Reklama

Wiara, która góry przenosi, czyli co łączyło św. Jacka i bł. Bronisławę?


Edycja legnicka 33/2004

Jeszcze do dzisiaj w świadomości wielu ludzi funkcjonuje pogląd, traktujący Średniowiecze jako tzw. „ciemny wiek” - „seculum obscurum”. Gdy jednak popatrzymy bardziej obiektywnie na ten okres historii, na żyjących wówczas ludzi i na dzieła, które tworzyli, okazuje się, że pod wieloma względami może on konkurować z każdym innym okresem historycznym, nie wyłączając wieku XXI. To właśnie Średniowiecze, a zwłaszcza XIII w., mimo zmagań z różnego rodzaju zagrożeniami (najazdy tatarskie, epidemie „czarnej śmierci”, niepokoje społeczno-polityczne), wydało wiele znakomitych postaci, których życie i działalność przyczyniły się do rozkwitu dzisiejszej cywilizacji europejskiej, opartej na korzeniach chrześcijańskich. Wystarczy wspomnieć, że w samej tylko Polsce XIII w. był świadkiem świętego życia takich wielkich postaci, jak: św. Jadwiga Śląska z jej pobożnym synem Henrykiem, św. Kinga, bł. Salomea, bł. Jolanta, bł. Wincenty Kadłubek, bł. Czesław oraz św. Jacek i bł. Bronisława czy wielu innych.

Co łączyło Jacka i Bronisławę?

... na pewno więzy rodzinne, ten sam czas narodzin (przełom XII i XIII w.), to samo miejsce urodzenia (miejscowość Kamień na Śląsku), a także Kraków, z którym związali większość swego życia. Wydaje się jednak, że najbardziej wiązała ich mocna, niezachwiana wiara, którą wynieśli z rodzinnego domu, która rzeczywiście potrafiła góry przenosić, czyli czynić cuda.
Od śmierci obojga świętych minęło blisko 750 lat i wiele faktów z ich życia mogło przerodzić się w pobożne legendy lub po prostu „utonąć” w prawie ośmiowiecznej historii, ale są i takie, które skrupulatnie udokumentowano i spisano, oraz takie, które zanotowano współcześnie.
Bronisława, przeczuwając swoją śmierć, poprosiła, aby przeniesiono ją ze zwierzynieckiego klasztoru na jej ulubione miejsce modlitwy - wzgórze Sikornik. Lud krakowski, obawiając się kolejnego najazdu Tatarów, zaczął tłumnie podążać do swojej ukochanej opiekunki, która niejednokrotnie okazywała mu tyle serca i usłyszał od niej słowa: „Bóg czuwa nad wami. Ten, który o wróblu pamięta i lilie polne przyodziewa, nie opuści was! Ufajcie Opatrzności Bożej! Wnet pobudujecie domy, chleba wam nie zbraknie, a już więcej Tatar nie spali Krakowa ani Zwierzyńca. Ja o was zawsze będę pamiętać w modlitwach”. I rzeczywiście Bronisława troszczy się o swój lud do dziś. Świadczą o tym cuda i łaski otrzymane za wstawiennictwem bł. Bronisławy, skrupulatnie zapisywane przez siostry norbertanki z klasztoru na krakowskim Zwierzyńcu, gdzie do dziś spoczywają doczesne szczątki Błogosławionej. - Jej wstawiennictwo w ostatnich latach jakby się wzmogło - zauważają siostry norbertanki. Być może związane jest to z przygotowywanym procesem kanonizacyjnym.
Warto wspomnieć choćby niedawne wydarzenia z pamiętnej powodzi w 1997 r. Wezbrane wody Wisły i Rudawy dotarły pod klasztor zwierzyniecki. Podczas akcji ratunkowej ks. Krzysztof Strzelichowski przypomniał sobie o opiekunce Krakowa i Zwierzyńca, przyniósł z kościoła jej relikwie i pobłogosławił nimi Wisłę. Na oczach obecnych fale, które wdarły się już do piwnic parafialnych na wysokość 120 cm, powoli zaczęły się uspokajać. Podczas uroczystego triduum celebrowanego przez kard. Franciszka Macharskiego, ks. inf. Jerzy Bryła, proboszcz parafii ogłosił publicznie wiernym cud przypisywany wstawiennictwu bł. Bronisławy.
Do jej doczesnych szczątków, przechowywanych dziś w niewielkim sarkofagu, umieszczonym w bocznym ołtarzu zwierzynieckiego kościoła, przybywają dziś tłumnie mieszkańcy Krakowa, zyskując za jej wstawiennictwem potrzebne łaski. Warto przypomnieć, że przez pewien okres nieznane było miejsce doczesnego spoczynku Bronisławy. Po przeniesieniu jej ciała ze wzgórza Sikornik, gdzie umarła, do kościoła na Zwierzyńcu, zamurowano trumnę w jednej ze ścian świątyni bez żadnego napisu z obawy przed profanacją, bo czasy były ciągle niespokojne, grożące kolejnymi najazdami wrogów. Z upływem wieków zapomniano, gdzie złożono doczesne szczątki sławnej norbertanki. Odkryto je dopiero w XVII w. podczas remontu kościoła. Robotnicy nie mogli podjąć prac przy fragmencie murów, którego zawzięcie bronił... rój pszczół. Gdy owady odegnano, okazało się, że w ścianie znajduje się trumna z relikwiami Bronisławy.
Cuda w życiu świętych nie były tylko nadprzyrodzonym dodatkiem do ich życia, ale prostą konsekwencją mocnej wiary.
15 sierpnia 1257r. Bronisława modliła się w intencji swojego kuzyna Jacka, którego choroba złożyła w krakowskim klasztorze. Wtedy miała widzenie: nad klasztorem Dominikanów przy kościele Świętej Trójcy pojawiła się jasność, a w niej, w towarzystwie orszaku aniołów Matka Najświętsza, prowadząca za rękę zakonnika w dominikańskim habicie. Bronisława miała zapytać: „Pani, kim jesteś?” I usłyszała odpowiedź: „Jam jest Matka Miłosierdzia, a to brat Jacek. Prowadzę go do wiecznej chwały” (podobne widzenia miał w tym samym czasie pobożny biskup Jan Prandota). Rzeczywiście, w Wigilię Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, wyczerpany wcześniejszymi niezliczonymi podróżami misyjnymi i niestrudzonym posługiwaniem wiernym w krakowskim klasztorze, Jacek wezwał do siebie braci zakonnych, powiedział im, że jutro umrze i nakazał, „... by zawsze się miłowali i lękali się Boga”. Następnego dnia, po przyjęciu świętych sakramentów, wypowiadając słowa: „W ręce Twoje, Panie, powierzam ducha mojego”, św. Jacek Ordowąż zasnął w Panu.
Po swojej śmierci Święty stał się jeszcze gorliwszym orędownikiem ludu. Już w dniu jego przejścia do chwały niebieskiej, tuż po jego śmierci, zdarzył się cud wskrzeszenia za jego wstawiennictwem niejakiego Żegoty, który spadł z konia na krakowskim Kleparzu i zginął na miejscu. Gdy rodzice przynieśli ciało zmarłego do Jacka, młodzieniec ożył.
Wiele cudów jest zapisanych w oficjalnych dokumentach klasztoru Dominikanów w Krakowie, które zaczęto gromadzić w 11 lat po śmierci Świętego. W dokumentach tych zapisano m. in.: „w klasztorze krakowskim leży brat Jacek, mocen wskrzeszać umarłych.”
Jacek ma szczególną łaskę czynienia cudów za wstawiennictwem Świętej Bożej Rodzicielki, którą ukochał nad życie i którą rozsławiał, m.in. przez rozpowszechnianie modlitwy różańcowej, podczas swoich misyjnych podróży. W Wigilię Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w 1223 r., podczas modlitwy w krakowskim kościele miała się mu ukazać Matka Boża, mówiąc do niego: „Ciesz się synu mój, Jacku, gdyż modlitwy twoje są miłe Mojemu Synowi, Zbawcy. O cokolwiek w moim imieniu będziesz prosił, otrzymasz od Niego”.
Biograf św. Jacka, lektor Stanisław, podaje, że tę moc czynienia cudów Jacek traktował zupełnie naturalnie, jako moc wiary. Po prostu modlił się, prosząc Boga o łaskę i czynił znak krzyża. Według jednego z podań, spowodował, że zniszczone gradem kłosy zboża we wsi Kościelec pod Krakowem, w 1238 r., podniosły się, co uchroniło mieszkańców wsi od głodu. Prawdopodobnie też żeglował na płaszczu zakonnym przez wody Wisły, zbliżając się do Wyszogrodu na Mazowszu, czy uciekając przed Tatarami przez Dniepr.
Szczególne, cudowne interwencje św. Jacka przyczyniły się do szybkiego rozwoju jego kultu, zwłaszcza po kanonizacji, która miała miejsce 17 kwietnia 1594 r. Święty czczony jest nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie jako patron chroniący przed powodzą i innymi klęskami żywiołowymi, przed utonięciem, przed bezpłodnością, pomaga przy porodach i w różnych trudnych sprawach, wsparty szczególnymi modlitwami Matki Najświętszej.
Szczególny kult św. Jacka rozwija się także w Ameryce, a nawet w Azji. Ciekawe, że wśród figur świętych umieszczonych na kolumnadzie Berniniego, otaczającej Plac św. Piotra w Rzymie, jako jedyny święty polski przedstawiony jest właśnie św. Jacek. Podobnie i w Lourdes we Francji, wśród francuskich świętych umieszczono figurę tego świętego Polaka.
Jego kult rozwijał się także na terenach dawnych ziem polskich na Wschodzie i na Ukrainie, gdzie Jacek prowadził szeroką działalność misyjną. Pamięć o nim przetrwała tam do dzisiaj.

Abp Ryś na Mszy św. za śp. Pawła Adamowicza: czy coś się w Polsce zmieni?

2019-01-16 09:16

xpk / Łódź (KAI)

Czy coś się w Polsce zmieni? Słuchamy Jezusa, otwieramy się na Jego słowa i jednocześnie uważamy, że nic nie ma prawa się zmienić? Jesteśmy tak beznadziejni? Jesteśmy tak spętani złem? – pytał abp Grzegorz Ryś podczas liturgii żałobnej w intencji śp. Pawła Adamowicza.

archidiecezja.lodz

Z inicjatywy metropolity łódzkiego w bazylice archikatedralnej pw. św. Stanisława Kostki w Łodzi odprawiona została Msza święta żałobna o spokój duszy tragicznie zmarłego prezydenta Gdańska oraz o zdecydowane porzucenie przemocy w życiu publicznym.

W homilii abp Ryś, odnosząc się do niedzielnych i poniedziałkowych tragicznych wydarzeń, powiedział, że dzisiaj wszyscy możemy być przybici myśląc o tym, do czego człowiek jest zdolny. - Dzisiaj wszyscy możemy być przerażeni tym, czego człowiek może się dopuszczać i kiedy przychodzimy z przygnębieniem i smutną refleksją to Bóg, ku naszemu zdumieniu, otwiera nam oczy na naszą godność - podkreślił.

- Pan Bóg nam mówi: wierzę w was. Stworzyłem was tak, że dobro jest w zasięgu waszej ręki, że możecie być nie tylko moim obrazem, ale możecie się do mnie upodabniać, możecie się stawać jak ja. Wierzę w was. Wiem, że nie jesteście aniołami - mówił arcybiskup.

- Macie w sobie taką wiarę jaka Bóg ma co do was? Wygląda na to, że dzisiaj w Polsce nikt tej wiary nie ma! Słucham od wczoraj odpowiedzi na pytanie: czy coś się w Polsce zmieni? Odpowiedzi padają dwie: nic się nie zmieni, albo zmieni się na trzy dni! Wszystko jedno, kto te odpowiedzi formułuje. Słuchamy Jezusa, otwieramy się na Jego słowa i jednocześnie uważamy, że nic nie ma prawa się zmienić? Jesteśmy tak beznadziejni? Jesteśmy tak spętani złem? To jest nie do przekroczenia? To jest nie do zmiany? – pytał kaznodzieja.

Metropolita łódzki podkreślił: „Znając naszą zdolność do grzechu. Bóg ma w sobie wiarę, że człowiek jest większy od zła. Człowiek nie musi być spętany. Człowiek nie musi mieć przekonania, że ze zła się nie wyrwie, że nic tu nie ma do zmiany, a jeśli to na moment. Nie, nie na moment! Jest życie nowe, które – jest jak mówimy - jest wieczne". - Ostatecznie Jezusa interesuje taka zmiana w naszym życiu, zmiana na zawsze – zakończył hierarcha.

Przed błogosławieństwem kończącym liturgię arcybiskup podziękował wszystkim obecnym za przybycie i wspólną modlitwę.

Liturgię wraz z metropolitą łódzkim koncelebrowali arcybiskup senior Władysław Ziółek, bp Ireneusz Pękalski, bp Marek Marczak oraz księża diecezjalni i zakonni. W świątyni obecni byli przedstawiciele samorządu wojewódzkiego i miejskiego z prezydent Łodzi Hanną Zdanowską, a także licznie przybyli mieszkańcy miasta.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Cierpienie można przyjąć tylko wiarą

2019-01-16 21:37

Justyna Walicka/Archidiecezja Krakowska

- To jest niepojęta tajemnica, której rozumowo zgłębić do końca nie jesteśmy w stanie. Ale jesteśmy w stanie przyjąć to naszą wiarą. Właśnie dlatego, że Pan Jezus przyjął cierpienie i z cierpieniem się utożsamił i dał się przez nie przeniknąć aż do końca i tym samym przychodzi nam z pomocą - o cierpieniu mówił abp Marek Jędraszewski podczas kolędowej wizyty duszpasterskiej w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie-Prokocimiu.

Jaonna Adamik/Archidiecezja Krakowska

Wicedyrektor szpitala lek. med. Andrzej Bałaga przywitał metropolitę i podziękował za kolejną wizytę, która, jak zaznaczył, jest wsparciem zarówno dla personelu w podejmowaniu nierzadko trudnych decyzji, jak i dla małych pacjentów w ich powrocie do zdrowia.

Prof. Szymon Skoczeń w imieniu zespołu lekarskiego i pielęgniarskiego szpitala poprosił arcybiskupa o błogosławieństwo.

Delegacja dzieci również przywitała metropolitę krakowskiego i złożyła wierszowane życzenia. Młodzi pacjenci zapewnili arcybiskupa o swej pamięci modlitewnej w ich szpitalnej kaplicy.

Metropolita wyjaśnił, że dzisiejsze czytania mówiące o tym jak Chrystus wyrzuca złe duchy i uzdrawia, dopełniają tego, co zaczęło się w Betlejem.

– Bo chodziło o to, żeby Chrystus się światu objawił jako Boży Syn. Jako Ten, który zrodzony przed wiekami z Ojca stał się z Jego woli człowiekiem po to, aby nam przynieść zbawienie.

Arcybiskup podkreślił, że w dzisiejszej Ewangelii jest także mowa o tym, że Chrystus udał się w odosobnione miejsce, by się modlić. I na słowa Apostoła, że wszyscy Go szukają, odpowiedział, że trzeba iść dalej, do kolejnej miejscowości nauczać o Bogu.

W Liście do Hebrajczyków natomiast słyszymy dziś przypomnienie tego, że Chrystus stał się do nas podobny we wszystkim – oprócz grzechu. Metropolita szczególnie podkreślił, że Pan Jezus stał się do nas podobny we wszystkim i stał się jednym z nas. Metropolita zacytował zdanie: „W czym bowiem sam cierpiał, będąc doświadczany, w tym może przyjść z pomocą tym, którzy są poddani próbom.” – Ludzie są poddawani próbom. Ludzie są doświadczani cierpieniem i to miejsce jest szczególnym nagromadzeniem ludzkiego cierpienia. Nie w postaci abstrakcyjnej, nie w postaci ksiąg o cierpieniu czy o tym jak z cierpienia ludzi wydobywać. To jest miejsce, w którym cierpienie przybiera kształt konkretnego człowieka, konkretnego dziecka. I jest to dla nas wszystkich jakaś ogromna tajemnica.

Metropolita zaznaczył, że Chrystus stał się jednym z nas także w cierpieniu, bo On naprawdę cierpiał. I pokazał jak trzeba to cierpienie przyjąć – z całkowitym zaufaniem wobec Boga, nawet, jeśli jest to niezwykle trudne.

– Bo na krzyżu Golgoty (…) było poczucie osamotnienia, była ogromna boleść, ale było też oddanie wszystkiego swemu Ojcu. I była tam także, co trzeba bardzo mocno podkreślić, błogosławiona obecność tych, którzy Pana Jezusa kochali i pozostali Mu wierni aż do końca. Zwłaszcza Jego Przenajświętsza Matka, zwłaszcza Jego najbardziej spośród wszystkich ukochany uczeń Jan. Byli przy Nim i swoją obecnością pokazywali – nie jesteś sam, kochamy Ciebie. Arcybiskup powiedział także, że zdaje sobie sprawę, że łatwo jest powiedzieć, że mamy przyjmować cierpienie. Szczególnie jeśli chodzi o cierpienia dziecka, wobec którego jesteśmy kompletnie bezradni.

– To jest niepojęta tajemnica, której rozumowo zgłębić do końca nie jesteśmy w stanie. Ale jesteśmy w stanie przyjąć to naszą wiarą. Właśnie dlatego, że Pan Jezus przyjął cierpienie i z cierpieniem się utożsamił i dał się przez nie przeniknąć aż do końca i tym samym przychodzi nam z pomocą. Bo jeśli On przeszedł przez bramę cierpienia do pełni życia, to i my ufamy, zmierzając także do Dzieciątka narodzonego w Betlejem, że nas rozumie, że nas swoją miłością ubogaci, że swoim ubóstwem podniesie i że przy wszystkich nierozumieniach tego czym jest cierpienie, a zwłaszcza czym jest cierpienie dziecka, będziemy, będąc blisko Niego, mogli z całą głębią wiary powtarzać słowa wyśpiewywane w Betlejem przez aniołów: „Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom Bożego upodobania, pokój ludziom dobrej woli”.

Po Mszy św. arcybiskup niosąc słowa otuchy odwiedził małych pacjentów w szpitalnych oddziałach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem