Reklama

BETEL - Zakupy z sercem - Binyam

Warszawa: konferencja poprzedzająca kongres "Europa Christi"

2017-10-10 08:03

Katolicka Agencja Informacyjna
Fundacja "Myśląc Ojczyzna im. Ks. Infułata Ireneusza Skubisia" zapraszają

TRANSMISJA NA ŻYWO

na konferencję prasową poprzedzającą
MIĘDZYNARODOWY KONGRES RUCHU „EUROPA CHRISTI”
„OTWÓRZCIE DRZWI CHRYSTUSOWI”
(św. Jan Paweł II)

Reklama

* * * * *

10 października (wtorek) godz. 12.00

Siedziba Konferencji Episkopatu Polski

Skwer Kardynała Wyszyńskiego 6, Warszawa

W konferencji udział wezmą:

Bp Artur Miziński – Sekretarz Generalny Konferencji Episkopatu Polski

Stanisław Karczewski – Marszałek Senatu RP

Ks. inf. dr Ireneusz Skubiś – Moderator Ruchu „Europa Christi”

Lidia Dudkiewicz – Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela”

Ks. prof. Waldemar Cisło – Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie

Ks. dr Zenon Hanas – UKSW

Ks. dr Jarosław Krzewicki – rektor WSEiZ

Min. Sławomir Mazurek – Ministerstwo Środowiska

Joanna Kowalska – Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi

* * * * *

Informacje o Kongresie:

Międzynarodowy kongres „Otwórzcie Drzwi Chrystusowi!”

19-23 października 2017 r.

CZĘSTOCHOWA – ŁÓDŹ – WARSZAWA

Częstochowa, 19 października godz. 21.00 – Jasna Góra: Apel Jasnogórski

20 października godz. 11.00 – aula Redakcji Tygodnika Katolickiego „Niedziela”, ul. 3 Maja 12

Łódź, 21 października godz. 11.00 – Wyższa Szkoła Ekonomii i Zarządzania, ul. Narutowicza 86

Warszawa, 22 października godz. 9.00 – Msza św., kościół Niepokalanego Poczęcia NMP

godz. 11.00 – aula im. Jana Pawła II UKSW, ul. Dewajtis 5

23 października, godz. 10.30 – Senat RP, ul. Wiejska 6

godz. 16.00 – Galeria Porczyńskich, pl. Bankowy 1

Na Kongresie Wystąpi ponad 40 wybitnych Osobistości z Polski i Europy wśród nich:

Kardynał Stanisław Dziwisz

„Św. Jan Paweł II patronem Europy” – Redakcja Tygodnika Katolickiego „Niedziela”, Częstochowa (20 X)

Dr Armando Tarullo z Włoch

„Wartości chrześcijańskie w polityce i ekonomii współczesnej Europy” – Wyższa Szkoła Ekonomii i Zarządzania, Łódź (21 X)

Kardynał Robert Sarah

prefekt watykańskiej Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów

„Bóg albo nic. Czy możliwe jest odwoływanie się do wartości chrześcijańskich bez Chrystusa” – UKSW, Warszawa (22 X)

„Współczesne formy kolonializmu” – Senat RP, Warszawa (23 X)

Arcybiskup Kyrillos Kamal William Samaan OFM

z Kościoła katolickiego obrządku koptyjskiego, biskup Asjutu w Egipcie

„Świadectwo: Dramat wojny na Bliskim Wschodzie. Czego Bliski Wschód potrzebuje od Europy” – Galeria Porczyńskich, Warszawa (23 X)


Tagi:
konferencja Europa Christi

Bp Bronakowski: polskość nie może kojarzyć się z pijaństwem

2018-02-20 20:04

jk / Toruń (KAI)

- Kościół nie walczy z alkoholem, ale o godność człowieka. Polskość nie może kojarzyć się z pijaństwem - mówił bp Tadeusz Bronakowski na rozpoczęcie ogólnopolskiej konferencji pt. „Wolni w Chrystusie” zorganizowanej w Toruniu w dniach 20 i 21 lutego przez Zespół Komisji Episkopatu Polski ds. Apostolstwa Trzeźwości, Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej oraz Fundację Rozwoju Polski. Konferencja przybliża i promuje ogłoszony 13 lutego w Warszawie „Narodowy Program Trzeźwości”.

Katarzyna Cegielska
Bp Tadeusz Bronakowski

Konferencję „Wolni w Chrystusie” rozpoczęto Mszą św. pod przewodnictwem bp. Tadeusza Bronakowskiego sprawowaną w sanktuarium Najświętszej Maryi Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II w Toruniu.

Część wykładową, która odbyła się w Auli WSKSiM w Toruniu rozpoczął bp Tadeusz Bronakowski, przewodniczący Zespołu Komisji Episkopatu Polski ds. Apostolstwa Trzeźwości, która „w roku jubileuszu stulecia odzyskania niepodległości przez Polskę, w trosce o trzeźwość, która jest fundamentem wolności osobistej i narodowej, jako dar i zadanie Narodowego Kongresu Trzeźwości, wszystkim rodakom w kraju i za granicą” ogłosiła Narodowy Program Trzeźwości (NPT). - Kościół nie walczy z alkoholem, ale o godność człowieka. Polskość nie może kojarzyć się z pijaństwem - podkreślił na wstępie bp Bronakowski i zauważył, że NPT jest swoistą syreną alarmową mającą wybudzić społeczeństwo ze szkodliwego snu. Ma być przyczynkiem do dyskusji oraz wołaniem o mobilizację społeczną.

O realizacji NPT w polskich parafiach i wśród Polaków za granicą opowiadał ks. prof. KUL dr hab. Piotr Kulbacki. Prelegent zwrócił uwagę na to, że proponowany program jest długofalowy, obliczony na okres jednego pokolenia, gdyż ma na celu „trwałe przekształcenie kultury i zmianę postaw”. Przybliżył także kilka aspektów akcji „Nie piję, bo kocham”, która propaguje m.in. dobrowolną abstynencję i przypomina o okresach szczególnej intensyfikacji działań pro abstynenckich w Kościele, jakimi są np. Tydzień Modlitw o Trzeźwość Narodu, Wielki Post, czy miesiąc sierpień. Podkreślił również, że rolą NPT jest ożywienie prac trzeźwościowych na poziomie diecezji i parafii, a co za tym idzie - zwrócenie się w kierunku rodziny, która jest podstawowym miejscem do wychowania w trzeźwości.

Kolejny temat w telekonferencji przybliżył ks. dr Marek Dziewiecki, który skupił się na zdefiniowaniu pojęć wolność i trzeźwość oraz przedstawił alkoholizm jako zjawisko występujące w sferze psychologicznej, społecznej i duchowej funkcjonowania człowieka.

Ks. dr Marek Dziewiecki podkreślał, że wolność została dana człowiekowi po to, by mógł kochać. W tym kontekście należy patrzeć w sposób szeroki na trzeźwość, która jest wolnością w myśleniu, przeżywaniu emocjonalnym, podejmowaniu decyzji i budowaniu więzi z Bogiem, samym sobą i drugim człowiekiem. Alkoholizm niszczy te wszystkie wymiary wolności.

Agonią człowieka uzależnionego jest zranienie w wolności przyjmowania miłości – alkoholik nie chce przyjmować miłości, bo ten, kto kocha, stawia wymagania. W efekcie uzależniony zatraca zdolność wrażliwości na cierpienie kochających i używa wolności, by od tej miłości uciekać. – Tu nie wystarczą tłumaczenia, że umiera na raty – podkreślał ks. dr Dziewiecki. Jedynym ratunkiem jest cierpienie własne, czyli pozostawienie uzależnionego z wszelkimi konsekwencjami jego postępowania tak, by miał szansę powiedzieć sobie „zmieniam się albo umieram”.

Jako dar i zadanie NPT przedstawił prof. nzw. dr hab. Krzysztof Wojcieszek, który podkreślał, że obecne pijaństwo w Polsce jest spuścizną historii naszego kraju. Badania pokazują, że wyraźnie rosło od lat 50-tych XX wieku, czyli w czasie ustroju totalitarnego. Nie ma też większego znaczenia fakt, że aktualnie w Polsce funkcjonują jedne z najbardziej restrykcyjnych przepisów dotyczących trzeźwości, bowiem 200 lat zaborów wykształciło w Polakach wewnętrzny sprzeciw wobec prawa i mimo, że surowe, nie jest przestrzegane np. 75% osób łamie zakaz sprzedaży alkoholu osobom poniżej 18 roku życia.

– Potrzeba środowiskowego wzmocnienia działania prawa – mówił prof. Wojcieszek. NPT w takim ujęciu jawi się jako dar i szansa na wyjście z tzw. „grzechu cudzego”, który dominuje w alkoholizmie jako cudze niedopatrzenie, brak reakcji, czy złe wzorce i w efekcie wepchnięcie kogoś w dramat uzależnienia. Prelegent podkreślił, że przyjęcie takiego daru stawia określone wymagania przed społeczeństwem, gdyż skłania po pierwsze do promocji NPT, a następnie wprowadzania go w życie najlepiej poprzez jeden dobrze wybrany projekt praktyczny do realizacji rocznej.

Prelegenci podkreślali, że Kościół – kapłani i świeccy, głównie ci zaangażowani w życie ruchów i wspólnot, są szczególnie powołane do realizacji tego programu, gdyż spojrzenie na alkoholizm tylko w kategoriach choroby jest spłaszczeniem problemu i pominięciem sfery duchowej i sumienia. Jak zaznaczyli prelegenci, jednym z wymiarów alkoholizmu jest zaprzeczanie jego istnienia oraz bycie współuzależnionym, co z kolei, mimo cierpienia, blokuje chęć zmian.

Druga część ogólnopolskiej konferencji „Wolni w Chrystusie” odbędzie się 21 lutego w Auli WSKSiM w Toruniu. Poruszone zostaną m.in. kwestie uzależnienia behawioralnego, czy kosztów uzależnień.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Nieznane życie Jacka Gmocha

2018-02-07 10:50

Z Jackiem Gmochem rozmawia Krzysztof Tadej
Niedziela Ogólnopolska 6/2018, str. 44-46

Jacek Gmoch to jeden z najbardziej znanych polskich trenerów. Był selekcjonerem polskiej reprezentacji w piłce nożnej. W 1978 r. zdobył z drużyną 5. miejsce podczas mistrzostw świata w Argentynie. Jego życie to gotowy scenariusz na film. W czasie II wojny światowej były dni, gdy głodował. W czasach PRL-u ścigano go listem gończym. Był krytykowany za przyjaźń z księżmi, nazywanymi „wrogami Polski Ludowej”. Po wprowadzeniu stanu wojennego pomagał wielu Polakom, którzy wyemigrowali do Grecji. Karierę piłkarską zaczynał jako zawodnik Znicza Pruszków, później grał w warszawskiej Legii. W reprezentacji Polski rozegrał 32 spotkania. W 1971 r. został współpracownikiem legendarnego trenera reprezentacji narodowej – Kazimierza Górskiego. Stworzył „bank informacji” i był prekursorem badań naukowych w piłce nożnej. W tym czasie reprezentacja pod wodzą Górskiego zdobyła złoty medal olimpijski w Monachium w 1972 r. i 3. miejsce na mistrzostwach świata w RFN w 1974 r. Gmoch trenował wiele klubów piłkarskich, m.in.: słynny Panathinaikos AO, AEK Ateny i Olympiakos SFP. W 2010 r. został uznany za jednego z pięciu najlepszych trenerów w historii greckiej ligi piłkarskiej. Od 1993 r. jest prezesem Grecko-Polskiego Związku Przyjaźni i Współpracy. Należy do najbardziej znanych ekspertów i komentatorów sportowych. Słynie z poczucia humoru. W ekskluzywnym wywiadzie dla tygodnika „Niedziela” opowiada o ważnych momentach swojego życia, swojej wierze i o tym, co w życiu jest najważniejsze. Z Jackiem Gmochem – słynnym trenerem, ekspertem i komentatorem sportowym – rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP

Krzysztof Tadej
Jacek Gmoch – jeden z najsłynniejszych polskich trenerów piłki nożnej

KRZYSZTOF TADEJ: – Pańskie motto życiowe to...

JACEK GMOCH: – Słowa jednego z filozofów: „Pracuj tak, jakbyś miał żyć 200 lat, ale żyj tak, jakbyś miał za chwilę umrzeć”. Dokładnie tak staram się postępować każdego dnia. Pomagają mi w tym rodzina i przyjaciele. Powiem więcej: gdyby nie oni, to nic bym w życiu nie osiągnął.

– Kiedy rozmawialiśmy w 2012 r., powiedział Pan: „Nie napisałem jeszcze autobiografii, bo wydaje mi się, że jeszcze mam tyle do zrobienia... I tyle lat przed sobą. A jak podsumowuje się życie, to powoli trzeba myśleć o odejściu z tego świata”. W maju ma ukazać się Pańska książka. Zmienił Pan zdanie?

– Pan Bóg ostrzegł, że życie nie będzie trwało w nieskończoność. W ostatnich dwóch latach miałem poważne kłopoty zdrowotne. Muszę zacząć myśleć, żeby coś po sobie pozostawić. Zdecydowałem się napisać o pięknych i trudnych chwilach. Ale z miłością, bez złośliwości, oskarżeń i pretensji. Zapisałem to, co piękne. Dlatego w naszej rozmowie nie chcę mówić o bolesnych sprawach. Dzisiaj jestem szczęśliwym mężem, ojcem i dziadkiem. I cały czas człowiekiem zwariowanym na punkcie piłki nożnej!

– „Jacek Gmoch to słynny trener kat”. Zgadza się Pan z tym stwierdzeniem?

– No nie, to przesada! Nie mogę przecież odbierać tego tytułu trenerowi siatkarzy Hubertowi Wagnerowi! (śmiech). On był prekursorem w wyciskaniu z ludzi tego, co najlepsze! Ale rzeczywiście, tak o mnie pisano.

– Przeraźliwie krzyczał Pan w szatni?

– W szatni trzeba nie tylko krzyczeć, ale też potrząsnąć zawodnikami. Piłkarze to ludzie, którzy są na wojnie. W szatni trener ma ich podnieść na duchu, wzmocnić psychicznie, wskazać cel. A w przerwie mówić: tu zagraliśmy paskudnie, a tam rewelacyjnie. I wytłumaczyć, co robić dalej. Prosto, dosadnie. Jeśli trener tego nie zrobi, to nie będzie miał dobrych wyników. Trener musi mieć charyzmę. Jeśli jej nie ma, to wie pan do czego się nadaje?! Najwyżej do robienia kiełbasek na grillu!
Trener musi mieć wizję, strategię. Przed meczem wszystko tłumaczy i każdy wie, za co jest odpowiedzialny. Tak tworzy się zespół. Jeśli tego nie ma, to 11 facetów bez sensu biega po boisku.
Trener ma też motywować. Nastawienie psychiczne do meczu często decyduje o wyniku. Piłkę nożną można opisać jako zbiór kilku elementów. Technika, cechy motoryczne zawodnika, taktyka, psychologia... Dzisiaj psychologia ma decydujące znaczenie, bo dobre drużyny są porównywalne – są świetnie wyszkolone technicznie, mają znakomicie przygotowaną taktykę. Największe rezerwy tkwią w psychice. Kto lepiej przygotuje psychicznie drużynę do meczu, ten wygrywa.

– Pańska kariera sportowa rozpoczęła się od piłki nożnej i koszykówki. Ale mało brakowało, żeby tak się nie stało, bo Pański tata nie był tym zachwycony.

– To dyplomatyczne stwierdzenie. Ojciec stanowczo zabronił mnie i mojemu bratu grania w piłkę. Nauka musiała być na pierwszym miejscu. Mówił: „Skończcie studia i nie zawracajcie sobie głowy sportem”.

Szczególnie nie chciał, żebyśmy grali w piłkę nożną, choć sam był piłkarzem. Może dlatego, że w tamtych czasach śmiano się z piłkarzy? „Człowieczek z krzywymi nogami”, „odrzut człowieczy” – to były najłagodniejsze określenia, które pamiętam. Pomimo tego od najmłodszych lat z moim bratem Andrzejem uprawialiśmy różne dyscypliny. Muszę podkreślić, że dzięki niemu osiągnąłem znaczące sukcesy w sporcie. A to dlatego, że się biliśmy.

– Bił się Pan z bratem?

– Wielokrotnie. Był moim idolem – starszy ode mnie, niezwykle wysportowany, waleczny, zwinny. Chciałem mu dorównać. Jak walczyliśmy, to nieraz u cioci spadał żyrandol. Kończyło się nieszczególnie, bo dostawaliśmy baty od ojca.

– W tym okresie myślał Pan, żeby zostać księdzem?

– Byłem ministrantem w kościele św. Kazimierza w Pruszkowie. O takich planach mówiło się wśród moich bliskich. To było ogromne marzenie mojej cioci, Flory Paczowskiej. Czuła się odpowiedzialna za podtrzymywanie w rodzinie wiary katolickiej. Wspaniała, dobra, ale wymagająca. Z ciocią Florą nie było żartów. Mieszkała naprzeciwko kościoła i była bystrą obserwatorką. Jak ktoś nie przychodził na niedzielną Mszę św. lub stał gdzieś z tyłu, na schodach, to od razu obrywało się rodzicom. Mnie bardzo lubiła i nawet kupiła mi komżę. Ale i to nie pomogło.

– Dlaczego? Nie czuł Pan powołania?

– Ministrantem byłem ponad dwa lata. Ale kiedyś z kolegami, też ministrantami, graliśmy w podziemiach kościoła w ping-ponga. I spóźniliśmy się na Mszę św. Później proboszcz za karę zaczął nas przepytywać z różnych modlitw, kazał je recytować po łacinie. Niestety, jak doszliśmy do Credo, to od połowy mógł usłyszeć tylko nasze mruczando... (śmiech).

– I wybrał Pan sport.

– Grałem w piłkę nożną, ale równolegle studiowałem na Politechnice Warszawskiej. Jestem absolwentem tej uczelni – magistrem inżynierem budowy dróg i mostów. Później przez 10 lat pracowałem naukowo, a w 1975 r. ukończyłem AWF ze specjalnością piłka nożna.

– Był Pan znakomitym zawodnikiem Legii Warszawa, rozegrał Pan też 32 spotkania w reprezentacji Polski. Aż przyszedł pechowy mecz 17 sierpnia 1968 r.

– Dramatyczne wydarzenie, które wpłynęło na całe moje życie. Grałem w meczu Kadry PZPN z „Expressem”. Spotkanie zorganizowali dziennikarze niezwykle popularnej gazety – „Expressu Wieczornego”. Na stadion przyszło ponad 30 tys. widzów. Niestety, bramkarz swoją niefortunną interwencją złamał mi nogę. Trafiłem do szpitala z wielostopniowym złamaniem. Groziło mi kalectwo. Walczyłem o powrót na boisko. Przez pół roku ciężko pracowałem, żeby odzyskać sprawność. Ale mogłem wytrzymać tylko połowę meczu, a potem noga puchła... Okazało się, że w wieku 28 lat muszę zakończyć karierę piłkarską. Do dzisiaj zresztą trochę kuleję.

– I wtedy odczuł Pan, że nie jest już potrzebny drużynie?

– To przykre, wolę mówić o tym, co zdarzyło się dobrego. W szpitalu odwiedzili mnie ks. kan. Witold Jaworski i ks. inf. Józef Wójcik. Chcieli podnieść mnie na duchu i to im się udało. Muszę przyznać, że w kolejnych latach to oni wpływali na moje życie. Z Witkiem Jaworskim byłem zaprzyjaźniony od małego. Wierny przyjaciel, nigdy mnie nie zawiódł. Traktuję go jak drugiego brata. Zna moje dobre i złe strony. Jest powiernikiem tajemnic całej mojej rodziny.

– Drugim wspomnianym przez Pana księdzem był legendarny kapłan diecezji radomskiej ks. inf. Józef Wójcik. O nim kard. Karol Wojtyła powiedział, że był uważany za „wroga nr 1 Polski Ludowej”. 9 razy wsadzano go do więzienia, usłyszał 18 wyroków.

– Poza tym w 1972 r. wykradł kopię obrazu Matki Bożej z Jasnej Góry! Wcześniej obraz wędrował po Polsce, co denerwowało władze. Zatrzymano go, przewieziono do klasztoru, a ludzie modlili się przed pustą ramą. Jak nastąpiła odwilż za Gierka, ks. Józef zorganizował potajemne wywiezienie obrazu, żeby wrócił na szlak modlitewny. Mocno ryzykował. Opowiadał mi kiedyś, jak pojechał do kard. Wyszyńskiego. W tajemnicy powiedział o tym pomyśle, ale Prymas nie był zachwycony. Mogło się to różnie skończyć. Jednak się udało.
Od pierwszego spotkania zaimponował mi głęboką wiarą. Zobaczyłem człowieka, który nie chciał nic dla siebie, a dużo dawał innym. Dla mnie był przykładem, jak postępować. Ludzie się do niego garnęli. Miał w sobie jakąś moc, gdy przekazywał innym wiarę. Szybko się zaprzyjaźniliśmy.

– Pan, mimo że jest osobą tak znaną, nie ukrywał, że jest katolikiem.

– Nigdy nie wstydziłem się wiary i mówienia o Panu Bogu. Jestem wierzący, tak jak cała moja rodzina. Miałem różne okresy w życiu. Do pewnych wniosków trzeba dojrzeć. Na początku przyjmuje się to, co mówią rodzice, katecheci. Potem pojawiają się pytania, wątpliwości. To normalne, bo pytania pozwalają dojść do zrozumienia. A potem, gdy człowiek się zastanowi i dokona wyboru, to wierzy się w pełni świadomie. Dziękuję Bogu, że mogłem w swoim życiu poznać księży, którzy byli dla mnie wzorem wyznawania wiary. To np. kard. John Krol z USA, kard. Józef Glemp czy wspomniani ks. Witold Jaworski i ks. Józef Wójcik.

– W związku ze spotkaniami z ks. Wójcikiem miał Pan też trochę kłopotów.

– Cały czas byliśmy ze sobą w kontakcie. Bywał u mnie w domu, a ja nieraz jeździłem do niego, do Suchedniowa. Tam, w kościele, często razem modliliśmy się w kaplicy św. Jacka. Pamiętam, gdy byłem trenerem reprezentacji Polski, poprosił mnie, żebym przyjechał i zobaczył miejscową drużynę. Popatrzyłem, przekazałem uwagi, potem zjedliśmy obiad i było bardzo sympatycznie. Jak wróciłem do Warszawy, od razu wezwali mnie do Komitetu Centralnego. Partia miała pretensje o to, że zadaję się z takim wywrotowcem, który bez przerwy walczy z komuną. Oczywiście, przyjaźń trwała dalej. Ks. Józef zapraszał mnie na uroczystości kościelne i jak tylko miałem czas, to jechałem. Gościłem go w Atenach, w swoim domu, gdy w 2004 r. razem z ks. Edwardem Pleniem był kapelanem naszych olimpijczyków.

– Wspomniał Pan o stolicy Grecji. Tam ma Pan drugi dom?

– Mniej więcej połowę roku mieszkamy z żoną w Grecji, a połowę w Polsce.

– Gdy w sierpniu 1978 r. przestał Pan być trenerem reprezentacji, wyjechał Pan trenować norweską drużynę Skeid do Oslo, a rok później rozpoczął Pan karierę trenerską w Grecji. Dlaczego? Nie było dla Pana pracy w polskich klubach?

– Z ogromnego sukcesu, jakim było zajęcie 5. miejsca podczas mistrzostw świata w Argentynie, niektórzy chcieli zrobić porażkę. Wyjechałem z kraju. Potem jeszcze chciano zrobić ze mnie złodzieja i byłem poszukiwany listem gończym. O tym szczegółowo opowiem w swojej książce.

– Nieznanym wątkiem w Pańskim życiorysie jest pomoc, której udzielał Pan w Grecji Polakom, np. tym, którzy emigrowali z kraju po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 r.

– Ludzie przyjeżdżali z nadzieją na lepsze życie. W Polsce byli prześladowani, niektórzy nie mieli pracy. Każdy wyjazd to była dramatyczna decyzja. Starałem się pomagać, na ile mogłem. Bardzo rzadko o tym mówię, bo uważam, że pomaganie komuś w potrzebie powinno być czymś oczywistym, normalnym. Nasze życie jest jak piasek, który się przesypuje przez palce, i zostaje tylko to, co ważne. A ważne jest dobro czynione dla innych. Wiele razy za to dostałem po głowie. Na 10 przypadków nieraz i 9 razy się zawiodłem. Ale zawsze był ten jeden, który zachowywał się przyzwoicie. Ktoś, kto podziękował i powiedział, że zmieniłem jego życie.

– To prawda, że jeździł Pan do Polaków na lotnisko i prosił urzędników na lotnisku, żeby ich nie deportować?

– Ile nocy wtedy nie przespałem! Samolot z Warszawy do Aten lądował o godz. 2 w nocy. Nasi rodacy mieli wykupiony bilet tylko w jedną stronę i marzyli, żeby zostać w Grecji. Na lotnisku byli zatrzymywani i przygotowywani do deportacji. Mieli być odsyłani do kraju rano, o godz. 6, węgierskimi liniami. Niektórzy chwytali się ostatniej deski ratunku i twierdzili, że są z mojej rodziny. Mówili tak do urzędników na lotnisku – którzy w większości byli kibicami mojej ówczesnej drużyny, Panathinaikosu. Dlatego dzwoniono do mnie w środku nocy i mówiono, że ktoś twierdzi, iż jest moim kuzynem. Pytali, czy go odesłać do kraju. Prosiłem, żeby poczekali. Jechałem szybko na lotnisko i spotykałem się z kimś, kogo pierwszy raz widziałem na oczy. Ale prosiłem, żeby pozwolili mu zostać w Grecji. Zostawiali.

– Ratował Pan też ludzi zabieranych z ulicy.

– Greckie władze często organizowały naloty na nielegalnych imigrantów. Zabierali też Polaków. Interweniowałem. Pamiętam, jak kiedyś żona nauczyciela informatyki z polskiej szkoły wyszła na chwilę na zakupy. Nie miała przy sobie dokumentów. Zgarnięto ją z ulicy mimo protestów, bo zostawiła w domu dwoje dzieci. Gdy się o tym dowiedziałem, natychmiast zadzwoniłem do ministra spraw wewnętrznych. „Co się dzieje? Dlaczego z ulic zabieracie Polaków?” – zapytałem. Pani została szybko wypuszczona.

– Zaangażował się Pan również w pomoc dla polskiej szkoły w Atenach.

– Przez Grecję w okresie stanu wojennego przewinęło się ponad pół miliona Polaków. Władze Grecji zachowywały się bardzo przyzwoicie – przymykały oko na to, że Polacy pracują na czarno, że mają problem z dokumentami. Szybko powstał problem braku szkoły, bo przecież do Grecji przyjeżdżały całe rodziny.

– Grecki Kościół katolicki w 1985 r. oddał do dyspozycji Polaków jedną ze swoich sal, w której rozpoczęto naukę polskich dzieci, ale dość szybko działalność zawieszono.

– Szkoła powstała dopiero w 1988 r., z inicjatywy jezuity ks. Stanisława Mola. Zwrócił się do mnie, czy mogę pomóc. Natychmiast, wraz z innymi Polakami, zaczęliśmy organizować ławki, pomoce naukowe, piłki. Dawaliśmy wszystko – swój czas, swoją pracę, pieniądze. Podkreślam, że nie był to tylko mój wysiłek. Pomagało wiele osób, w tym np. znakomity piłkarz Krzysztof Warzycha.
Polska szkoła to jeden z wielu przykładów wzajemnej pomocy i solidarności Polaków. Piękny przykład, o którym się nie pisze, nie mówi. Chcę też zwrócić uwagę na inny pomijany szczegół. Otóż Polacy w Grecji są bardzo szanowani, cenieni. Zapisali się złotymi zgłoskami w historii tego kraju. Mogę podać wiele przykładów. Np. po trzęsieniu ziemi w 1986 r. w Kalamacie to właśnie Polacy ją odbudowali. To, jakim uznaniem się cieszymy, najlepiej wyczuła pani prezydentowa Agata Kornhauser-Duda – podczas ostatniej oficjalnej wizyty prezydenta w Grecji powiedziała do mojej żony, że nigdzie za granicą nie spotkała się z tak wielką serdecznością i szacunkiem. Te słowa są najpiękniejszym podziękowaniem dla mnie i dla wielu Polaków, którzy przez lata czynili wszystko, by rozwijać przyjaźń między Polską a Grecją.

– Wspomniał Pan o żonie...

– Stefania, mój anioł. Moja wielka miłość. Święta kobieta. No bo jak można było tyle lat ze mną wytrzymać? Chyba trzeba ją zaliczyć do męczenników (śmiech). Poznałem żonę na Politechnice Warszawskiej. Nie jest związana ze sportem. Nie chciałem mieć sportsmenki, w domu ważna jest normalność. Wspólnie przyjęliśmy zasadę, że po meczu nie rozmawiamy o meczu. Nieraz się nie udawało. Włączałem telewizor, oglądałem relacje. Często w kuchni zaczynałem opowiadać o swoich ideach, o meczach, o piłkarzach. Ale przyszedł moment, że powiedziała: „Mam już dość piłki!”. Musiałem kupić drugi telewizor...

– A Pański syn?

– Paweł został biznesmenem. Do dzisiaj ma pretensje, że nie został piłkarzem. Mówię mu: „Gdybyś był piłkarzem, to jedna kontuzja i już po tobie. W innych dziedzinach jest większa szansa na sukces”. Nie wiem, czy go przekonałem. Mam też troje wspaniałych wnuków, na szczęście też nie grają w piłkę. Jestem szczęśliwym człowiekiem. I o tych szczęśliwych chwilach opowiem w mojej książce. M.in. o jednym z najważniejszych dla mnie spotkań – z Janem Pawłem II, u którego byłem na śniadaniu. Zapraszam czytelników „Niedzieli” do lektury!

***

KONKURS DLA CZYTELNIKÓW „NIEDZIELI”

Nagroda: ZDJĘCIE JACKA GMOCHA Z AUTOGRAFEM

Jacek Gmoch nie tylko podzielił się z Czytelnikami „Niedzieli” nieznanymi informacjami o swoim życiu, ale też podarował swoje fotografie opatrzone autografem. Rozlosujemy je wśród osób, które prawidłowo odpowiedzą na następujące pytania:

1. Absolwentem której uczelni jest Jacek Gmoch?

2. Proszę wymienić dwóch kapłanów zaprzyjaźnionych z Jackiem Gmochem.

3. W którym kraju Jacek Gmoch zaangażował się w pomoc Polakom?

Odpowiedzi należy nadesłać do 4 marca 2018 r. pod adresem: Redakcja Tygodnika Katolickiego „Niedziela”, ul. 3 Maja 12, 42-200 Częstochowa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

KSM obraduje

2018-02-23 21:02

Agata Kowalska, KSM Częstochowa

Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Archidiecezji Częstochowskiej rozpoczęło dziś punktualnie o godz. 18.00 Sesję Zarządów.

Maciej Cupiał, KSM Częstochowa

Będzie to bardzo ważny, historyczny czas - wybory nowego składu osobowego Prezydium, obrady, ale przede wszystkim jednak - Zlot KSM. W sobotę u stóp Jasnej Góry swoje życie Matce Bożej zawierzy niemalże tysiąc młodych ludzi.

Zapraszamy od godz. 14.00 wszystkich tych, którzy czują się KSM-owiczami i chcą pokazać swoją przynależność do stowarzysznia. Mszę Świętą sprawować będzie Ksiądz Arcybiskup Metropolita Częstochowski Wacław Depo. Módlmy się o światło Ducha Świętego dla wszystkich biorących udział w tych wydarzeniach!

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem