Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.
Zamknij
Moje pismo Tęcza - 3/4 2017

"Tak właśnie mamy się modlić" - Wincenty Łaszewski, wielki mariolog

2017-06-09 09:00

Edyta Tombarkiewicz

Wincenty Łaszewski, wielki mariolog, najbardziej znany polski autor książek o Matce Bożej dzieli się z nami szokującym wyznaniem: Studiowaniu mariologii i kultu maryjnego poświęcałem wszystkie wolne chwile, dryfując trochę ku temu, o czym mówi papież Benedykt XVI "uważajcie, bo najlepszym teologiem, o którym Jezus wspomina, jest diabeł", aż zrozumiałem, że po pierwsze wcale nikogo do Pana Boga nie przyciągam, a po drugie - żaden ślad po tym nie zostanie.

Polub nas na Facebooku!

Edyta Tombarkiewicz: Od kiedy Maryja stała się dla Pana ważna?

U mnie nie zaczęło się to ani od żadnego objawienia, ani od rekolekcji, ani od odkrycia przez kogoś tajemnicy piękna i mocy Matki Bożej. Zaczęło się od drogi intelektualnej. Na początku 1976 roku zafascynowała mnie tajemnica Matki Najświętszej jako ideału człowieka zjednoczonego w pełni, bardziej niż ktokolwiek inny, z Bogiem, który Jest.

Wtedy byłem w miarę młody, a młodzi stawiają pytania o tym kim jest człowiek, jak stać się w pełni sobą – szczęśliwym. Ja gdzieś wewnętrznie wyczuwałem, że taką drogą, by poznać prawdę o sobie jest Matka Najświętsza. Tuż po lekturze książki "Na wschód od Edenu" Steinbecka, zapadły we mnie słowa jednego z jej bohaterów: "Pamiętaj, człowiek nie będzie słuchał opowieści, która nie mówi o nim". Zrozumiałem wtedy, że cokolwiek człowiek bada – opowiada to tak naprawdę sobie, a nauka nas niesie tylko wtedy, kiedy w niej odkrywamy kawałek siebie.

Czy to wprowadziło Pana w świat nauki?

Na pewno. Tak między innymi trafiłem na studia mariologiczne. Zacząłem pochylać się nad historią Matki Bożej jak nad niezrozumiałą dla mnie tajemnicą mnie samego i każdego innego człowieka pytając Boga: 'Jak na przykładzie tajemnicy niepokalanego poczęcia Maryi człowiek może się spełnić i być szczęśliwy' . Ona jest bez grzechu, a więc mogła w pełni odpowiedzieć na wolę Bożą. A ja, pochylając się nad Nią, czułem że w pewien sposób doświadczam łaski reparacji mojego życia, żeby ono było też takie dobre, piękne i szczęśliwe.

Kim więc była dla Pana Matka Boża?

Była nie tyle wzorem kobiety, archetypem matki, co wzorem każdego człowieka – i mężczyzny i kobiety. Studiowałem ten temat przez trzynaście lat. Maryja, oprócz tego, że się do Niej modliłem, stała się moim przedmiotem badawczym, który prowadził mnie do prawdy o sobie i drugim człowieku. Pasjonowałem się antropologią, bo człowiek potrzebuje znaleźć klucz do pełni życia, do szczęścia.

Reklama

Otworzyła się więc przed panem kariera naukowa?

W międzyczasie zrobiłem doktorat, zacząłem drogę habilitacji w Augsburgu, tak więc byłem na progu jakiejś pseudokariery w Kościele jako mariolog i nagle zrozumiałem, że to wszystko jest tak naprawdę na nic. Otrzymałem przekonanie, że nikogo w ten sposób nie zbliżę do Matki Bożej, bo ta piękna teologia jest hermetycznie zamknięta w swoim słownictwie, może czasem cytowana na wykładach w seminarium, ale to nikogo nie nawróci. Mało tego – nie pozostanie po tym śladu! Dziś prawie nikt nie pamięta kim był Karl Rahner. Studiowaniu mariologii i kultu maryjnego poświęcałem wszystkie wolne chwile, dryfując trochę ku temu, o czym mówi papież Benedykt XVI "uważajcie, bo najlepszym teologiem, o którym Jezus wspomina, jest diabeł", aż zrozumiałem, że po pierwsze wcale nikogo do Pana Boga nie przyciągam, a po drugie – ślad po tym nie zostanie. Gwoździem w tym wszystkim było odwrócenie definicji pojęcia 'teologia'. Skoro teologia to nauka o Bogu, to przedmiotem badawczym teologii jest Bóg.

Przedmiotem, a nie Osobą! Martwy przedmiot: Pan Bóg, Matka Najświętsza. Ja, który zajmowałem się tak półprofesjonalnie teologią miałem w ręku taki oto przedmiot, na którym robiłem różne sekcje, żeby pokazać coś, czego jeszcze nikt nie pokazał. Tego samego dnia zerwałem z teologią na dobrych parę lat. A w porzuceniu tej dziedziny pomogło mi zrozumienie, że jedyną teologią jaka jest dla Kościoła skarbem, który wciąż w nim trwa, jest teologia świętych. A ponieważ mnie do świętości było dalej niż komukolwiek, uznałem, że Pana Boga nie znam i nie mam prawa się Nim zajmować, bo był dla mnie przedmiotem nauki, a nie Osobą.

Ale jednak nie był to koniec?

No nie, bo potem Kościół jakoś sam mnie odszukał. Poproszono mnie, abym, będąc przygotowany teologicznie, zajął się tym, co najbardziej ludziom jest potrzebne: tematem objawień fatimskich. Zadzwonił do mnie w tej sprawie ks. Mirosław Drozdek z Zakopanego. Znalazł mnie, bo popełniłem zakończenie do jednej z pierwszych w Polsce książek o Fatimie. Zaczął mnie swoim kolbiańskim Bożym szaleństwem pociągać. Matka Boża Fatimska była dla niego absolutnie wszystkim. Poświęcał na Nią każdą chwilę swojego życia, ze snem włącznie. A ja w tamtym okresie życia szukałem jakiegoś duchowego mistrza, dla którego jest tylko Bóg i nic więcej. I wtedy odkryłem to, czego tak się obawiałem – cały świat maryjnej pobożności, znaków, interwencji, matczynej opieki Maryi i Jej pochylania sie nad światem. Zachwyciłem się też objawieniami w Guadalupe, a słowa, które Maryja tam wypowiedziała są żywe w moim sercu, aż do dziś.

Wrócił Pan do roli eksperta od Matki Bożej?

Chyba nie, bo nie umiałem znieść sposobu, w jaki o Niej pisano. Kiedyś ktoś przysłał mi książkę o Maryi do recenzji, a ja strasznie tego autora skrytykowałem, że to co napisał jest bez sensu, teologicznie niepoprawne, a do tego ta treść ludzi nie zmieni, bo przez nią człowiek nie rozwinie w sobie tęsknoty za byciem świętym, tak jak Maryja, która zawsze była z Bogiem. W odpowiedzi usłyszałem: 'jak Pan jest taki mądry, to niech Pan napisze lepiej!'. I tak mnie to dziwnie dotknęło. Poczułem, że może rzeczywiście moim obowiązkiem jest spróbować. Pojawiły się wtedy różne zamówienia od wydawców, zacząłem coś pisać i, ku mojemu zdumieniu, oni to przyjmowali. Dziś, już nie do końca utożsamiałbym się z tymi tekstami, bo człowiek z wiekiem patrzy na siebie krytyczniej, ale zawsze traktowałem to jako służbę w Kościele wyznając naczelną zasadę, że nie napiszę nic, nie mając pewności, że nikt tego jeszcze nie zrobił i chyba długo nie zrobi. Po śmierci Jana Pawła II mówiono o nim w mediach, rozważano wszystko, oprócz faktu 'Totus Tuus', z którego wynikało praktycznie wszystko, cokowiek robił. Przez dwa lata nikt nic o tym nie wspomniał, więc napisałem książkę: "Cuda Maryi w życiu Jana Pawła II", żeby pokazać o nim prawdę. No i tak ta moja służba wyglądała do roku 2012, kiedy urodziło się nam niepełnosprawne dziecko.

Jak zmieniło to Pana patrzenie na teologię i sens życia?

Zobaczyłem przede wszystkim jak wielką miłość do takiego dziecka ma jego matka, zapomina o wszystkim, a całe swoje życie poświęca na jego rehabilitację. Słowo rehabilitacja w języku teologicznym oznacza 'przywrócenie człowiekowi godności, odkrycie jego piękna'. A to był przecież motyw moich naukowych poszukiwań, nosząc przekonanie, że Maryja mnie zrehabilituje, że w Niej mogę odkryć w pełni swoją godność jako Bożego stworzenia. Przy takim dziecku wszystkie plany idą w niepamięć i człowiek odkrywa nowy sens, o wiele głębszy, wręcz namacalny. Zobaczyłem siebie wtedy jako niepełnosprawne dziecko Matki Bożej, grzesznika, który przewraca się i wstaje, a jego postęp nie zależy od siły jego woli. Ja jestem niepełnosprawnym dzieckiem, które Matka Boża musi uczyć chodzić, mówić. Mam świadomość, że nigdy nie będę dobrze chodzić, ani dobrze mówić, ale jak będzie trzeba, to Matka Boża weźmie mnie na ręce i poniesie.

Kościół zawsze głosił, że Maryja ma w naszym życiu bardzo osobistą, dotykalną rolę, ale dopóki człowiek nie ma w życiu wydarzenia, które pomoże mu to przeżyć, to tego nie zrozumie.

Ostatnio spotkał się Pan z tysiącami osób na Maryjnym Forum Charyzmatycznym w Szczecinie, jakie było Pana wrażenie takiego Kościoła, który właśnie dotyka nieba?

Ja nigdy nie byłem charyzmatykiem, moja duchowość jest ukryta, ale w tych dniach odkryłem prawdziwą Matkę Bożą. Wcale nie tańczącą, mówiącą językami, czy śpiewającą, ale taką szarą, zwyczajną, że gdyby się pojawiła pośród nas, to byśmy Jej nie poznali, bo Ona tylko serce ma inne. To doświadczenie mi pokazało, że my Jej zupełnie nie znamy i nie wpuszczamy do swojego życia. Mówimy 'przyjdź, wejdź, prowadź', ale to są tylko słowa za którymi niewiele stoi. Krzywdzę teraz pewnie 99,9 procent wierzących.

To czego nam brakuje?

Doświadczenia wiary, które miała Maryja. Nasza wiara wynika bardziej z przekazu rodziców, katechezy, kazań niedzielnych, rekolekcji, ale nikt z nas nie powie jak kardynał Stefan Wyszyński: "Wiem! Dlatego wierzę". To jest właśnie doświadczenie zupełnie innego świata. I zrozumiałem, że to dotyczy także Matki Najświętszej, która jest w takim Kościele. 'Oni nie są z tego świata' – mówił Jezus. A Matka Boża, która jest blisko, która jest jakby kluczem do Serca Jezusa, jest nam niezbędna, żebyśmy zrozumieli, że ten cały świat supermarketów, gonienia za byciem młodym, pięknym, zawsze zdrowym i bogatym - jest niczym. Ten prawdziwy Kościół, który zwycięży szatana, zgromadzi się wokół Maryi. Będą to ludzie o większym doświadczeniu Boga, niż tego świata, a Matka Boża ma nas do tego doprowadzić.

Co by Pan poradził tym osobom wierzącym, które jeszcze osobiście nie znają Maryi?

Sercem odmawiać różaniec. Spotkałem teraz charyzmatyków, którzy rzeczywiście wołaja do Boga i On się odzywa. Sam tego doświadczyłem, że Pan Bóg jest na tyle prawdziwy, że jeśli człowiek Go prawdziwie woła, to On prawdziwie jest. Natomiast ci ludzie wielkiej modlitwy i pokornego przyjmowania Jego natchnień, nie umieli sercem odmawiać różańca. Uznaję za niezbędne połączenie w Kościele charyzmatów, czyli wymiaru proroczego, z tym tradycyjnym, wielkim różańcem – to by był naprawdę wybuch nadprzyrodzoności. Ludzie Kościoła muszą znaleźć w sobie doświadczenie Pana Boga, inaczej nic z tego nie będzie – nie uradują się Kościołem, Komunia Święta będzie dla nich przyjmowaniem wafelka, a różaniec - klepaniem zdrowasiek.

To jak mamy się modlić?

Anioł w Fatimie pokazał dzieciom jak aniołowie w niebie padają przed majestatem Boga na twarz. Niosły one w sercu przez całe swoje krótkie, a w przypadku Łucji – długie życie: obraz modlitwy anioła na kolanach, padającego głową w proch. Warto zamknąć się w swoim pokoju i paść przed Bogiem właśnie w ten sposób, a doświadcza się wtedy, że jestem zerem, naprawdę nikim, że moje wielkie zdanie o sobie samym jest nic nie warte; a jednocześnie, że Bóg jest nieskończonością, a człowiek – jednością, bo Pan Bóg stworzył także nasze ciała. Wtedy nawiązuje się właściwa relacja między człowiekiem a Bogiem i Pan Bóg może nasze serca włożyć w Siebie. I to nie jest teologia, od której dziś rozmowę zaczęliśmy, a doświadczenie. Dopiero w tym miejscu zaczyna się przygoda z Bogiem, która zmienia człowieka.

Rozmawiała: Edyta Tombarkiewicz

Wywiad jest częścią akcji Pokochaj Maryję organizowanej przez Fundację Holy Mary Team: www.hmt.org.pl lub www.facebook.com/holymaryteam.

Działy: Polska

Tagi: wywiad rozmowa Maryja

Reklama

Tagi
Nasze serwisy
Polecamy
Zaprzyjaźnione strony
Najpopularniejsze
24h7 dni

Reklama

Lidia Dudkiewicz, Red. Naczelna

Duże rodziny górą! EDYTORIAL

Maryja zawsze wstawia się za nami do Syna i wzywa, byśmy robili wszystko, co nam powie; byśmy oddawali Jej cześć przez to, że będziemy Ją naśladować w posłuszeństwie woli... »
Abp Stanisław Budzik

Reklama

90 lat - Księga pamiątkowa Niedzieli


Adresy kontaktowe


www.facebook.com/tkniedziela
Tel.: +48 (34) 365 19 17, fax: +48 (34) 366 48 93
Adres redakcji: ul. 3 Maja 12, 42-200 Częstochowa


Wydawca: Kuria Metropolitalna w Częstochowie
Redaktor Naczelny: Lidia Dudkiewicz
Honorowy Red. Nacz.: ks. inf. Ireneusz Skubiś
Zastępca Red. Nacz.: ks. Jerzy Bielecki
Sekretarz redakcji: ks. Marek Łuczak
Zastępca Sekretarza redakcji: Margita Kotas