Reklama

Wielki nieobecny nadal z nami

2016-12-29 20:04

Alicja Dołowska

Krzysztof Świertok

W niedzielę 29 grudnia 2013 roku zmarł wielki polski kompozytor Wojciech Kilar. Trzecia rocznica śmierci artysty zachęca do wspomnień i przypomnienia jego wielobarwnej biografii.

Wojciech Kilar 17 lipca 2012 r. kończy 80 lat, ale jubileusz zaczęto fetować już w maju na Jasnej Górze. Trwa ciąg wielkich muzycznych wydarzeń, m.in. urodzinowa „Noc Kilara”. Tak jak rok 2010 z racji rocznicy urodzin Chopina był Rokiem Chopinowskim, tak ten należy do Kilara. To wcale nie nadużycie. Po prostu - inna epoka

Można pisać o nim „na kolanach”, ja zapytałam o opinię innych ludzi. - Wielki - mówi kompozytor Michał Lorenc. - Piękny człowiek - podkreśla przewodnicząca Krajowego Sekretariatu Ochrony Zdrowia „Solidarności” Maria Ochman. Deszcz nagród, jaki spadł na kompozytora, przyznanie mu doktoratów honoris causa i Orła Białego, przysłania dziś to, że był on w 1989 r. laureatem Nagrody Artystycznej Komitetu Kultury Niezależnej NSZZ „Solidarność”. To nie jest przypadek, że właśnie te dwie wspomniane cechy skupia w opinii o Kilarze dyrektor naczelny i artystyczny Filharmonii Narodowej w Warszawie Antoni Wit. Zna Kilara jak mało kto. Przez 17 lat kierował Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach i dokonał wielu prawykonań jego utworów. Uważa, że nazwisko Kilara zapisało się w historii muzyki na zawsze. Podkreśla, że jest człowiekiem niezwykłej skromności. Dodaje też, że jest bardzo religijny i sprawy wiary traktuje niezmiernie poważnie. - Bardzo uczciwy, prawy człowiek. Piękna cecha - zauważa Wit.
Ludzie, słuchając skomponowanej przez Kilara cudownej wokalizy z filmu „Dziewiąte wrota”, ze wzruszenia... płaczą. Jan Paweł II po wysłuchaniu „Missa pro pace” był tak poruszony, że potem napisał do Kilara list z gratulacjami i podziękowaniem.
Coś jeszcze dodać? Wystarczy.

„Przyszedłem, spróbowałem. I jest słodki”

Czy na tworzenie muzyki związanej ze sferą wiary miał wpływ jakiś przełom w jego życiu? Dotąd mówił o motywie narodowym.
- Pierwszym utworem religijnym była „Bogurodzica”, która wiąże się zarówno z Maryją, jak i z naszą historią. To się zaczęło w 1975 r. Nigdy nie miałem problemów z wiarą, różnie natomiast bywało z surowym praktykowaniem. Lubiłem chodzić do pustego kościoła. Regularne uczęszczanie związane jest z moją obecnością na Jasnej Górze, dokąd trafiłem dzięki mojemu koledze Jerzemu Dudzie-Graczowi. Zadziałał też przykład mojej żony, która do kościoła chodziła systematycznie i nigdy mnie na siłę nie „zapędzała”. Dawała za to przykład. Była osobą bardzo wierzącą. I bardzo dobrze, bo dzięki temu mój prawdziwy powrót do Kościoła był rzeczywiście trwały - podkreśla Kilar.
Co mu dał ten powrót jako człowiekowi?
- Wszystko. Bóg jest wszystkim. Psalm mówi „Przyjdźcie, spróbujcie, jak słodki jest Pan” (por. 34, 9). Przyszedłem, spróbowałem. I jest słodki. Na to odpowiedź dał psalmista. Kompozytor pracuje od dłuższego czasu nad Psalmem 136. Marzy mu się półgodzinny utwór o rozmiarach symfonii. - Ten psalm jest dla mnie fascynujący przez repetycyjność - przyznaje Kilar. Uważa, że repetycyjność jest cechą muzyki drugiej poł. XX wieku. - I jeśli to półwiecze wniosło coś do muzyki, to głównie właśnie repetycyjność - podkreśla. Jego zdaniem, dokonało się to pod wpływem religii i takich form, jak Różaniec, litania, psalmy, opowieści biblijne, np.„Śpiew młodzianków w piecu ognistym”, gdzie też są wielokrotnie powtarzane te same słowa. - Fascynuje mnie połączenie wiary ze sprawami czysto muzycznymi - dodaje kompozytor.
Rzadko mu się zdarzało napisać coś „od ręki”. Któryś z kolegów, zafascynowany żywiołowością „Krzesanego”, powiedział, że pewnie „machnął go od ręki”, bo gdy się słucha tego utworu, można odnieść wrażenie, że sam się skomponował. A on pracował nad „Krzesanym” przez 8 miesięcy! Wszystko najpierw zaczyna się w głowie. Nawet gdy leniuchuje i zamyka oczy, pod powiekami pojawiają się czarne punkciki nut. Potem, brzdąkając na fortepianie, zamienia pomysły na dźwięki. I w końcu komponuje - niezmiennie na papierze nutowym, za pomocą ołówka i korzystając z pozostającej w pogotowiu gumki „myszki”. Elektronika jest dla niego za zimna, nie ma duszy.
- Problemem jest, jak skomponować utwór, żeby prowadził do dobra, miłości i piękna. A to wymaga ogromnego skupienia, często samotności - podkreśla. Komponowanie muzyki filmowej traktował jako zajęcie dodatkowe. Tworzył ją, żeby „nie zdziczeć” od pustelnictwa, bo pisanie do filmu wymusza kontakt z reżyserem i wyjście do ludzi.
W muzyce największą wagę przywiązuje do formy. Wydaje mu się, że w jego utworach właśnie forma jest najważniejsza, mimo że często przesłania ją wiele detali, np. szczegóły instrumentacyjne.

Reklama

„Nigdy od Ciebie, miasto, nie mogłem odjechać”

Właściwie mógłby się pod tymi słowami z wiersza Miłosza o Wilnie podpisać. Ale dotyczyłyby Lwowa, gdzie się w 1932 r. urodził i spędził pierwsze kilkanaście lat życia. A gdy jego rodzinne miasto znalazło się poza granicami Polski, w 1945 r. repatriował się wraz z rodziną najpierw do Rzeszowa, potem do Katowic. We wspomnieniach zachował krajobraz przepięknego polskiego miasta i ból, że nie należy ono już do Polski.
Byłam zaskoczona lwowskim pochodzeniem Kilara, który głównie eksponował swoje przywiązanie do Śląska. Tak jakby chciał wyprzeć chłopięce wspomnienia. I to beztroskie bieganie z procą, i chwile tak bardzo bolesne, że pozostają otwartą raną na całe życie. Jak widok otwartych przez Niemców „do zwiedzania” więzień przy ul. Łąckiego i u „brygidek”, gdzie Rosjanie przez dwa lata okupacji miasta dokonywali egzekucji polskiej ludności. Tych zbryzganych krwią ścian nie sposób zapomnieć…
- Od wyjazdu z Lwowa tam nie byłem, choć koncerty mojej muzyki we Lwowie się odbywają. Boję się zbyt przykrych wzruszeń i konfrontacji wspomnień z rzeczywistością. Pamiętam, jaki Lwów był kiedyś. Nie ma tego Lwowa, nie ma tych ludzi, tej atmosfery duchowej i kulturowej. Miałem nawet kiedyś sen, że chodzę po Lwowie i cały czas płaczę.
Lwów Kilara można pozbierać z okruchów wspomnień. Z obrazków takich jak ten, gdy babcia prowadzi go za rękę do kościoła. Lekcji fortepianu w szkole panien Reiss. Wieczornych rozmów rodziców o teatrze, bo choć ojciec był lekarzem, rzadko nawiązywał do swojej pracy. Ojciec i matka - aktorka dramatyczna Neonilla Kilar - kierowali rozmowy na temat sztuki. Toteż wyniósł z domu przekonanie, że sztuka w życiu jest najważniejsza. Uważa, że piękno stanowi dla człowieka pocieszenie.
Zastanawiam się, czy „Polonez” skomponowany do filmu Andrzeja Wajdy „Pan Tadeusz”, który od wielu lat wygrywa na studniówkach z polonezem Ogińskiego „Pożegnanie Ojczyzny”, nie powinien w przypadku Kilara mieć podobnego tytułu. To sielskie-anielskie wspomnienie polskich Kresów jest pożegnaniem świata, który się skończył i pozostał tylko we wspomnieniach nie tylko Mickiewicza, ale i Kilara. A „Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie Święty i czysty, jak pierwsze kochanie” - jak pisał Mickiewicz gdzieś „na paryskim bruku”.

Wdzięczny Śląskowi

Odbierając w czerwcu tego roku doktorat honoris causa Uniwersytetu Śląskiego, odebrał też honorowe członkostwo Światowego Związku Kresowiaków. Powiedział wówczas, że bardzo ceni to wyróżnienie, i że spotyka go ono w mieście, w którym spędził ponad trzy czwarte swojego życia. - Jestem urodzony we Lwowie i mam jakby podwójne obywatelstwo - lwowskie i katowickie. I szczególnie cenne jest dla mnie to, że zostałem tutaj, na Śląsku, zaakceptowany - podkreślił.
Ale w czasach Peerelu jako kraj urodzenia w jego dowodzie widniał Lwów - ZSRR. Przez jakiś czas mieszkając w Katowicach, mieszkał w Stalinogrodzie. Duch Stalina dopadł go i tu. W sytuacji lwowiaka, który, gdy Polska go po Jałcie opuściła, a on podążył za nią w głąb kraju, zakrawało to na chichot historii. O Śląsku zawsze mówi z ogromnym szacunkiem i wdzięcznością jako o swojej małej ojczyźnie: - Śląsk mnie wchłonął. Tu się rozegrały najważniejsze chwile mego życia - podkreśla. Z potrzeby serca „ilustrował” wszystkie filmy Kutza należące do tzw. tryptyku śląskiego.
A w filmie „Śmierć jak kromka chleba” - o wypadkach w kopalni „Wujek” po wprowadzeniu stanu wojennego - to właśnie muzyka Kilara, ogarniająca tę tragedię spojrzeniem jakby „z drugiej strony istnienia”, spaja elementy elegijnego smutku i śląskich motywów z chorałem, nadając męczeństwu strajkujących - heroizm. Końcówka to w istocie requiem dla poległych, które sprawia, że filmowy materiał przypomina widowisko pasyjne.
Pod wrażeniem śląskiej kultury przez lata pisał utwory oparte na motywach ludowych, np. suitę „Pieśni i tańce górali Beskidu Żywieckiego” i liczne utwory dla Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”.
Napisany w 1974 r. - po awangardowych utworach lat 60. - „Krzesany”, oparty na motywach ludowych Podhala, był rewolucją. W Paryżu okrzyknięto go manifestem wolności. W Polsce jedni widzieli w nim kicz, inni arcydzieło. „Krzesany”,„Orawa” czy „Kościelec 1909” powstały pod wpływem fascynacji górami. Powiedział kiedyś, że są tylko trzy miejsca, w których odczuwa szczęście absolutne - kościół w czasie Mszy św., góry i dom.
„Kościelec 1909” poświęcił Mieczysławowi Karłowiczowi, kompozytorowi impresjoniście, który zginął w 1909 r. pod lawiną pod Małym Kościelcem w pobliżu Czarnego Stawu Gąsienicowego. Kilar przez całe życie pozostawał pod wpływem impresjonizmu. Ze starych mistrzów fascynował go zwłaszcza Mozart, choć Bach i Beethoven w oczywisty, jego zdaniem, sposób wchodzą w kanon największej muzycznej „trójki”. Muzyczne gusta i fascynację muzyką Debussy’ego zaszczepił w nim nauczyciel kompozycji Bolesław Woytowicz. Ale wciąż otwierał się na innych. Olśniony „Bolerem” Ravela, „Tańcem ognia” de Falli, muzyką Szymanowskiego niedawno odkrył w sobie zachwyt dla Schuberta, Schumana, Mahlera i Szostakowicza. Jednak tak naprawdę - jego zdaniem - muzyka skończyła się w IX-X wieku, gdy przestano pisać chorał. Uważa bowiem, że „namacalne dotknięcie Absolutu miało miejsce w chórze gregoriańskim”.

Jasna Góra - miejsce szczególne

Okres muzyki religijnej rozpoczęła, jak wspomniał, „Bogurodzica”. Potem przyszły inne utwory. „Angelus” powstał pod „wewnętrznym przymusem” w czasie stanu wojennego, który bardzo przeżył. Nie byłoby tego utworu, gdyby nie Różaniec i nie Jasna Góra. Właśnie tu odczuł szczególną moc różańcowej modlitwy. Ma wrażenie, że dzieją się w tym miejscu rzeczy niezwykłe. Wyczuwa to w atmosferze wywołanej bliską obecnością Pani Jasnogórskiej i w warstwie dźwiękowej odmawianego we wspólnocie jasnogórskiego Różańca.
- Tu cała Polska przynosi swoje najważniejsze, najboleśniejsze prośby. To jest dla mnie prawdziwy Różaniec Narodu - mówi Kilar.
Podkreśla, że każdy jego pobyt na Jasnej Górze stanowi inspirację do kompozycji, które by się nie narodziły, gdyby nie znalazł się w sanktuarium. Pisząc „Angelusa” pragnął pokazać ludziom, jak potężną i nowoczesną bronią współczesnego człowieka może być Różaniec, uważany przez wielu za „klepanie Zdrowasiek”.
Tworzenie utworów o charakterze religijnym jest - według niego - zadaniem niezwykle odpowiedzialnym, bo Boga poprzez sztukę należy chwalić dobrze. A to ogromne zobowiązanie.
Na 100. rocznicę powstania Filharmonii Narodowej, przypadającą w 2001 r., zachęcony przez jej ówczesnego dyrektora Kazimierza Korda, podjął się napisania mszy. Wcześniej w marzeniach nawet nie dopuszczał myśli, że mógłby ją kiedykolwiek skomponować. Myślał raczej o operze, gdyby znalazło się dobre libretto. Koniecznie o miłości! Pracował nad mszą 2 lata, pisał ją przez 9 miesięcy. Powstała „Missa pro pace”, taka, jaką sobie wymarzył. Nie koronacyjna, efekciarska, pełna fanfar i glorii, ale ascetyczna, kontemplacyjna, refleksyjna. Skoncentrowana na pozbawionym muzyki „Credo”. Określono ją mianem „modlitewna”, co Kilar uznał za najwyższą pochwałę.
Z inspiracji religijnej powstało w 2006 r. wielkie dzieło „Magnificat”, wykonane po raz pierwszy w Częstochowie. Dedykował je swojej żonie Barbarze, która odeszła w 2007 r. Po śmierci żony pogrążony w żałobie Wojciech Kilar napisał „Te Deum” i zadedykował jej pamięci.
- Czy patrząc z perspektywy lat, coś Pana w życiu ważnego ominęło? - pytam Mistrza. - Nie. Wszystko jest darem. Czasem to trudno zrozumieć. Uważam też, że wielkim darem jest cierpienie. Człowiek musi poznać i miłość, i cierpienie. Miłość to największy dar, a gdy się kocha, to się również cierpi. Te przeżycia czynią z nas ludzi. Wszystko, co kiedyś było dla mnie dramatyczne, przykre, bolesne, okazało się zgodne z prawem Bożym i mnie ukształtowało. Dzięki temu stałem się człowiekiem.

Tagi:
wspomnienia

Cichy bohater z Kuźniczyska

2018-01-03 12:37

Ks. Bogdan Giemza SDS
Edycja wrocławska 1/2018, str. IV

W dziewiątym rozdziale Dziejów Apostolskich mamy opis wydarzenia, które na tle innych zdarzeń, bardzo istotnych dla rozwoju Kościoła, może wydawać się mało znaczące. W mieście Jafa żyła kobieta imieniem Tabita. Św. Łukasz charakteryzując ją napisał, że „czyniła wiele dobrego” i „dawała hojne jałmużny”. Musiała być sławna, skoro zapamiętali ją nie tylko chrześcijanie wywodzący się z Żydów, ale także ci, którzy wywodzili się z pogan

Archiwum ks. Bogdana Giemzy
Krzysztof Lewczak na tle pracowni w Kuźniczysku

Zapamiętali ją pod greckim imieniem Dorkas, czyli Gazela. Śmierć Tabity musiała być wstrząsem także dla bliskich i przyjaciół, a pamięć o jej pięknym życiu skłoniła ich, by wezwali Apostoła Piotra, który przebywał wówczas w Liddzie leżącej blisko Jafy. Nie wiemy czy po to, by przewodził uroczystemu pogrzebowi, czy też liczyli po cichu na cud. Kiedy Piotr przybył, „otoczyły go wszystkie wdowy i pokazywały mu ze łzami w oczach chitony i płaszcze, które Dorkas zrobiła im za swego życia” (Dz 9, 39). Zauważmy, że dzieła miłosierdzia Tabity są argumentem wobec Piotra. W ten sposób wypowiedziały swój żal po stracie kogoś, kto był dla nich dobry, czuły i kochający. Być może, nie mogąc się pogodzić ze śmiercią Tabity, kobiety miały pretensje do Boga i stawiały sobie pytania o Bożą sprawiedliwość. Piotr wskrzesza Tabitę. To spowodowało, że nowe osoby uwierzyły w to, że Zmartwychwstały Jezus jest dawcą życia. Nie tylko Biblia, ale i nasza rzeczywistość jest pełna osób, których śmierć nie tylko prowokuje do płaczu, ale jednoczy wokół dobra, które pozostawiły po sobie.

CV Krzysztofa

Przywołuję biblijne wydarzenie, bo podobne odczucia miałem uczestnicząc 19 grudnia 2017 r. w Kuźniczysku (parafia Czeszów w archidiecezji wrocławskiej) w pogrzebie Mariana Krzysztofa Lewczaka. Chociaż na tabliczce na krzyżu nagrobnym umieszczono „Marian Lewczak”, to znany był bardziej jako Krzysztof, czy zdrobniale Krzysiek.

Z powinności kronikarskiej podaję, że Krzysztof urodził się 14 sierpnia 1960 r. w Brzegu, wychował zaś w Lewinie Brzeskim. W 1978 r. ukończył Szkołę Rzemiosł Artystycznych w Jeleniej Górze, a w następnym zamieszkał w Trzebnicy. Kilka lat temu sam zaprojektował i wykonał pracownię na obrzeżach wsi Kuźniczysko, kilkanaście kilometrów od Trzebnicy, gdzie zamieszkał i pracował do śmierci. Malownicze obejście pracowni obejmowało fragment lasu, łąki z małym stawem i naturalną granicę zamkniętą rowem melioracyjnym z wodą. Ostatnie kilkanaście miesięcy jego życia naznaczone było bolesnym doświadczeniem zmagania się z chorobą nowotworową. Zmarł 16 grudnia 2017 r. w Ośrodku Medycyny Paliatywnej i Hospicyjnej Będkowo k. Trzebnicy. Mimo choroby, niemalże do końca pracował. Na miesiąc przed śmiercią, gdy był bardzo osłabiony, pożyczył od znajomych wkrętarkę. Nie mogąc już pracować nad monumentalnymi rzeźbami, chciał wykonywać małe krzyże Chrystusa i w ten sposób służyć talentem oraz zarabiać na swoje utrzymanie. Jak powiedział ks. Jacek Tomaszewski, proboszcz z Czeszowa, w dniu 12 grudnia 2017 r. w czasie odwiedzin chorych podczas parafii parafialnych rekolekcji adwentowych, wyspowiadał się i przyjął Komunię św. Był już „swój”

Chociaż Krzysztof Lewczak w Kuźniczysku mieszkał zaledwie kilka lat, to uroczystości pogrzebowe odbyły się w miejscowym kościele filialnym i został pochowany na miejscowym cmentarzu. Przez mieszkańców wioski, mimo iż był postrzegany jako ktoś nowy, artysta, rzeźbiarz, po części może „dziwak” z racji swojego sposobu ubierania się i bycia, to jednak został polubiony jako „swój”.

Jak podkreślał ks. proboszcz i sami mieszkańcy Kuźniczyska, takiego pogrzebu jeszcze tutaj nie widziano – zarówno co do ilości uczestników żałobnej uroczystości, jak również całościowej oprawy liturgii. Eucharystię celebrowało pięciu kapłanów pod przewodnictwem ks. Jacka Tomaszewskiego z Czeszowa. Kościół, mimo chóru okalającego prawie całe wnętrze, nie pomieścił rodziny, przyjaciół i mieszkańców wioski. Wśród uczestników pogrzebu można było zauważyć przedstawicieli władz samorządowych, osoby z różnych sfer i grup zawodowych, grupę harleyowców, orkiestrę dętą z Trzebnicy, zespół muzyczno-wokalny. Dodatkowy klimat tworzyła natura: popołudniowa, grudniowa pora, padający śnieg – procesja w mroku na cmentarz oraz dźwięki marsza żałobnego w wykonaniu orkiestry i wycie silników harleyów.

Wspomnienia mają kolor…

W homilii i przemówieniach podkreślano prostotę i dobroć oraz bezpośredniość w nawiązywaniu kontaktów przez Krzysztofa. Mówiono, że Zmarły przebywa teraz w pracowni niebieskiej u Boga, a ks. Kazimierz Sroka z parafii pw. św. Franciszka z Asyżu we Wrocławiu zapraszał na wernisaż licznych rzeźb, które Krzysztof wykonał do tego kościoła. W innym tonie utrzymane było pożegnanie córki, która mówiła o trudnej relacji ze zmarłym ojcem. Stwierdziła, że w palecie barw są barwy jasne i ciepłe oraz ciemne i zimne. Wyznała, że zazdrości tym, którzy doświadczyli ciepłych i jasnych barw od Zmarłego, bo ona jako córka, ma w pamięci raczej barwy ciemne i zimne.

Szukał Boga, który Go chciał

Chciał możliwie jak najmocniej doświadczyć bliskości Boga. W ostatnim okresie prawie codziennie przyjeżdżał na wieczorną Mszę św. w trzebnickiej bazylice i miał swoje miejsce przy pierwszym filarze przed kaplicą, gdzie jest całodzienna adoracja Najświętszego Sakramentu. Charakterystyczne było również to, że po Mszy św. nie wsiadał od razu do swojego auta lub na harleya, by wrócić do Kuźniczyska, lecz stał przed bazyliką i rozmawiał z różnymi ludźmi. Jakby przeczuwał, że czas jego ziemskiego życia dobiega kresu.

Ważna była jego droga wiary i osobista więź z Bogiem. W pamięci noszę rozmowę w jego pracowni, gdy podarowałem mu Biblię Jerozolimską…

Rzeźby, które zrobił za swego życia

Przywołałem na początku biblijne wydarzenie, w którym mowa, że kobiety pokazywały Apostołowi Piotrowi ze łzami w oczach chitony i płaszcze, które Dorkas zrobiła im za swego życia. Podobnie można powiedzieć o dorobku Krzysztofa Lewczaka. Na pewno zasługuje on na osobne opracowanie i obszerną dokumentację. Był rzeźbiarzem o uznanym dorobku artystycznym w Polsce i za granicą. Jego prace znajdują się w wielu miejscach w Polsce, Stanach Zjednoczonych i w Niemczech. Dominują wśród nich rzeźby o charakterze sakralnym wykonywane w drewnie i w kamieniu. Chyba najwięcej można ich znaleźć we wspomnianym kościele św. Franciszka z Asyżu we Wrocławiu. Także wrocławska katedra może poszczycić się jego dwoma pokaźnymi rzeźbami: św. Edyty Stein i św. Zygmunta Gorazdowskiego, które zostały umieszczone na frontonie południowej wieży. Wiele prac Krzysztofa znajduje się też w kościele parafialnym Matki Bożej Pocieszenia (Our Lady of Consolation Parish) na Brooklynie w Nowym Jorku, gdzie posługują salwatorianie z Polski.

Nie można nie wspomnieć o wątku patriotycznym w twórczości Zmarłego. Do niego zalicza się m.in. popiersie gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila” na osiedlu AK w Opolu, czy płaskorzeźba poświęcona katastrofie smoleńskiej znajdująca się przed wspomnianym kościołem Matki Bożej Pocieszenia w Nowym Jorku.

Hołd dla Zmarłego

Kościół poprzez liturgię pogrzebową towarzyszy chrześcijaninowi, tak, jak to czynił sakramentalnie podczas całej jego ziemskiej pielgrzymki, na końcu jego drogi, aby oddać go „w ręce dobrego Ojca”. Zachowujemy w pamięci osobiste wspomnienia i pamiątki po zmarłych. Ważne jest również to, aby ich dobre dzieła były przez nas kontynuowane. Również w przypadku Krzysztofa Lewczaka największym hołdem będzie kontynuowanie jego dzieła prostoty i dobroci oraz wiary. Innym, ważnym wyrazem pamięci będzie opracowanie dokumentacji jego prac znajdujących się w miejscach publicznych i w prywatnych zbiorach. Ważne, abyśmy pamiętali o dziełach tych, których Bóg obdarzył szczególnym talentem. Tych, z Państwa, którzy Krzysztofa znali, albo są w posiadaniu dzieł jego autorstwa ośmielam się prosić o przesłanie na mój adres osobistych wspomnień i fotografii związanych z życiem i twórczością Krzysztofa. Być może wspólnymi siłami uda nam się odtworzyć drogi, które pokonywały rzeźby – wytwory jego rąk i serca, a opowiedziane historie dopełnią bogatą kronikę życia.

Kontakt z autorem:

Ks. Bogdan Giemza SDS

ul. Jana Pawła II 3

55-100 Trzebnica

e-mail: bogdan@sds.pl

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Pielgrzymka czytelników "Niedzieli Rzeszowskiej" do Rzymu

2018-04-18 11:22

Ks. Jakub Nagi

W dniu 18 kwietnia 2018 r spod Kościoła Chrystusa Króla w Rzeszowie, wyruszła grupa pielgrzymów czytelników "Niedzieli Rzeszowskiej" do Rzymu. Korespondent "Niedzieli" ks. Jakub Nagi, będzie relacjonował nam przebieg tych wyjątkowych dni, rozmawiał z ciekawymi gośćmi i uczestnikami wyjazdu.





O intencjach i dziękczynieniu podczas pielgrzymowania "Niedzieli Rzeszowskiej" do Rzymu w rozmowie z ks. Jakubem Nagim mówi bp Jana Wątroba, który błogosławi pielgrzymom podróżującym do wiecznego miasta.



Serdecznie zapraszamy do oglądania naszych relacji.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Rzecznik Episkopatu: z Polski popłynie bardzo ważne przesłanie biskupów Europy

2018-04-21 15:24

abd / Warszawa (KAI)

Z naszej ojczyzny popłynie bardzo ważne przesłanie biskupów Europy przed rozpoczęciem Synodu Biskupów nt. młodzieży w październiku - mówi w rozmowie z KAI rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. dr Paweł Rytel-Andrianik, zapowiadając najbliższe Zebranie Plenarne Rady Konferencji Episkopatów Europy (CCEE). Po raz pierwszy odbędzie się ono w Polsce, w dn. 13-16 września br.

BP KEP
Ks. Paweł Rytel-Andrianik

Wyjaśnia też, że kardynałowie i biskupi z państw Starego Kontynentu oraz przedstawiciele Stolicy Apostolskiej spotkają się w Polsce na zaproszenie abp. Stanisława Gądeckiego, przewodniczącego KEP i Wiceprzewodniczącego CCEE, by włączyć się w obchody jubileuszy: 1050-lecia powstania pierwszej diecezji na ziemiach polskich w Poznaniu i 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości.

- Miejsce spotkania jest ważne, bo ono pokazuje wielką rolę Kościół katolickiego w Polsce w tworzeniu Europy jako kontynentu ludzi wiary i solidarności. Obecność zaś przewodniczących Konferencji Episkopatów Europy i kardynałów ze Stolicy Apostolskiej to wielkie wsparcie dla Kościoła w naszej ojczyźnie i dla Polaków. Ponadto, właśnie z naszego kraju popłynie bardzo ważne przesłanie biskupów Europy przed rozpoczęciem Synodu Biskupów nt. młodzieży w październiku – mówi rzecznik KEP.
Głównymi tematami obrad biskupów będą chrześcijańskie postawy, których potrzeba we współczesnym świecie: wolontariat – jako służba podejmowana w imię Ewangelii oraz duch solidarności narodów.

- Przykładem wolontariatu dla całej Europy są Włosi. My patrzymy przez pryzmat wolontariuszy Światowych Dni Młodzieży, ale wolontariat dotyczy nie tylko młodych. To zaangażowanie ludzi w każdym wieku. Ponadto, nie jest to jedynie „robienie czegoś dobrego”, ale podejmowanie współodpowiedzialności za Kościół i społeczeństwo. To spotkanie będzie więc okazją, by przewodniczący episkopatów wymienili się doświadczeniami w tej dziedzinie – wyjaśnia ks. Rytel-Andrianik. Przypomina też, że solidarność, to niezwykle aktualny dar Polski i polskiego Kościoła dla kontynentu europejskiego i świata.

- Dla uczestników Zgromadzeń Plenarnych CCEE i towarzyszących im dziennikarzy, doroczne zebrania są też okazją do bezpośredniego spotkania z lokalnym Kościołem i zapoznania się z jego specyfiką.

- W Poznaniu biskupi spotkają Kościół młody, Kościół św. Jana Pawła II, a także Kościół maryjny. Ponadto, biorąc pod uwagę obecność Polaków w różnych krajach Europy, spotkanie będzie też okazją do wysłuchania się w to, jak postrzegani jesteśmy w innych krajach i w jaki sposób możemy wnosić nasze polskie doświadczenie do Kościoła w Europie – zapowiada rzecznik KEP.

- Tegoroczne Zebranie Plenarne CCEE wpisuje się w szereg ważnych tegorocznych wydarzeń w całym Kościele powszechnym. - Najbliższy wrzesień to miesiąc, w którym uwaga Starego Kontynentu będzie skupiona na Polsce oraz na Europie Wschodniej. Po Zebraniu Plenarnym Rady Konferencji Episkopatów Europy (13-16 września) ma miejsce XI Zjazd Gnieźnieński (21-23 września) oraz papieska wizyty na Litwie, Łotwie i w Estonii (22-25 września). Wszystkie te spotkania mają międzynarodowe znaczenie. To zaś, co łączy te trzy wydarzenia, to doświadczenie powszechności Kościoła, a także przesłanie dotyczące solidarności narodów i europejskości, jako wspólnoty ducha – podsumowuje ks. Rytel-Andrianik.
Zgromadzenie Plenarne CCEE odbędzie się w dn. 13-16 września w Poznaniu. Wezmą w nim udział przewodniczący konferencji episkopatów Europy i hierarchowie związani z międzynarodowymi instytucjami – w sumie ok. 70 delegatów. W tym tygodniu w Poznaniu odbyło się spotkanie robocze, związane z przygotowaniem szczegółowego programu wrześniowych obrad i uroczystości.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem