Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Jasna Góra: kolejny Wieczór Maryjny o Ofiarowaniu

2017-02-09 16:23

it / Częstochowa

Bożena Sztajner/Niedziela
S. Rafała Włodarczyk, elżbietanka

O tym, że warto do końca zaufać Jezusowi i Jego Matce przekonywali na Jasnej Górze goście kolejnego Wieczoru Maryjnego. Spotkania z cyklu „Moja Mama jest Królową” stanowią jeden ze stałych punktów świętowania Jubileuszu 300-tnej rocznicy koronacji Cudownego Obrazu Matki Bożej. Tym razem rozważana była tajemnica Ofiarowania Pańskiego.

O. Samuel Pacholski, paulin, kustosz Sanktuarium św. Józefa Opiekuna Rodzin w Świdnicy podkreślał, że choć miłosierdzie Pana jest wielkie to Bóg sam nas nie zbawi. - Życie każdego człowieka jest tajemnicą. Istnieje też coś takiego jak tajemnica nieprawości. I musimy zawsze mieć jakąś wrażliwość na Boga, bo istnieje zagrożenie, że możemy się do Niego odwrócić i po zbłądzeniu nie wrócić do Niego. Dziś bardzo dużo mówi się o tym, że Bóg jest Miłosierny i wybacza wszystkie grzechy. To jest prawda, ale człowiek ma wolną wolę, a jest wiele rzeczywistości, które utrudniają pójście ze wszystkimi sprawami do Chrystusa – mówił zakonnik. O. Samuel dodawał, że Jezus przyszedł na świat jako światło, jako ten który objawia Boga, który jest naszym Ojcem i kocha każdego człowieka. – Poza tą więzią nie można być szczęśliwym – podkreślał paulin.

S. Rafała Włodarczak, elżbietanka, która przez 53 lata pracowała w Ziemi Świętej zakładając tam domy dla dzieci biednych, sierot, ofiar wojny i konfliktów, tzw. Domy Pokoju, zauważyła, że przez cały czas była i jest przekonana o Bożej miłości. - Zadziwiłam się małą dziewczynką, którą spotkałam w szpitalu. Była mocno ranna, ale wciąż wykrzykiwała „Pan Bóg jest najwyższy i wszystko dla Niego”. To dziecko mimo, że w takim bólu odnosiło się do Boga i to te dzieci nauczyły mnie wielkiej ufności i zdania się na Boga we wszystkim, bo On jest królem – mówiła s. Rafała.

Reklama

Z rąk przeora Jasnej Góry siostra otrzymała ryngraf Matki Bożej Jasnogórskiej w dowód wdzięczności za obronę każdego życia i służenie życiu w Ziemi Świętej, zwłaszcza za podjęcie dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego.

Wieczór Maryjny tradycyjnie poprzedziła Msza św. w Kaplicy Matki Bożej.

Tagi:
Jasna Góra Wieczory Maryjne

To Bóg planuje

2017-06-28 09:33


Niedziela Ogólnopolska 27/2017, str. 26-27

„Nie zdarzyło mi się jeszcze mieć pretensji do Pana Boga, a w momencie, kiedy pojawiają się moje własne cierpienia i jest mi z czymś bardzo trudno, dosyć szybko – bo na szczęście mam pogodne usposobienie – przychodzi mi do głowy myśl: Panie Boże, wiem, że jesteś”... Z dr Heleną Pyz – niezwykle dzielną i odważną kobietą, lekarką i misjonarką w ośrodku dla trędowatych Jeevodaya w Indiach – rozmawia Agnieszka Porzezińska

AGNIESZKA PORZEZIŃSKA: – Maryja została wzięta do nieba z duszą i ciałem. Tutaj, na ziemi, ciało może sprawiać nam czasami kłopot, ale później będzie docenione?

DR HELENA PYZ: – Jestem lekarzem i zajmuję się leczeniem ciała, ale wielokrotnie zdarzało mi się ratować także dusze. Na rozpacz nie ma tabletek, pomagają tylko moc Boga i troska Maryi. Przez lata praktyki przekonałam się, że człowiek jest jednością tego, co cielesne, i tego, co duchowe.

– Z cierpieniem, ze śmiercią ma Pani do czynienia praktycznie na co dzień...

– Tak, i to jest wielka łaska. Kiedy ciało już nie chce słuchać, kiedy poddane jest strasznemu cierpieniu, zawsze można dać człowiekowi nadzieję, mówiąc, że istnieje sens jego cierpienia. Dla ludzi niewierzących – takich prawdziwie niewierzących, którzy zaprzeczają istnieniu Pana Boga – zawsze mam jedno stwierdzenie: Nie dałeś sobie życia sam. Życie jest wielkim darem. Nie masz prawa w żaden sposób go zakończyć, zniszczyć, musisz dbać o swoje ciało do końca, bo w nim ukryta jest twoja dusza.

– Współcześnie panuje kult ciała, ale to jest bardzo płytkie spojrzenie na człowieka. Co z ludźmi, których ciała są brzydkie, okaleczone?

– Sama jestem chora i gdy jeszcze chodziłam, to chodziłam brzydko. Moje ciało było powyginane. Trzeba umieć to przyjąć. Uważam, że nie samo ciało jest ważne, ale człowiek. Mimo że ciało jest w jakikolwiek sposób upośledzone lub okaleczone, to nadal jesteśmy w pełni wartościowymi ludźmi. Niczego nam nie brakuje, bo nadal jesteśmy tymi samymi bożymi stworzeniami. Pan Bóg daje nam takie życie, jakie daje, i nawet jeśli ulega ono zmianie czy degradacji, to nadal, aż do samego końca, jesteśmy Jego własnością.

– Kiedy uświadomiła sobie Pani, co to znaczy „wniebowzięcie”?

– Wierzymy, że chrzest św. całkowicie gładzi nasze grzechy, niezależnie od tego, w jakim momencie go przyjmujemy. Kilkakrotnie zdarzało mi się chrzcić człowieka w obliczu śmierci, zarówno dorosłego, jak i niemowlę. Za każdym razem odczuwałam radość i miałam głęboką świadomość, że ten człowiek za chwilę będzie w niebie. Tak, jego ciało pogrzebiemy, włożymy do piachu, ono ulegnie dalszemu zniszczeniu, ale dusza tego człowieka za chwilę będzie w ramionach Ojca. To są niepowtarzalne przeżycia.

– Nie ma Pani wątpliwości, że niebo istnieje naprawdę?

– Nie mam. Tak mnie wychowano. Ale nie mam wątpliwości także dlatego, że ja nieba doświadczam. Niebo to jest radość i szczęście w ramionach Ojca, ale jakiejś cząstki tej radości doświadczamy także tu, na ziemi.

– W przeżywaniu odchodzenia ludzi także doświadcza Pani przedsionków nieba?

– Niedawno odeszła do nieba moja serdeczna przyjaciółka, osoba, która przez kilkanaście lat bardzo mi pomagała. Pięć dni przed śmiercią przyszedł do niej kapłan z sakramentami pojednania, Eucharystii i chorych. Napisała do mnie – ja byłam wtedy w Indiach, a ona w Polsce: „Właśnie wyszedł ksiądz. Jestem szczęśliwa. Czy to nie przedsmak nieba? Absolutny spokój...”. Pięć dni później już jej tutaj, na ziemi, nie było. Wielokrotnie widziałam radość, ulgę i spełnienie u ludzi, którzy prosili o chrzest i go otrzymali. Sama kiedyś miałam łaskę ochrzcić dziecko leżące w inkubatorze, którego życie było zagrożone. Ochrzciłam je i od tego momentu ono zaczęło zdrowieć.

– To niesamowite...

– Jeszcze jeden przypadek. Kiedyś jeden z moich pacjentów był już na krawędzi życia i sam, bez żadnego mojego pytania, poprosił o chrzest. Musiał parę dni czekać na przybycie księdza. A gdy ten w końcu przybył i udzielił mu sakramentu, pacjent po godzinie zmarł. Jemu to było naprawdę potrzebne. Ogromną łaską jest patrzeć, jak działa Pan Bóg. Jestem przekonana, że docieranie do ludzi chorych w momencie, kiedy cierpią, i danie im nadziei jest nieprawdopodobnie ważnym zadaniem. Im więcej będzie katolickich lekarzy i pielęgniarek, którzy zwrócą uwagę na to, kiedy trzeba podejść do człowieka, i im więcej będzie dobrych kapelanów szpitalnych, tym więcej będzie łaski, żeby cierpienie znosić w łączności z Panem Bogiem i mieć szansę na to, by kiedyś, po zmartwychwstaniu ciał, być jak nasza Mama w niebie.

– To byłaby sytuacja idealna i dająca bardzo wiele pokoju, gdybyśmy umieli stale przeżywać cierpienie nasze i innych ludzi w łączności z Bogiem. Jednak trudno mi uwierzyć, że stałe obcowanie z ogromnym cierpieniem nie zasmuca Pani, nie odbiera sił.

– Naprawdę nie. Proszę mi uwierzyć, jestem bardzo szczęśliwa w mojej posłudze. Nie zdarzyło mi się jeszcze mieć pretensji do Pana Boga, a w momencie, kiedy pojawiają się moje własne cierpienia i jest mi z czymś bardzo trudno, dosyć szybko – bo na szczęście mam pogodne usposobienie – przychodzi mi do głowy myśl: Panie Boże, wiem, że jesteś. I często to mi wystarcza.

– Jako członkini Instytutu Prymasa Wyszyńskiego jest Pani bardzo mocno związana z Jasną Górą...

– Mój tata wędrował na Jasną Górę od 1945 do 1979 r. Chodził co roku od okupacji do swojej śmierci. W dniach 6-15 sierpnia musiał mieć urlop w swoim zakładzie pracy. Mnie też zdarzyło się iść dwa razy. A tak dosłownie to raz jechałam rowerem, a raz szłam o kulach. Bardzo kocham Jasną Górę. Kiedy jest mi czasem bardzo ciężko, to tam, w Indiach, w ośrodku Jeevodaya, w którym pracuję, w kaplicy albo w moim pokoju przenoszę się w myślach do Kaplicy, do takiego kątka tuż przy drzwiach, który bardzo lubię, i patrzę na Cudowny Obraz. On zawsze jest w moim sercu. Jeżeli potrzebuję pomocy, odpoczynku, pociechy, powrotu do sił, to w myślach siadam właśnie tam. Na jedną chwilę, dłuższą lub krótszą – i siły wracają. Jasna Góra jest moim miejscem, w jakimś sensie moim domem. Tu jest przecież moja Mama.

– Jaką Mamą jest dla Pani Maryja?

– Najlepszą. Moja rodzona mama też była cudowna, bardzo wiele rozumiała. Zgadzała się na wszystko. Mówiła: Ty wiesz lepiej. Ty wiesz, co jest ci potrzebne. Kiedy wybrałam się do Instytutu i zdecydowałam na życie konsekrowane, powiedziała: Ty wiesz, co lepsze. Kiedy wybierałam się do Indii, a wtedy już ciężko chorowałam, powiedziała: Wiem, że nie możesz sama sobie odmówić, sama sobie zaprzeczyć. Czułabyś się nieszczęśliwa, gdybyś nie realizowała tego, co ci Pan Bóg pokazał jako twoją drogę. A nad moją mamą duchową, która mnie wychowywała w Instytucie – niejedna zresztą – jest jeszcze Pani Jasnogórska. Przyciągnęły mnie Jej oczy. Kiedy patrzę w Jej oczy, nie mogę nie ulec Jej miłości. Ona zawsze patrzy z wielką cierpliwością.

– Gdy Pani zachorowała, miała 10 lat. Miała Pani żal do Boga?

– Dzieciak nie ma świadomości, że czegoś nie może. Nie miałam w sobie buntu, ale ogromną chęć dalszego życia. Lekarze wtedy nie bardzo znali chorobę Heinego-Medina – był 1958 r. Nie wiedzieli jeszcze, jak sobie z tą chorobą radzić. Miałam bardzo ciężkie porażenie wszystkich mięśni. Lewą ręką mogłam unieść tylko kubek, jeśli nie był pełen wody. Jak tylko czułam, że mogę ruszać jednym palcem, zaraz to wykorzystywałam. Rodzice i rodzeństwo bardzo mnie wspierali, bym wróciła do jak najlepszej sprawności. Chyba tata zaraził mnie chęcią do nauki. Powiedział: Inni będą zdobywać medale na boiskach, a ty musisz zwojować świat głową. Podsuwał mi ciekawą literaturę. Dużo czytałam. Miałam przecież na to czas. Choroba upośledziła moją sprawność fizyczną, ale na szczęście Pan Bóg zachował mi sprawną głowę. Mogłam skończyć studia medyczne i swoimi umiejętnościami i wiedzą zacząć służyć innym ludziom.

– A dzieci w szkole Pani nie dokuczały? Nie odsuwały się od Pani?

– Nie rozumiem tego, co się dzieje dzisiaj. Tyle się słyszy o przypadkach agresji między dziećmi. Mnie moi rówieśnicy nie dokuczali. Nigdy nie było przezywania, wyśmiewania. Gdy się przewracałam, zawsze ktoś mnie podniósł, wziął pod ramię. Nie miałam złych doświadczeń – a może tylko te dobre pamiętam...

– Wciąż ma Pani dużo sił?

– Myślę, że póki jestem Bogu potrzebna, dostaję siły. Od kilku lat jestem emerytką, ale ciągle jeszcze jestem w stanie pomagać. Staram się pokonywać trudności i iść dalej.

– Umie Pani żyć z dnia na dzień, czy jednak ulega pokusie robienia planów? Marzy Pani o czymś?

– Wystarcza mi to, co mam. Umiem żyć w biedzie, a tam, gdzie pracuję, jest bardzo biednie. Żyję na takim poziomie jak moi współmieszkańcy w ośrodku. Umiem też cieszyć się udogodnieniami, które otrzymuję w Polsce. Chciałabym być potrzebna i umieć się wycofać, kiedy Pan Bóg uzna, że już czas. To On planuje. Od początku to Pan Bóg wytyczał mi drogę, a ja nigdy nie chciałabym powiedzieć Bogu: nie.

* * *

Moja Mama jest Królową

To cykl dziewięciu Jasnogórskich Wieczorów Maryjnych, które od 8 listopada 2016 r. do 8 lipca 2017 r. odbywają się na Jasnej Górze w 8. dniu każdego miesiąca.

Tematami tych spotkań są tajemnice różańcowe.

8 czerwca 2017 r. uczestnicy spotkania rozważali tajemnicę Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Gośćmi wieczoru byli: o. Grzegorz Prus – rektor paulińskiego seminarium w Krakowie na Skałce i dr Helena Pyz – misjonarka świecka w Indiach. Publikujemy zapis rozmowy, którą przeprowadziła z dr Heleną Pyz Agnieszka Porzezińska.

Kolejny Jasnogórski Wieczór Maryjny – zaplanowany na 8 lipca 2017 r. – będzie dotyczył tajemnicy Królowania Maryi.

* * *

Jeevodaya to Ośrodek Rehabilitacji dla Trędowatych w Indiach, założony przez ks. Adama Wiśniewskiego SAC, a od 1989 r. prowadzony przez dr Helenę Pyz – lekarkę i misjonarkę, członkinię Instytutu Prymasa Wyszyńskiego www.jeevodaya.org

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Nowe władze Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Polskich

2018-04-21 21:15

Ewa Oset

Katolickie Stowarzyszenie Lekarzy Polskich podsumowało dotychczasową działalność i wybrało nowe władze na kolejną kadencję podczas Walnego Zgromadzenia, które miało miejsce 21 kwietnia br. w Częstochowie, w auli Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

Ewa Oset

Dotychczasowa prezes – dr n. med. Wanda Terlecka, założycielka i pierwsza ordynator oddziału chorób płuc Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Częstochowie, sprawowała tę funkcję przez dwie kadencje, od 2010 r. - Przynależność do Stowarzyszenia łączy się z tym, że wymagamy od siebie więcej, by więcej z siebie dać innym ludziom, a przede wszystkim pacjentom – powiedziała dr Terlecka. Jej działalność na polu zawodowym i społecznym została doceniona m.in. przez Kapitułę Honorowej Nagrody Zaufania. Do jej rąk trafił niedawno „Złoty OTIS” 2018. To nagroda przyznawana co roku osobom zmieniającym oblicze ochrony zdrowia.

Zobacz zdjęcia: Walne Zgromadzenie Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Polskich

Podczas Walnego Zgromadzenia dotychczasowa prezes przedstawiła działania podejmowane przez Katolickie Stowarzyszenie Lekarzy w ciągu ostatnich ośmiu lat. Były to m.in. spotkania modlitewno-formacyjne, podczas których polecano Bogu żyjących i zmarłych lekarzy polskich, a także cały naród polski, zjazdy okolicznościowe, konferencje naukowe. Członkowie Stowarzyszenia prowadzili też działalność charytatywną, brali udział w pielgrzymkach, a przede wszystkim byli odważnym głosem katolickich lekarzy. Upominali się o ochronę życia ludzkiego, zajmując stanowisko w obronie nienarodzonych, stosowania naprotechnologii zamiast in vitro, szkodliwości i zakazu w Polsce tabletki „Ella one”, eutanazji. Solidaryzowali się z lekarzami, np. z prof. dr. Bogdanem Chazanem czy dr Wandą Półtawską, autorką „Deklaracji wiary”, którzy za swoje poglądy i przyznawanie się do Chrystusa byli obiektem nagonki ze strony niektórych mediów.

Zarząd Stowarzyszenia widzi potrzebę większej współpracy różnych środowisk medycznych w Polsce, a także pracowników służby zdrowia z kapłanami – duszpasterzami Służby Zdrowia i kapelanami szpitalnymi. Ma też nadzieję, że lekarze, zwłaszcza młodzi, jako ludzie sumienia będą przyznawać się w życiu zawodowym i społecznym do swojej wiary.

Nowym prezesem KSLP, wybraną na najbliższe cztery lata, została dr Elżbieta Kortyczko z Oddziału Śląskiego. Jak powiedziała, priorytetem jej działań jako prezesa będzie kontynuowanie dotychczasowej linii Stowarzyszenia oraz próba szukania odpowiedzi na problemy, jakie niesie współczesny świat, szczególnie w odniesieniu do bezwarunkowego szacunku wobec życia ludzkiego. Wiceprezesami zostali: prof. dr hab. Alina Midro, genetyk kliniczny z Białegostoku oraz prof. dr hab. Bogdan Chazan, ginekolog położnik z Warszawy. Ustępująca prezes została przez Walne Zgromadzenie obdarzona tytułem honorowy prezes Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Polskich.

Spotkanie katolickich lekarzy poprzedziła Msza św. w redakcji „Niedzieli”, sprawowana przez biskupa pomocniczego archidiecezji częstochowskiej Andrzeja Przybylskiego, krajowego duszpasterza Służby Zdrowia – ks. dr. Arkadiusza Zawistowskiego oraz ks. inf. Mariana Mikołajczyka. Podczas homilii Ksiądz Biskup podkreślił, że zmartwychwstały i żyjący w Kościele Chrystus nadal chce uczyć wszystkich ludzi o Bogu i prowadzić ich do swego Ojca. Potrzebuje do tego ludzi, w tym lekarzy. Lekarzy żyjących wiarą. Do takich należą niewątpliwie członkowie Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Polskich.

Katolickie Stowarzyszenie Lekarzy Polskich powstało w 1994 r. Inicjatywa zrodziła się w czasie obchodów Światowego Dnia Chorego na Jasnej Górze, w obecności kard. Fiorenzo Angeliniego i bp. Adama Dyczkowskiego. Pierwsze Walne Zgromadzenie miało miejsce również na Jasnej Górze, 21 maja 1994 r. Stowarzyszenie, które posiada regionalne oddziały, nosi imię bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Duszpasterzem krajowym Służby Zdrowia jest od 2 lat ks. dr Arkadiusz Zawistowski z Warszawy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Jędraszewski: prawdziwie jesteśmy dziećmi Bożymi

2018-04-22 21:24

Justyna Walicka | Archidiecezja Krakowska

- Jakże szczęśliwy nasz los, jaka radość, że jesteśmy Bożymi dziećmi, nie tylko tak się nazywamy, ale nimi naprawdę jesteśmy - mówił podczas wizytacji parafii Najświętszej Marii Panny Królowej w Murzasichlu abp Marek Jędraszewski.

Joanna Adamik | Archidiecezja Krakowska

Metropolita krakowski w wygłoszonej homilii przypomniał, że dzisiejsza niedziela jest Niedzielą Dobrego Pasterza, według obrazu zaczerpniętego przez Chrystusa z ziemi palestyńskiej, Który mówił: „Ja jestem Dobrym Pasterzem i znam moje owce".

- Kiedy Jezus mówi, że zna owce, to chce tutaj wyrazić coś jeszcze bardziej istotnego. On je kocha. To jest szczególne poznanie owiec poprzez miłość i dodajmy - miłość ofiarną, życie oddając za owce.

Obraz owczarni to także obraz Kościoła, na czele którego stoi Chrystus. Ale my, owce - chrześcijanie, otrzymaliśmy coś jeszcze - wyjątkową godność.

- Wtedy, kiedy uznaje się Boga, można zrozumieć na czym polega godność chrześcijanina - on jest Bożym dzieckiem. On jest przez Boga kochany, on, zmierzając za Chrystusem jako swoim Dobrym Pasterzem, ostatecznie jest przez Boga oczekiwany, bo w Bożym domu jest, jak Chrystus powiedział do Apostołów, mieszkań wiele, a On Chrystus te mieszkania już dla swoich wiernych uczniów przygotował.

Metropolita krakowski wyjaśnił, że jeśli tak spojrzymy na swoją przynależność do Chrystusa i Jego Kościoła uświadomimy sobie ogrom naszego chrześcijańskiego szczęścia.

- Jakże szczęśliwy nasz los, jaka radość, że jesteśmy Bożymi dziećmi, nie tylko, że tak się nazywamy, ale nimi naprawdę jesteśmy.

Z drugiej strony, arcybiskup wskazał na smutek i nieszczęście świata, który odrzuca Boga, na zagubionych ludzi, nieznających swojej godności i odczuwających bezsens swego życia.

- Można nagromadzić wiele rzeczy i być materialnie bardzo bogatym człowiekiem, ale jednocześnie wewnętrznie pustym, pozbawianym nadziei, zrezygnowanym. Zdajemy sobie sprawę, że takich ludzi i takich społeczeństw, zwłaszcza w zachodnim świecie, jest bardzo dużo.

Na zakończenie homilii metropolita podkreślił, że Eucharystia musi być dziękczynieniem Bogu i uwielbieniem Go za Jego słowo i nadaną nam godność dziecka Bożego, które On kocha. Trzeba także prosić o wytrwałość i wierność Bogu, byśmy zawsze umieli okazywać Mu swoją miłość.

- Nie ma nic bardziej tragicznego niż dziecko, które odeszło od swoich rodziców. Nie ma nic bardziej tragicznego dla chrześcijanina, który odwrócił się od Tego, Który go do końca umiłował.

Arcybiskup podziękował księdzu proboszczowi za to, że jest dobrym pasterzem dla swoich parafian, a wiernym za piękno ich świątyni, o którą bardzo dbają i w taki sposób także okazują miłość Panu Bogu. Na zakończenie Mszy św. metropolita krakowski udzielił uroczystego błogosławieństwa.

Podczas wizytacji parafii abp Marek Jędraszewski spotkał się także ze Służbą Liturgiczną Ołtarza i radą parafialną oraz odwiedził chorych.

Po II wojnie światowej w sercach mieszkańców Murzasichla zrodziło się pragnienie, by mieć własny kościół. Budowę świątyni rozpoczęto w 1954 roku na ziemiach ofiarowanych przez górali na ten cel. Kościół jest przykładem nowoczesnej drewnianej architektury sakralnej. Budowany w trudnych czasach komunizmu jako budowla nielegalna stał się symbolem odwagi, poświęcenia i wielkiej wiary budowniczych oraz mieszkańców wsi.

Parafia w Murzasichlu utworzona została w 1982 roku dekretem kard. Franciszka Macharskiego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem