Reklama

S. Urszula Brzonkalik FMM: czujemy, że wyzwolenie Aleppo jest rzeczywistością

2017-01-07 12:07

rozmawiała Dorota Abdelmoula / Aleppo / KAI

ShehabAgency.MainPage/facebook.com

O tej porze szyby zwykle dudniły od wystrzałów. Natomiast od trzech tygodni dziwimy się, że jest tak cicho. Czujemy, że wyzwolenie Aleppo jest rzeczywistością – mówi w rozmowie z KAI franciszkanka misjonarka Maryi, s. Urszula Brzonkalik FMM, która od dwóch lat mieszka w Aleppo.

S. Urszula Brzonkalik FMM: To, co widzę niezbyt się zmieniło. Zmieniło się natomiast to, co słyszę, a raczej: czego już nie słyszę. O tej porze zwykle szyby dudniły od wystrzałów. Natomiast od trzech tygodni dziwimy się, że jest tak cicho. Czujemy, że wyzwolenie Aleppo jest rzeczywistością. Ludzie chodzą ulicami dużo spokojniej, choć zawsze chodziło się z myślą o tym, że zaraz coś spadnie na głowę i to będzie ostatni dzień w życiu. Samochody jeżdżą wolniej, bo już nie uciekają przed pociskami, które spadały dosłownie: wszędzie. Życie wraca do normy i ludzie zaczynają robić bardzo małe, ale konkretne projekty na przyszłość. Jeszcze parę tygodni temu nie można było o tym marzyć.

KAI:- Czym jest „normalność” dla mieszkańców Aleppo?

- Na przykład dziś ludzie cieszyli się, bo wróciła woda w kranach. Wy nawet o tym nie myślicie: odkręca się kran i woda leci, a u nas od miesięcy jej nie było. Świadomość, że już nie trzeba się martwić o wodę, bo jest w kranie, to normalność, do której wracamy. Pewnie jeszcze długo nie będziemy mieć prądu. Nie ma go od 1,5 roku. Jeśli sobie wykupi 1-2 ampery elektryczności z generatora, to może przynajmniej na kilka godzin zapalić żarówkę, obejrzeć telewizję. Jeżeli nie, to ludzie siedzą w ciemności. W ostatnim miesiącu, wraz z generatorami zaczął działać również internet, którego brakowało od prawie dwóch lat. To nasz jedyny kontakt ze światem, bo były momenty, kiedy dodzwonienie się do Aleppo graniczyło z cudem. Ale są też dramaty, które wciąż czekają na rozwiązanie. Jest potwornie zimno, w nocy temperatura spada do zera. Nie mamy gazu, a mazut bardzo trudno zdobyć. Butla gazowa zamiast starczać na miesiąc, wystarcza na tydzień. I tak jest dużo lepiej, bo czasem udaje się kupić parę litrów mazutu, czy butlę gazową, ale ludzie czekają w kilometrowych kolejkach. Czasem stoją na ulicy kilka dni, zanim samochód [z dostawą – przyp. KAI] przyjedzie. A rodzina ma prawo do dwóch butli gazowych na miesiąc.

- To dużo?

- To jest bardzo mało! Taka butla służy m.in. do ogrzania pokoju, w którym mieszka wspólnie cała rodzina. Kiedy jest zimno, gazu starcza na tydzień, a potem już nic... Na tej butli ludzie grzeją wodę na herbatę, gotują zupę, ale gdyby chcieli się zabrać za porządne gotowanie, to nawet na tydzień nie starczy. Pytam znajomą, która ma trzymiesięczne dziecko, o to, jak je kąpie? A ona mówi: zamykam wszystko, co się da, stawiam wanienkę koło piecyka i kąpie to dziecko na tym piecyku w trzy minuty. Jest mnóstwo rzeczy, o których wy nie myślicie, a które tutaj trzeba dobrze przemyśleć, żeby cokolwiek logicznie zrobić, żeby ochronić dzieci i je nakarmić.

- Zatem kto pozostał w Aleppo? Ci, którzy chcieli, czy ci, którzy nie mieli innego wyjścia?

- Zostali ci, którzy albo dokonali bardzo radykalnego wyboru, albo nie mieli już żadnego wyboru i modlili się, żeby wojna się skończyła. Byłam wczoraj w ośrodku braci marystów, którzy przekazywali pieniądze z akcji „Rodzina rodzinie” grupie 250 rodzin, w której wszyscy, bez wyjątku, w Wielki Piątek 4 lata temu musieli uciekać przed rebeliantami. Ci ludzie stracili wszystko i nie mają pieniędzy, by uciekać dalej. Ich marzenie na ten rok, to zrobić, co się da, żeby wrócić do siebie. Chylę czoła także przed lekarzami, adwokatami, ludźmi, którzy pozostali w Aleppo, mówiąc: to miasto będzie nas potrzebować.

- Według Siostry, ten względny spokój, który panuje od kilku tygodni, to wysłuchane modlitwy, czy raczej cisza przed burzą?

- Wszyscy żyjemy wielką nadzieją, że to początek końca tej wojny. Aleppo jest ogromnym miastem, mówiło się, że kto je zdobędzie, ten zdobędzie prawie wszystko. Tu każde z ugrupowań, a jest ich niesamowicie dużo, miało swoją część miasta. Dlatego dziś, gdy mówi się, że Aleppo zostało względnie wyzwolone, to jakby odzyskało się połowę Syrii. Wczoraj w żartach zapytałam pana, który pracuje w administracji miasta, kiedy pojedziemy w góry, bo kiedyś siostry często jeździły tam na odpoczynek. A on powiedział: za 5 miesięcy pojedziecie. Jest pewien optymizm. Ale myślę, że kiedy nastanie pokój, ujawnią się liczne dramaty mieszkańców.

- Wczoraj dowiedziałam się, że ludność, która pozostała w odzyskanych częściach miasta, to tylko kobiety, najczęściej młode, w wieku 15-20 lat i każda z trójką, czwórką dzieci. Żadne dziecko nie ma ojca, pewnie jest nim jeden z rebeliantów, którzy uciekli. W Syrii kobieta, która ma dwójkę, trójkę dzieci i nie ma męża, a jeszcze jest muzułmanką – to wielki dramat. Ale dziś wszyscy żyjemy nadzieją na koniec konfliktu zbrojnego i na to, że rok 2017 przyniesie wielką ulgę nie tylko dla Aleppo, ale dla całej Syrii.

- Czy z perspektywy osoby mieszkającej w Aleppo, można powiedzieć, kto jest kim w tym wojnie?

- Wojna jest złem. Największym dramatem tej wojny było to, że tutaj rebelianci wymieszani byli z ludnością cywilną. Myślimy, że wojna to dwa fronty, dwie armie, a tu, cokolwiek spadało, to przede wszystkim na cywilów, którzy odważnie zostali w swych domach. Ja nie chcę nikogo oceniać. Myślę o tych wszystkich chłopakach, np. z armii syryjskiej. To chłopcy, którzy byli w wieku poborowym i poszli do wojska. A żołnierz w wojsku wykonuje rozkazy. Który z nich miał wybór? W tej wojnie udział wielkich mocarstw jest dużo większy, niż tych biednych Syryjczyków, którzy, po jakiejkolwiek stronie by byli, wszyscy są w jakiś sposób ofiarami wielkiej machiny sprzedaży broni. Jak mówi papież w orędziu na Światowy Dzień Pokoju: ta wojna toczy się w odcinkach i toczą ją wielkie mocarstwa. Złem jest sprzedaż broni i zarabianie na tej sprzedaży. Złem jest podsycanie tego konfliktu, by broń dobrze się sprzedawała.

- Siostro, jakiej pomocy potrzebują dziś mieszkańcy Aleppo? Na co przeznaczane są środki, które trafiają do syryjskich rodzin?

- Tutaj nie można np. kupić 2 tys. butli gazowych, by je rozdać potrzebującym. Jako siostra nie dostanę nic ponad jedną butlę miesięcznie dla naszego zgromadzenia. Natomiast jeśli rodziny dostają pieniądze, mogą same zatroszczyć się o gaz, mazut, lekarstwa, coś ciepłego do zjedzenia. Dlatego program "Rodzina rodzinie" jest adekwatny do naszej sytuacji. Polskie rodziny robią dla rodzin w Aleppo to, czym w Europie zajmują się instytucje pomocy społecznej. Żyjemy wielką nadzieją że kiedy ruszy odbudowa miasta, powstaną miejsca pracy. W tej chwili 85 procent chrześcijan nie ma pracy, bo zakłady pracy są zbombardowane, albo kierownik, który miał pieniądze – wyjechał. Kiedy zacznie się odbudowa, ruszą też architekci i inżynierowie, którzy tu pozostali. Syria nigdy nie miała długów, nigdy nie prosiła o pomoc. Mamy wykrzywiony obraz Syryjczyków z powodu dramatu, który rozegrał się w ostatnich latach. Ale przed wojną Syryjczycy naprawdę nigdy o nic nie prosili.

- Ci, którzy pamiętają Syrię sprzed wojny, mówią też, że był to kraj pokojowego współistnienia wielu religii. Czy te dobre relacje przetrwały?

- Z pewnością bardzo się pogłębiły. Wcześniej, owszem, był dialog, ale w Aleppo były wyodrębnione dzielnice typowo muzułmańskie, albo chrześcijańskie. Wśród 8 mln mieszkańców miasta i okolicy, było tylko 150 tys. chrześcijan. Uciekając przed wojną, ludzie wynajmowali mieszkania tam, gdzie były dostępne. Muzułmanie, którzy zamieszkali w dzielnicach chrześcijańskich, odkryli, kim są chrześcijanie. Czasem zatrzymują nas na ulicy i mówią: wyciągnęliście do nas braterską rękę. Poza tym wszystkie organizacje, m.in. Caritas, czy jezuici, którzy wydają posiłki, pomagają i chrześcijanom i muzułmanom.

- A jak wygląda Wasza posługa?

- Jest nas 5 sióstr: dwie Polki, Libanka, Francuska i Syryjka z Homs. Jedna z sióstr zajmuje się centrum dla dzieci autystycznych, druga: atelier, gdzie kobiety uczą się haftować i robić na drutach, by w ten sposób zarobić. Ja pracuję w naszym akademiku dla studentek i jestem radną prowincjalną. Ponieważ nasz dom znajduje się w tej względnie spokojnej części miasta, cały czas przyjmowałyśmy różne grupy na spotkania, na rekolekcje itd. W naszych ogrodach działa jezuicka kuchnia dla uchodźców. Jest też dużo czasu na modlitwę, refleksję, słuchanie ludzi i na wszystko, o co nas proszą. Nasz dom jest zawsze otwarty.

Tagi:
Syria

Syria: chrześcijanie nie wierzą Zachodowi, bronią Asada

2018-04-18 22:49

vaticannews.va / Aleppo (KAI)

Chrześcijanie w Syrii nie wierzą w dobre intencje państw zachodnich. Dla nich rzekome użycie broni chemicznej przez reżim Asada to tylko pretekst, by zaatakować ten kraj – powiedział w Radiu Watykańskim bp Georges Abou Khazen OFM, wikariusz apostolski Aleppo dla katolików obrządku łacińskiego. Jego głos współbrzmi z jednoznacznym, ekumenicznym oświadczeniem trzech syryjskich patriarchów: dwóch prawosławnych i jednego katolickiego, którzy w tych dniach udzielili zdecydowanego poparcia prezydentowi Baszarowi Asadowi.

Archiwum Pomoc Kościołowi w Potrzebie

"Cała ta broń chemiczna to tylko pretekst, by zaatakować Syrię. Zachód nie wierzy nam, ale taka jest prawda. Wysłano komisję, która ma przeprowadzić dochodzenie, ale zaatakowano, nie czekając na wyniki jej ustaleń" – powiedział biskup franciszkanin. Przypomniał, że Syria już w 2013 r., kiedy po raz pierwszy pojawił się zarzut użycia przez jej władze broni chemicznej, poprosiła o przysłanie ekspertów, by przeprowadzili dochodzenie. "Nigdy tego nie uczyniono ani nie sprawdzono, kto użył broni chemicznej: rząd, a może ktoś inny" - podkreślił hierarcha.

Zaznaczył, że "dziś źródłem odwagi i nadziei są już tylko słowa Ojca Świętego. Jest to jedyny głos, który wzywa do dialogu i zaprowadzenia pokoju".

Biskup zwrócił uwagę, że chrześcijanie mówią o tym od 7 lat, prosząc, aby nie zbroić, nie dawać broni, nie szkolić, nie pomagać w wojnie. "A niestety pomagano, szkolono: grupy dżihadystów, Państwo Islamskie, Al-Kaidę i inne tym podobne grupy. Wszyscy korzystali z zagranicznej pomocy. A oskarża się nas, kiedy o tym przypominamy" - zauważył bp Abou Khazen. Przypomniał, że w Syrii walczyło 100 tys. zagranicznych wojowników. "Kto ich tu sprowadził, przeszkolił, uzbroił, finansował? My chcemy pokoju. Nie dawajcie im broni! Nadszedł czas, aby Zachód otworzył się na prawdę i uznał, że ten naród ma prawo do życia w pokoju tak jak wszystkie inne narody" - zaapelował dramatycznie łaciński wikariusz apostolski Aleppo.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Posłowie PiS popierają aborcję?

2018-04-24 07:23

Artur Stelmasiak

Niektórzy posłowie Prawa i Sprawiedliwości coraz mocniej krytykują obywatelski projekt ustawy zakazujący eugeniki prenatalnej. Personalnie atakując Kaję Godek, atakują prawie milion obywateli oraz Kościół, który stanowczo popiera projekt #ZatrzymajAborcję.

Artur Stelmasiak

Niestety wygląda na to, że Prawo i Sprawiedliwość ustami swojej posłanki dystansuje się od obywatelskiego projektu "Zatrzymaj Aborcję". Choć projekt zakłada jedynie zakaz aborcji eugenicznej, to Joanna Lichocka podczas spotkania w Bochni określiła go mianem "nieludzkiego". Jest to pierwsza tak bardzo proaborcyjna wypowiedź polityka PiS.

Pani poseł przypomnę, reprezentuje partię, która do tej pory odwoływała się wartości chrześcijańskich i przez cały okres długiej opozycji zawsze głosowała za życiem. Można powiedzieć, że projekt ZatrzymajAborcję został napisany na życzenie PiS i pod jego dyktando. Przecież prezes Jarosław Kaczyński wielokrotnie mówił o tym, że jest za zakazem aborcji eugenicznej. Pod tym projektem publicznie podpisał się marszałek Sejmu Ryszard Terlecki. I pani mówi mi teraz, że prezes PiS i marszałek z PiS popierają "nieludzkie" prawo. Przecież to są słowa wyjęte z ust feministek, posłów PO i Nowoczesnej. Pani poseł życie ludzkie jest ważniejsze, od życia zwierząt futerkowych, których pani tak zaciekle broni.

Na naszych oczach dokonuje się przemiana Prawa i Sprawiedliwości. Partia coraz bardziej ochoczo toleruje, a nawet wspiera pomysły lewicowe i jednocześnie krytykuje wartości konserwatywne i katolickie. Atak na Kaję Godek i jej środowisko jest przecież atakiem na mnie i na innych katolików, którzy na serio traktują nauczanie Kościoła, ale także potrafią oceniać osiągnięcia medycyny, biologii i genetyki. Mówienie, że ochrona dzieci podejrzanych o chorobę lub niepełnosprawność jest "nieludzkie" źle świadczą o sumieniu człowieka, który je wypowiada. Natomiast mówienie o tym, że projekt Zatrzymaj Aborcję "jest bardzo radykalny, bo zakłada nadrzędność interesów dziecka nienarodzonego nad życiem i zdrowiem kobiety", albo wynika z niewiedzy, albo jest zwykłym kłamstwem i celową manipulacją. Obywatelski projekt zakłada zakaz aborcji eugenicznej, czyli ochronę życia dzieci, które w żaden sposób nie zagrażają życiu i zdrowiu kobiety.

Chciałbym zaapelować do pozostałych polityków PiS, by nie szli tą lewicową i proaborcyjną drogą, którą zmierza prawie cała europejska polityka. Gdy staniecie się partią bez autentycznych wartości, to przegracie zarówno jako politycy, a przede wszystkim, jako ludzie, przyczyniając się do śmierci ponad tysiąca dzieci rocznie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Stowarzyszenie Przyjaciół Ludzkiego Życia - 1%

Prezydent Duda: Alfie, modlimy się za ciebie i twoje wyzdrowienie!

2018-04-25 11:55

lk / Warszawa (KAI)

Prezydent Andrzej Duda zabrał głos w sprawie cierpiącego na poważne uszkodzenie mózgu 2-letniego Alfie Evansa, którego brytyjscy lekarze chcą odłączyć od aparatury podtrzymującej oddychanie. "Alfie Evans musi zostać ocalony, modlimy się za ciebie i twoje wyzdrowienie!" - napisał po angielsku na Twitterze prezydent Duda.

Catholic News Agency
Alfi Evans

"Alfie Evans musi zostać ocalony. Jego dzielne małe ciało udowodniło raz jeszcze, że cud życia potrafi być silniejszy od śmierci. Być może to, czego trzeba, to odrobina dobrej woli ze strony mocodawców. Alfie, modlimy się za ciebie i twoje wyzdrowienie!" - napisał Andrzej Duda w języku angielskim na swoim prywatnym profilu na Twitterze.

W nocy z poniedziałku na wtorek, na mocy wcześniejszej decyzji sądu, chłopcu przebywającemu w szpitalu dziecięcym w Liverpoolu odłączono maszynę umożliwiającą oddychanie. Przez dziewięć godzin Alfie Evans oddychał samodzielnie. Potem, jak ogłosili rodzice dziecka, zapewniono mu ponownie tlen. Chłopiec dostaje też wodę.

Dwulatek od urodzenia cierpi na niezdiagnozowaną chorobę układu nerwowego. Lekarze określają jego stan jako wegetatywny i od wielu miesięcy niezmiennie pogarszający się.

W walkę o życie chłopca zaangażowały się również włoskie władze, które przyznały Alfiemu włoskie obywatelstwo. Wydawało się, że w ten sposób sprawa zostanie rozwiązana. Rodzice Alfiego zabiegają bowiem o przewiezienie chłopca do należącego do Watykanu szpitala pediatrycznego Dzieciątka Jezus w Rzymie. Wbrew protestom włoskiego konsula w Wielkiej Brytanii sędzia podtrzymał jednak decyzję o odłączeniu Alfiego od aparatury.

Rodzice Alfiego Evansa poinformowali przez swojego adwokata, że złożyli odwołanie od decyzji sądu. Jeszcze w środę po południu ma się odbyć przesłuchanie w sądzie apelacyjnym.

Wczoraj sędzia zapytał o opinię przedstawicieli szpitala dziecięcego Alder Hey w Liverpoolu, gdzie leży Alfie, z prośbą, by rozważyli, czy można przetransportować chłopca do jego domu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem