Reklama

Syberia: Kościół w sercu tajgi

2016-11-30 11:09

abd / Irkuck / KAI

photo_mts/pl.fotolia.com

Aby przejechać z jednego krańca diecezji na drugi, potrzeba często kilku dni. Aby dostać się do sąsiedniej parafii – dobrego auta, które pokona niekiedy kilkaset kilometrów błotnistej lub oblodzonej drogi. Aby doczekać się "swojego" proboszcza – wielu lat modlitw o to, by na Syberię przybył jeszcze jeden kapłan, który zechce towarzyszyć lokalnej wspólnocie wiernych. Katolicka diecezja św. Józefa w Irkucku, o powierzchni ponad 10 tys.km. kw., to największa diecezja świata. Jak w soczewce, skupia ona wyzwania współczesnego Kościoła w Rosji, podejmowane przez niespełna 40-stu kapłanów i kilkadziesiąt sióstr zakonnych pracujących na tym terenie.

CICHE CZYNIENIE DOBRA

"Nam nie wolno pracować, nie wolno mówić głośno o Panu Bogu w szkołach, ani nawet w naszej świetlicy. Misja na Syberii polega na cichym czynieniu dobra. Wtedy dzieci i młodzież podchodzą i pytają: dlaczego to robisz? A my w odpowiedzi pokazujemy im Pana Boga" - mówi s. Samuela, albertynka, współprowadząca świetlicę dla dzieci w oddalonym o 90 km od Irkucka Usolu Syberyjskim. Wystarczy kilka rozmów z pracującymi w diecezji irkuckiej siostrami zakonnymi, by zrozumieć, że opieka nad dziećmi z ubogich i patologicznych środowisk, to ich główne zajęcie i często jedyna droga do nawiązania kontaktu z rozpadającymi się rodzinami. Odwrotnie, niż na Zachodzie, tutaj często to dzieci jako pierwsze przychodzą do sióstr, prosząc najpierw o chleb, następnie o opiekę nad bliskimi, aż wreszcie: o Pana Boga. To doświadczenie m.in. sióstr albertynek, których misja w Rosji trwa już 15 lat.

"Dramat dzieci w Rosji polega na tym, że nie znają swoich ojców, nie wiedzą, czym jest pełna rodzina" - opowiada s. Samuela, która w świetlicy ma pod opieką ok. 25 dzieci w wieku od 8 miesięcy do 6 lat. Jak mówi, w Usolu nie brak rodzin, w których jest nawet 8 dzieci, choć często każde z nich ma innego ojca, a matki, zniewolonej nałogiem alkoholowym, nie ma w domu. "Te dzieci mają ogromny smutek w oczach. I niesamowitą rzeczą jest móc wywołać u nich uśmiech, a do tego często potrzeba bardzo niewiele: przytulić, pochwalić". I zadbać o podstawowe potrzeby, jak choćby posiłek, bo kanapki przygotowane przez siostry, to dla wielu dzieci jedyne pożywienie w ciągu dnia. Jak podkreślają misjonarki, aby skutecznie pomóc dzieciom, należy najpierw poznać realia ich codziennego życia, często bardzo surowe.

Reklama

"Kiedy przyjechałam, chciałam te dzieci nauczyć mycia zębów. Pamiętam, jak Ania, wspaniała mała dziewczynka przyszła do mnie i powiedziała, że ona nie może codziennie myć zębów. Nie rozumiałam dlaczego, dopóki nie odwiedziłam ich bloku, w którym na jednym piętrze jest ok. 20 mieszkań, brakuje ciepłej wody, jest jedna łazienka i jedna toaleta." - mówi s. Samuela. Pytana o liczbę osób, żyjących w takich warunkach s. Samuela potrząsa głową. Nie sposób policzyć, ale potrzebujących jest bardzo, bardzo wielu.

Podczas uroczystości poświęcenia kościoła w Usolu Syberyjskim, do s. Samueli garnie się gromadka zadbanych, roześmianych dzieci, niepodobnych do podopiecznych o których opowiada.

"To są dzieci naszych wychowanków, którym pomagały siostry, które były tu przede mną" – wyjaśnia albertynka, zapewniając, że dzięki pomocy sióstr wychowankowie całkowicie zmienili swoje życie, wyrwali się z patologicznego środowiska, założyli szczęśliwe rodziny i dziś sami pomagają potrzebującym.

Działalność podobną do świetlicy sióstr albertynek, prowadzi większość zakonów obecnych w tej części Rosji. Z okazji konsekracji usolskiego kościoła, do Irkucka przyjeżdżają m.in. dominikanki, pracujące w Błagowieszczeńsku, przy granicy z Chinami i w Ułan-Ude na Bajkałem a także siostry służebniczki, opiekujące się dziećmi m.in. w Czicie i w Angarsku. Zgodnie mówią, że dramatyczny los współczesnych rodzin na Syberii, to nie tylko efekt ubóstwa materialnego, ale też wieloletnich prób oderwania społeczeństwa od wiary w Boga.

"Tutaj przez wiele lat cerkwie były zamknięte, mówiło się, że Boga nie ma. Aby dziś to odwrócić – potrzeba całego pokolenia" – mówi s. Jola, dominikanka, dla której przyjazd z Błagowieszczeńska do Irkucka, to kilkudniowa wyprawa koleją transsyberyjską.

"W ten sposób zniszczono podstawową komórkę społeczną: rozbito rodzinę, zabrano ludziom nadzieję i podstawowe odniesienie do Boga" – dodaje s. Samuela.

O działalności sióstr wiele osób mówi, że to właśnie przywracanie nadziei. Misjonarki prowadzą je, pokonując także wiele codziennych trudności, takich, jak tymczasowe prawo pobytu w Rosji, wymagające ponownego składania dokumentów i regularnych wyjazdów do Polski, a także zakaz podejmowania pracy zarobkowej. "Tak naprawdę, to pracujemy tu bez wynagrodzenia. Dzięki ofiarom, które wpływają, udaje nam się nakarmić potrzebujących tutaj, przy przedszkolu, które prowadzimy. A jak trzeba pieniędzy na leczenie, to zgromadzenie z Polski nam pomaga" – mówią siostry służebniczki z Angarska.

Pytane o to, jakiego wsparcia potrzebują w codziennej działalności, siostry mówią zgodnie, że oprócz modlitwy i wsparcia materialnego, potrzeba po prostu rąk do pracy, a wolontariusze, którzy chcieliby im pomóc, zawsze są mile widziani.

RĘCE PANA BOGA

Dla tych mieszkańców Rosji, którzy poznali Pana Boga i Kościół, wyzwaniem, a nawet marzeniem jest poznanie Kościoła powszechnego. Ostatnio udało się to m.in. 130-osobChoć wyjazd przekraczał ich możliwości finansowe, pomocne okazało się dofinansowanie z projektu "Bilet dla Brata" stworzonego przez polską młodzież. Jak się okazało, wyjazd był duchową inwestycją nie tylko w młodzież, ale też w całą wspólnotę lokalnego Kościoła, do której młodzi pielgrzymi powrócili pełni nowego zapału. Spontaniczne opowieści o tym wyjeździe, w których wzruszenie przeplata się z entuzjazmem, świadczą o wciąż żywych wspomnieniach spotkania w Polsce.

- ŚDM było dla mnie jednym z najważniejszych wydarzeń w życiu. Nie znam zbyt wielu ludzi, którzy są katolikami, ale staram się, żeby jak najwięcej osób mogło dowiedzieć się w co wierzymy i co jest prawdą. Przyprowadziłem do Kościoła kilkoro przyjaciół – opowiada płynną polszczyzną siedemnastoletni Andrzej, ministrant w irkuckiej katedrze, spotkany po niedzielnej Mszy św. Jest Rosjaninem, ale uczy się polskiego od jednego z tutejszych księży, bo – jak mówi – język polski, to dla niego język Kościoła. Tym bardziej, że po ŚDM spędzonych w Ełku i w Krakowie utrzymuje kontakt z wieloma osobami z Polski. - W Ełku mieszkaliśmy u starszej pani, która nas bardzo dobrze przyjęła, dbała o nas i rozmawiała z nami tak po prostu: o wierze, kulturze, o życiu... o wszystkim. Te zwykłe rozmowy były dla mnie bardzo ważne!

"Niektórzy z nich widzą księdza raz na miesiąc, kościoła nie mają wcale, bo liturgia jest sprawowana w domach. W niektórych kościołach w Polsce, oni naprawdę klękali i płakali – dziewczyny i chłopaki. Dla nich to było niesamowite, że są kościoły mające setki lat. Tutaj takich nie mają" - wspomina ks. Włodzimierz Siek SVD, wikariusz generalny diecezji irkuckiej i proboszcz katedry, który towarzyszył młodzieży podczas ełckich Dni w Diecezjach i spotkania w Krakowie.

Ks. Siek wspomina też niezwykłą atmosferę towarzyszącą spotkaniom młodzieży z poszczególnych krajów byłego bloku sowieckiego, zwłaszcza spotkaniu młodzieży rosyjskiej i ukraińskiej. "Nasze obawy okazały się niepotrzebne. To jest droga pojednania: te dzieciaki klękały obok siebie, oni modlili się razem, ściskali, obejmowali, a potem robili wspólnie zdjęcia, z flagami: rosyjską obok ukraińskiej".

Uliana, dziewiętnastoletnia studentka architektury z Irkucka, udział w ŚDM nazywa "małym cudem", bo jej niewierzący rodzice w ostatniej chwili niespodziewanie zezwolili na ten pierwszy zagraniczny wyjazd w jej życiu. "Byłam pewna, że się nie zgodzą i bardzo bałam się rozmowy z mamą, ale kiedy ona pozwoliła mi jechać, wiedziałam, że to działanie Ducha Świętego. Tym bardziej, że tuż przed wyjazdem mama powiedziała, że w ogóle nie pamięta, że zgodziła się na mój udział w ŚDM".

Z samego spotkania w Krakowie, Uliana wspomina wstrząsające dla niej świadectwo młodej Syryjki, która podczas czuwania na Campus Misericordiae opowiadała o swoich rówieśnikach, umierających za wiarę. "Za każdym razem, kiedy pojawia się wątpliwość, czy pójść dziś do kościoła, czy nie, przypominam sobie, jak wielu ludzi nie ma tego, co my mamy, a czego nie doceniamy" – mówi. Najmocniej przeżyła sobotnią adorację. "Wtedy w czasie modlitwy przyszło mi do głowy, że Pan Bóg nie ma rąk, by czynić miłosierdzie na ziemi, że to my, powinniśmy być jego oczami i zauważać tych, którzy potrzebują miłosierdzia. Gdyby wszyscy chrześcijanie to zrozumieli, żylibyśmy chyba w Raju" – dodaje ze śmiechem.

BÓG, KTÓRY NIE ZAWSZE MA IMIĘ

Dla irkuckiej młodzieży wzorem osoby, która w praktyce realizuje powołanie do tego, by na Syberii być "rękami Pana Boga" jest Barbara Zięba, pochodząca z Puław świecka misjonarka, którą także można spotkać w tutejszej katedrze. Od 16 lat Barbara pomaga osobom uzależnionym na terenie diecezji irkuckiej. Pomoc alkoholikom i narkomanom oraz ich rodzinom, organizacja szkoleń i kursów dla lekarzy i konsultantów, pomoc w organizacji ośrodków i systemu pomocy osobom uzależnionym – to działalność, której owoce już teraz są widoczne. Jednym z nich jest telefon zaufania działający przy irkuckiej katedrze od ponad 14 lat. Pytana o skalę problemu alkoholowego i narkotykowego, Barbara mówi, że to zjawisko powszechne, choć uzależnionych nikt na Syberii nie liczy.

"Słyszałam kiedyś, że co 10 osoba w obwodzie irkuckim jest zarażona wirusem HIV. To poniekąd pokazuje skalę zjawiska narkomanii" - mówi i dodaje, że uzależnieni i współuzależnieni, to osoby, którym terapia pomaga wyzwolić ukryte w nich wielkie pokłady dobra.

"Szczególnie ci, którzy weszli na drogę zmiany, czyli np. są w AA i pracują nad sobą, okazują się wspaniałymi ludźmi. Oni ogromnie poświęcają się służbie innym, oddają potrzebującym ogrom swojego czasu. Wszyscy moi wolontariusze, czy na telefonie zaufania, czy w innych działaniach, to są ludzie z tego środowiska. W tych ludziach znajduję najwięcej gotowości do wolontariatu, ponadto oni, pomagając innym, pomagają także sobie".

Barbara podkreśla misyjny charakter swojej pracy, polegający także na tym, że osoby proszące o pomoc, są często niewierzące, a podejmowana przez nich terapia bywa początkiem ich drogi do Boga. "Oni mają ogromne doświadczenie tej Siły Wyższej, którą nazywają Bogiem, lub nie. Mówią jak ludzie wierzący, doświadczają działania Boga i są w stanie poprzeć to przykładami konkretnych wydarzeń ze swojego życia. To jest Bóg, tylko na razie nie dla każdego z nich On ma imię" - relacjonuje misjonarka, dodając, że świadectwa osób uzależnionych często porażają swoją głębią i prostotą. "Daj Boże, żeby to się rozwijało w życie eklezjalne, żeby doszli do sakramentów" – mówi.

Pytana o to, jak można pomóc, misjonarka mówi, że od lat ważne jest wsparcie w organizowaniu przyjazdu do Rosji specjalistów z Polski. "Zajmując się tym tematem jako osoba świecka mam możliwość dojścia do wielu środowisk, także ministerialnych, uniwersyteckich itp. Otwartość na prowadzenie szkoleń i spotkań jest duża, ale muszę mieć odpowiednie środki na zaproszenie specjalistów z Polski" – tłumaczy.

Z POLSKI, TO ZNACZY: DOBRY

Nie tylko współcześnie Polacy kojarzeni są z niesieniem pomocy mieszkańcom Syberii. Na hasło "jestem z Polski", otwiera się dziś wiele serc i domów. Syberyjscy gospodarze wiedzą ze wspomnień, że już w czasach zesłań, wielu trafiających tu Polaków pomagało mieszkańcom, roztaczając nad nimi opiekę medyczną, ucząc uprawy roli, dzieląc się wykształceniem zdobytym w Polsce, a także sprawując posługę sakramentalną.

Bogatą historią relacji polsko-rosyjskich fascynuje się m.in. ks. Wojciech Piekarski, proboszcz parafii w Sludiance nad Bajkałem. Wprawdzie jest jedynym proboszczem katolickim nad Bajkałem, jednak wraz z parafianami spotyka się na modlitwie w zaadaptowanym na kaplicę domu, bo w miejscu dawnego kościoła w Sludiance stoją dziś budynki policji.

"Może się to wydawać niewiarygodne, ale tutaj bardzo nas, Polaków, cenią i lubią. Na Syberię był wysyłany kwiat narodu polskiego: ludzie, którzy nie myśleli tylko o sobie, ale nawet w tak trudnych warunkach troszczyli się o innych" – przekonuje ks. Wojciech.

Jako przykład Polaka, który miał wielki wkład w rozwój Syberii, kapłan podaje Benedykta Dybowskiego i Jana Czerskiego, polskich naukowców i zesłańców, którzy zajmowali się m.in. badaniem Bajkału. "Tutaj mamy góry Dybowskiego, a tutaj Szczyt Czerskiego, w masywie Chamar Daban. Miejsc nazwanych ich imieniem jest tu zresztą znacznie więcej" – pokazuje na mapie kapłan, który na co dzień mieszka na terenach, na które zostali zesłani Polacy po upadku Powstania Styczniowego.

Tak, jak dawniej zesłańcy i dobrowolni emigranci, tak dziś polscy misjonarze i misjonarki cieszą się wdzięcznością mieszkańców Syberii i innych części Rosji. Spośród misjonarzy z całego świata, najwięcej jest właśnie Polaków – na terenie całego kraju pracuje dziś ok. 1000 polskich księży i sióstr zakonnych. To jednak wciąż za mało.

O tym, że na Syberii brakuje kapłanów dla wiernych różnych obrządków, świadczy choćby scena, rozgrywająca się przy drodze wiodącej z Irkucka do Sludianki. Na przydrożnym cmentarzu rozpoczyna się uroczystość pogrzebowa. Furgonetką przywieziono przystrojoną trumnę z ciałem starszej pani, wokół odśnieżonego grobu zgromadziła się garstka osób z – tradycyjnymi dla tej okolicy – sztucznymi wieńcami w żywych barwach. Brakuje jedynie duchownego, ale pomimo jego nieobecności, zebrani sami rozpoczynają krótką ceremonię.

- Takie pogrzeby, to częsty widok – mówi ks. Wojciech – Często kapłan nie jest w stanie dojechać.

Tagi:
Kościół Syberia

Dwa olbrzymy

2018-04-25 11:32

Bp Andrzej Przybylski
Edycja częstochowska 17/2018, str. VIII

Bożena Sztajner/Niedziela

Kiedy ponad dwadzieścia lat temu zostawałem księdzem, to często mówiło się, a nawet czytało w wielu książkach, że koniecznie trzeba w Kościele w Polsce obudzić „śpiącego olbrzyma”. Tym śpiącym olbrzymem mieli być ludzie świeccy. Nasze parafie były bowiem niemal w całości oparte na kapłanach, a świeckich albo wcale nie było, albo mieli niewielkie znaczenie w organizowaniu życia parafii. W ślad za tym powstawały parafialne rady duszpasterskie, grupy synodalne i wreszcie różne wspólnoty i stowarzyszenia świeckich.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Czy istnieją trzy kościoły?

2018-04-25 11:29

Witold Gadowski, dziennikarz
Niedziela Ogólnopolska 17/2018, str. 19

Graziako

Kończy się kazanie, z kościoła wychodzi rozemocjonowane małżeństwo. Przypadkowo ocierają się o mnie. Tknięty przeczuciem wychodzę wraz z nimi. Jestem zaintrygowany oburzeniem, które maluje się na obliczu starszego, przyjemnie wyglądającego pana i jego ładnej żony.

– Wychodzicie? – pytam nieco obcesowo.

– Tak, bo to nie jest w naszym stylu – odpowiada żona.

– Takie kazania są zbyt radykalne – mężczyzna już lekko odsapnął i jego głos brzmi spokojnie.

– Przecież ksiądz nic nie mówił o polityce – odpowiadam.

– Tak, ale jak można powiedzieć, że tylko wiara w Jezusa jest drogą do prawdy? Przecież dróg jest wiele. Jak można grozić ludziom szatanem i piekłem? Jak można mówić, że na zbawienie trzeba zasłużyć?! – wyrzuca z siebie kobieta.

– Ten kapłan należy do Kościoła radykalnego, to nie jest nasz styl, my poszukamy Kościoła umiarkowanego – kwituje mężczyzna i ująwszy żonę, odchodzi.

Ta sytuacja skłoniła mnie do gruntownej refleksji nad tym, czy w Polsce funkcjonują dwa Kościoły: radykalny i umiarkowany, a może jest jeszcze trzeci, ten najbardziej pożądany przez „Gazetę Wyborczą” – Kościół postępowy, w którym ks. Lemański zasiada tam, gdzie zwykle przewidziano miejsca dla biskupów i starszych kapłanów.

Czym miałby się charakteryzować taki „postępowy Kościół”? Ano tym, że nie stawia ludziom przed oczy żadnej moralistyki, wymagań, że stara się podążać z duchem czasu i przemawiać zgodnie z tym, jakie w tym świecie panują mody i poglądy. To Kościół nieepatujący koloratkami i habitami, skupiony na wtapianiu się w rzeczywistość i korzystaniu z jej atrybutów, na naśladowaniu rzeczywistości. To Kościół, w którym ks. Kazimierz Sowa codziennie może udowadniać, jaki jest trendy i na czasie. Taki Kościół świetnie sprzedaje się w mediach, a jednocześnie nie nudzi zbyt długimi katechezami.

Myślicie, że zmyślam? Kilka miesięcy temu byłem w Warszawie na nabożeństwie w „duszpasterstwie środowisk twórczych”. Organista – jak u protestantów – wraz z instrumentem siedział między ludźmi. Uczestnicy Mszy św. swobodnie rozmawiali między sobą i spacerowali po sali, gdzie odbywało się nabożeństwo. Wszystko tam wydało mi się jakieś obce, nie z mojego świata.

Na dodatek musiałem wysłuchać kazania, w którym czołowym autorytetem i drogowskazem postaw stał się – znany mi jeszcze z Krakowa – Jerzy Pilch ze swoimi rozważaniami na temat samobójstw. Potem ksiądz gładko przeszedł do usprawiedliwiania samobójstwa pewnego młodego, obiecującego reżysera, który powiesił się w czasie trwania festiwalu filmowego w Gdyni.

– Ludzie wrażliwi czasem tak reagują na brutalność świata. Nie sądźmy ich, bo nie wiemy, co na ich temat myśli nasz Pan – usłyszałem. Powoli wyszedłem z kościoła. Gdyby wtedy trafił się ktoś, kto chciałby ze mną porozmawiać, to pewnie usłyszałby, że to zbyt progresywne jak na moje rozumienie Kościoła i jego misji. Co z tego wynika? Istnieją rzeczywiście dwa, a może nawet trzy Kościoły w łonie jednego polskiego Kościoła katolickiego? Czy jednak istnieją naprawdę?

Jeszcze słowo o tym Kościele umiarkowanym, który ma się tak korzystnie różnić od tego radykalnego. W umiarkowanym rozumieniu katolicyzmu jest miejsce na „ekumenizm” z innymi wyznaniami. Przecież nie możemy innowierców epatować naszym przekonaniem o katolickiej wyjątkowości. Stąd się biorą – zaskakujące dla mnie – „dni islamu w Kościele”. Przypomnę, że islam nie uznaje boskości Jezusa Chrystusa ani wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, uważa dogmat o trójjedności Pana Boga za bluźnierstwo i politeizm, a przejście z islamu na chrześcijaństwo chciałby traktować nawet karą śmierci. Islam uważa chrześcijan za ludzi gorszego gatunku niż wyznawcy Allaha i jego proroka Mahometa. Jaka zatem idea przyświeca celebrowaniu islamu w naszych kościołach?

Być może mam rozumek mniejszy niż Kubuś Puchatek i stąd tego – w żaden sposób – pojąć nie potrafię. Nie potrafię też wierzyć tak, jak nakazuje mi „Tygodnik Powszechny”. Warto się zresztą zastanowić, czy w ogóle istnieje taka wiara, jaką postulują publicyści tego tygodnika.

Może więc istnieje Kościół, który jest przeznaczony dla tych wierzących „bardziej estetycznie”, skłonnych do kompromisów i nienarzucających swojego widzenia świata tym, którzy widzą ten świat zgoła inaczej?

No proszę, widzicie, jak łatwo dać się wpędzić w jakieś chore meandry myślenia, w kompleksy z powodu klarownego wyznawania tego, do czego wiara jest niezbędnie potrzebna! Sytuacja wiary jest tak logiczna i prosta, że można ją opisać jedynie za pomocą logicznych stwierdzeń, mowy „tak, tak; nie, nie”. To sytuacja absolutnie zerojedynkowa. Jeśli bowiem ktoś ma wiarę, to ona pcha go do coraz mocniejszego zanurzania się w jej źródle – Jezusie Chrystusie. Jeśli natomiast wiary nie ma, to nie pomogą mu najbardziej uczone traktaty i wyrafinowane sylogizmy. Wiara po prostu jest albo jej nie ma. Jeśli jest, to nie ma takiego radykalizmu, takiego poświęcenia, które mogłyby ją zatrzymać.

Nie ma wiary radykalnej i umiarkowanej. Ona albo jest, albo ktoś udaje, że ma z nią do czynienia, a tak naprawdę to sam nie wie, co mu się w duszy kotłuje. Nie istnieje wiara z przymiotnikami: radykalna, słaba, postępowa, gnostycka etc. Wiara – jeżeli jej łaska jest ci dana – porywa jak ocean i nie wypuszcza ze swojego świata. Tak więc może być wiara prawdziwa albo jej zewnętrzna imitacja, która pęka przy zderzeniu z najmniejszą nawet trudnością. Gram wiary to cud, którego nie da się opisać ani zamknąć w żadnym naukowym traktacie.

Czy zatem może istnieć Kościół umiarkowany? To tak, jakby chcieć mieć umiarkowanie zimny płomień albo niezbyt jaskrawe światło. Można... ale do czego wiedzie takie pojmowanie świata i religii? Powiem wam: wiedzie do zamrożenia w sobie wiary, do narzucenia racjonalności zdarzeniom, które nic z racjonalnością i kalkulacją nie mają wspólnego. Kościół umiarkowany to Kościół akceptujący co prawda Chrystusa, ale niewielbiący Jego metod.

Jak bowiem taki „Kościół umiarkowany” interpretuje gniew Pana, gdy ujrzał przekupniów w świątyni Ojca? Czy skręcenie rzemiennego bicza i chłostanie nim przekupniów mieści się w ramach „Kościoła umiarkowanego”? A może mieszczą się w nim pogadanki pewnego popularnego „publicysty katolickiego”, który twierdzi, że zwierzęta też posiadają duszę, spotkamy je w niebie i stąd powinien wynikać zakaz polowań na nie?

A może zatem „Kościół postępowy” jest jakimś sensownym wyjściem? To przecież Kościół, który wnikliwie obserwuje świat i doskonale się do niego dostosowuje, zmienia się wraz ze światem. Prowadzi w konsekwencji do tego, że w niektórych belgijskich kościołach na Mszach św. dla dzieci zamiast Ewangelii czytane są fragmenty „Małego Księcia”. Ponoć Ewangelia jest dla dzieci zbyt drastyczna.

Jednak czy Kościół ma zmieniać świat, czy też się do niego – w sposób bezkonfliktowy i tolerancyjny – dostosowywać? Muszę was rozczarować: uważam, że podobnie jak nie ma iluzorycznych „Kościołów”, tak nie istnieje także „Kościół radykalny”.

Jest tylko jeden prawdziwy i wiodący do zbawienia Kościół święty, a jeśli macie wątpliwości i zaczynacie myśleć, że jest on zbyt radykalny, to znaczy, że to już nie od dobrego pochodzi, ale wręcz przeciwnie.

Takie jest moje myślenie o „różnych rodzajach katolicyzmu”. Paradoksem przy tym jest fakt, że ten najbardziej „oświecony” katolicyzm jest najbardziej ciemną i beznadziejną formą wiary – o ile w ogóle jakaś wiara się w nim tli. Jest drogą do zniewolenia. To, co radykalne z pozoru, jest jedynie prawdziwe.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Hanna Chrzanowska – historia procesu beatyfikacyjnego

2018-04-27 09:23

Opr. Magdalena Dobrzyniak / Kraków (KAI)

Z udziałem Episkopatu Polski, władz państwowych oraz przedstawicieli międzynarodowego środowiska pielęgniarskiego i kilkuset osób chorych i niepełnosprawnych odbędzie się 28 kwietnia beatyfikacja służebnicy Bożej Hanny Chrzanowskiej. Proces beatyfikacyjny krakowskiej pielęgniarki rozpoczął się w 1998 roku, ale kard. Karol Wojtyła wyrażał przekonanie o jej świętości już podczas pogrzebu swojej współpracownicy, który odbył się 2 maja 1973 roku.

Archiwum parafii pw. św. Mikołaja w Krakowie
Hania w wieku 15 lat

Opinia świętości

O tym, że Hanna Chrzanowska zmarła w opinii świętości, świadczy kazanie pogrzebowe kard. Karola Wojtyły, w którym mówił m. in.: „Byłaś wśród nas jakimś wcieleniem Chrystusowych błogosławieństw z Kazania na Górze, zwłaszcza tego, które mówi: Błogosławieni miłosierni”. Podczas złożenia trumny do grobu, zamiast zwyczajowego śpiewu Salve Regina lub modlitwy Anioł Pański, kard. Wojtyła zaintonował Magnificat anima mea Domini. „Już wtedy wyraził swoją opinię i przekonanie, że zmarła osoba wyjątkowa, za życie której trzeba dziękować Bogu” – uważa ks. Andrzej Scąber, delegat Arcybiskupa Krakowskiego ds. kanonizacyjnych. W swoim testamencie Hanna Chrzanowska wszystko, co miała, zapisała na rzecz chorych. Wyjątkiem był obraz Pankiewicza, który trafił do opactwa benedyktynów w Tyńcu oraz obszerne zbiory biblioteczne, które znalazły się w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.

Powód sprawy

Jak wyjaśnia ks. Andrzej Scąber, każda sprawa musi mieć swojego powoda. Może być nim osoba prawna (np. diecezja, zakon, zgromadzenie, stowarzyszenie, parafia), czasem osoba fizyczna. Powód ponosi odpowiedzialność moralną i finansową za sprawę. „Podczas pierwszego spotkania krakowskich pielęgniarek z ks. Stefanem Ryłko, który wówczas prowadził sprawy kanonizacyjne w archidiecezji, jasnym się stało, że nie udźwigną one ciężaru procesu. Powodem sprawy musiała być archidiecezja” – relacjonuje duchowny. Dodaje przy tym, że gdyby nie inicjatywa pielęgniarek, do beatyfikacji by nie doszło. „To będzie uroczystość pielęgniarek i ich podopiecznych, chorych, którym przez całe życie służyła przyszła błogosławiona” – zaznacza.

Z formalnym wnioskiem o rozpoczęcie sprawy do ówczesnego arcybiskupa metropolity kard. Franciszka Macharskiego wystąpiło 4 grudnia 1995 roku Stowarzyszenie Katolickie Pielęgniarek i Położnych.

Opinia Konferencji Episkopatu Polski i Nihil obstat Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych

Kard. Franciszek Macharski 1 marca 1997 roku zwrócił się do Przewodniczącego Episkopatu Polski kard. Józefa Glempa, aby biskupi wydali swoją opinię co do zasadności prowadzenia sprawy. Tydzień później prymas Polski kard. Józef Glemp w imieniu Konferencji Episkopatu Polski wydał pozytywną opinię w tej sprawie i można ją było przedstawić Stolicy Apostolskiej.

Po otrzymaniu pozytywnej opinii KEP kard. Macharski powołał Komisję Historyczną. Tworzyli ją śp. prof. Urszula Perkowska, Krystyna Pęchalska i Maria Przybylska.

28 kwietnia 1997 roku na prośbę arcybiskupa krakowskiego, wraz z dołączoną pozytywną opinią Konferencji Episkopatu Polski, odpowiedział ówczesny prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych abp Alberto Bovone wydając Nihil obstat dla tej sprawy. Oznaczało to, że proces może być formalnie rozpoczęty przez arcybiskupa krakowskiego, a Stolica Apostolska nie ma żadnych zastrzeżeń co do jego prowadzenia. Od tego momentu kandydatce zaczął przysługiwać tytuł Służebnica Boża.

Postulator sprawy i suplex libellus

Postulatorem sprawy Służebnicy Bożej Hanny Chrzanowskiej został ustanowiony 3 października 1998 roku ks. prałat Antoni Sołtysik, proboszcz parafii św. Mikołaja w Krakowie. Kolejny krok to tzw. suplex libellus czyli oficjalna prośba postulatora skierowana do biskupa o rozpoczęcie procesu. Takie pismo ks. Antoni Sołtysik złożył w kancelarii arcybiskupa krakowskiego 10 października 1998 roku. Dzień później kard. Franciszek Macharski odpowiedział na prośbę postulatora, ustanawiając Trybunał. Tworzyli go ks. Stefan Ryłko CRL, ks. Andrzej Scąber, ks. Andrzej Grodecki i Maria Cherian.

Pierwsza sesja Trybunału

Pierwsza sesja Trybunału odbyła się 3 listopada 1998 roku o godz. 9.00.w Kaplicy Arcybiskupów Krakowskich przy ul. Franciszkańskiej 3. Wzięło w niej udział wiele osób świeckich, przeważały pielęgniarki. Dzień później kard. Franciszek Macharski mianował wicepostulatora procesu. Została nim Helena Matoga. Świadkowie, materiał dowodowy

Proces diecezjalny trwał 5 lat, od listopada 1998 roku do listopada 2002 roku. Odbyło się 80 sesji, podczas których przesłuchano 72 świadków. Zeznania złożyli; 1 biskup, 6 kapłanów, 9 sióstr zakonnych, 56 osób świeckich. Ks. Scąber podkreśla, że wśród świadków, którzy złożyli najbardziej wartościowe zeznania, Positio causae wymienia; Alinę Rumun, która znała Hannę Chrzanowską od września 1945 roku i Wacławę Bogdal, którą Służebnica Boża poznała w 1946 roku. Obie były wykonawczyniami testamentu. Jako pierwsze złożyły zaprzysiężone zeznania. Poza tym wymieniani są: Zygmunt Kornacki, który pomagał organizować spotkania i rekolekcje dla chorych w Trzebini, ks. prof. Łukasz Kamykowski, który poznał p. Chrzanowską jako dziecko i której pomagał w opiece nad chorymi jako student, bp Kazimierz Górny pracujący w tamtych czasach w parafii św. Anny w Krakowie.

Obok zeznań świadków, Komisja Historyczna dotarła do 28 archiwów państwowych i kościelnych i 34 archiwów prywatnych. Na podstawie tych dokumentów sporządzona została obszerna relacja historyczna. Do akt sprawy zostały dołączone także wota cenzorów teologów: o. prof. Dominika Widera OCD i o. prof. Zdzisława Gogoli OFMConv. Obaj, niezależnie od siebie, stwierdzili, że w pismach służebnicy Bożej Hanny Chrzanowskiej nie ma nic, co byłoby sprzeczne z wiarą katolicką i chrześcijańską moralnością. Ten olbrzymi materiał dowodowy został przekazany do Stolicy Apostolskiej.

Postulator rzymski

26 lipca 2006 roku metropolita krakowski abp Stanisław Dziwisz ustanowił rzymskim postulatorem sprawy ks. prałata Mieczysława Niepsuja, dyrektora Domu Polskiego w Rzymie. Ponadto kard. Dziwisz, jak wspomina ks. Andrzej Scąber, osobiście przejął na siebie ciężar finansowy procesu. Nowy postulator sprawy, zgodnie z wymogami prawa, poprosił o otwarcie akt procesu w celu uzyskania dekretu ważności. Taki dekret otwarcia akt Kongregacja wydała 26 września 2006 roku.

Domniemany cud

W 2001 roku diecezjalny proces heroiczności cnót dobiegał końca. W Krakowie doszło w tym roku do natychmiastowego uzdrowienia Zofii Szlendak-Cholewińskiej, która była pielęgniarką i wychowanką Hanny Chrzanowskiej. Poznały się w 1950 roku. To właśnie ona zaprowadziła przyszłą błogosławioną do ks. Karola Wojtyły, kiedy to rozpoczęło się dzieło życia Chrzanowskiej: pielęgniarstwo społeczne.

Zofia od lat cierpiała na silne bóle i zawroty głowy. Badania wykazały, że to nieoperacyjny naczyniak tętniczo-żylny mózgu., a jego pęknięcie może spowodować natychmiastową śmierć. Pękł w marcu 2001 r., a wylew krwi spowodował niedowład kończyn górnych i dolnych. W czasie wylewu Zofia Szlendak-Cholewińska przeszła zawał serca. Jej stan był bardzo ciężki. Potrzebowała całodobowej opieki. Leżała nieprzytomna przez sześć tygodni. Rozpoczęła się modlitwa o jej zdrowie nowenną za wstawiennictwem Hanny Chrzanowskiej w krakowskim kościele św. Mikołaja oraz w kościele św. Marka. Pewnej nocy chorej kobiecie przyśniła się Hanna Chrzanowska, która z uśmiechem powiedziała, że wszystko będzie dobrze. Po przebudzeniu Zofia wróciła do pełnej sprawności fizycznej i intelektualnej. Zmarła na chłoniaka w 2011 r.

Dekret beatyfikacyjny

Dekret ważności procesu diecezjalnego został wydany 11 stycznia 2008 roku, a miesiąc później Kongregacja przydzieliła do tej sprawy relatora, którym jest o. Zdzisław Józef Kijas OFMConv. Positio causae liczy blisko 700 stron. Efektem tej pracy był dekret heroiczności cnót. Papież Franciszek polecił go promulgować 30 września 2015 roku. 7 lipca ub. roku papież Franciszek zatwierdził dekret beatyfikacyjny. Podstawą było uznanie cudu uzdrowienia Zofii Szlendak-Cholewińskiej za przyczyną służebnicy Bożej.

Ekshumacja, rekognicja i przeniesienie doczesnych szczątków z Cmentarza Rakowickiego do podziemi kościoła św. Mikołaja nastąpiło 6 kwietnia 2016 roku. Dwa lata później odbyło się pobranie relikwii przyszłej błogosławionej i przeniesienie jej szczątków do sarkofagu w kaplicy kościoła św. Mikołaja. Postulacja przygotowała sto kapsułek z cząstkami, które po beatyfikacji będą czczone jako relikwie krakowskiej pielęgniarki. „Następna rekognicja będzie mogła być wykonana dopiero przed kanonizacją. Nie wiadomo, kiedy ona nastąpi, więc zdecydowano, by tych cząstek pobrać więcej” – mówi ks. Scąber, dodając, ze część relikwii będzie przygotowana do przekazania wspólnotom, które o nie proszą, a część zostanie zabezpieczona i przechowywana w skarbcu kościelnym.

Sarkofag z alabastru z doczesnymi szczątkami Hanny Chrzanowskiej jest darem polskich pielęgniarek, które w ten sposób chciały uczcić swoją nauczycielkę. Na białej trumience umieszczony jest złoty napis „Błogosławiona Hanna Chrzanowska. Pielęgniarka” oraz daty jej urodzin i śmierci.

W kaplicy, która jest przeznaczona na miejsce oddawania czci przyszłej błogosławionej, znajduje się zabytkowy poliptyk z przełomu XV i XVI wieku. Po beatyfikacji Hanny Chrzanowskiej na jednej z bocznych ścian będzie umieszczony jej obraz beatyfikacyjny.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem