Reklama

Warszawa: św. Róża z Limy bohaterką wystawy w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej

2017-09-27 19:00

mip / Warszawa

wikipedia.org
Św. Róża z Limy

Wystawę poświęconą pierwszej świętej Ameryki, z okazji 400. rocznicy śmierci Róży z Limy, oglądać można do 8 października w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej na Starym Mieście. Współorganizatorem wystawy jest Ambasada Peru w Polsce.

Wystawa „Święta Seraficka, Wybitne Życie – 400. rocznica śmierci Św. Róży z Limy” jest pierwszą publiczną ekspozycją kolekcji kuratora wystawy, Omara Zevallos Orrillo. Znaczna część zaprezentowanych dzieł to prace renomowanych artystów europejskich. Łącznie pokazanych jest ponad 40 różnorodnych eksponatów.

Św. Róża z Limy jest jedną z najpopularniejszych świętych Ameryki. Kult oddawany świętej wpływał i nadal wpływa na sztukę, stąd na wystawie można zobaczyć wyobrażenia świętej od XVII wieku do współczesności. Zaprezentowane są m.in.: obrazy, grafiki, rzeźby a także znaczki pocztowe i kartki z wizerunkiem świętej.

- Święta Róża ciągle w Ameryce jest bardzo popularna. Studiując jej życiorys, staje się bliska, jakby europejska, co może być dowodem uniwersalności katolicyzmu - mówi KAI Iwona Gasiorek z Muzeum Archidiecezji Warszawskiej. Dodaje, że wystawa jest okazją do poznania i zaprzyjaźnienia się ze świętą, uważaną za życia za piękną fizycznie i duchowo kobietę.

Reklama

Isabela Flores de Oliva urodziła się w Limie w 1586 roku i od młodości odznaczała się szczególną pobożnością. Za wzór świętości obrała sobie św. Katarzynę ze Sieny. W wieku 20 lat wstąpiła do Trzeciego Zakonu Dominikańskiego i przybrała habit Tercjarki. Zmarła 24 sierpnia 1617 roku, w wieku 31 lat. Beatyfikowana w 1667 a kanonizowana w 1671 r.

Wystawę „Święta Seraficka, Wybitne Życie – 400. rocznica śmierci Św. Róży z Limy” oglądać można do 8 października w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej, ul. Dziekania 1.

Tagi:
Warszawa muzeum

Historia inna i nieopowiedziana

2018-02-21 10:32

Z Robertem Kostro rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 8/2018, str. 36-37

O potrzebie prowadzenia i udostępniania badań nad martyrologią Polaków w czasie II wojny światowej z Robertem Kostro rozmawia Wiesława Lewandowska

Grzegorz Boguszewski
Robert Kostro

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Polska historia stała się w ostatnich 25 latach wygodnym chłopcem do bicia – powiedział premier Mateusz Morawiecki w związku z burzliwą, wielowymiarową i międzynarodową dyskusją, którą wywołała nowelizacja ustawy o IPN. Polska jakby została wyrwana z głębokiego snu i wreszcie dochodzi do wniosku, że – przyznaje premier – „jak każde poważne państwo musimy zadbać o swoją historię”. Aby to uczynić, trzeba przede wszystkim zidentyfikować najgłębsze źródła dzisiejszych kłopotów z polską historią. Gdzie ich szukać, Panie Dyrektorze?

ROBERT KOSTRO: – Historia Polski nie zasługuje w żadnym razie na to, by być dla kogokolwiek chłopcem do bicia. Wiele ze stereotypów, które czasem nam się przypisuje, wynika z odrębności historycznego rozwoju Polski. Widać to od końca średniowiecza, kiedy wchodzimy w unię z Litwą. Zaczynają się kształtować federacyjna struktura państwa i szerokie prawa dla rycerstwa. Gdy toczono wojny religijne, gdy w państwach zachodnioeuropejskich i u naszych wschodnich sąsiadów powstawały rządy absolutne, w Polsce rozwijał się system parlamentarny, kwitła tolerancja religijna. W XVIII wieku, w dobie oświecenia, gdy większość państw starała się odreagowywać wojny religijne XVI i XVII wieku przez odgórną laicyzację, w Polsce było odwrotnie – polskie oświecenie rozwijało się bez tej antychrześcijańskiej i antyklerykalnej presji, która panowała w zachodniej Europie. Z tej „inności” polskiej historii możemy być dumni, nawet wtedy, gdy poddawała nas ciężkiej próbie, gdy jako jedyny kraj europejski cierpieliśmy z powodu obu XX-wiecznych totalitaryzmów – niemieckiego nazizmu w czasie II wojny światowej oraz sowieckiego, który od najazdu Armii Czerwonej w 1939 r. trwał na naszych ziemiach przez ponad 40 lat po wojnie. Ten ostatni trudny rozdział historii zdecydowanie wyróżnia nas na tle innych krajów.

– Jak i kiedy to się stało, że polska historia – i to właśnie ten jej najbardziej traumatyczny rozdział – stała się chłopcem do bicia?

– Bez wątpienia prócz różnic rozwoju historycznego – które mogą prowadzić do niezrozumienia polskiego podejścia do wielu spraw – mamy także spore kłopoty komunikacyjne. Po wojnie Polska została odgrodzona od Zachodu tzw. żelazną kurtyną i stała się niesuwerennym państwem, po prostu nie byliśmy pełnoprawnym partnerem w międzynarodowej wymianie intelektualnej i nie mogliśmy się bronić przed różnego rodzaju nadużyciami.

– Takimi jak oskarżenie o udział Polaków w Holokauście? Jednakże określenie „polskie obozy śmierci” pojawiło się dopiero w ostatnich latach, gdy Polska była już wolna, można nawet odnieść wrażenie, że w PRL-u mówiło się dość wprost i wcale niemało o niemieckich zbrodniach...

– To prawda, powstały wtedy liczne polskie muzea martyrologiczne, ale władza komunistyczna wykorzystywała je często propagandowo. Pozornie podkreślano martyrologię Polaków, ale faktycznie wyszło na to, że już nawet my sami tu, w Polsce, nie potrafiliśmy rozdzielić, czym był Auschwitz I, gdzie więziono Polaków, a czym Auschwitz II (Birkenau), gdzie mordowano Żydów... A z drugiej strony mieliśmy konsekwentnie prowadzoną od lat 60. ubiegłego wieku politykę Izraela i diaspory żydowskiej. Na Zachodzie od lat 70. mówi się o niemieckim terrorze prawie wyłącznie w kontekście Holokaustu, a wiedza o martyrologii Polaków czy Rosjan gdzieś się zagubiła. Komuniści pozbawili nas pewnych opracowań i narzędzi intelektualnych do rzeczowej dyskusji historyczno-naukowej na ten trudny temat.

– To rezultat zwykłego zaniechania czy przemyślanej polityki historycznej?

– W polityce komunistów były różne okresy, najpierw podkreślano martyrologię Żydów kosztem Polaków, ale w latach 60. usuwano z naszej świadomości Żydów. Tak czy owak cierpiała prawda. Dodatkowo istotną zaporą była bariera językowa. I tak np. historiografia dotycząca Holokaustu pisana była w dużej mierze przez historyków pochodzenia żydowskiego pracujących na amerykańskich uniwersytetach albo przez historyków izraelskich. Polska biblioteka dotycząca historii II wojny światowej do biblioteki anglojęzycznej literatury dotyczącej Holokaustu ma się, optymistycznie licząc, jak jeden do stu. To jest naprawdę gigantyczna różnica!

– Dlatego jesteśmy tak bezradni wobec dzisiejszych żydowskich zarzutów?

– To nie są zarzuty. Większość z tych publikacji to rzetelne prace, które nie stawiają nas w złym świetle. Ale nawet w tych najlepszych opracowaniach polskie cierpienia, polski opór przeciwko Niemcom bywają jedynie tłem dla Zagłady. W latach 50. powstał jerozolimski Instytut Pamięci Męczenników i Bohaterów Holokaustu Yad Vashem. W latach 90. powstało Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie. Prawie w każdym dużym mieście Zachodu istnieje ekspozycja poświęcona Holokaustowi lub historii Żydów. Problematyką Holokaustu przez cały czas zajmują się liczne katedry uniwersyteckie na całym świecie. A my z naszymi badaniami zatrzymaliśmy się gdzieś w latach 60. Charakterystyczny jest fakt, że do 2000 r., kiedy to zaczął działać IPN, nie były prowadzone żadne systematyczne badania na temat polskich Sprawiedliwych. Pierwszy zainteresował się tymi sprawami prezydent Lech Kaczyński, który zaczął wręczać polskie odznaczenia Polakom ratującym Żydów w czasie niemieckiej okupacji.

– Dlaczego w III RP tak niewiele się działo w kwestii przywracania prawdy historycznej?

– Elity uwierzyły, że prawda obroni się sama. W latach 90. nie powstawały w Polsce ani ważne miejsca pamięci, ani ważne wystawy, ani muzea, które by opowiadały o polskiej historii II wojny światowej. Pierwsze inicjatywy pojawiły się ok. 2000 r. Wielkim sukcesem było otwarcie w 2004 r. – znów dzięki Lechowi Kaczyńskiemu, ówczesnemu prezydentowi Warszawy – Muzeum Powstania Warszawskiego. A dopiero całkiem niedawno zaczęły się pojawiać kolejne muzea – Muzeum Żydów Polskich „Polin”, Europejskie Centrum Solidarności, Muzeum II Wojny Światowej... Nasza historia – po części z własnego zaniedbania – nie była przez nas przez długi czas zagospodarowana nawet na użytek domowy.

– Ani tym bardziej na użytek zagraniczny, czego efektów teraz doświadczamy...

– Doświadczamy ich po części właśnie dlatego, że tak bardzo zaniedbaliśmy to domowe przyswajanie własnej historii. Ale także dlatego, że nie mogliśmy tej historii pokazać naszym gościom tu, na miejscu. Jedyną historią dobrze opowiadaną i pokazywaną było to, że warszawska Starówka została tak pięknie odbudowana... Tymczasem świat długo nie wiedział o Powstaniu Warszawskim. W 1994 r. prezydent Niemiec Roman Herzog pomylił Powstanie Warszawskie z powstaniem w warszawskim getcie...

– Takie wiele mówiące pomyłki nadal się zdarzają.

– Być może tak, ale na pewno już nie tak nagminnie jak przed utworzeniem Muzeum Powstania Warszawskiego. To muzeum jest znakomitym dowodem na to, jak samo istnienie ważnej placówki muzealno-edukacyjnej może wpływać na ożywienie historii i jak skutkuje również poszerzaniem się konkretnej wiedzy historycznej na zewnątrz. Chodzi więc o to, że punktem wyjścia są badania naukowe, ważne muzea, silne instytucje kultury. Wciąż mam wrażenie, że jest jeszcze bardzo wiele tematów słabo pokazanych.

– Na przykład?

– Na przykład leżące nieopodal Warszawy Palmiry, gdzie niemieccy okupanci dokonywali masowych egzekucji. Jakoś nie potrafimy wywołać szerszego zainteresowania tym, co się tam działo... A przecież to najważniejszy – obok Katynia – symbol martyrologii polskiej inteligencji w okresie II wojny światowej.

– Ale przynajmniej dbamy o takie miejsca pamięci, zapalamy znicze...

– Szkoda, że nie potrafimy ich wykorzystać do szerszego pokazania prawdy o historii II wojny światowej na terenie Polski. Ale to dobrze, że w Polsce te miejsca są zabezpieczone, otoczone szacunkiem. Inaczej niż np. w Austrii, gdzie na miejscu obozu w Gusen stoją domy mieszkalne... Dopiero dzięki akcji polskiego rządu, a dokładnie wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego Magdaleny Gawin, udało się, nie bez trudności, zatrzymać proces degradacji tamtejszego miejsca pamięci. Uczestniczyliśmy w tych działaniach, tworząc m.in. wystawę i film na temat KL Gusen.

– Czy gdyby w wolnej Polsce zaraz po 1989 r. zaczęto prowadzić jasną politykę historyczną, tłumacząco-edukującą, mogłoby nie dojść do dzisiejszych nieporozumień z Żydami?

– Tego nie wiemy na pewno, ale z pewnością wiele rzeczy trzeba było zrobić znacznie wcześniej; tak ważna instytucja jak Muzeum Powstania Warszawskiego powinna była powstać już w połowie lat 90., a nie dopiero, i z wielkim trudem, w 2004 r. Jednakże w latach 90. zajmowanie się historią wydawało się w Polsce mało ważne. Trzeba też powiedzieć, że oprócz zaniedbań rządów były też inne problemy – dopiero pod koniec tejże dekady pojawiły się odpowiednie możliwości budżetowe państwa polskiego. Do tego dochodzi jeszcze kwestia ówczesnej świadomości Polaków – wszystko, co wówczas przychodziło do nas z Zachodu, przyjmowaliśmy z całym dobrodziejstwem inwentarza, nie rozumieliśmy, że rozmaite zagraniczne instytucje nie tylko przynosiły do Polski demokrację, ale również propagowały swoje narracje historyczne i wzorce myślenia.

– Także na temat polskiej historii?

– Tak. Polska nie finansowała własnych projektów badawczych i programów stypendialnych np. na temat akcji AB czy martyrologii księży w obozach koncentracyjnych, podczas gdy niemieckie i amerykańskie uniwersytety oraz fundacje angażowały polskich uczonych do projektów badań nad Holokaustem, szmalcownikami czy nad przesiedleniami Niemców. Samo ich ukierunkowanie i brak ważnych dla nas tematów stawiały nas na pozycji obronnej. Do pewnego stopnia następował naturalny proces zainteresowania tematami, które wcześniej nie były podnoszone lub wręcz były zakazane. Niezależnie od nadużyć, które popełniali pewni naukowcy i publicyści – jak np. Jan Tomasz Gross – sam temat stosunku Polaków do Żydów w czasie II wojny światowej wymagał również odkrycia pewnych trudnych kart, oczywiście z zachowaniem prawdziwych proporcji, z pokazaniem pełnego kontekstu zdarzeń. Niestety, z powodu braku odpowiednich narzędzi, odpowiednich instytucji nie byliśmy wtedy w stanie zmierzyć się z obcymi interpretacjami.

– I nadal nie bardzo sobie z tym radzimy.

- Niełatwo jest odpierać zarzuty, gdy nie mamy odpowiednich opracowań naukowych na temat obozów koncentracyjnych, pacyfikacji wsi, polskich Sprawiedliwych itd. Nie można przecież bazować wyłącznie na badaniach z lat 60., 70., które często są wybiórcze, czasem wręcz propagandowe! Wypadałoby, by w wolnej Polsce powstało więcej różnorodnych opracowań i by zostały przetłumaczone na język angielski.

– Dlaczego wciąż ich nie ma?

– To kolejna rzecz, która budzi moje zdziwienie. Można zrozumieć, że IPN przez wiele lat od początku swego istnienia koncentrował się na badaniach zasobów Służby Bezpieczeństwa, ale chyba wciąż w zbyt małym stopniu sięga do archiwów II wojny światowej... Ważną rolę będzie odgrywać powołany niedawno Instytut Solidarności i Męstwa. Wiele nadziei pokładam wreszcie w nowo utworzonym Ośrodku Badań nad Totalitaryzmami im. Witolda Pileckiego, który zajmuje się digitalizowaniem i udostępnianiem w Internecie dokumentów Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce – to będzie największa baza dotycząca niemieckiego terroru na ziemiach polskich. Ta dokumentacja, pokazująca pełną polską perspektywę niemieckich zbrodni, jest tłumaczona na język angielski, a zatem wreszcie może być dostępna dla badaczy na całym świecie. Tyle że mocno spóźniona.

– Lepiej późno niż wcale.

– To prawda, jednak zbyt dużo złego już się stało. Nieszczęściem jest to, że zagraniczni historycy z uwagi na nieznajomość języka i niedostępność polskich prac naukowych i źródeł często czerpią z materiałów niemieckich albo rosyjskich. W związku z tym nawet osoby niemające żadnych uprzedzeń wobec Polski po prostu kalkują tezy z tych opracowań. Dlatego tak często pojawiają się takie określenia, jak „polska anarchia” albo „Piłsudski – faszysta”. Te kalki trudno wyeliminować. Naprawdę wartościowych książek na tematy polskie w językach angielskim czy niemieckim pojawia się co najwyżej kilkanaście rocznie. Niestety, nie jestem w stanie wskazać żadnej nowej pracy kompleksowo opisującej niemiecką okupację.

– Panie Dyrektorze, wydaje się, że trudna historia powstawania Muzeum Historii Polski jest najlepszą ilustracją historii polskiej niemocy w sprawie prezentowania własnej historii, zwłaszcza historii II wojny światowej...

– Bez wątpienia, gdyby odpowiednio wcześnie istniało Muzeum Historii Polski – gdyby projekt jego budowy nie został na kilka lat zamrożony – to dziś odwiedzający Warszawę zagraniczni goście mieliby szansę dowiedzieć się więcej także o unii polsko-litewskiej, roli Polskich Sił Zbrojnych w II wojnie światowej, o terrorze niemieckim i sowieckim wobec Polaków. Chcemy pokazać wiele tematów, których nigdzie nie można zobaczyć, np. straszliwe doświadczenia w obozie Mauthausen-Gusen, w którym zginęło ponad 30 tys. Polaków, czy zbrodnie dokonane w ramach akcji AB... Mam nadzieję, że wkrótce będzie można dostrzec efekty działań powołanych niedawno instytucji wyspecjalizowanych w problematyce II wojny światowej. Jak widać, są pilnie potrzebne.

Robert Kostro
Historyk, dziennikarz, publicysta i polityk; był dyrektorem Departamentu Spraw Zagranicznych Kancelarii Prezesa Rady Ministrów (1997), Gabinetu Politycznego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego (2000-01). Od 2006 r. pełni funkcję dyrektora Muzeum Historii Polski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dzieci rozwodników mają żal

2014-10-21 15:12

Katarzyna Woynarowska
Niedziela Ogólnopolska 43/2014, str. 22-23

Przeczytałem niedawno, że najlepsze, co ojciec może zrobić dla szczęścia swojego dziecka, to kochać jego matkę. Szkoda, że mój ojciec tak tego nie widział... – mówi Dominik, informatyk z Wrocławia

Graziako

Kuba Jabłoński, psycholog zajmujący się DDRR-ami (dorosłymi dziećmi rozwiedzionych rodziców), pisze: – Jako terapeuta spotykam osoby pochodzące z rozbitych rodzin. Zauważyłem, że coś je łączy. W dorosłym życiu napotykają podobne problemy, w podobny sposób reagują na różne sytuacje, podobnie patrzą na ludzi i siebie...

Definicja encyklopedyczna opisuje zjawisko krótko: „Do najczęściej występujących zachowań dorosłych dzieci rozwiedzionych rodziców zalicza się np.: strach przed wchodzeniem w relacje intymne, strach przed rodzicielstwem, ograniczone zaufanie, częstsze występowanie załamań nerwicowych oraz depresje”. Jeszcze lepiej obrazują to liczby. W Polsce rozpada się rocznie ok. 66 tys. małżeństw. Coraz więcej dzieci wychowuje się w rodzinach niepełnych, poranionych czy patchworkowych, w których są po dwie mamy, dwóch ojców i przyrodnie rodzeństwo z wcześniejszych i późniejszych związków swoich rodziców. Jest jeszcze jedna grupa – dzieci wychowywanych przez skłóconych rodziców, którzy, choć formalnie są razem, już przeprowadzili rozwód emocjonalny.

Poszarpane serca

– Byłem kiedyś na rekolekcjach, które prowadził ks. Piotr Pawlukiewicz – opowiada Maciek, architekt z Krakowa. – Mówił m.in. o małżonkach, którzy podejmują decyzję o rozstaniu, co oznacza, że przestają ratować swój związek, zaprzestają walki, terapii, intensywnej modlitwy i idą do sądu. A tam przekonują, że decyzję tę podejmują także ze względu na dobro dziecka, bo tak je kochają... Wściec się można! Skoro tak kochają, to niech trochę dla tej miłości poświęcą. Niech myślą nie tylko o sobie, ale też o dziecku, któremu właśnie haratają psychikę. Bo, jak się okazuje po latach, rozwody rodziców walą po psychice dzieci. Zostawiają ślad na całe życie. Ksiądz miał rację. Nie istnieje coś takiego jak „rozwód kulturalny”. Wiem, o czym mówię, bo sam jestem DDRR-em.

Niechciany spadek

Zestaw cech, które „haratają osobowość”, dotyka najważniejszej sfery życia. DDRR-om najtrudniej poradzić sobie w relacjach z innymi ludźmi, z uczuciami – niczym słoniom w składzie porcelany. Pragną miłości, ale panicznie boją się odrzucenia, więc zachowują się wobec wybranka (-ki) irracjonalnie, zołzowato lub grubiańsko. Z przyjaźniami też im jakoś nie wychodzi. Nie potrafią utrzymać przyjacielskiej relacji na dłużej. Mają najwyżej jednego przyjaciela, często jeszcze ze szkoły. Decyzję o ślubie odkładają na „święte nigdy”, bojąc się zobowiązań. Nieustannie rozpamiętują swoje niepowodzenia i urojone niedoskonałości. Im bardziej im na kimś zależy, tym mocniej niszczą tę relację, pokazują się od najgorszej strony, jakby chcieli sprawdzić, jak bardzo tej drugiej stronie zależy. Często żyją życiem innych, bo własne zaangażowanie się może przecież przynieść – pamiętają nauczkę od rodziców – ból i rozczarowanie. A robiąc tak, są coraz bardziej wściekli, bo ich życie przypomina ciemną pustą jamę.

Na zewnątrz reprezentują dwa typy. Jedni robią błyskotliwe kariery, brylują w towarzystwie, są powszechnie lubiani, słowem – pozornie idą przez życie jak taran. Drudzy są samotnikami, izolują się od ludzi, schodzą wszystkim z drogi, jak ognia boją się najmniejszej choćby konfrontacji. Nie potrafią odmawiać, co sprawia, że są wykorzystywani w pracy i w rodzinie. Rzadko wychodzą z domu, są chorobliwie nieśmiali, wycofani. A jednych i drugich dręczą te same koszmary, nieustannie zadają sobie pytanie: co ze mną jest nie tak?

Kuba Jabłoński wyjaśnia, że rozwody to na tyle głęboka dysfunkcja rodziny, że dotknięte nimi dzieci prędzej czy później przeżywają głębokie problemy emocjonalne. Czasem mijają lata, nim – już jako dorośli – zdadzą sobie z tego sprawę. Swój bagaż życiowych doświadczeń dźwigają sami. Tylko część z nich – dzięki fachowej pomocy z zewnątrz, uświadamia sobie prawdziwe przyczyny swoich problemów. Dotyczy to zwłaszcza dzisiejszych 30-, 40-latków – pokolenia rozwodzącego się obecnie najczęściej.

Szansa na inny los

– W blokowym M-3 dziecka nie uchroni się przed konfliktem rodziców. Słyszałam wszystko, uczestniczyłam w każdej kłótni. Widziałam rzeczy, o których dziecko nie powinno mieć pojęcia – wspomina Jagoda, urzędniczka. – Pierwszy raz rodzice rozstali się, gdy miałam 7 lat. Po 3 latach zeszli się na kolejne 10. Potem ojciec znów odszedł – tym razem na dobre. Zanim to się stało, w domu trwał niekończący się stan wojenny. To byli kulturalni ludzie, więc noże nie latały w powietrzu, ale potrafili równie dotkliwie ranić się przy pomocy słów. Potem kazali wybierać, po czyjej stronie jestem. Po rozwodzie mama już na zawsze została tą skrzywdzoną. Miesiącami w domu nie mówiło się o niczym innym, tylko o tym, jakim podłym draniem jest ojciec. I te tabuny pocieszających koleżanek – koszmar. Jak sączenie trucizny. W tym czasie ojciec założył nową rodzinę, urodziły mu się nowe dzieci, więc przekonywał, że i ja powinnam być szczęśliwa, skoro mój tatuś jest. Wtedy nie wiedziałam, co to rykoszet. Że to, co dzieje się między nimi, trafia także we mnie. Te słowa, sceny, obrazy zawładnęły moją psychiką na zawsze. Kiedy się zorientowałam? Gdy poszłam na terapię, bo nie mogłam wytrzymać sama z sobą. Po roku ktoś z grupy zapytał mnie, czy sądzę, że byłabym inną kobietą, gdyby rodzice się kochali, gdyby nie darli nieustannie kotów. Mam poczucie graniczące z pewnością, że tak. Zdecydowanie tak.

Scenariusz na życie

Jak mówią psychologowie, w życiu rodzinnym kłopot DDRR-ów polega na braku wzorców wyniesionych z domu. Są jak ludzie bez korzeni. Nie bardzo wiedzą, jak się zachować, bo nie obserwowali pozytywnych zachowań u rodziców. Przejmują więc zachowania podejrzane w filmach, przeczytane w książkach albo zasłyszane od znajomych. Magda opowiada, że dla niej inspirujące były seriale familijne. Rozmaite sytuacje życiowe rozgrywała odzywkami z filmu, powtarzała całe sekwencje dialogowe. Zastąpiła rzeczywistość fantazjami. Otrzeźwiło ją, gdy usłyszała, jak córka skarży się babci, że jak chce się przytulić, to mama włącza telewizor.

Dominik mówi, że ma żal do rodziców o to, że nie walczyli o siebie. Że za szybko odpuścili:

– Pamiętam tylko rozwód. Potem ojca widywałem od czasu do czasu. Po latach udało nam się porozmawiać szczerze. Raz jedyny. Zapytał mnie, czy dobrze układa mi się z żoną. Powiedziałem, nie bez żalu, że właściwie nie wiem, jak wygląda dobre małżeństwo. Rozbite rodziny trudno potem złożyć. Pamiętam swój ślub. Mama nie przyjdzie, jeśli ojciec będzie. Ojciec nie wejdzie do kościoła, tylko na chwilę przyjdzie na wesele. Na chwilę, bo „matka zrobi scenę”. To samo przeżywamy w każde święta, uroczystości rodzinne. Poplątane i irytujące. Potem ojciec wymyślił sobie, że będę świadkiem na jego drugim ślubie. Powiedziałem, że to chore, więc się obraził. Nie widział swojego wnuka. Posłałem mu mailem zdjęcie, ale nie odpisał. Wiesz, co mnie irytuje? Że to ciągle boli. Porwana relacja z własnym ojcem spowodowała, że przez wiele lat sądziłem, iż jestem niewart uczucia. Bo mnie przecież zostawił, więc coś ze mną było nie tak... Miałem strasznie pod górę w kwestii dziewczyn. Koszmar. Wyleczyła mnie dopiero miłość mojej żony. Wiem, jestem szczęściarzem, ale noszę w sobie taki lęk, strach, że skrzywdzę swoją rodzinę. Bo przecież odziedziczyłem po ojcu część genów...

Dziedziczenie uczuć

Mówi się, że dziecko alkoholika często bierze sobie alkoholika za współmałżonka. Czy dzieci rozwiedzionych rodziców powtarzają ich błędy? Czy trauma z dzieciństwa czegoś je uczy?

– Mojego męża wychowywała tylko mama. Tak jak mnie. Obie były przez lata przyjaciółkami – opowiada Zuzanna, bezrobotna z Wałbrzycha. – Ucieszyły się, że jesteśmy parą. Ale ja mam poczucie, że Rafał ożenił się ze mną, bo nasze matki zaaprobowały ten związek. Dla mnie ważne jest, by nasze dzieci miały pełną rodzinę – a wiem, że mąż mnie nie zostawi.

– Ojciec odszedł, gdy miałam 13 lat – wspomina Anka, nauczycielka z Częstochowy. – Mama nie radziła sobie z niczym. Bez ojca nie umiała podjąć najprostszej decyzji. Obarczała więc mnie, najstarszą, obowiązkami domowymi. Dwa lata po rozwodzie rodziców prowadziłam cały dom, zajmowałam się dwójką rodzeństwa. Jakaż ja byłam dzielna! Pilnowałam rachunków, pieniędzy, terminów płacenia rat. Sąsiadki i znajomi mnie uwielbiali. Pani w szkole wychwalała pod niebiosa, bo oczywiście uczyłam się też świetnie. Panna doskonała. Kiedy przyprowadziłam do domu swojego pierwszego chłopaka, mama powiedziała tylko, że ma brzydki nos. Czyli – dyskwalifikacja. Tak było z każdą kolejną szkolną sympatią. „Córcia, mężczyzna jest jak zatruty cukierek – mawiała. – Z wierzchu słodki, a w środku...”. Na studiach miałam narzeczonego. Mama oczywiście znielubiła go od pierwszej chwili, zniechęcała, jak mogła. Wyśmiewała jego wiejskie maniery. Jurek nie wytrzymał i odszedł. Nie rozumiał – bo wychował się w dobrej rodzinie – że mama w ten sposób stara się oszczędzić mi cierpień. No bo miłość – w jej przekonaniu – to głównie ranienie się nawzajem, prawda? Jestem po trzydziestce i mam sporo do nadrobienia. Chodzę na terapię do poradni. Wiele mi to daje i wiele już wyjaśniło. Mniej krzyczę, nie wymagam posłuszeństwa jak w wojsku, walczę ze swoją apodyktycznością. I namawiam rodzeństwo na terapię. Brat nie założył rodziny. Jeździ po świecie, zmienia dziewczyny, nie ma stałej pracy. Siostra jest pielęgniarką i zajmuje się mamą. Jest jeszcze młodziutka, ale to typ samotnika. Praca, dom, jedna – ta sama od lat – przyjaciółka... Śmieję się z niej, że uwierzyła w teorię mamy, iż każdy mężczyzna to „zatruty cukierek”.

Oczywiście, na koniec należy się wyjaśnienie, że podobne historie zdarzają się nie tylko dorosłym dzieciom rozwiedzionych rodziców. I nie każde życiowe niepowodzenie powinniśmy sobie tłumaczyć trudnym dzieciństwem. Jednak istnienie DDRR-ów to nie wymysł psychologów. Amerykanie, którym nie udaje się 70 proc. małżeństw, policzyli, że prawdopodobieństwo rozwodu u mężczyzn z rozbitych rodzin jest wyższe o 35 proc. niż u pochodzących z rodzin pełnych. U kobiet procent ten dochodzi nawet do 60.

W Polsce ponad 2 mln dzieci pochodzi z rodzin rozbitych.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Berlin: zatrzymano podejrzanego o zabójstwo księdza

2018-02-25 09:34

ts / Berlin (KAI)

Niemiecka policja zatrzymała mężczyznę podejrzanego o zabicie 22 lutego w Berlinie pochodzącego z Konga 54-letniego księdza Alain-Florent Gandoulou, proboszcza francuskojęzycznej parafii katolickiej w stolicy Niemiec. Nie wiadomo dotychczas, co było przyczyną morderstwa.

ChiccoDodiFC/pl.fotolia.com

Według informacji policji berlińskiej 22 lutego w późnych godzinach wieczornych dwaj funkcjonariusze zostali wezwani do domu parafialnego, gdyż – jak zeznali świadkowie - niepokój wzbudziła dochodząca stamtąd głośna kłótnia po francusku dwóch mężczyzn. Na miejscu policjanci znaleziono zwłoki proboszcza. Obdukcja potwierdziła, że został zamordowany z premedytacją. Ksiądz Gandoulou parafią w Berlinie kierował od 2009 roku.

Podobnie jak inne katolickie duszpasterstwa obcojęzyczne, również wspólnota języka francuskiego w stolicy Niemiec należy do archidiecezji berlińskiej. Została utworzona po drugiej wojnie światowej dla stacjonujących tam żołnierzy francuskich oraz ich rodzin. Dziś jej członkowie, to w większości francuskojęzyczni Afrykanie, którzy w Berlinie znaleźli swój nowy dom. Według informacji wspólnoty, w stolicy Niemiec żyje ok. 10 000 Francuzów oraz wiele tysięcy osób z różnych krajów świata, których językiem ojczystym jest francuski. W niedzielę wikariusz generalny archidiecezji, ks. Manfred Kollig, odprawi Mszę św. żałobną we wspólnocie języka francuskiego w intencji zamordowanego proboszcza.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem