Reklama

Kalendarze 2019

Kambodża - kraj naznaczony historią

2015-08-31 10:20

Grzegorz Sowa

Grzegorz Sowa

Kambodża to jedno z piękniejszych azjatyckich państw. Ma swój niepowtarzalny klimat, który przekonuje do siebie każdego turystę, przekraczającego granice tego kraju. Jedną z głównych atrakcji Kambodży jest Angor Wat, który zachwyca pięknością zabytków i specyficznym klimatem. Był taki czas, że nie było piękniejszego miasta na świecie jak Angkor. Była to baśniowa metropolia, pełna pałaców i świątyń, otoczona rajskimi ogrodami. Dziś to kambodżańskie miasto jest wpisane na listę Unesco a rocznie odwiedzają je miliony turystów. Kambodża to jednak nie tylko piękne zabytkowe miasta, to również bardzo przyjaźnie nastawieni ludzie, piękne krajobrazy i zapierające dech w piersiach widoki, a także przepyszne jedzenie. Kambodżańskie państwo to również nieszczęsne Pola Śmierci przypominające o panowaniu reżimu Czerwonych Khmerów od których to właśnie katolicy doznali największych cierpień mimo, że stanowili tylko 4 proc. ludności kraju (85 proc. to byli buddyści), to jednak cierpieli nieproporcjonalnie, gdyż większość z nich mieszkała w miastach i byli uważani za popleczników kolonialnych imperialistów. Dziś po latach cierpień i ogromie ofiar społeczność katolicka w Kambodży przeżywa swoiste odrodzenie i staje się coraz bardziej aktywna a kościół katolicki można bez problemu znaleźć w każdym większym kambodżańskim mieście.

Ja swą podróż po Kambodży zaczynam od przekroczenia granicy z Tajlandią. Aby dostać się do granicy Tajlandzko- Kambodżańskiej czekają mnie dwie przesiadki autobusowe i jedna motorowa. Wsiadam w mały bus w tajlandzkiej Pattayi około godziny 12stej w południe. Jest koniec stycznia i bardzo ciepło- obowiązkowo mam w torbie dwie wody, które są koniecznością w azjatyckim klimacie. W busie jestem jednym z trzech pasażerów. Dziwnego uczucia doznaję, gdy zostałem sam z dwoma kierowcami na dwie godziny przed dotarciem do celu. Zastanawiające było dla mnie czy finansowo (za bilet zapłaciłem bowiem tylko 5 dolarów) opłaca im się wieźć mnie samego do granicy kambodżańskiej. Okazało się jednak, że bez problemu dotarłem pod granicę kambodżańską, przesiadając się do dużego autobusu a bilet na niego był już wliczony w cenę. Autobus robił wrażenie- był bardzo stary, ale niesłychanie zadbany i dominowały w nim złote kolory. Wszelkie narzuty na fotele były złote a na podłodze rozścielony był dywan koloru złoto-czerwonego. Co ciekawe obowiązkowo wsiadając do takiego autobusu trzeba ściągnąć buty, co było dla mnie zaskakujące. Zapadł już zmrok a ja docierałem dopiero pod granicę kambodżańską. Ku mojemu zaskoczeniu na podróży tym „złotym” autobusem się nie skończyło i aby dotrzeć do przejścia granicznego byłem zdany na wzięcie taxi motorowej. Gdy wsiadałem z moją niesłychanie ciężką torbą na mały motorek nie przypuszczałem, że przejażdżka motorowa będzie pełna emocji.

Motocyklista w ogóle nie mówił po angielsku i wiedziałem tylko, że jego zadaniem jest zawiezienie mnie do przejścia granicznego. Wsiadłem na motorek już trochę zmęczony bez większych emocji, które zaczęły się wraz z każdym następnym kilometrem. Taxi motocyklista z trudem zmieścił moją olbrzymią torbę między siebie a kierownicę a ja z tyłu siadłem za nim. Jakże ogromne było moje zaskoczenie gdy wjechaliśmy na drogę szybkiego ruchu. Myślałem bowiem, że do granicy mamy tylko kilka małych dróżek a tu prawie autostrada. My na małym chwiejącym się z ciężaru motorku a za nami i przed nami ogromne ciężarówki i autobusy. W głowie zaczęły kołatać mi różne myśli, szczególnie gdy motorem kilkakrotnie zachwiało kiedy wyprzedzały nas autobusy. Na szczęście docieramy bezpiecznie do celu, którym jest przejście graniczne. Tam czekają już na turystów ludzie, którzy trudnią się załatwianiem wszelkich formalności związanych z przejściem granicznym i dalszą podróżą po Kambodży. Podszedł do mnie mężczyzna w średnim wieku i zaoferował swoją pomoc. Po wypełnieniu sterty dokumentów, dostaniu kilku pieczątek i przede wszystkim wizy na 30 dni, musiałem podjąć decyzję czy jadę dalej do stolicy Phnom Penh, czy zatrzymuję się w przygranicznym hotelu. Zdecydowałem się mimo późnej pory kupić bilet na nocny autobus. Podczas wsiadania moją uwagę przykuły pakunki, które były wsadzane do autobusu. Oprócz toreb były to głównie artykuły spożywcze takie jak ziemniaki, czy ryż. Sam autobus był bardzo stary i widać było ślady zrobienia wielu kilometrów na azjatyckich drogach. Tu także przed wejściem do środka autokaru trzeba było ściągnąć buty. Gdy wsiadałem do autobusu była pierwsza w nocy i byłem jedynym Europejczykiem na pokładzie. Siedzenia były tylko leżące, a autobus był wypełniony do ostatniego miejsca. Ciężko było zasnąć bijąc się z myślami czy nikt nie wyciągnie mi nic z kieszeni- za sąsiada miałem bardzo niespokojnego Azjatę, który ciągle przewracał się z boku na bok. Dodatkowych emocji dodał fakt zatrzymania się autobusu na drodze otoczonej lasem w środku nocy. Poczułem się wtedy trochę jak bohater piosenki Kim Wilde „Cambodia”- piosenkarka na teledysku w leśnej scenerii śpiewa: „He had a job to do, Flying to cambodia” „Miał misję do wykonania, polecieć do Kambodży”. Na szczęście prawdopodobnie była to tylko jakaś drobna usterka, gdyż po pół godzinie ruszyliśmy dalej. Dalszej części podróży nie pamiętam, ponieważ zasnąłem a gdy się obudziłem byłem ostatnim pasażerem w pustym już autobusie w stolicy Kambodży- Phnom-Penh. Podszedł do mnie wtedy młody chłopak mówiąc po angielsku- hey Mister znajdę Ci dobry, tani hotel w stolicy, pozwól ze mną. Wsiadłem na jego tuk- tuka ( tak nazywa się riksza w Kambodży) i znaleźliśmy szybko ładny pokój w hotelu za 10 dolarów za noc. Podziękowałem i ruszyłem zwiedzać stolicę Kambodży.

Reklama

Phnom Penh jest stolicą Kambodży od 1866 roku. W XV i XVI wieku miasto to pełniło rolę stolicy Imperium Khmerów - jednego z największych mocarstw Azji, zajmującego obszary dzisiejszej Kambodży, Tajlandii, Laosu oraz Wietnamu. Phnom Penh leży u ujścia rzeki Tonlé Sap do Mekongu.

Ciasne uliczki miasta tętnią życiem i tworzą swego rodzaju klimatyczny chaos. Ze względu na niewielkie rozmiary stolicy, już po kilku dniach poczujemy się tu jak w domu. W latach 50. i 60. Phnom Penh uważane było za jedno z piękniejszych miast w całych Indochinach. Było to miejsce, w którym spotykali się korespondencji wojenni i dyplomaci działający w tych niezwykle burzliwych rejonach świata.

Po okresie chaosu i dyktatury Czerwonych Khmerów miasto przeżyło swoje odrodzenie. Dziś turyści przyjeżdżają tu zobaczyć jedno z najpiękniejszych nabrzeży rzecznych i wspaniałe zabytki ilustrujące historię kambodżańskich ziem. Moją uwagę przykuły flagi z wszystkich państw świata znajdujące się na nabrzeżu stolicy. Tam właśnie znajdują się największe atrakcje turystyczne. Obiektami, które koniecznie trzeba zobaczyć są: Srebrna Pagoda i Muzeum Narodowe. Srebrna Pagoda robi wrażenie ze względu na bogactwo srebra okraszającego tą świątynię. Za rządów króla Sihanouka Srebrna Pagoda została wyłożona ponad 5 tysiącami srebrnych płytek, stąd też jej nazwa. Muzeum Narodowe w Phnom Penh założone zostało w 1920 r. przez jednego z kambodżańskich władców. W kunsztownym architektonicznie budynku zgromadzono bogatą kolekcje sztuki Khmerów.

Ciekawe w stolicy Kambodży jest to, iż praktycznie na każdym kroku na ulicy możemy znaleźć fałszywe amerykańskie dolary, które są prawie identyczne jak prawdziwe. Musimy bowiem wiedzieć, że poza rielem kambodżańskim w Kambodży, drugim środkiem płatniczym jest amerykański dolar. Na każdym kroku trzeba być więc bardzo czujnym płacąc w dolarach, aby nie naciąć się na fałszywkę.

Szczerze mówiąc dolary są w Kambodży dużo chętniej odbieranym środkiem płatniczym jak miejscowa waluta. Osobiście starałem się płacić wszędzie w amerykańskich dolarach, co było wygodniejsze dla mnie jak i miejscowych. Będąc w stolicy Kambodży koniecznie trzeba się wybrać na słynne Pola śmierci.

Pola śmierci dzieli od stolicy kraju tylko 15 km. Dojedziemy tam biorąc tuk-tuka. Zwykle taki kurs nie powinien kosztować więcej jak 15 dolarów w obie strony. Droga jest jednak dosyć ciężka i będziemy musieli założyć na twarz specjalną maskę, która osłoni nas od wszędobylskiego kurzu panującego na miejscowych drogach. Historia pól śmierci zaczęła się z końcem lat sześćdziesiątych, kiedy to USA poparło proamerykańskiego generała Lon Nola i wyniku przewrotu odsunęli od rządów prokomunistycznego króla Sihanouka. Amerykanie przeprowadzili wówczas masowe naloty na Kambodżę (spadło ich wówczas około 500 tys). Wprawdzie operacja przeciw Sihanoukowi powiodła się jednak zginęło w jej trakcie prawie 150 tys cywilów. Tym samym wywołało to gniew mieszkańców Kambodży i obrócił się to przeciwko nowemu rządowi i doprowadziło do powstania ugrupowania Czerwonych Khmerów, którzy z czasem przejęli władzę w Kambodży. Dla obywateli Kambodży rozpoczął się kolejny okres terroru. Na czele Czerwonych Khmerów stanął Pol Pot- w młodości mnich buddyjski, który studiował na Sorbonie. Jego rządy kosztowały życie około dwóch milionów ludzi. Ofiarami komunistycznego reżimu padła głównie inteligencja. Lekarze, prawnicy, nauczyciele i studenci byli pierwszymi na liście Czerwonych Khmerów. Więźniów wywożono poza miasto, na pola śmierci, gdzie dokonywano masowych egzekucji. Większość ofiar była zabijana na miejscu pałkami, duszona torbami, a często do zabicia ofiary używano także ostrych liści palmy. Porażające wrażenie robi budynek wypełniony czaszkami, kośćmi i ubraniami wydobytymi z tamtejszych grobów. Reżim upadł po koniec lat siedemdziesiątych wraz z wietnamską inwazją i okupacją.

Co ciekawe to właśnie katolicy w Kambodży byli grupą, którą spotkał najgorszy los. Większość katolików była uważana za popleczników kolonialnych imperialistów. Pierwszym budynkiem, który Czerwoni Khmerzy doszczętnie zniszczyli w Phnom Penh, była wybudowana w XIX w. na wzór katedry w Reims katedra Phnom Penh. Okoliczny cmentarz zaorano i zamieniono w plantację bananów.

Większość księży i zakonnic spotkał los podobny do tego, jaki przypadł pierwszemu pochodzącemu z Kambodży bp. Josephowi Chhmar Salasowi. Zdecydował się on w 1975 r. na powrót po studiach w Paryżu do Kambodży, mimo iż zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa jakie go czeka - władzy Pol Pota. Rząd Czerwonych Khmerów nakazał cudzoziemcom wtedy, w tym także księżom i siostrom zakonnym, opuszczenie kraju. Z Kambodży musiał więc wyjechać Francuz, biskup Yves Ramousse, będący głową tamtejszego Kościoła katolickiego. Jego miejsce zajął bp Salas. Jednak też nie na długo. W 1976 r. biskup został aresztowany i zesłany do pracy na polach ryżowych, gdzie narzucano nierealne normy produkcyjne (z jednego hektara kazano uzyskać trzy tony ryżu). Warty podkreślenia jest fakt, iż przed rewolucją Czerwonych Khmerów, kiedy stosowano nowocześniejsze metody produkcji, otrzymywano jedną tonę na hektar. Nie dziwota, że więźniowie pracujący na polach ryżowych zmuszani do nadludzkiej pracy umierali z głodu i potwornego zmęczenia. Biskup Joseph Salas zmarł we wrześniu 1977 r. Ale swoją posługę pełnił do końca, odprawiając potajemnie mszę w baraku łagrowym i opiekując się wszystkimi chorymi.

Dzisiejsza wspólnota katolicka w Kambodży jest jeszcze mała, lecz powoli rośnie. Wśród 13-milionowej ludności w kraju katolicy stanowią zaledwie 0,2 proc. Jedna trzecia to Khmerzy, a reszta to ludność pochodzenia wietnamskiego.

Społeczność buddyjska jest dziś bardzo przyjaźnie nastawiona do katolików, a przyczynił się do tego m.in. papież Jan Paweł II, spotkając się z głową buddystów w Kambodży. To spotykanie pozytywnie zmieniło nastawienie do katolików.

Poza ewangelizacją Kościół bierze aktywny udział w procesie rozwoju wyniszczonej wojnami i korupcją Kambodży, przede wszystkim w sektorach służby zdrowia i edukacji. W 2007 r. rzymski szpital Bambino Gesu, należący do Stolicy Apostolskiej, ufundował w Daneko na południu Kambodży nowoczesny oddział pediatryczny. Poza tym w kraju, w którym zabito niemal 1/3 ludności i gdzie ponad połowa z tych, co zostali, to analfabeci, jednym z najważniejszych zadań jest zapewnienie możliwości kształcenia młodym. W 2010 r. w oddalonym o 90 km od Phnom Penh mieście Takeo powstał Instytut św. Pawła. Jest to pierwsza taka szkoła wyższa zbudowana i sfinansowana przez Kościół katolicki. Jej głównym zadaniem jest kształcenie młodzieży niemającej środków na wyższą edukację, głównie w dziedzinach takich jak informatyka i rolnictwo.

Jak widzimy działalność Kościoła Katolickiego w Kambodży nie jest obcym zjawiskiem. W czasie jednego z październikowych synodu biskupów były papież Benedykt XVI wyraził zadowolenie ze świadectw mówiących o wzroście Kościoła na świecie i jako przykład podał właśnie Kambodżę. „Także dziś widzimy, że Pan jest obecny tam, gdzie tego nie oczekiwano, działa przez naszą pracę i naszą refleksję” - zaznaczył papież.

Pamiętam moje duże zdziwienie, gdy do autobusu jadącego do Siem Reap- miejsca wielkiej świątyni Angor Wat- wsiadł katolicki mnich i modlił się na różańcu. Tamtego zachodu słońca nie zapomnę chyba do końca życia. Zmierzałem wtedy do miejscowości Siem Reap a w drodze towarzyszył nam niesłychanie piękny zachód ogromnego czerwonego słońca. W czasie podróży zatrzymaliśmy się na 15-sto minutową przerwę a tam przykuła moją uwagę niesłychanie dobra i oryginalna potrawa- gorąca bułka na parze z kurczakiem i bananem. Coś pysznego! Ogólnie kambodżańska kuchnia jest niesłychanie bogata w różne kulinarne specjały. Podstawą kambodżańskiej kuchni jest ryż oraz makaron z mięsnymi lub warzywnymi dodatkami. Wśród popularnych, tradycyjnych dań jest amok trey- ryba z mlekiem kokosowym duszona w liściu bananowca, kralan- kotlet z ryżu, fasoli i grochu z wiórkami kokosowymi i lok lak, czyli cieniutko pokrojona wołowina marynowana w sosie sojowo- rybnym. W Kambodży hoduje się ponad 700 gatunków ryżu. Jest on podstawą tamtejszej diety i podstawowym towarem eksportowym kraju. Poza tym na każdym kroku możemy kupić w Kambodży za dolara smakowitego przedziurawionego kokosa z pysznym mleczkiem kokosowym- coś pysznego!

Mój apetyt, który został pobudzony przez pyszne kambodżańskie potrawy przeszedł na drugi plan, gdy dotarłem w końcu do miejscowości Siem Reap zwanej również Angkor Wat. Gdy dotarłem do hotelu w tym ciekawym miejscu moją uwagę przykuła niesłychana gościnność pracowników owego pensjonatu. Z ciekawości zapytałem jednego z recepcjonistów ile dni wolnych przysługuje im w roku- co ciekawe odpowiedział mi, że praktycznie w Kambodży nie ma urlopów, a ich odpoczynkiem są sporadyczne, pojedyncze dni wolne w środku tygodnia. Na rano byłem już umówiony z moim kierowcą, który miał mnie obwieźć po ciekawych zakątkach Angor Watu. Był to mężczyzna w średnim wieku, który miał na utrzymaniu 5cio osobową rodzinę a żył z wożenia turystów. Opowiadał mi o tradycji kambodżańskiej i ogromnym znaczeniu rodziny w Kambodży. Mówił, iż krewni wzajemnie otaczają się wielką pomocą. A sami Khmerowie z ogromnym szacunkiem traktują ludzi starszych. Angor Wat zrobił na mnie duże wrażenie. Jest to najsłynniejsza świątynia w kompleksie Angkor, czyli dawnej stolicy Khmerów i jeden z siedmiu cudów średniowiecznego świata. Została zbudowana w XII wieku. Ma ona kształt masywnej, trzystopniowej piramidy i składa się z pięciu wież, z których najwyższa ma 65 metrów. Ściany świątyni ozdobione są płaskorzeźbami ukazującymi sceny z mitologii hinduskiej i z wojen prowadzonych przez króla Suryavarmana II. Postawienie tej ogromnej budowli trwało 30 lat a budowało ją około 50 tysięcy ludzi. Jej budowę zakończono kilka lat przed wzniesieniem paryskiej katedry Notre Dame i podobno zużyto na nią więcej kamienia niż na Piramidę Cheopsa. Angkor Wat otacza kwadrat fosy i murów ma 2 km kw. Wybudowano ją dokładnie na skrzyżowaniu linii wyznaczających północ, południe, wschód i zachód.

Po całodniowym zwiedzaniu kompleksu świątyni udałem się na podziwianie pięknego zachodu słońca. Mój tuk-tuk zawiózł mnie pod wzgórze Phnom Bakheng. Wejście na wzgórze trwa niecałe pół godziny. Na szycie roztacza się piękny widok, szczególnie warto wybrać się tam właśnie po to, aby zobaczyć zachód słońca. Na górze przed zachodem słońca gromadzą się spore tłumy turystów, więc warto przyjść wcześniej. Po dniu pełnym turystycznych i zmysłowych wrażeń udałem się z powrotem do mojego hotelu skąd rankiem miałem wyruszyć w następną podróż- celem był Laos- następny kraj Indochin, równie piękny i ciekawy jak Kambodża.

Tagi:
turystyka

Pustynne Hollywood

2018-12-18 10:59

Wojciech Dudkiewicz
Niedziela Ogólnopolska 51/2018, str. 34-35

Położone u podnóża gór Atlas okolice Warzazat od lat są wykorzystywane przez amerykańskich i europejskich filmowców – dlatego są nazywane pustynnym Hollywood

Wojciech Dudkiewicz
Ksar Ajt Bin Haddu

Warzazat, centrum administracyjne południowo-wschodniego Maroka, jest ważnym ośrodkiem turystycznym, idealnym punktem wypadowym na południe, do urokliwych dolin Dara i Dades oraz na Saharę. Celem wielu podróży są jednak okolice Warzazat, kojarzące się, nie tylko w Maroku, z kinem.

Miasto leży na pustynnym płaskowyżu, malowniczo wciśnięte między góry Atlasu Wysokiego i Antyatlasu, a jego czerwono-brązowe budynki harmonizują kolorami z otaczającym je krajobrazem. To od tych niesamowitych dla Europejczyka kolorów Warzazat jest nazywane Czerwoną Perłą Pustyni.

Kraina kasb

W podróży z Marrakeszu na południowy wschód w stronę Sahary po ok. 200 km natkniemy się na kilkudziesięciotysięczne Warzazat. Założone przez plemię Berberów miasto przez wieki było uznawane za bramę pustyni. To tędy, doliną rzeki Dara, berberyjscy kupcy prowadzili karawany do Timbuktu, które przez wieki stanowiło centrum wymiany handlowej między Czarną Afryką a berberyjską i islamską Afryką Północną, a za jej pośrednictwem także z Europą.

I tu stawiali kazby – wielkie warowne zabudowania, które miały bronić wędrowców przed rabusiami. Budowano je z mieszaniny gliny i trzciny. Choć to mało wytrzymały budulec, wszystko jakoś przetrwało i dziś robi wrażenie. Zwłaszcza o wschodzie czy zachodzie słońca, gdy w tle kazb widać ośnieżone wierzchołki gór.

Droga z Warzazat ku północnemu zachodowi wiedzie przepiękną doliną Dades, nazywaną Doliną Tysiąca Kazb. Warzazat, dziś szczycące się rolą centrum turystycznego i filmowego, kiedyś było bazą francuskiej Legii Cudzoziemskiej. To jednak nie był powód tego, że nakręcono tu „Legionistę” z Jeanem-Claude’em Van Damme’em w roli głównej.

Gdzieś w Oriencie

Mekką filmową Maroko stało się kilkadziesiąt lat temu. Orientalną atmosferę i doskonałe tło do przedstawienia ludzkich emocji znalazło tu wielu twórców. Pierwszym nakręconym w Maroku filmem był „Marokański jeździec” z 1897 r. pionierów sztuki filmowej – braci Lumiere.

Tutejsze wspaniałe krajobrazy świetnie służyły jako uniwersalne tło dla opowiadanej historii. Miejsce akcji mogło nie być – jak u braci Lumiere – ściśle określone. Film rozgrywał się gdzieś w Oriencie, gdzie nietrudno o pustynię, oazę i dromadery. Często gdzie indziej w Oriencie. W filmie „Klejnot Nilu” z 1985 r. Michael Douglas wylądował samolotem nie w Egipcie, gdzie umieszczono scenę, lecz w pobliżu Warzazat.

Pierwszym, który odkrył potencjał okolicy, był David Lean. Na początku lat 60. ubiegłego wieku nakręcił tu dramat przygodowy „Lawrence z Arabii”, na podstawie autobiograficznej powieści T. E. Lawrence’a „Siedem filarów mądrości”. Za nim ruszyli inni.

300 słonecznych dni

Afrykański krajobraz mógł grać Himalaje, azjatyckie pustynie lub egipskie wioski. Zachwycały bajkowe pejzaże, mistyczne góry, piaszczyste równiny i gliniane fortyfikacje. Filmowców przyciąga tu murowana pogoda – ponad 300 dni słonecznych w roku, doskonałe światło, gotowe scenografie – pustynia, ośnieżone szczyty górskie, kazby, naturalne gaje palmowe, ludzie noszący się jak przed setkami lat, których można zatrudnić półdarmo jako statystów, do tego tani rzemieślnicy, którzy potrafią stworzyć piękne detale.

Filmy kręcone w Maroku są tańsze, a efekty lepsze niż w studiach Ameryki czy Europy. Pomaga przychylna polityka marokańskich władz, także podatkowa. Filmowcy mogą wwozić do kraju broń i materiały pirotechniczne wykorzystywane w filmach. Liberalizm panujący w Maroku pozwala np. muzułmańskiemu statyście grać chrześcijanina, z czym gdzie indziej byłby problem.

Filmowe pamiątki

Najmłodsze z tutejszych studiów filmowych – CLA – w 2005 r. zostało otwarte przez Muhammada VI, króla Maroka. Najstarsze, założone w 1983 r. – Atlas Studio – ma już charakter przede wszystkim muzeum. Kto nocuje w hotelu Oscar w Warzazat, ma do niego tylko parę kroków i może je zwiedzać za darmo. Można się w nim poczuć jak na planie jednego z kilkudziesięciu nakręconych tu filmów. Monumentalne dekoracje robią wrażenie, gdy jednak przyjrzeć im się z bliska, okazuje się, że są tylko tanią podróbką. Dekoracje zostały wykonane na ogół przez miejscowych rzemieślników.

W muzeum można obejrzeć m.in. samolot z „Klejnotu Nilu”, koloseum, w którym odbywały się walki gladiatorów z „Gladiatora”, domy z „Dziesięciu przykazań” Roberta Dornhelma czy egipski grobowiec z ogromnymi posągami. Egipskich budynków jest sporo, pochodzą m.in. z miniserialu „Tutanchamon” z Benem Kingsleyem, pałac Kleopatry z filmu o Asteriksie i z telewizyjnej „Kleopatry” z 1999 r.; zachował się po niej basen, w którym kąpała się w mleku.

Obok części egipskiej są dekoracje tybetańskie z filmu Martina Scorsese „Kundun – życie Dalaj Lamy” z 1997 r. Dokładnie tę samą dekorację, tę samą świątynię wykorzystał Peter Weir w „Niepokonanych” z 2010 r. Tam jednak odgrywa ona obiekt z Mongolii.

Gra o tron

W serialu „Gra o tron” widzieliśmy scenę, w której królowa Daenerys Targaryen, znana jako Zrodzona w Burzy, wyrusza z niewolnikami spod Astaporu, miasta nad Zatoką Smoków, zwaną dawniej Zatoką Niewolniczą. Astapor częściowo odgrywała As-Suwajra, miasto leżące nad oceanem, a częściowo – Studio Atlas. Potrzebne były brama i mur miejski z widokiem na pustynię, więc tu – na tyłach muru z „Królestwa niebieskiego” Ridleya Scotta – je zbudowano. Scott do swojego filmu kazał stworzyć średniowieczny zamek w skali 1:1. Powierzchnia murów wyniosła 28 tys. m2, do budowy zużyto setki ton gipsu.

Sporo jest w studiu budynków z czasów rzymskich. Często odgrywają one Jerozolimę i Ziemię Świętą, także w produkcjach telewizyjnych. W tej samej dekoracji nagrywano film o Jezusie – „Ogrody Edenu” i „Mojżesza” z lat odpowiednio: 1998 i 1995 r. Pustynię za studiem wykorzystano także m.in. w filmie „W obliczu śmierci” z 1987 r., czyli w przygodach Jamesa Bonda. Warzazat udawało Afganistan.

Po kręconych tu kilku odcinkach magazynu „Top Gear” pozostały specjalne samochody przeznaczone do zniszczenia w wybuchach i pożarach. Z bliska auta wyglądają na zrobione metodą chałupniczą gdzieś w garażu. Zachowały się tu także resztki rydwanów z „Gladiatora”.

Tu walczył Maximus

Jednym z najpiękniejszych miejsc w Maroku jest leżąca w pobliżu Warzazat ufortyfikowana wieś – ksar Ajt Bin Haddu. Labirynt domów, wież i spichlerzy wznosi się urokliwie na zboczu góry. Zabudowania z ubitej gliny wielokrotnie były planem filmowym wielkich produkcji.

Ksar służy mieszkańcom od setek lat, warownia istniała już na początku XVI wieku. Miała walory obronne, dzięki niej można było także kontrolować szlaki handlowe. Trudno oprzeć się wrażeniu, że czas się tu zatrzymał. Ludzie mieszkają jak przed wiekami, próbując skorzystać na turystach, sprzedając im rękodzieło, zioła, jedzenie. Na szczycie znajduje się obwałowanie dawnej wieży strażniczej. Można stąd podziwiać zieloną dolinę rzeki, a nawet dostrzec białe szczyty Atlasu.

Ajt Bin Haddu zagrało m.in. w filmach „Asterix i Obelix”, „Książę Persji: Piaski czasu”, „Aleksander Wielki”, „Gladiator”, „Szeherezada”, „Indiana Jones”, „Mumia”. W „Gladiatorze” Russell Crowe, jako generał Maximus, toczył pojedynki we wspomnianym już, zbudowanym na potrzeby filmu, koloseum.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Akcja dom

Duszpasterska wizyta, duszpasterska szansa

Agnieszka Dziarmaga
Edycja kielecka 3/2004

Graziako/Niedziela
Kapłan podąża z wizytą kolędową

Gdy ksiądz chodzi po kolędzie, w pogotowiu jest cały blok albo cała ulica. Kobiety zwalniają się z pracy, aby na czas przygotować stół przykryty obrusem, kropidło, naczynie z wodą święconą, pasyjkę i świece. Dzieciaki na gwałt uzupełniają zeszyty do religii albo gwarem wypełniają klatki schodowe, by co chwilę meldować pod „którym ksiądz jest numerem”. W blokach, w wielkich parafiach wizyta trwa krótko, najwyżej kilka minut. Jedni nie kryją irytacji: Na co komu taka kolęda? Czy coś z niej wynika? Inni bronią księży: przecież parafia liczy 15 tys. osób - musi wystarczyć krótka modlitwa i wymiana kilku zdań. Tak czy owak, nie milkną dyskusje wokół celowości kolędy.

Skąd się wzięła

O chodzących po kolędzie księżach pisał już Mikołaj Rej wkładając w usta wójta krytykę plebana: „... potym bieży po kolędzie / w każdym kącie dzwonić będzie / Więc woła Illuminare / a ty chłopku musisz dare...”. Skąd się jednak wziął zwyczaj duszpasterskich wizyt, trudno ustalić.
W starożytnym Rzymie odwiedzano się w styczniowe kalendy (callandae), zaczynające nowy rok. Wiadomo także, że wyraz „kolęda”, który do Polski dotarł za pośrednictwem Czechów, oznaczał pierwotnie pieśń noworoczną, śpiewaną podczas odwiedzania z tej okazji wiejskich gospodarzy.
Kościół zaadaptował te ludowe zwyczaje, łącząc je z błogosławieństwem domów w uroczystość Trzech Króli. A że nie dałoby się tego dnia odwiedzić wszystkich, wizyta rozłożyła się na czas poświąteczny.
Niemiecka i polska tradycja każe z okazji Trzech Króli napisać poświęconą kredą na drzwiach domów „K+M+B” (lub „C+M+B”) i datę roczną. Litery nie tyle są, jak zazwyczaj się uważa, skrótem od tradycyjnych imion Trzech Króli, lecz od łacińskiego Christus mansionem benedicat (lub polskiego: Chrystus Mieszkanie Błogosławi).
Dziś wizyta duszpasterska to nie tylko błogosławieństwo, ale może przede wszystkim spotkanie duszpasterza z parafianami. Przygotowanie do takiej wizyty powinno przebiegać w dwóch wymiarach: duchowym i zewnętrznym przygotowaniu domu.

... i jak przebiega?

Odwiedziny duszpasterskie mają charakter domowej liturgii. Rozpoczynają się od obrzędu błogosławieństwa rodzin (w czterech wersjach) ze wspólną modlitwą i ewentualnie rozważaniem Słowa Bożego. Niekiedy wizyta rozpoczyna się od zaintonowania kolędy, którą wraz z domownikami (i czasami ministrantami) śpiewa kapłan. Witając się słowami „pokój temu domowi” życzy, aby stale był w tym domu obecny Chrystus, który przychodząc na świat przyniósł ludziom pokój. Po tym pozdrowieniu następuje modlitwa o błogosławieństwo Boże dla całej rodziny i obrzęd błogosławieństwa mieszkania z pokropieniem wszystkich obecnych wodą święconą.
Podczas wizyty powinien być czas na rozmowę duszpasterza z wiernymi, przedstawienie księdzu rodzinnych radości i problemów; jest możność zademonstrowania osiągnięć szkolnych pociech, czy też ich udziału w parafialnych ruchach.
Dziś jednak często dominuje pesymizm. Biedniejemy, wielu traci pracę i stać ich na skromną lub żadną ofiarę. Wstydzimy się tego, bo przecież chcemy złożyć jakiś datek na potrzeby najbliższej nam wspólnoty. Zatem „ ile dać?”, staje się często przedmiotem długich dysput i przysłania zupełnie inne możliwości, jakie stwarzają odwiedziny księdza w naszym domu.
Na ogół nie wiemy też, dlaczego i po co duszpasterze zapisują coś w swoich kartotekach. Czyżby spisywali wysokości ofiar, albo liczyli „pogłowie”? Tymczasem księża tłumaczą, że informacje zebrane podczas kolędy pozwalają na rozeznanie potrzeb danej rodziny, uregulowanie jej spraw dotyczących życia sakramentalnego (np. stwierdzenie pożycia w związku niesakramentalnym).
- Dokładne przestudiowanie kartotek przed kolędą było dla mnie zawsze bardzo cenną sugestią - wyjaśnia ks. Dariusz Gącik, notariusz Kurii diecezjalnej w Kielcach. - Wynikało z nich np., że ktoś z rodziny jest poważnie chory, że jest w niej problem alkoholowy albo, że ludzie żyją bez ślubu. Znając te fakty mogłem odpowiednio przygotować się do rozmowy. I zdarza się, że wizycie duszpasterskiej towarzyszą naprawdę budujące doświadczenia - jej owocem jest np. chrzest dziecka, przystąpienie do sakramentu pokuty po długim okresie przerwy, zawarcie zawiązku małżeńskiego, albo skierowanie do rodziny konkretnej pomocy materialnej. Ogólnie - „powrót do praktyki wiary”, jak mówią księża.
Niekiedy, z myślą o swych następcach, szczególnie w miejskich parafiach, duszpasterze przekazują sobie uwagi zabawne i nietypowe, np. gdzie można liczyć na posiłek. Chociaż, co do posiłku, to w miastach brakuje zupełnie nań czasu - chyba że jest to naprawdę ostatnie mieszkanie w tym dniu.
- Dzień chodzącego z wizytą duszpasterską księdza przedstawia się zazwyczaj tak - wyjaśnia ks. D. Gącik. - Rano katecheza w szkole, powrót na obiad lub nieco później, przejrzenie kartotek i już ok. 15.00 rozpoczynamy wizytę duszpasterską. Kończymy zwykle ok. 21.00 - 21.30. Potem ewentualnie jakaś kolacja i przygotowanie się do katechezy na następny dzień. Czasem przez tydzień zdarzało mi się nie odsuwać zaciągniętych na noc zasłon…

Po co w ogóle takie odwiedziny

W Kodeksie Prawa Kanonicznego odnajdujemy kan. 529 § 1, który mówi: „Pragnąc dobrze wypełnić funkcję pasterza, proboszcz powinien starać się poznać wiernych powierzonych jego pieczy. Winien zatem nawiedzać rodziny, uczestnicząc w troskach wiernych, zwłaszcza niepokojach i smutku oraz umacniając ich w Panu, jak również - jeżeli w czymś nie domagają - roztropnie ich korygując”.
Wizyta duszpasterska jest dobrym sposobem realizacji tej „funkcji pasterza”. Ks. D. Gącik przestrzega przed nazywaniem jej kolędą. Bo kolęda dotyczy tylko okresu Bożego Narodzenia i choć jest umocniona w Polsce silną tradycją, nie należy ograniczać możliwości wyboru przez proboszcza innego czasu.
Coraz częściej dzieje się tak w wielkich miejskich parafiach, gdzie wizytę rozpoczyna się na początku Adwentu - np. w kieleckiej parafii św. Maksymiliana. - Siła tradycji jest tak wielka, że ludzie oburzają się na tę praktykę. A nie ma ku temu podstaw - wyjaśnia ks. Gącik, zalecając wyrozumiałość wobec realiów konkretnej parafii. W innych diecezjach spotkać można daleko bardziej nowatorskie praktyki, np. odwiedzanie parafian przez cały rok w dwa wybrane dni tygodnia. Wówczas są to wizyty rzeczywiście długie. Ale u nas… - My pochodzimy z Bielin, Wilkowa, Lisowa - tłumaczą parafianie ze św. Maksymiliana - w naszych wsiach nie rozbierało się choinki, dopóki ksiądz nie przyszedł po kolędzie. To i niełatwo przywyknąć...

Jak to jest w naszej diecezji

Diecezja kielecka ma w zdecydowanej większości charakter rolniczy, gdzie na dobre zakorzenił się obyczaj celebrowania kolędy. Nie ma mowy o krótkich odwiedzinach. Ksiądz musi wysłuchać tego, co ludzie mają mu do powiedzenia, czasem pokosztować ciast upieczonych na tę okazję, „omodlić” nowe domowe sprzęty, skorzystać z transportu organizowanego przez parafian. Pan Stanisław z Morawicy nie wyobraża sobie, żeby ksiądz chodził na piechotę albo jeździł własnym samochodem. - To jedyna okazja, żeby z księdzem bliżej pogadać, poznać go. No i nie wypada - kwituje krótko. - Co ksiądz, to ksiądz.
- Dla mnie kolęda jako ciągłe pogłębianie relacji z parafianami, ma duży sens - wyjaśnia ks. prob. Marian Gawinek. - W takiej parafii jak Stojewsko, ksiądz zna wszystkich i wszyscy znają księdza, więc tym bardziej jest o czym porozmawiać. Odwiedzanie rodzin i domów odbywa się na sposób tradycyjny, w ciągu godziny mniej więcej są to cztery „numery”. Księdza poprzedzają zawsze ministranci, którzy zaśpiewają gospodarzom kolędę. Pan domu czeka przed bramą, zaprasza do wysprzątanego wnętrza. Z księdzem starają się spotkać wszyscy domownicy. Ludzie chcą się wygadać; mówią, że coraz trudniej im o nadzieję, rolnictwo jest bez szans. Ale ostatnio obserwuję, że część młodych zaczyna osiedlać się w rodzinnej parafii, głównie za sprawą dobrze prosperującego zakładu drzewnego.
Jednak i na kieleckiej wsi w tradycję wkraczają realia. - Ja z kolędą chodzę od rana, więc uwijamy się dość szybko - wyjaśnia ks. Jerzy Siemiński, proboszcz z Mieronic k. Wodzisławia. - Dlaczego? To proste. Ludzie nie pracują prawie w 100%, więc można odwiedzać ich od rana. W parafii Mieronice, liczącej ok. 1300 osób, kolęda trwa ok. 15 dni. Chociaż ludzie są ubodzy, to absolutnie nie spotkałem się z mniejszą niż kiedyś serdecznością. Chcą księdza zatrzymać jak najdłużej, wygadać się. Panuje zupełnie wyjątkowa atmosfera - inna, nie naznaczona takim pośpiechem, jak np. wspominam z Kielc czy Pińczowa.
Kolęda, choć nieraz krytykowana za jej formę, jawi się jako szansa i propozycja. Otwarte drzwi domów, tradycja staropolskiej gościnności i wreszcie zaproszenie do rewizyty - bo taki sens ma przecież jakakolwiek wizyta - stwarzają wielkie możliwości. Warto z nich skorzystać.

Wydarzyło się podczas kolędy...

Państwu N. pomyliła się data wizyty księdza, więc na pukanie kapłana otworzył tylko pan domu. Ponieważ zapewniał, że żona za chwilę nadejdzie, a do wizyty są w zasadzie przygotowani - psychicznie i duchowo, ksiądz zgodził się zaczekać i nawet ofiarował swą pomoc w szybkim przygotowaniu ładnie wysprzątanego pokoju. Jakaż była konsternacja pani domu, która na to właśnie nadeszła i stwierdziła, że stół został nakryty... poszewką na kołdrę.

* * *

Gospodarze długo oczekujący swej kolejki włączyli telewizor i zapomnieli go wyłączyć, gdy ksiądz wreszcie nadszedł. Usadowili go w fotelu naprzeciw ekranu, gdzie właśnie trwały wybory Miss Nastolatek, zapewniając, że to będzie najlepsze dla księdza miejsce…

* * *

Zmęczony całodzienną kolędą ksiądz trafił wreszcie na koniec do swych dobrych znajomych i rozluźniony rozpoczął wspólną modlitwę: „A teraz pomódlmy się słowami, którymi Pan Jezus zwrócił się do swego Ojca: Zdrowaś Maryjo, łaskiś pełna...

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Rozpoczął się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan

2019-01-18 22:02

Kamil Krasowski

W Kościele katolickim rozpoczął się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. W naszej diecezji 18 stycznia zainaugurowało go nabożeństwo ekumeniczne w parafii katedralnej w Gorzowie.

Karolina Krasowska
Nabożeństwo ekumeniczne w kaplicy katedralnej w Gorzowie

Zobacz zdjęcia: Nabożeństwo ekumeniczne w parafii katedralnej w Gorzowie

Modlitwom ekumenicznym w Gorzowie przewodniczył ks. prał. Zbigniew Kobus, proboszcz parafii katedralnej. - Bardzo serdecznie pragnę powitać wszystkich obecnych na naszym nabożeństwie o jedność chrześcijan, którym rozpoczynamy tydzień powszechnej modlitwy w Kościele rzymskokatolickim o jedność wszystkich chrześcijan na całym świecie. Tym nabożeństwem rozpoczynamy także modlitwę naszej diecezji zielonogórsko-gorzowskiej  - powiedział ks. prał Kobus. - Do tej pory gromadziliśmy się rokrocznie w katedrze. Ale cieszę się, że mimo tego bólu, który przeżywamy już od półtorej roku z powodu braku katedry, która jest odbudowywana, remontowana gromadzimy się w tej kaplicy naszej parafii katedralnej. I cieszę się, że do niej przybywacie na modlitwę także w intencji jedności wszystkich chrześcijan. Chociaż na dworze trochę chłodno, ale myślę, że nasze serca rozgrzane są wzajemną życzliwością, powiem więcej - miłością i radością z tego, że razem możemy stawać do wspólnej modlitwy.

W modlitwie uczestniczyli ze strony polskiej: bp Mirosław Wola - proboszcz parafii kościoła ewangelicko-augsburskiego w Gorzowie, ks. Jarosław Szmajda - proboszcz parafii prawosławnej w Gorzowie, pastor Dariusz Chudzik - proboszcz parafii Zboru Kościoła Chrześcijan Baptystów w Gorzowie, ks. Tadeusz Kuźmicki - referent ds. ekumenizmu diecezji zielonogórsko-gorzowskiej, który przygotował nabożeństwo w Gorzowie, ks. Rafał Mocny - duszpasterz akademicki w Słubicach oraz prof. Paweł Leszczyński - prorektor Akademii im. Jakuba z Paradyża, reprezentant kościoła ewangelicko-augsburskiego. Z kolei stronę niemiecką reprezentowali: superintendent Frank Schürer-Behrmann z Europejskiego Centrum Ekumenicznego we Frankfurcie n. Odrą, pastor dr Justus Werdin z Europejskiego Centrum Ekumenicznego we Frankfurcie n. Odrą oraz superintendent Christoph Bruckhoff z ewangelickiego Kościoła Oderland-Spree.

Tematem tegorocznego Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan są słowa z Księgi Powtórzonego Prawa: "Dąż do sprawiedliwości" (Pwt 16,20), zaś rozważania i modlitwy zostały przygotowane przez chrześcijan z Indonezji.

Homilię wygłosił pastor dr Justus Werdin, który na samym początku wyraził współczucie z powodu śmierci prezydenta Gdańska śp.Pawła Adamowicza. Pastor skupił się także na haśle tegorocznego Tygodnia Modlitw O Jedność Chrześcijan "Dąż do sprawiedliwości". -  Sprawiedliwość należy do Pisma Świętego. Tam bardzo często się spotyka to słowo i należy ono do samego Boga. Więc pozwólcie, że spytam jaki jest dźwięk tego słowa, co tam w nim dźwięczy ? - pytał pastor Werdin. - Bóg jest sprawiedliwy, a my to mamy słyszeć i dostosowywać się do tego dźwięku. Myślę, że Bóg bardzo chce, abyśmy byli Jego pomocnikami w dziele sprawiedliwości - kontynuował pastor. 

Kolejne nabożeństwa ekumeniczne zaplanowano w Wyższym Seminarium Duchownym w Gościkowie-Paradyżu (23 stycznia) i parafii Ducha Świętego w Zielonej Górze (25 stycznia).

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem