Reklama

Prawidłowe zachowanie kierowcy?

2017-02-12 18:53

Artur Stelmasiak

facebook.com

Biuro Ochrony Rządu jest po to, aby ochraniać najważniejszych ludzi w państwie. Rozbicie rządowej limuzyny o drzewo trudno zaliczyć do udanych akcji.

Nie chcę przyłączać się do hejtu na BOR oraz Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji, ale udawanie, że nic się nie stało, to niebezpieczna i najgorsza z możliwych strategii obrony. Krytykowałem lekceważenie incydentu drogowego z udziałem Prezydenta Andrzeja Dudy, a teraz słucham z zaniepokojeniem informacji o wypadku pani Premier. Nie chodzi o krytykę dla samej krytyki, ale troskę o bezpieczeństwo najważniejszych osób w moim państwie.

Takie sytuacje, gdy dochodzi do kolizji zdarzały się w przeszłości i będą pewnie w przyszłości. Minister Mariusz Błaszczak mówił o statystykach, które wskazują, że rocznie jest ponad 20 takich incydentów. Miał pewnie dużo racji, gdy mówił o tym, że ministerstwo jest na etapie sprzątania zastałego po swoich poprzednikach, a zwłaszcza byłym szefie BOR gen. Marianie Janickim. Jest w tym wiele prawdy, bo po 10 kwietnia 2010 r. formacja ta staczała się po równi pochyłej. Nie zakładam też złej woli szefów MSWiA, ale być może sprzątanie odbywa się za wolno albo jest po prostu mało skuteczne.

Minister wymieniał całą serię stłuczek, do których doszło w poprzednich latach. Jednak problem jest w tym, że wcześniejsze incydenty nie powodowały uszczerbku na zdrowiu osób ochranianych ani nie zagrażały ich życiu. Oczywiście, chodzi mi tylko o wypadki drogowe. Nie wspominam o katastrofie śmigłowca premiera Leszka Milera w 2003 r. oraz tragedii smoleńskiej w 2010 r., która też pokazała powszechne zepsucie w BOR.

Reklama

Pomimo podjętych działań naprawczych w tej jednostce nadal dochodzi do bardzo groźnych wypadków. Wciągu ostatnich kilkunastu miesięcy mieliśmy dwa poważny incydenty z udziałem najważniejszych osób w państwie. Rok temu życie mógł stracić prezydent Andrzej Duda, a teraz w wypadku poszkodowana została pani premier Beata Szydło. Próby wmawiania opinii publicznej, że takie wypadki zdarzają się i nawet są czymś normalnym, musi budzić poważne obawy.

Oczywiście, nie znam wszystkich okoliczności wypadku, ale z dostępnych i potwierdzonych informacji wynika, że doszło do skrajnie niebezpiecznej sytuacji. Jak zwykle, opozycja zajmuje się bezkonstruktywną krytyką i chamskim atakiem, ale nie podoba mi się także linia obrony BOR i próba relatywizowania tego, co się wydarzyło w piątek 10 lutego 2017 r. wieczorem.

Dzięki zdjęciom wykonywanym przez samochody Googla można obejrzeć szczegółowo miejsce wypadku, a z dostępnych informacji zrekonstruować przebieg zdarzenia. Wygląda na to, że stojący na ulicy Powstańców Śląskich w Oświęcimiu Fiat Seicento próbuje skręcić w lewo, ale przepuszcza jeden z pojazdów uprzywilejowanych. Nie zauważył, że jedzie cała kolumna rządowa i wyjeżdża wprost pod koła, albo w bok samochodu z panią Premier (tak szczegółowych informacji nie zdradziła jeszcze policja). Kierowca BOR, który chciał ominąć lub uniknąć kolizji, zjechał na pobocze i uderzył w drzewo.

Na szczęście kolumna rządowa nie jechała z dużą prędkością. Świadczą o tym komunikaty policji oraz zdjęcia rozbitej limuzyny BOR. Wystarczy zestawiać je z fotografiami crash testów Audi A8, aby przekonać się, że ten samochód rozbity przy prędkości 64 km/h wygląda znacznie gorzej. Najprawdopodobniej do zderzenia z drzewem doszło przy prędkości ok. 45-50 km/h. Ta limuzyna jest opancerzona i o wiele cięższa, a więc jej konstrukcyjne tzw. strefy zgniotu, które pochłaniają energię uderzenia, mogły się zniszczyć bardziej niż w analogicznym przypadku zwykłego samochodu.

Niestety, wiele wskazuje na to, że uderzenie w drzewo samochodem z Premierem RP na pokładzie było najgorszym z możliwych scenariuszy wybrnięcia z tej niebezpiecznej sytuacji. Drzewo było bowiem najbardziej niebezpieczną przeszkodą w promieniu kilkudziesięciu metrów. Mówiąc obrazowo kierowca mógł pojechać prawie w każdym innym kierunku, aby nie doprowadzić do tak niebezpiecznego wypadku. Trzeba też powiedzieć, że limuzyna z panią Premier zderzyła się z przeszkodą, która jest o wiele bardziej niebezpieczna, niż kolizja np. z małym Fiatem. Choć nie znamy wszystkich okoliczności wypadku i tego, co widział w danej chwili kierowca, to pewne jest jednak, że BOR powinien być szkolony do tego, aby wychodzić z bardziej niebezpiecznych sytuacji i przy większych prędkościach.

Muszą być szybko podjęte działania naprawcze i zmienione procedury konwojów rządowych. Być może trzeba zwiększyć ilość pojazdów jadących w kolumnie przewożących najważniejsze osoby w państwie. W ostatnich latach limit nieszczęść został bowiem wyczerpany.

Tagi:
komentarz

ProEugeniczny dokument genetyków i ginekologów

2018-05-13 17:05

Artur Stelmasiak

Lektura dokumentu genetyków i ginekologów jest przerażająca. Profesorowie medycyny mają w ręku "zabawki" do selekcji człowieka i protestują, bo ich "zabawa" może być zakazana.

Bożena Sztajner

"Nikomu, nawet na żądanie, nie podam śmiercionośnej trucizny, ani nikomu nie będę jej doradzał, podobnie też nie dam nigdy niewieście środka na poronienie" - to cytat z Przysięgi Hipokratesa, ojca medycyny i filozofa. Nie był on wcale związany z polską polityką, Kościołem katolickim, czy z Kają Godek. Hipokrates jest totalnie spoza naszego politycznego, religijnego i antyreligijnego układu. A jednak zakaz eutanazji i aborcji farmakologicznej postawił na pierwszym miejscu, tuż przed przykazaniem zachowania tajemnicy lekarskiej.

Okazuje się, że żyjący 2400 lat temu człowiek, przewidział jakie zagrożenia nieść może medycyna w XXI wieku. Hipokrates na pewno nie podpisałby się pod "stanowiskiem" sygnowanym przez Polskie Towarzystwo Genetyki Człowieka oraz Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników (dla ścisłości podpisanych genetyków jest 14, a ginekologów tylko 2). Ich stanowisko zostało rozesłane do wielu instytucji w Polsce, aby w ten zaatakować obywatelski projekt "Zatrzymaj Aborcję". Nic więc dziwnego, że z proaborcyjnej postawy medyków zachwyceni są m. in. dziennikarze radia TokFM i Gazety Wyborczej.

Z dokumentu dowiadujemy się, że współczesne standardy opieki ginekologicznej powinny zapewnić "optymalne warunki pozwalające na urodzenie zdrowego dziecka". Co do wykładni pełna zgoda, bo przecież od tego są lekarze, by dbali o zdrowie nawet najmniejszego pacjenta. Ale co zrobią profesorowie, gdy maleńki pacjent zachoruje, albo - nie daj Boże - będzie prawdopodobieństwo, że jest niepełnosprawny? "Postęp technologiczny, w tym m. in. w zakresie badań ultrasonograficznych, a także wykorzystywania w diagnostyce szeregu markerów biochemicznych i genetycznych, przyczynia się do wykrywania wielu nieprawidłowości rozwojowych u płodu jeszcze na wczesnym etapie rozwoju ciąży" - czytamy w dokumencie sygnowanym głownie przez genetyków. Ale "losowy charakter występowania" "różnego typu nieprawidłowości", to "dramat zarówno dla kobiety, jak i dla opiekującego się nią lekarza".

W tym miejscu zmienia się już narracja profesorów medycyny. Lekarz zajmuje się tylko kobietą, a drugi pacjent (dziecko) nazywane jest już "prawem wyboru". Według sygnatariuszy dokumentu najważniejszym obowiązkiem lekarza jest poinformowanie kobiety o stanie zdrowia tego "prawa wyboru". Innymi słowy chodzi o wystraszenie kobiety o podejrzeniu "wadliwego płodu" i "skutków" jego urodzenia. W tym samym czasie "etyczny" lekarz musi zabiegać o "autonomiczną decyzję kobiety", która ma prawo do zdrowia także "psychicznego". - "Kwestionowanie takiego prawa jest nieludzkie" - czytamy w dokumencie.

Teraz ja zapytam: Czy oznacza to, że zabicie dziecka, u którego zdiagnozowano chorobę, jest bardziej "ludzkie", niż zdrowie psychiczne kobiety i ewentualna bezsenność matki, która pochyla się nad kołyską swojego dziecka? W dokumencie nie ma słowa o traumie, głębokiej chorobie postaborcyjnej dla obojga rodziców, a często również dla całej rodziny. Autorzy dokumentu nie chcą chronić przed zagrożeniem syndromu proaborcyjnego, a jedynie chcą ją "chronić" przed potencjalnymi skutkami urodzenia "wadliwego" dziecka. Co więcej profesorowie sugerują, że przyjście na świat niepełnosprawnego dziecka, często jest "szkodą dla zdrowego rodzeństwa". Innymi słowy "wadliwego" brata lub siostrę lepiej zabić.

Dokument jest tak sprytnie skonstruowany, że ani razu nie pada w nim słowo aborcja. Zabójstwo człowieka jest nazywane "prawem wyboru", albo "autonomią kobiet". Kwestionowanie "prawa kobiet" do zabicia własnego dziecka nazwane jest czymś "nieludzkim" i "stygmatyzującym". I właśnie w kontekście życia i śmierci małego pacjenta przedstawiciele środowiska medycznego wypowiadają swoje filozoficzne credo. "Nie istnieje w tym zakresie żadna prawda uniwersalna" - napisali. Zupełnie tak, jakby chcieli zaprzeczyć, że życie zabitego dziecka nie było prawdziwą prawdą, bo przecież "prawda uniwersalna" nie istnieje. I dlatego można to (nieprawdziwe) życie przerywać.

W następnym akapicie polscy uczeni przekonują, że "około 95 proc. badań prenatalnych kończy się wydaniem wyniku prawidłowego". O co chodzi? Prawidłowy wynik dla profesorów, jest równoznaczny z prawem do życia, bo według obowiązującego przepisów nie da się "skłonić ciężarną do innej decyzji".

Te właśnie fragmenty dokumentu oraz specyficzny dobór słów najlepiej pokazują, kim oni są, co robią na co dzień w pracy i jakie mają cele. Środowisko medyczne podważą prawdę o życiu, by rozszerzać praktykę eugeniczną i bawić się w panów życia i śmierci.

W jednym punkcie muszę się zgodzić z przedstawicielami dwóch medycznych towarzystw. Wyrażają oni swoją zdecydowaną dezaprobatę dla tworzenia "katalogu wad, chorób lub zaburzeń", którego celem mogłoby być administracyjne rozstrzygnięcie o prawie do zabicia dziecka, lub jego ocaleniu. Oczywiście dokument nazywa to ograniczeniem "poszanowania autonomicznej decyzji kobiety". Jednak lekarzom chodzi zupełnie o coś innego, niż obrońcom życia. Oni boją się, że zostaną ograniczeni w interpretacji istniejącego prawa do decydowaniu o zabiciu lub życiu dziecka. To przecież oni wydają odpowiedni dokument ze skierowaniem do "decyzji".

Aby zobaczyć, jak wygląda historia interpretacji obecnego prawa, wystarczy sięgnąć pamięcią kilkanaście lat wstecz. Na początku lat 2000. dzieci z Zespołem Downa normalnie rodziły się w polskich szpitalach. Lekarze, a zwłaszcza genetycy interpretację prawa aborcyjnego tak rozszerzyli, że dziś dzieci z Zespołem Downa prawie się nie rodzą. Pewnie dlatego sygnatariusze dokumentu protestują również przeciwko używaniu w debacie publicznej przykładów chorób rozpoznawalnych prenatalnie. Trudno się dziwić, że genetycy i ginekolodzy nie chcą, by Polacy wiedzieli, że oni masowo zabijają np. dzieci z Zespołem Downa.

Dzięki medycznej reinterpretacji prawa ilość aborcji eugenicznych w ciągu 20 lat zwiększyła się z 39 do 1044 zbitych dzieci. To im zawdzięczamy wzrost aborcji eugenicznych aż o 2,6 tysiąca procent. Dlatego nie można tworzyć katalogów chorób, które będą furtką do kolejnych medycznych interpretacji. Aborcję eugeniczną trzeba zakazać, bo nikt nie powinien decydować o życiu i śmierci człowieka w oparciu o diagnostykę medyczną, która często jest błędna. Znam wiele historii dzieci, których lekarze skazali na decyzję kobiety. Rodzice odmówili aborcji, a dzieci urodziły się całkowicie zdrowe.

Z dokumentu dowiadujemy się, że zarząd dwóch towarzystw o specjalizacjach medycznych wyraża swoje stanowisko niezależnie od różnych opinii pośród członków obu towarzystw. Kolejną ciekawostką jest fakt, że dokument jest firmowany przez środowisko genetyków i ginekologów, ale jak popatrzymy, kto go podpisał, to okazuje się, że tam są praktycznie sami profesorowie genetyki i zaledwie dwóch ginekologów. Wprawdzie jest prezes PT Ginekologów i Położnych prof. Mirosław Wielgoś, ale nie może być mowy, że pod stanowiskiem podpisał się cały zarząd Towarzystwa, bo brakuje przynajmniej trzech nazwisk. Prezes towarzystwa ginekologicznego słynie ze swoich proaborcyjnych poglądów. Mocno atakował prof. Bogdana Chazana za to, że odmówił zabicia dziecka. Chwalił jednocześnie postawę prof. Romualda Dębskiego, który słynie z aborcji dzieci z Zespołem Downa.

Zaskakuje bardzo duża ilość podpisów naukowców, którzy są specjalistami od genetyki. Dokument podpisany jest przez cały zarząd towarzystwa genetyków, a także dołączyli do nich przewodniczący poszczególnych sekcji. W sumie aż 14 osób z tytułami. Niestety wygląda na to, że środowisko genetyków ma największy problem z przysięgą Hipokratesa i jednocześnie są zwolennikami eugeniki. Ginekolodzy, którzy zabijają dzieci z Zespołem Downa wielokrotnie mówili, że namówili ich do tego genetycy i ich opinie. Tak mówił w wywiadach m. in. prof. Wielgoś. Wygląda więc na to, że współczesna nauka medyczna ma niebezpieczne "zabawki" w ręku. Z jednej strony genetyka próbuje poprawić człowieka, a tych ludzi, których zdaniem genetyków nie da się "naprawić" trzeba zabić i wyrzucić, jak zepsutą zabawkę. Znam wielu wybitnych genetyków, którzy w swojej pracy posługują się sumieniem, ale to oni mówili mi również o zepsuciu moralnym i zapędach eugenicznych tego środowiska.

W tle tej dyskusji są również duże pieniądze na badania genetyczne, i etaty dla lekarzy. Medycy chwalą się w dokumencie, że 95 proc. badań genetycznych u podejrzanych dzieci kończy się brakiem wskazania do aborcji. Jeżeli mamy ponad 1000 aborcji rocznie, to oznacza, że rocznie mamy około 20 tysięcy drogich badań eugenicznych w Polsce.

Genetyka jednoznacznie wskazuje, że człowiek, jest człowiekiem od poczęcia. Ale medycy, którzy to doskonale wiedzą, podpisali się pod dokumentem, w którym stwierdzają, że życie i śmierć małego człowieka nie jest prawdą uniwersalną. Jeżeli można nieprawdziwie zabijać, to przecież tym bardziej można kraść i kłamać. I z punktu etycznego ten dokument należy traktować, jako zwykłe kłamstwo ubrane w pseudonaukowe szaty.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Watykan: kard. Stanisław Ryłko włączony do grona kardynałów-prezbiterów

2018-05-21 18:52

st (KAI) / Watykan

Podczas sobotniego konsystorza Ojciec Święty włączył do grona kardynałów-prezbiterów kard. Stanisława Ryłkę, a także kardynałów Leonardo Sandriego, Giovanniego Lajolo, Paula Josef Cordesa, Angelo Comastriego i Raffaele Farinę – podaje francuski dziennik „La Croix”.

Margita Kotas

Zgodnie z kanonem 350. Kodeksu Prawa Kanonicznego, Kolegium Kardynałów dzieli się na trzy stopnie: kardynałów-biskupów (purpuraci otrzymujący od papieża jako tytularne diecezje podmiejskie oraz patriarchowie wschodni włączeni do Kolegium Kardynałów); kardynałów-prezbiterów (purpuraci zazwyczaj będący biskupami diecezjalnymi) i kardynałów-diakonów (purpuraci pracujący w Kurii Rzymskiej oraz wybitni teolodzy, którzy nie kierowali diecezjami).

Kościół tytularny kardynałów-prezbiterów zwany jest tytułem, zaś kościół tytularny kardynałów-diakonów - diakonią. Przez opcję dokonaną na konsystorzu i zatwierdzoną przez papieża, kardynałowie-prezbiterzy, zachowując pierwszeństwo święceń i promocji, mogą przechodzić na inny tytuł, zaś kardynałowie-diakoni - z jednej diakonii na drugą, a gdy przez pełnych dziesięć lat pozostawali w stopniu diakonów - także do stopnia prezbiterów. Tak właśnie stało się w minioną sobotę w przypadku wymienionych kardynałów.

Obecnie kardynałem-protodiakonem, który w przypadku konklawe ogłasza wybór nowego papieża, jest 85-letni kard. Renato Martino. Drugim pod względem starszeństwa kardynałem-diakonem jest pochodzący z Gwinei prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów kard. Robert Sarah. Ponieważ z racji wieku kard. Martino nie ma prawa uczestnictwa w konklawe, to zadanie ogłoszenia wyboru nowego papieża przypadnie kard. Sarahowi.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Papież spotka się z 5 księżmi chilijskimi, ofiarami ks. Karadimy

2018-05-22 22:17

st, pb (KAI) / Watykan

W dniach 1-3 czerwca Ojciec Święty spotka się z 5 księżmi, ofiarami nadużyć seksualnych ks. Fernando Karadimy w swojej rezydencji w Domu Świętej Marty – podało Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej.

vatican.va

Oto tekst watykańskiego komunikatu w tłumaczeniu na język polski:

„Od 1 do 3 czerwca 2018 r. Ojciec Święty przyjmie drugą grupę ofiar ks. Fernando Karadimy i jego zwolenników z parafii Najświętszego Serca Jezusowego w dzielnicy Providencia w Santiago de Chile („El Foresta”). Chodzi o pięciu księży, którzy padli ofiarą nadużycia władzy, sumienia i wykorzystywania seksualnego. Razem z nimi będą również dwaj kapłani, którzy pomagali ofiarom w ich drodze prawnej i duchowej, oraz dwie osoby świeckie zaangażowane w to cierpienie. Wszyscy będą gośćmi Ojca Świętego w Domu Świętej Marty.

Zdecydowana większość z tych osób uczestniczyła w spotkaniach odbywających się w Chile podczas specjalnej misji abp. Charles Scicluna i ks. Jordi Bertomeu, jaka miała miejsce w lutym b.r. Pozostali współpracowali w ciągu tygodni, które nastąpiły po wizycie.

Poprzez to nowe spotkanie zaplanowane miesiąc temu, Papież Franciszek pragnie okazać bliskość wykorzystywanym kapłanom, towarzyszyć im w ich bólu i wysłuchać ich cennych opinii, aby udoskonalić aktualne środki prewencyjne i zwalczać nadużycia w Kościele.

Na tym zakończy się pierwszy etap spotkań, jakich chciał Ojciec Święty, z ofiarami systemu nadużyć ustanowionego kilkadziesiąt lat temu we tej parafii. Wspomniani księża i świeccy reprezentują wszystkie ofiary kleru w Chile, ale nie jest wykluczone, że podobne inicjatywy mogą się powtórzyć w przyszłości.

Podczas weekendu będą miały miejsce różne spotkania, które będą odbywały się w atmosferze zaufania i poufności. Rano w sobotę, 2 czerwca, papież odprawi prywatną Mszę w Domu Świętej Marty, a wczesnym południem odbędzie się spotkanie grupy, a następnie rozmowy indywidualne.

Ojciec Święty nadal prosi wiernych w Chile – a w szczególności wiernych w parafiach, gdzie ci kapłani wypełniają swoją posługę duszpasterską – aby towarzyszyli im modlitwą i solidarnością w tych dniach”.

Urodzony w 1930 r. ks. Fernando Karadima był powszechnie znanym i szanowanym duszpasterzem. Uważał się za duchowego syna księdza-społecznika św. Alberta Hurtado. Bronił praw człowieka w czasie dyktatury gen. Augusto Pinocheta. Uchodził za autorytet młodzieży pomagającej ubogim. Wychował około 50 kapłanów, w tym kilku biskupów (jednym z nich jest Juan Barros). Przez wielu uważny był za świętego.

Gdy więc kilku młodych mężczyzn z parafii Najświętszego Serca Jezusowego w dzielnicy Providencia w Santiago de Chile, gdzie był proboszczem, złożyło zeznania obciążające go jako pedofila, początkowo nikt nie chciał w nie wierzyć.

Także arcybiskup Santiago w latach 1998-2010, kard. Francisco Javier Errázuriz przyznał po latach, że nie uwierzył w pierwsze oskarżenia właśnie z powodu „opinii świętości”, jaka otaczała ks. Karadimę. Nie podjął dochodzenia, gdyż prawo kościelne nakazuje je rozpocząć, gdy zarzuty są co najmniej prawdopodobne. Ponadto był przeświadczony, że ofiary nie milczałyby przez lata, już jako ludzie dorośli, o doznanych nadużyciach. Zaprzeczył jednocześnie, jakoby jego intencją było krycie nadużyć, uznał jedynie, że nie ma na nie dowodów. Później jednak, gdy poważne zarzuty wobec ks. Karadimy zostały publicznie przedstawione, poprosił duchownego, by zrezygnował, jednak ten się bronił. W końcu kardynałowi udało się go do tego przekonać i w 2006 r. ks. Karadima przestał być proboszczem. Zgodnie z obowiązującymi w Kościele procedurami sprawę przekazano do zbadania Kongregacji Nauki Wiary, która w styczniu 2011 r. uznała winę duchownego i nałożyła na niego dożywotnią suspensę (zakaz sprawowania funkcji kapłańskich). Kilka miesięcy później odrzuciła jego odwołanie, w którym utrzymywał, że nie popełnił zarzucanych mu czynów. Niemal 88-letni ks. Karadima do dziś odbywa pokutę w odosobnieniu w jednym z żeńskich klasztorów w Santiago.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem