Reklama

100 modlitw za Polskę

Przeszczepiono serce, które przestało bić

2015-03-28 14:57

wpolityce.pl

Tomasz Lewandowski

Po raz pierwszy w Europie przeszczepiono serce, które przestało bić w ciele dawcy. To ogromny sukces lekarzy z Papaworth Hospital w Cambridge. Pacjent z nowym sercem czuje się z każdym dniem lepiej.

Aby rozpocząć przeszczep lekarze musieli najpierw „przywrócić serce do życia.” Po pobraniu „martwego” organu umieszcza się go w specjalnym urządzeniu przywracającym jego czynność, tzw. „heart-in-a-box” („serce w pudełku”). Serce jest w nim ogrzewane, przywraca się w nim bicie, a substancja odżywcza zmniejsza uszkodzenie tkanek.

To fenomenalne osiągnięcie. Od tej pory ludzie, którzy wcześniej nie mogli mieć przeszczepu, dostaną nowe życie — powiedział Simon Messer, jeden z kardiochirurgów biorących udział w operacji.

Pacjent, któremu przeszczepiono „ożywione” serce, szybko wraca do zdrowia. To 60-letni mieszkaniec Londynu. Mężczyzna w 2008 roku przeszedł zawał i jak mówi, od tamtego czasu jego życie praktycznie nie istniało.

Reklama

Mężczyzna po operacji spędził w szpitalu tylko 4 dni. Czuje się bardzo dobrze i jak twierdzi, z każdym dniem ma więcej sił.

Szacuje się, że tego typu przeszczepy mogą pozwolić na zwiększenie liczby transplantacji serca nawet o 25 proc.

Tagi:
zdrowie

Po pierwsze: nie szkodzić!

2018-11-14 11:41

Z prof. dr. hab. n. med. Leszkiem Saganem, neurochirurgiem, rozmawia Anna Wyszyńska
Niedziela Ogólnopolska 46/2018, str. 40-41

Archiwum prof. Leszka Sagana
Prof. Leszek Sagan na bloku operacyjnym

ANNA WYSZYŃSKA: – Dziękuję, że Pan Profesor przyjął zaproszenie „Niedzieli” do udzielenia wywiadu – dzięki temu czytelnicy będą mogli dowiedzieć się więcej o możliwościach współczesnej neurochirurgii. Jakie były pierwsze kontakty Pana Profesora z neurochirurgią i droga do tej specjalizacji?

PROF. LESZEK SAGAN: – Moje zainteresowania narodziły się bardzo wcześnie, już w domu rodzinnym, bo moja mama była lekarzem, a tata biologiem. Wychowywałem się w rodzinie, w której dużo się mówiło o organizmie ludzkim i o chorobach. Już w szkole podstawowej interesowały mnie wszelkie informacje związane z układem nerwowym, a szczególnie z mózgiem. Właściwie to można powiedzieć, że przez zainteresowanie mózgiem, jego znaczeniem i funkcjonowaniem w organizmie człowieka wszedłem w medycynę. Już jako uczeń podstawówki wiedziałem, że będę się zajmował układem nerwowym, że to jest to, co będę chciał robić w życiu.

– Czyli w chwili rozpoczęcia studiów wiedział Pan Profesor, że się poświęci neurochirurgii?

– Studiowałem w Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie – teraz jest to Pomorski Uniwersytet Medyczny – i ze względu na moje zainteresowania już na studiach działałem w neurochirurgicznym studenckim kole naukowym. Po dyplomie trafiłem, w drodze konkursu, do kliniki neurochirurgii, zacząłem robić doktorat i specjalizację, a jednocześnie przygotowywałem się do amerykańskich egzaminów nostryfikacyjnych. Były to lata, kiedy Polska była za żelazną kurtyną, przepływ wiedzy medycznej był ograniczony. Z nielicznych publikacji, które docierały, wiedzieliśmy, że rozwój tej dziedziny na tzw. Zachodzie jest intensywny i że różnica między Polską a zachodnimi krajami jest ogromna. Dlatego bardzo chciałem wyjechać do nowoczesnej placówki, aby zdobyć tę wiedzę. Rzeczywiście, po zrobieniu doktoratu, uzyskaniu specjalizacji i zdaniu egzaminu nostryfikacyjnego, który dał mi prawo wykonywania zawodu lekarza w USA, otrzymałem pracę na Uniwersytecie w Arizonie. Wyjechaliśmy z rodziną na rok, potem zostaliśmy na kolejny. Pracowałem intensywnie na neurochirurgii, dużo operowałem. Po dwóch latach wróciliśmy, chociaż było sporo pokus, żeby zostać, bo mieliśmy wtedy trójkę dzieci, córka urodziła się tam, a ekonomicznie w Polsce nie było łatwo. Ale gdy wyjeżdżałem z Polski, obiecałem sobie, że jadę po to, żeby się uczyć, i wracam. I tak zrobiłem.

– Mimo pokus i możliwości dalszego rozwoju zawodowego wrócił Pan Profesor do Szczecina.

– Mimo pokus wróciłem do Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego, gdzie kontynuowałem pracę, starając się jak najszerzej implementować wiedzę, którą zdobyłem za oceanem. Na początku były to trochę utopijne marzenia – z powodu braku sprzętu, ze względów organizacyjnych i innych. Teraz, kiedy mija 18 lat od mojego powrotu z amerykańskiej kliniki, ostatnie operacje, o których wtedy marzyłem, a których wówczas w Polsce nie wykonywaliśmy, już przeprowadzamy. Mam poczucie, że w ten sposób zamknął się ważny rozdział, i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy. Naprawdę nie mamy się czego wstydzić. Mówię tak, bo mamy stałe kontakty z neurochirurgami z USA, uczestniczymy w konferencjach, wyjazdach szkoleniowych. Niedawno zaprosiłem kolegę z USA na kongres, który organizowaliśmy we wrześniu, aby przedstawił swoje osiągnięcia, na co on odpowiedział: – Ale przecież wy to wszystko już robicie, o czym mam mówić? To najlepszy dowód, że nasza neurochirurgia rozwija się równolegle do neurochirurgii światowej.

– Jakie operacje były na liście marzeń Pana Profesora po powrocie z USA?

– Bardzo chciałem, aby nasi pacjenci mieli dostęp do operacji padaczki opornej na leczenie farmakologiczne, operacji z dziedziny neurochirurgii funkcjonalnej, operacji onkologicznych. Pamiętajmy, że neurochirurgia to chirurgiczne leczenie chorób układu nerwowego, mózgu, rdzenia kręgowego i nerwów obwodowych, czyli to, co możemy zrobić, by leczyć chorego, który ma problemy z tymi organami. Jeżeli chodzi o mózg i rdzeń, to często wchodzimy w obszary, które nie są do końca poznane. Jako lekarze wciąż dowiadujemy się nowych rzeczy i to jest fascynujące, choć wiąże się z ogromną odpowiedzialnością, bo lekarz musi zawsze przestrzegać zasady „Primum non nocere”. Z drugiej strony – jest ogromna satysfakcja, gdy możemy pomóc choremu, a jednocześnie rozwijać medycynę i jej możliwości. Jest to fascynujące również z tego powodu, że mózg jest miejscem, gdzie mieszczą się nasza psychika, wyższa uczuciowość, regulacje procesów mentalnych. Są to obszary wchodzące bardzo głęboko w istotę człowieka, istotę medycyny. To niesamowite doświadczenie.

– Szczególnymi pacjentami neurochirurga są dzieci. Czytelnicy często włączają się w pomoc dla ciężko chorych dzieci, których apele o wsparcie są publikowane na naszych łamach, dlatego interesują ich nowe możliwości leczenia.

– W krótkim czasie dokonał się ogromny skok. W 2013 r. na oddziale neurochirurgii dziecięcej w Szczecinie zaczęliśmy wykonywać operacje selektywnej rizotomii rdzeniowej – są to operacje stosowane w leczeniu spastyczności u dzieci dotkniętych dziecięcym porażeniem mózgowym. Wcześniej rodziny jeździły na takie operacje do USA i innych ośrodków poza Polską, teraz możemy im pomagać w kraju. Podobnie jest z chorobami onkologicznymi. Guzy nowotworowe mózgu to statystycznie druga, po białaczkach, choroba nowotworowa występująca u dzieci. To są, niestety, w większości guzy złośliwe. Gdy spoglądamy na wyniki leczenia 10 lat wstecz i dziś, widzimy ogromną różnicę, jeżeli chodzi o przeżywalność czy jakość przeżycia. Dzięki chemioterapii i radioterapii możemy coraz częściej uzyskać wyleczenie guza złośliwego czy też przedłużyć życie chorego w dużym komforcie.

– Czy w swojej pracy często doświadcza Pan Profesor uczucia porażki?

– To jest często walka, ogromne zmaganie się, czy mogę jeszcze zrobić coś więcej, ale również zmaganie się z tym, aby nie kontynuować leczenia wtedy, gdy staje się ono uporczywe. To są dylematy, które towarzyszą nam na co dzień. Oprócz niepowodzeń, które są zawsze w medycynie, jest też satysfakcja, gdy pacjent wraca do zdrowia, i ona daje siłę do działania.

– Co w myśleniu o postępie w medycynie może być pomocą, a co przeszkodą?

– Nowoczesna medycyna nie może stracić swoich korzeni. Ona nadal opiera się na chrześcijańskim, bardzo duchowym myśleniu o człowieku. Cały czas mamy przysięgę pochodzącą od Hipokratesa, określającą pewne wartości, których medycyna nie może się pozbyć, choć czasem podejmowane są próby ich usunięcia w imię nowoczesnej nauki. Jest to pewna pułapka, która odziera medycynę z jej prawdziwej natury. Bardzo ważne jest również chronienie relacji pacjent – lekarz. Ten kontakt jest coraz bardziej wydłużany, pozbawiany swojej pierwotnej natury i najistotniejszej zasady. W tę relację coraz bardziej wchodzą różne działania, które oddalają lekarza od chorego i odwrotnie. Można wymienić wiele czynników, zarówno po stronie lekarza, jak i po stronie pacjenta, które ten kontakt niszczą. Dodatkowo między te dwie osoby wchodzi coraz więcej podmiotów, mających regulować ich wzajemne stosunki. Tymczasem ten bliski kontakt musi być pełen zaufania i empatii. Wzajemne zaufanie stanowi fundament, jeżeli ono zostanie zachwiane, to stracimy medycynę w takim wymiarze, w jakim chcielibyśmy ją mieć. Nad tą bardzo delikatną równowagą, którą niszczą postawy roszczeniowe, muszą czuwać zarówno lekarze, jak i organizacje, które chronią interes pacjenta, tak by nie uprzedmiotowiać ani jednego, ani drugiego.

– Coraz dotkliwiej odczuwamy w Polsce brak wystarczającej liczby lekarzy i pielęgniarek, czego konsekwencją jest coraz intensywniejsza praca. Co jest dla Pana Profesora oparciem w chwilach szczególnego obciążenia?

– Lekarzy jest mało, liczba personelu medycznego się zmniejsza, a zadań jest coraz więcej. W tym wirze można łatwo zapomnieć o korzeniach. Nauczyłem się, by w tych trudnych chwilach wracać myślą do lat, kiedy wybierałem mój zawód, zastanawiałem się, po co chcę to wszystko robić. Z taką postawą, takim kompasem rozwijało się moje życie zawodowe, potem przyszła rodzina, która jest dla mnie najważniejsza. Moja żona jest stomatologiem, była czynna zawodowo do naszego wyjazdu do USA. Po powrocie rozważała powrót do pracy, ale postanowiła zająć się rodziną. Z szóstki naszych dzieci dwaj najstarsi synowie ukończyli już studia – medycynę i założyli rodziny, idą swoją drogą. Dom jest zawsze radością i oparciem, bo przecież nikt z nas nie jest samotną wyspą. To obecność moich bliskich daje siłę do działania. Nierozłącznie z tym umacniającym poczuciem wdzięczności za dar ich obecności kroczą, oczywiście, wiara i refleksja, że jestem lekarzem po to, by służyć i pomagać chorym.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Każdy ma jakąś pustynię

2018-12-05 11:05

O. Stanisław Jarosz OSPPE
Niedziela Ogólnopolska 49/2018, str. 33

Św. Jan, mozaika (XXI wiek)/fot. Graziako

Czas Adwentu jest zaproszeniem do myślenia o powtórnym przyjściu Jezusa, a czytania mszalne są pełne otuchy. Każdy z nas ma jakąś pustynię w sobie, w swoim życiu. Może pustynię niemocy, bezradności, bezsilności? Pustynię zmarnowanego i przegranego życia? Może pustynię samotności, cierpienia? Może wreszcie pustynię upadku i grzechu? Na pustyni nie pomogą pieniądze, godności, układy, wykształcenie.

Św. Jan ogłasza chrzest nawrócenia dla odpuszczenia grzechów. Wzywa mnie do nawrócenia, do zmiany myślenia. Na pustyni jestem wezwany, bym poszedł do źródła – do źródła miłosierdzia, którym jest sakrament pokuty. Chcę się nawrócić, chcę przyjąć Boże przebaczenie, chcę się przyodziać w sprawiedliwość pochodzącą od Boga. Chcę prostować ścieżki mojego życia, ponieważ są one często pokręcone, ponieważ często osądzam, oskarżam i jestem egoistą.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Z Niepokalaną modlili się o dar wiary

2018-12-09 21:58

Kamil Krasowski

Diecezjalna Grupa Modlitewna św. Ojca Pio w Zielonej Górze 8 grudnia zorganizowała „Wieczór z Niepokalaną”. Czuwanie wpisywało się w obchodzoną tego dnia uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny.

Karolina Krasowska
Uczestnicy spotkania modlili się za swoje rodziny i o dar wiary dla tych, którzy ją utracili

Spotkanie odbyło się w parafii św. Alberta, a poprowadził je opiekun wspólnoty ks. Krzysztof Hojzer. Uczestnicy sobotniego nabożeństwa modlili się o dar wiary dla tych, którzy ją utracili. – Spotykamy się dzisiejszego wieczoru, żeby prosić Niepokalaną o dar wiary. Matka Najświętsza w sposób niezwykły pokazała nam swoim człowieczeństwem i zawierzeniem Panu Bogu, czym jest wiara i jaką łaską jest wiara, którą daje Bóg. Chcielibyśmy ją dzisiaj poprosić, aby takiej wiary nas nauczyła, ale też ją ofiarowała. Przez Jej Niepokalane Poczęcie, niezwykłą świętość chcemy prosić Boga, aby takiej łaski nam udzielił – powiedział ks. Krzysztof.

Spotkaniu towarzyszyła szczególna modlitwa za rodziny i tych wszystkich, którzy utracili swoją wiarę, a każdy z uczestników nabożeństwa otrzymał Cudowny Medalik oraz błogosławieństwo.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem