizowane w listopadzie tzw. "Zaduszki Teologiczne", które są poświęcone pamięci zmarłych teologów. Materiały z organizowanych przez oddział częstochowski sesji naukowych i innych spotkań publikowane są regularnie na łamach "Częstochowskich Studiów Teologicznych".

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem