Reklama

Biały Kruk 2

Santiago de Compostela: biskupi wzywają do braterskiego goszczenia pątników

2017-07-15 17:51

RV / Santiago de Compostela / KAI

Andrzej Kotowski

„Przyjmowanie i gościnność na Drodze św. Jakuba” – taki tytuł nosi list pasterski biskupów francuskich i hiszpańskich, ordynariuszy diecezji przecinanych przez najpopularniejszy ze szlaków pielgrzymkowych prowadzących do sanktuarium tego Apostoła w Santiago de Compostela. Przeszli oni pieszo ostatni etap trasy pątników, po czym przez dwa dni (11-12 lipca) wspólnie obradowali.

W tekście skierowanym do wiernych hierarchowie zachęcają wszystkich do „chrześcijańskiej gościnności” wobec pielgrzymów, nie ograniczającej się tylko do pomocy w potrzebach materialnych, ale wspierającej też rozwój duchowy. Dlatego w liście zaleca się głębokie wsłuchanie w głos tych, którzy podejmują wędrówkę do hiszpańskiego sanktuarium oraz w ich pytania dotyczące Boga, wiary, życia. Biskupi proszą również wspólnoty zakonne leżące na tym szlaku, aby każda oddelegowała jednego ze swych członków do stałego podejmowania pątników o każdej porze dnia i nocy.

Tagi:
Santiago de Compostela

Camino to dobry czas

2018-01-31 10:18

Z Aleksandrą Nożyńską i Karoliną Glinką z Czeladzi rozmawia ks. Tomasz Zmarzły
Edycja sosnowiecka 5/2018, str. VI

Archiwum uczestniczek
Aleksandra Nożyńska i Karolina Glinka. Dzień drugi. Roncesvalles

Ks. Tomasz Zmarzły: – Co było Waszą motywacją, by wyruszyć do Santiago de Compostela? Skąd pomysł na Camino?

Karolina Glinka: – Camino było moim pomysłem, kolejnym podróżniczym marzeniem. O Drodze usłyszałam w pociągu i kiedy kilka godzin później wychodziłam ze stacji na dworcu w Gnieźnie, niemalże zderzyłam się z mężczyzną, ubranym w koszulkę z żółtą strzałką i muszą Św. Jakuba. Przypadek? Nosiłam w sercu to pragnienie przez kilka miesięcy. W lipcu posługiwałyśmy z Olą w czasie ŚDM w Krakowie, to tam zapadła decyzja o Camino. Ola mówiła o pielgrzymce, ja o podróży. Dopiero droga pokazała mi, że to ona miała rację.

Ile trwała ta niesamowita przygoda?

K.G.: – Nasze Camino czy samo wędrowanie? Zmagałyśmy się z drogą 32 dni. Od Saint Jean Pied de Port, gdzie zaczynałyśmy, do katedry w Santiago jest 799 km i oficjalnie to jest odległość, którą przeszłyśmy. Nasza podróż zaczęła się jednak kilka dni wcześniej i skończyła znacznie później, bowiem po pokłonieniu się św. Jakubowi udałyśmy się na symboliczny koniec świata – Przylądek Fisterra, a następnie wybrałyśmy się w szaloną podróż, zwiedzając najsłynniejsze miasta Hiszpanii i Portugalii. Udało nam się także odwiedzić Fatimę.

Jak wyglądał Wasz dzień?

K.G.: – Nigdy nasz plan dnia nie był lepiej zorganizowany niż w czasie Camino. Stałe punkty określane były przez ilość kilometrów do pokonania i warunki pielgrzymowania w Hiszpanii – nasz dzień rozpoczynał się wcześnie, aby jak największą część trasy pokonać przed najostrzejszym słońcem. Pierwszy budzik dzwonił nawet przed piątą. Wstawałyśmy cicho, żeby nie obudzić pielgrzymów w albergue (schronisku) i z latarką na czole pakowałyśmy dobytek. Mam wrażenie, że po takich doświadczeniach jesteśmy w stanie spakować nasze plecaki w środku nocy z zamkniętymi oczami. Poranna toaleta, szybkie śniadanie, przygotowanie poranionych nóg, które zazwyczaj zajmowało najwięcej czasu i w drogę! Tuż po wyruszeniu wspólnie się modliłyśmy. Po przejściu pierwszych 5-10 km miałyśmy w planie dnia postój: Ola na kawę, ja na colę. Drugie śniadanie i znów marsz. Liczba postojów zależała od naszej kondycji, pogody i dystansu do przejścia. Czasem były trzy, czasem nie było ich wcale. Do albergue docierałyśmy zazwyczaj ok. godz. 13-14. To był czas na odpoczynek. Późnym popołudniem uczestniczyłyśmy we Mszy św. po hiszpańsku, po czym obowiązkowo wybierałyśmy się na menu del peregrino (trzydaniowy obiad serwowany pielgrzymom w przystępnej cenie) i oglądałyśmy miasto. Czasami też siadałyśmy w cieniu z arbuzem i dwoma łyżkami i snułyśmy plany na kolejny dzień.

W jakich intencjach pielgrzymowałyście? Czy są jakieś owoce Waszego wędrowania?

Aleksandra Nożyńska: – Każdy pielgrzym w sercu niesie własne troski, które chce przemodlić, przemyśleć i powierzyć św. Jakubowi. Camino to dobry czas pod tym względem: rekolekcje w drodze pomagają dużo rzeczy zrozumieć i docenić, wyciszyć się. Ja osobiście każdy dzień przeznaczałam w innej intencji, czasem za konkretne osoby lub grupy, innym razem za problemy czy trudności. Gdy miałam różne dolegliwości bólowe (bóle mięśniowe, bóle pleców, odciski), za radą mojej mamy, z którą utrzymywałam codzienny kontakt telefoniczny, postanowiłam ofiarować je w różnych intencjach i nie przejmować się dyskomfortem. Czy te wyrzeczenia przyniosły owoce – trudno powiedzieć. Myślę, że Bóg działa raczej długodystansowo i na pewno przypomni sobie o nich w odpowiednim momencie.

Co było najtrudniejsze na pątniczym szlaku?

A.N.: – Wydaje mi się, że najważniejszym krokiem była decyzja o wyruszeniu w drogę. W naszym przypadku zapadła zimą, około pół roku przed startem. Trasę i dojazd ustaliłyśmy w maju, wtedy też zaczęłyśmy kompletowanie sprzętu, który jest niezwykle ważny. Dobrze dobrane buty i plecak oraz profesjonalne skarpetki (z wełny merynosów!) to już połowa sukcesu. Ważne było też takie dostosowanie bagażu, żeby był jak najlżejszy, ponieważ niesie się go całą drogę na plecach. Niestety nie wszystko da się zredukować i nasze plecaki ważyły po około 8-9 kg, przy czym dominujacą część stanowiły apteczki.

Najtrudniejsze na szlaku było zdecydowanie poranne wstawanie (śmiech). Założenie butów na obolałe stopy, plecak przygwożdżający do ziemi: to było najtrudniejsze. Tęskniłyśmy też za domem i za bliskimi, którzy w nim zostali. Teraz, pół roku później pamięta się tylko dobre rzeczy, chociaż zdjęcia pokiereszowanych odciskami stóp zostały nam na wieczną pamiątkę.

K.G.: – Po Camino nie pamięta się zbyt wielu smutków. Czasem bardzo bolało, innym razem było okropnie gorąco, albo bagaż wyjątkowo ciążył. Ale radości było znacznie więcej! Najbardziej radosne okazały się te niewielkie rzeczy. Potrafiłyśmy się cieszyć bezchmurnym niebem, zimną wodą, drogą z górki i miękkim łóżkiem. Skakałyśmy z radości za każdym razem, kiedy „rozmieniłyśmy” kolejną setkę kilometrów, a kiedy zabrakło nam piosenek w repertuarze, w czterdziestostopniowym upale roześmiane śpiewałyśmy kolędy.

Czy warto podejmować tak wielkie wyzwanie?

A.N.: – Poznałyśmy na Camino pewną Hiszpankę, Helenę, która pielgrzymowała już nie pierwszy raz. Na pytanie, dlaczego wraca na drogę odpowiedziała, że porozmawiamy o tym, gdy spotkamy się na trasie za kilka lat. Warto więc wyruszyć, niezależnie od wieku i kondycji fizycznej. Istota Camino jest prosta – mimo że przebywa się daleko od domu, samemu lub w niewielkiej grupie, cały czas czuje się nad sobą opiekę. Cokolwiek by się nie działo, zawsze jest z tobą Ktoś: ten Ktoś przez wielkie „k”. Dla zdobycia tej świadomości (i utwierdzenia w tym, że Bóg to nasz ojciec, który zawsze czuwa) warto wyruszyć z domu. Zostawić swoje łoże, jak paralityk w Ewangelii, i pójść. Gdy droga wzywa, nie ma już wyboru.

Jacy pielgrzymi podejmują trud pielgrzymki? Spotkałyście też Polaków?

K.G.: – Codziennie na trasie spotyka się wielu ludzi, a każdy z nich jest jedyny i wyjątkowy. Spotkałyśmy staruszka, który przemierzał Camino z wykrywaczem metali na plecach, parę z Niemiec, szukającą bliskości i radości z bycia razem po kilkudziesięciu latach małżeństwa, wielu młodych ludzi. Każdy pielgrzym poza plecakiem niesie ze sobą własny bagaż, historię, którą mniej lub bardziej chętnie dzieli się z innymi. Bardzo często spotykałyśmy Włochów, Niemców i Amerykanów. Polaków niestety niewielu, choć Jakubowe szlaki robią się w Polsce coraz bardziej popularne.

Jakie wrażenia dało się odczuć, kiedy stanęłyście w Santiago de Compostela?

A.N.: – W Camino to nie Santiago jest celem – jest nim sama droga. Santiago de Compostela to tylko punkt w podróży, nie bez powodu wśród peregrinos (pielgrzymów) krąży powiedzenie, że prawdziwe Camino zaczyna się dopiero w Santiago. Oczywiście osiągnięcie tego punktu, otrzymanie Composteli (napisane po łacinie zaświadczenie o przejściu Camino) to ogromnie wzruszający moment, choć łzy wzruszenia popłynęły dopiero, gdy podczas uroczystej Mszy św. w katedrze św. Jakuba padły słowa, że najdłuższą trasą – francuską – z Saint Jean Pied-de-Port przybyły dziś pieszo dwie Polki. Przebywanie przez miesiąc w drodze kumuluje w człowieku ogromne emocje, które puściły dopiero w kościele, na Eucharystii sprawowanej w naszej, pielgrzymiej intencji. Wtedy też dotarło do nas, że naprawdę udało nam się tego dokonać. Moment, w którym stanęłyśmy przed grobem św. Jakuba, również był nie do opisania: to przecież patron pielgrzymów, nasz patron, do którego codziennie rano podczas pacierza zwracałyśmy się o opiekę, choć na początku wydawał nam się nieco obcy: przyzwyczajone do pielgrzymek do Częstochowy wolałyśmy zawierzać się Maryi. Z biegiem czasu obecność św. Jakuba przy nas była coraz bardziej odczuwalna, powierzyłyśmy mu więc wszystko, co ze sobą przyniosłyśmy i wierzę, że dobrze się opiekuje naszymi troskami. Te chwile w katedrze, przytulenie się do figury św. Jakuba w głównym ołtarzu oraz modlitwa przed Jego grobem były dla mnie jak długo wyczekiwane odwiedziny u najlepszego przyjaciela.

Czym najbardziej zaskoczyło Camino?


A.N.: – Camino pokazało jak wielu ludziom na nas zależy. Zewsząd dochodziły słowa wsparcia i modlitwa: od rodziny (bliższej i dalszej), znajomych księży, przyjaciół, całej wspólnoty parafialnej, sąsiadów… Będąc tak daleko od domu czuło się obecność wszystkich tych osób, które otaczały nas modlitwą i myślały o nas.
Poza tym droga to był czas cudów, zawierania przyjaźni, tych małych, z towarzyszami na trasie i tych dużych – jak nasza.
A tak naprawdę to w Hiszpanii najbardziej zaskoczyło mnie niebo. Było blisko, na wyciągnięcie ręki: dosłownie i w przenośni. I za tym właśnie najbardziej tęsknię.

K.G.: – Tym, że nie ma słabości, której z Bożą pomocą nie da się pokonać. Kiedy ruszałyśmy, nie znałyśmy się zbyt dobrze. Wiedziałyśmy tylko, że obie mamy silne charaktery. Bałam się, że nasze Camino skończy się wcześniej, a do kraju wrócimy osobno (śmiech). Wróciłyśmy w przyjaźni i już dziś wyglądamy kolejnego celu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Świadectwo: Lekarz rozpłakał się ze wzruszenia

2018-02-16 11:47

Fragment książki „Cuda dzieją się po cichu. O jasnogórskich cudach i łaskach”

„Amputacja” – krótko powiedział doktor. Kazimiera Wiącek z Lublina podniosła wzrok. „Nie rozumiem. Jak to…”

Piotr Drzewiecki

„Jest porażenie nerwu w lewej nodze, a teraz jeszcze ten zator tętniczy. Tu już nie ma czego leczyć. Amputacja jest konieczna” – powtórzył medyk. Kobieta wróciła do domu, bijąc się z myślami. Jak to, odetną jej nogę?! Co prawda chodzi o kulach, ale wciąż chodzi i ma dwie nogi! Kiedy zadzwonił dzwonek i otworzyła drzwi, odetchnęła z ulgą.

W odwiedziny wpadł zaprzyjaźniony lekarz. On na pewno coś wymyśli. Chciał jej dodać odwagi, ulżyć w cierpieniu. Ale niczego nie wymyślił. „Chyba bez amputacji się nie obejdzie” – powiedział smutno. „Jeśli tak, to ja chcę jechać na Jasną Górę!” – oznajmiła twardo.

Cała rodzina zaoponowała przeciwko takiemu pomysłowi. Śmierć jej grozi w każdej chwili, a ona chce sobie podróże urządzać? Kazimiera postawiła na swoim. W przekonaniu rodziny dopomógł lekarz, który miał nadzieję, że pielgrzymka do Częstochowy przynajmniej doda otuchy jego cierpiącej pacjentce. Nie puścili jej samej. Razem z Kazimierą pojechała jej siostra, siostrzenica i bliska sąsiadka. Od rannego odsłonięcia – w niedzielę 22 czerwca 1980 roku – do zasłonięcia Cudownego Obrazu o godzinie 13 Kazimiera Wiącek bez chwili przerwy modliła się w Kaplicy Matki Bożej razem z towarzyszącymi jej kobietami. Kiedy rozległy się bębny zwiastujące zasłonięcie Obrazu, z twarzą zalaną łzami zwróciła się do siostry: „Popatrz, zasłonili Matkę

Bożą i Ona pozostawiła mnie z kulami!”. Chwilę później poczuła niezwyczajny przypływ siły. Podkurczona, zagrożona amputacją noga rozluźniła się, wyprostowała, a Kazimiera Wiącek odstawiła kule, oparła je o filar i wyprostowana przyłączyła się do kolejki „Na ofiarę”. Tam zdjęła swoje korale i położyła je na ołtarzu.

Przeżycie było tak silne, a wydarzenie tak nieprawdopodobne, że nie przyszło jej do głowy, aby komukolwiek zgłosić swoje uzdrowienia. Na Jasnej Górze pojawiła się dopiero dwa tygodnie później. A wraz z nią znów siostra, siostrzenica i sąsiadka. Złożyły zeznania przed kronikarzem jasnogórskim; Kazimiera do akt dołączyła zaświadczenie od lekarza, który – gdy ją zobaczył bez kul, ze zdrową nogą – zwyczajnie rozpłakał się ze wzruszenia.

Zaświadczenie lekarskie brzmiało: „Od dnia 23 maja 1979 roku wystąpiło porażenie zupełne kończyny dolnej lewej. 9 maja 1979 roku wystąpił zator tętnicy podudzia lewego, co groziło amputacją kończyny. 22 czerwca 1980 roku ustąpiło porażenie”. Kazimiera Wiącek nie miała wątpliwości, za czyją sprawą to porażenie ustąpiło. Zdrowa i ogromnie szczęśliwa przez szereg lat w rocznicę swojego uzdrowienia pielgrzymowała na Jasną Górę do Matki Bożej, by Jej ze wszystkich sił dziękować za tę niezwykłą łaskę, jakiej doznała. A jej kule? Wiszą obok kul Janiny Lach, wskazując przybywającym pielgrzymom, czym jest nagrodzona ufność.

„CUDA DZIEJĄ SIĘ PO CICHU.


O JASNOGÓRSKICH CUDACH I ŁASKACH.”
Autor: Anita Czupryn
Premiera: 26 lutego 2018 r.
Wydawnictwo: Fronda PL. Sp. z o.o.

Przeczytaj także: Cuda dzieją się po cichu. O Jasnogórskich cudach i łaskach

CZYTAJ DALEJ

Reklama

KSM obraduje

2018-02-23 21:02

Agata Kowalska, KSM Częstochowa

Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Archidiecezji Częstochowskiej rozpoczęło dziś punktualnie o godz. 18.00 Sesję Zarządów.

Maciej Cupiał, KSM Częstochowa

Będzie to bardzo ważny, historyczny czas - wybory nowego składu osobowego Prezydium, obrady, ale przede wszystkim jednak - Zlot KSM. W sobotę u stóp Jasnej Góry swoje życie Matce Bożej zawierzy niemalże tysiąc młodych ludzi.

Zapraszamy od godz. 14.00 wszystkich tych, którzy czują się KSM-owiczami i chcą pokazać swoją przynależność do stowarzysznia. Mszę Świętą sprawować będzie Ksiądz Arcybiskup Metropolita Częstochowski Wacław Depo. Módlmy się o światło Ducha Świętego dla wszystkich biorących udział w tych wydarzeniach!

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem