Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

36. rocznica zamachu na Jana Pawła II

2017-05-13 07:16

ts / Watykan / KAI

Adam Bujak, Arturo Mari/Biały Kruk

Mija 36. rocznica zamachu na Jana Pawła II. Miejsce dokonanego 13 maja 1981 r. zamachu na papieża upamiętnia płytka w bruku po prawej stronie części Placu św. Piotra.

W czasie środowej audiencji ogólnej 13 maja 1981 o godz. 17.00 Ojciec Święty rozpoczął objeżdżanie odkrytym jeepem Placu św. Piotra, błogosławiąc przybyłych pielgrzymów. Dwadzieścia minut później turecki płatny morderca Mehmet Ali Agca trzykrotnie wystrzelił do papieża, ciężko raniąc go. Zamachowca ujęto w pobliżu miejsca zbrodni, Jana Pawła II przewieziono zaś natychmiast do rzymskiej kliniki im. Agostino Gemellego. Tam podczas pięciogodzinnej operacji lekarzom udało się powstrzymać upływ krwi, pozszywać rozszarpane kulami narządy wewnętrzne i uratować życie pacjentowi. Papież przeżył zamach, ale już nigdy nie odzyskał pełni sił.

"Agca strzelał, by zabić" - jest przekonany metropolita krakowski kard. Stanisław Dziwisz. Relacja papieża i jego ówczesnego sekretarza zawarta jest w końcowym fragmencie książki Jana Pawła II "Pamięć i tożsamość": "Ten strzał powinien był być śmiertelny. Kula przeszyła ciało Ojca Świętego, raniąc go w brzuch, prawy łokieć i palec wskazujący lewej ręki. Upadła między papieżem a mną. Usłyszałem jeszcze dwa strzały, dwie stojące w pobliżu osoby zostały zranione. Zapytałem Ojca Świętego: "Gdzie?". Odpowiedział: "W brzuch". "Boli?" - "Boli". (...)

Jan Paweł II: Byłem już właściwie po tamtej stronie"

Reklama

Mimo iż od zamachu minęło już tyle lat, te tragiczne wydarzenia ciągle pozostają żywe w pamięci wszystkich. "Poczułem się, jakby cały świat zawalił mi się na głowę i nie wiem, jak mogłem w szoku fotografować, ale z pewnością kierowała mną ręka Matki Bożej" - wspominał w rozmowie z KAI papieski fotograf Arturo Mari. Agca został natychmiast aresztowany i szybko osądzony, ale to tragiczne wydarzenie ciągle pozostaje bez wyjaśnienia.

Sprzeczne domniemania krążą do dziś na temat motywów, planu i przebiegu zamachu i ewentualnych jego zleceniodawców. Ali Agca, płatny morderca z ugrupowania "Szare wilki", chciał zamordować "jedynego papieża z bloku wschodniego" już w 1979 r. podczas jego wizyty w Turcji.

W kilka tygodni po zamachu na Placu św. Piotra włoski sąd skazał Turka na dożywocie. W grudniu 1983 r. Jan Paweł II odwiedził go w rzymskim więzieniu.

Zamachowiec oskarżał początkowo wywiad bułgarski, wkrótce zmienił zeznania, wikłał się w różnych zeznaniach. Wprowadzając śledztwo na fałszywy trop, starał się zatrzeć swoje kontakty i chronił swoich mocodawców. Jak obliczyli obserwatorzy procesu, w czasie śledztwa Agca podał ponad sto różnych wersji wyjaśnień swojego czynu. Wielki proces, który miał doprowadzić do wyjaśnienia wszystkich szczegółów zamachu, zakończył się w 1986 r. de facto bez żadnych rezultatów. Tylko jeden z oskarżonych został skazany na więzienie i to za nielegalne posiadanie broni. Pozostali, z braku dowodów, wyszli na wolność.

Istnieją trzy tezy na temat mocodawców zamachu. Według pierwszej pochodzili oni z krajów bloku wschodniego, gdzie w papieżu-Polaku widziano zagrożenie dla ideologii komunistycznej. Inna wersja wskazuje na działania fundamentalistów islamskich, podczas gdy trzecia, która pojawiła się wkrótce po zamachu, utrzymywała, jakoby w sprawę uwikłane były zachodnie służby tajne, w tym amerykańska CIA.

Często powtarzanym wątkiem był udział w zamachu tajnych służb bułgarskich, czemu ostatecznie zaprzeczył sam Jan Paweł II. Podczas wizyty w Bułgarii w maju 2002 roku w rozmowie z prezydentem kraju Georgim Pyrwanowem, w 21 lat po wydarzeniach na Placu św. Piotra, zapewnił, że nigdy nie wierzył w "bułgarski ślad", gdyż zawsze żywił ciepłe uczucia, szacunek i cześć dla narodu bułgarskiego.

Sprawa "bułgarskiego śladu" powróciła na nowo w 2007 r., gdy podkomisja włoskiego parlamentu ujawniła nowe dowody. Na jednym ze zdjęć, wykonanym na Placu św. Piotra w chwili zamachu, widać w pobliżu miejsca zamachu wąsatego mężczyznę w ciemnych okularach - jest nim z pewnością Sergej Antonow, przedstawiciel bułgarskich linii lotniczych Balkan w Rzymie, wymieniany tuż po zamachu jako osoba w nim pośrednicząca.

Alego Agcę ułaskawił 13 czerwca 2000 prezydent Włoch Carlo Azeglio Ciampi, po czym deportowano go do więzienia w Turcji, gdzie rozpoczął odbywanie kary za zabójstwo tureckiego wydawcy. Ostatecznie wyszedł na wolność w styczniu 2010 r.

Odsiadując wyrok w więzieniu w Ankonie Agca wielokrotnie prosił Jana Pawła II o wstawienie się za nim u włoskich władz sądowniczych. Prokuratura zawsze jednak odpowiadała, że dotychczas zamachowiec składał sprzeczne zeznania, jeśli chodzi o przebieg czynu i wskazanie jego mocodawców.

Watykan z zadowoleniem przyjął wiadomość o ułaskawieniu terrorysty. Rzecznik prasowy Joaquin Navarro-Valls oświadczył wtedy, że decyzja ta, "podjęta podczas Wielkiego Jubileuszu, daje tym większą satysfakcję Ojcu Świętemu".

Ten pontyfikat nie mógł się tak skończyć - twierdzi dr Gabriel Turowski z Krakowa, od lat bliski przyjaciel Karola Wojtyły. Po zamachu 13 maja 1981 był on członkiem zespołu konsultantów w klinice im. Gemellego. Swoje wspomnienia zawarł w wydanej w 2001 wraz z papieskim fotografem Arturo Marim książce "Zamach". Zwrócił w niej uwagę na szereg cudownych wydarzeń, które uratowały życie Ojca Świętego, wymieniając przede wszystkim fakt, że w chwili, gdy padły strzały, Papież pochylił się i podniósł dziecko.

Jedna z kul wystrzelonych do Jana Pawła II, trafiła w kobietę uczestniczącą w audiencji: Amerykankę polskiego pochodzenia, urodzoną w Wadowicach dokładnie tego samego roku i dnia, co Karol Wojtyła.

"Zamach nastąpił co do minuty o tej samej porze, co objawienie Matki Bożej w Fatimie: o godz. 17.19" - przypomniał prof. Turowski. Jego zdaniem, to zadecydowało o wielkim kulcie, jakim Jan Paweł II otaczał Matkę Bożą Fatimską i Jej orędzie.

Tagi:
Jan Paweł II

Boże dziecię, święty z wadowic i Nasze dzieci

2019-01-02 11:07

Agnieszka Czajkowska
Niedziela Ogólnopolska 1/2019, str. 18-19

Grzegorz Gałązka

Homilie o dorastaniu

Co rano słucham fragmentów homilii św. Jana Pawła II przypominanych przez radio. Te powroty do przeszłości mają wartość nie tylko sentymentalną – można dzięki nim na nowo przeżywać chwile pełne uniesienia, do tego pochodzące z własnej młodości. Ale pokawałkowane wypowiedzi Papieża kierowane do nas kiedyś słuchane dziś brzmią jak prawdziwe proroctwo. Mają niezwykłą wartość poznawczą w odniesieniu do teraźniejszych czasów, do naszej codzienności. Kilkanaście lat po śmierci Karola Wojtyły jego słowa precyzyjnie nazywają cywilizację, w której żyjemy, definiują zjawiska, z którymi przychodzi nam się mierzyć każdego dnia.

Papieska lekcja młodości

W nadawanym któregoś dnia fragmencie Papież wspominał swoją pracę podczas okupacji w kamieniołomach, na których terenach stoi obecnie łagiewnickie sanktuarium Bożego Miłosierdzia. To znamienna cecha słów Papieża, przynajmniej tych kierowanych do Polaków, ale myślę, że także do wiernych z innych państw: obfite czerpanie z własnych doświadczeń, naturalne sięganie do dziejów narodowej wspólnoty, śmiałe przywoływanie historii przeżywanej przez niego samego i bliskich mu ludzi, włączanie w przestrzeń duchową ludzkiej twórczości, śladów inwencji poetów, pisarzy, malarzy, muzyków. Te w pełni człowiecze świadectwa i zdarzenia w połączeniu z dokonującą się na oczach wiernych hermeneutyką Pisma Świętego tworzyły niezwykły efekt papieskich homilii – zarazem osobistych i uniwersalnych, szczególnych i ogólnych.

Niemodne buty

Tym razem było o pracy podczas okupacji i drodze do niej, pokonywanej w drewnianych butach. „Takie się wtedy nosiło” – wyjaśniał z uśmiechem stary człowiek, mając na względzie współczesne przyzwyczajenia ludzi poddawanych presji zmiennych trendów w modzie. Pomyślałam wtedy nie o humorze Papieża i jego dystansie do siebie, ale o tym, że w swojej biografii uobecnia on los tych wszystkich biednych i krzywdzonych, cichych i ubogich, którzy, w młodości poddawani upokorzeniom, egzystujący najniżej w hierarchii społecznej, w urągających warunkach higienicznych i społecznych, dzięki własnej pracy, ale przede wszystkim realizując Boży zamysł, stali się bohaterami swoich i przyszłych czasów. Nie trzeba tworzyć fikcji w rodzaju „Milioner z ulicy” – wystarczy się przyjrzeć losom Karola Wojtyły. Śmieszne, niewygodne (jak one musiały obcierać stopy, jak musiało być w nich zimą zimno!), koszmarnie brzydkie buty w przeszłości – i robione na zamówienie przez najlepszego włoskiego szewca buty papieskie! Najwyższy hierarcha, w miejscu swojej niewolniczej pracy konsekrujący świątynię Bożego Miłosierdzia! Co za precyzyjny plan, jaka pointa do historii XX wieku! Ale też jaka determinacja Papieża, by przez własny los powiedzieć wszystkim: to siła wiary i odwaga ducha są ważne, nie osobiste wygody i zapewniony komfort codzienności. W swoim wspomnieniu z młodości wyartykułował wyraźnie: prawdziwa wielkość powstaje z małości i nędzy.

Skończył się Adwent. Znów wszyscy trwaliśmy w oczekiwaniu na narodziny Boga w biedzie i poniżeniu, by uświadomić sobie, co jest autentyczną wartością.

Odnaleźć swoje dziecko

Program adwentowego przygotowania do świąt 2017 r. szczególną uwagą otaczał św. Józefa. To jego oczami próbowaliśmy patrzeć na historię Jezusa. Jednym z ważniejszych fragmentów biografii Zbawcy jest moment, w którym podczas powrotu z jerozolimskiej świątyni ginie On z oczu Rodzicom. Przez trzy dni Jego opiekunowie nie wiedzą, gdzie jest ich Dziecko. Zawsze gdy o tym słucham, próbuję sobie wyobrazić niepokój, a potem narastające przerażenie Matki i Ojca szukających zagubionego Syna. Myślę też o swoich oczach, które w przeszłości ciągle były skierowane na dzieci. Zastanawiam się wówczas, jak można było nie upilnować ukochanego członka rodziny!

Ten fragment Ewangelii według św. Łukasza jest dobrze znany i często komentowany. Mówi się, że to nie Chrystus się zgubił, a my, i to my – ludzie – mamy powracać do kościoła, w którym On na nas czeka.

Zastanowiło mnie coś, na co wcześniej – pełna próżności, bo nigdy przecież nie zgubiłam swojego dziecka! – nie zwracałam uwagi. Najciekawszy w tej historii wydał mi się moment odnalezienia Jezusa w świątyni. Mały Chłopiec z pełną powagą dyskutuje z uczonymi w Piśmie. I jest przez nich słuchany. Dorośli szanują Malca, który do nich przemawia. Trwa to trzy dni. Przez cały ten czas Jezus musiał sobie radzić, coś jeść, gdzieś spać...

Czy to jeszcze nasze dziecko?

Powracający do Jerozolimy Rodzice jakby z dystansu spoglądają na swoje Dziecko. Widzą w Nim coś nowego, czego wcześniej nie dostrzegali – a może czego się tylko domyślali? Co wtedy czują? Dumę czy poczucie obcości? Czy mają świadomość, że w tej chwili niejako stracili Syna, który stał się osobą publiczną? Na nic słowa Ewangelisty, że po powrocie do domu Jezus stał się posłuszny Józefowi i Maryi. Widok własnego Dziecka w jerozolimskiej świątyni na zawsze pozostał w Ich sercach, pewnie wzbudził niepokój. Był już przez wszystkie kolejne dni jak tykająca bomba zegarowa, jak zapowiedź niezwykłego losu Odkupiciela świata.

Doświadczenie Rodziców 12-letniego Zbawcy jest niezwykłe i zarazem typowe. Każdy, kto ma dzieci, przeżywa moment, w którym ujawniają się ich tożsamość, odrębność, jakaś dorosłość. Czasem jest to nagły i niespodziewany przebłysk talentu, czasem oświadczenie młodego człowieka o dokonanym wyborze czy powziętym zamiarze. Dotyczy to szkoły, modelu życia lub – co gorsza – ujawnia się przez niewłaściwe związki i złe czyny. Iluż rodziców przeciera oczy ze zdumienia, gdy dowiaduje się, że ich grzeczne dziecko ma na sumieniu całkiem groźne przestępstwa! Ale też zdarza się, że – widząc młodego człowieka na scenie czy odbierającego znaczące wyróżnienie – ocierają łzy dumy i wzruszenia.

Zawsze w takim momencie poznajemy własne dziecko na nowo, żegnamy się ze swoim wyobrażeniem na jego temat. Jesteśmy wtedy zmuszeni do akceptacji jego podmiotowości i samodzielności. Tracimy przy tym własną naiwność, a nasza miłość do syna czy córki staje się trudniejsza i dojrzalsza.

Dr hab. prof. nadzw. UJD Agnieszka Czajkowska
Wykładowca akademicki, miłośniczka literatury i kultury XIX wieku, uczestniczka życia parafialnego, szczęśliwa żona najlepszego męża i matka trójki kochanych dzieci.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Tajemnice radosne

Ks. Robert Strus
Edycja zamojsko-lubaczowska 40/2003

Ojciec Święty Jan Paweł II w encyklice „Redemptoris Mater”, poświęconej Najświętszej Maryi Pannie pisze, że Maryja, „szła naprzód w pielgrzymce wiary”. Dzisiaj Maryja jako nasza najlepsza Matka uczy nas wiary. Biorąc więc do rąk różaniec i rozważając tajemnice radosne chcemy uczyć się od Maryi prawdziwej wiary.

Jiri Hera/fotolia.com

1. Tajemnica zwiastowania.

Anioł rzekł do Maryi: Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. (…) Na to Maryja rzekła do anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża? Anioł Jej odpowiedział: Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. (…) Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. Na to rzekła Maryja: Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa (Łk 1, 30-38).
Każdy z nas ma swoje zwiastowanie. Tak jak do Maryi i do nas Bóg posyła anioła ze wspaniałą wiadomością. Ta wiadomość to prawda, że Bóg nas kocha, że ma wobec nas wspaniały plan swej miłości. Nieraz nie bardzo rozumiemy to zwiastowanie. Jakże się to stanie, to niemożliwe, dlaczego ja? - pytamy Boga i samych siebie. Maryja, mimo tego, że też nie wszystko rozumiała, odpowiedziała Bogu „niech mi się stanie według twego słowa”. Rozważając tę tajemnicę prośmy Boga, abyśmy tak jak Maryja zawsze z radością odpowiadali „tak” na Jego propozycje.

2. Tajemnica nawiedzenia św. Elżbiety.

W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w [pokoleniu] Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę (Łk 1, 39-41).
Nawiedzenie św. Elżbiety przez Maryję to doskonały wzór takich spotkań, których celem jest pogłębienie wiary, przybliżenie się do Boga. Elżbieta w czasie tego spotkania została napełniona Duchem Świętym i zaczęła wielbić Boga. Tak jak do Elżbiety przyszła Maryja i umocniła jej wiarę, tak i my spotykamy się z ludźmi, dzięki którym przybliżamy się do Boga. W tej tajemnicy dziękujmy Bogu za tych wszystkich ludzi, dzięki którym nasza wiara została umocniona.

3. Tajemnica narodzenia Pana Jezusa.

Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie (Łk 2, 6-7).
W czasie rozważania tej tajemnicy staje przed nami obraz stajenki betlejemskiej. Przedziwny pokój i radość z niej promieniują. Chociaż na świecie panują jeszcze legiony rzymskie, a król Herod już czyha na życie Nowonarodzonego, Maryja, Józef i Jezus czują się bezpieczni w ubogiej stajence. Tak też będzie, kiedy prawdziwie Jezus narodzi się w naszych sercach, kiedy nasze serca staną się betlejemskimi stajenkami. Nawet jeżeli na świecie będzie wiele niepokoju, nawet jeżeli będziemy doświadczać różnych problemów, to będziemy szczęśliwi szczęściem, które da nam Nowonarodzony. Prośmy zatem, aby Jezus prawdziwie narodził się w naszych sercach.

4. Tajemnica ofiarowania Pana Jezusa w świątyni.

Gdy potem upłynęły dni ich oczyszczenia według Prawa Mojżeszowego, przynieśli Je do Jerozolimy, aby Je przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu (Łk 2, 22-23).
Maryja i Józef ofiarowali Bogu to, co było dla nich najcenniejsze - ukochane Niemowlę. Uczynili to nie tylko dlatego, żeby spełnić przepis prawa, ale również dlatego, ponieważ byli przekonani, że wszystko, co człowiek posiada, pochodzi od Boga i trzeba to odnosić do Boga, przedstawiać Panu Bogu. Trudne jest to do zrozumienia dla współczesnego człowieka, który często zapatrzony w siebie, wszystko odnosi do siebie - stawiając siebie w centrum wszechświata. Rozważając tę tajemnicę uczmy się od Maryi i Józefa, że wszystko powinniśmy ofiarować Panu Bogu.

5. Tajemnica odnalezienia Pana Jezusa w świątyni.

Rodzice Jego chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice (Łk 2, 41-43).
Jak łatwo jest zgubić Chrystusa. Wystarczy chwila nieuwagi, pokusa, grzech i Chrystus schodzi na dalszy plan naszego życia. Może nam się nawet wydawać, że jesteśmy blisko Jezusa, że jesteśmy dobrymi chrześcijanami i nie dostrzegamy tego, iż Go zgubiliśmy, tak jak Maryja i Józef nie dostrzegli tego, że Jezus został w Jerozolimie. Maryja, która z bólem serca szukała swego Syna, dzisiaj pomaga nam powracać do naszego Pana i Zbawiciela. Prośmy Maryję, abyśmy szli przez życie zawsze z Jej Synem, a gdy Go zgubimy, aby pomagała nam Go odnajdywać.

Maryjo, ukochana Matko, nasza pielgrzymka wiary ciągle trwa. Prosimy Cię, bądź z nami, kiedy pielgrzymujemy do Twego Syna po drogach XXI wieku. Spraw, aby nasza wiara każdego dnia stawała się coraz bardziej żywa, prawdziwa i konsekwentna.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Pokażmy, że Bóg jest sensem naszego życia

2019-01-21 19:39

Karolina Zając/Archidiecezja Krakowska

Ks. Marcin Filar | Archidiecezja Krakowska

Jedziemy do Panamy, aby pokazać światu, że Chrystus żyje, że jest centrum naszego życia. Jezus jest Alfą i Omegą, początkiem i końcem. - mówił abp Marek Jędraszewski podczas ostatniej Eucharystii polskich pielgrzymów w Monagrillo.

Metropolita krakowski rozpoczął swoje rozważania od zarysowania początków Światowych Dni Młodzieży. Zaznaczył, że św. Jan Paweł II poddał pomysł spotkania młodych chcąc przybliżyć ich jeszcze bardziej do Boga.

– Taki też jest cel tegorocznych ŚDM tutaj w Panamie – podkreślał abp Marek Jędraszewski.

Tłumacząc czytania dnia pasterz Kościoła krakowskiego mówił o istocie posłuszeństwa i ofiary Chrystusa.

– Jego męka jest największą ofiarą, bo Jezus stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy go słuchają. Jest największą ofiarą, bo ponawia się podczas każdej Mszy świętej – zaznaczył abp Jędraszewski.

Jako przykład idealnego bycia w Chrystusie arcybiskup przywołał postać patronki dnia św. Agnieszki.

– Dla niej Chrystus był oblubieńcem, dla którego poświęciła całe życie. Dała świadectwo swojej miłości do Boga, kiedy stała się męczenniczką mając zaledwie 12 lat – mówił metropolita krakowski. Tłumaczył, że szła na śmierć sama, bez kajdan na dłoniach, z miłością i radością, bo wiedziała, że idzie na spotkanie z Jezusem.

– Moi drodzy, za kilka dni spotkamy się z Ojcem Świętym Franciszkiem. Spotkamy się w czasie, który jest naznaczony postacią ludzi, którzy żyją tak, jakby Boga nie było. My chcemy spotkać się w Panamie, aby pokazać światu, że on jedyny jest Alfą i Omegą naszego życia. – kontynuował arcybiskup.

Na zakończenie apelował, aby młodzi kierowali się w życiu przykładem św. Agnieszki i nie bali się pokazywać swojej wiary tam, gdzie Pan ich posyła.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Akcja dom

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem