Reklama

Kalendarze 2019

Marzenie o Niepodległej

2018-11-07 08:41

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 45/2018, str. 36-37

Grzegorz Boguszewski
Prof. dr hab. Wiesław Jan Wysocki

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – W szkole uczono nas, Panie Profesorze, że Polacy pod zaborami nieustannie marzyli o niepodległej, wolnej Polsce. Czy jednak ta myśl niepodległościowa zawsze była powszechna i silna, bo przecież niełatwo było ją przekuć w skuteczny czyn niepodległościowy?

PROF. WIESŁAW J. WYSOCKI: – Upadek niepodległości był dla Polaków zjawiskiem szokującym; upadło przecież państwo ścigające się z Francją o to, które z nich jest większym mocarstwem. Zmowa trzech sąsiadów doprowadziła do tego, że Polska została starta z mapy Europy, co zostało potwierdzone traktatami międzynarodowymi i zatwierdzone – to też trzeba przypomnieć – przez Sejm, wprawdzie zewnętrznie przymuszony, ale przecież własny. Stąd już w pokoleniu, które doznało tego szoku upadku państwowości, pojawiły się silne tendencje do walki o niepodległość, powstały np. Legiony Dąbrowskiego, po których do dziś został nam przekaz: „Jeszcze Polska nie umarła...”.

– Potem były powstania, zrywy patriotyczne, z których jednakowoż – jak lubiano narzekać – niewiele wynikało...

– A jednak coś wynikało! Powstanie listopadowe, a potem Wiosna Ludów zrodziły swoisty mit konieczności walki. Kolejne pokolenia mogły więc bazować na tego rodzaju romantycznym przekazie. A najtragiczniejszy z polskich porywów – powstanie styczniowe, które zostało już niejako wymuszone, ma wielkie następstwa; Polacy zapłacili za nie wielką cenę, a okres popowstaniowy nazwano na ziemiach polskich „ciszą grobów”. Jednak właśnie to powstanie 1863 r. doprowadziło do tego, że po raz pierwszy stworzono koncepcję państwa podziemnego.

– A zatem, Panie Profesorze, mimo rozmaitych narzekań na „bezsensowne przelewanie polskiej krwi” – co w pewnych kręgach polskich elit ma miejsce do dziś – nawet te nieudane zrywy patriotyczne miały i zawsze mają wielki sens?

– Trudne doświadczenie powstania styczniowego jest tego potwierdzeniem. Niewątpliwy był wpływ tego powstania na późniejsze pokolenie niepodległościowe, które wyrosło na legendzie 1863 r. Dlatego, gdy tylko powstało Wojsko Polskie, w 1919 r. Józef Piłsudski nakazał, aby żyjący jeszcze powstańcy styczniowi dostali własne mundury, a w specjalnym rozkazie przywitał ich jako kolegów-żołnierzy, jako weteranów, po których polskie wojsko dziedziczy tradycję bojową i którzy są żywym symbolem ciągłości państwa polskiego. Powstańcy styczniowi cieszyli się w społeczeństwie i w wojsku II RP tak wielką estymą, że salutowali im nawet generałowie. Byli natchnieniem dla młodych chłopców wstępujących do wojska w 1920 r.

– Także dla samego Józefa Piłsudskiego?

– Bez wątpienia. Na przełomie XIX i XX stulecia w polskim społeczeństwie ukształtowały się dwie koncepcje rozumienia patriotyzmu – romantyczna i zachowawcza. Na czele nurtu romantycznego, proponującego bezwarunkową walkę o niepodległość, z biegiem lat niekwestionowanym przywódcą staje się właśnie Piłsudski, z całą swoją tradycją socjalistyczno-niepodległościową. Ta piękna tradycja polskiego romantyzmu niepodległościowego, socjalistycznego – niemająca nic wspólnego z agenturalnym socjalizmem importowanym ze wschodu – nawiązywała do postaw romantycznych bohaterów, do tych Winkelriedów, Gustawów i Konradów, przywołanych do życia przez wieszczów epoki Romantyzmu i Młodej Polski i sączących myśl o wyzwoleniu Polski.

– I znów musimy ponarzekać, że ta postawa romantyczna była – i nadal jest – traktowana nieufnie i krytykowana, a nawet wyśmiewana.

– To, niestety, prawda. Pomińmy tu jednak dzisiejsze skojarzenia... Wtedy przeciwnicy niepodległościowego romantyzmu zachowawczo proponowali odtworzenie substancji polskiej w oparciu o państwo carskie. Na terenie byłego Królestwa Polskiego (nazywanego pogardliwie priwislinskim krajem) ta prorosyjska ideologia przeorała społeczną świadomość do tego stopnia – mimo doznanych właśnie tu największych upokorzeń i cierpień – że gdy w 1915 r. wojska zaborcy wychodziły z Warszawy, to jej ludność płakała, że „nasi odchodzą”...

– Jednak doszło do patriotycznego przebudzenia. Jak to się stało?

– Aby ta prorosyjska postawa mogła być zastąpiona postawą niepodległościową, trzeba było budzić społeczeństwo przez organizację manifestacji patriotycznych przypominających Konstytucję 3 maja i powstanie styczniowe. I tak w 1916 r., w związku z rocznicą śmierci Romualda Traugutta i postawieniem krzyża w miejscu egzekucji tego dyktatora powstania oraz członków Rządu Narodowego, odbyła się manifestacja 150-200 tys. mieszkańców Warszawy. Zapanował patriotyczny klimat przypominający czas przed powstaniem styczniowym, kiedy to podczas pogrzebu zabitych na placu Zamkowym polskich patriotów czoło konduktu dochodziło do Powązek, a trumien jeszcze nie wyniesiono z kościoła Świętego Krzyża... Ten ostateczny przewrót świadomościowy Polaków zaczął się powoli dokonywać dopiero w czasie I wojny światowej.

– Bo dopiero wojna między zaborcami dała Polakom szansę na odzyskanie własnego państwa?

– Wcześniej było Mickiewiczowe błaganie: „o wojnę powszechną prosimy cię, Panie”, i rzeczywiście, realna szansa pojawiła się dopiero, gdy nasi zaborcy znaleźli się w konflikcie ze sobą. Wtedy ożywa też legenda własnego czynu zbrojnego, idea buntu, powstania, którego jednak Piłsudskiemu nie udaje się wzniecić. Przejmuje więc inicjatywę Naczelnego Komitetu Narodowego, opowiada się za Legionami, z czasem zostaje dowódcą jednej z brygad, stara się też oddziaływać na powszechną opinię.

– Można powiedzieć, że był świetnym propagandystą idei niepodległości?

– Rzeczywiście, był przecież redaktorem pisma „Robotnik”, sam wiele pisał i przez jakiś czas w rubryce zawód wpisywał: „literat”, a przy tym doceniał znaczenie mediów. A jako polityk dobrze wiedział, że bez szerokiego poparcia społecznego oraz bez wsparcia uznanych już przez społeczeństwo autorytetów wiele się nie zdziała. Dlatego dosłownie przymusił Wyspiańskiego, aby ten przygotował mu odezwę wzywającą naród do walki. I – jak lubił z przekąsem opowiadać – on, stary socjalista, szmuglował przez kordon graniczny obrazki z Matką Bożą Częstochowską i apelem Wyspiańskiego sformułowanym w słowach pięknego hymnu „Veni Creator Spiritus”– Przyjdź, Duchu Święty.

– Ale nie można chyba porównywać tych działań Piłsudskiego do dwulicowej religijności wielu polityków III RP?

– W żadnym razie. Tego rodzaju bogoojczyźniany przekaz wśród socjalistów niepodległościowych był czymś najzupełniej naturalnym. Piłsudski był bezwzględnie i szczerze przekonany, że wbrew polskiej tradycji religijnej nie można formować wizji Polski. O tej pewności Piłsudskiego pisze Stefan Żeromski. Otóż w 1911 r. Piłsudski odwiedza Żeromskiego w Zakopanem; przez kilka godzin rozmawiają o wolnej Polsce. Piłsudski siedzi w kalesonach – bo jedyne jego portki są akurat cerowane przez służącą – i snuje opowieść o Polsce. A jest to przecież czas, kiedy jakiekolwiek myślenie o niepodległej Polsce wydawało się fantasmagorią. A on ją już widział, jakby już istniała, już ją urządzał, organizował. Jaką trzeba mieć wiarę w sobie – pisze Żeromski w zadziwieniu – żeby siedząc w kalesonach, mówić o Polsce, której nie ma...

– A w dodatku tego rodzaju strategiczne myślenie chyba długo jeszcze nie zaprzątało polskich elit...

– Mało tego, jeszcze w 1914 r. abp Aleksander Kakowski i elity warszawskie widziały w Piłsudskim – mówiąc dzisiejszym językiem – terrorystę. Dopiero od 1916 r., a już na pewno w 1918, dostrzegli w nim męża opatrznościowego. Abp Kakowski wyraźnie wtedy napisał, że nie ma innej osoby, której można by powierzyć funkcję przywódcy narodowego. Piłsudskiego uznano wreszcie za jedyną osobę odpowiednio przygotowaną do tej roli i odpowiednio zdeterminowaną.

– Bo nie wystarczyło odzyskać niepodległość i cieszyć się z niej, ale tę rozsypaną polską państwowość i zdezorientowany naród należało ująć w jakieś karby...

– Tak. Ale co najważniejsze, Piłsudski miał świadomość, że nie można odbudować państwa polskiego tylko w oparciu o część społeczeństwa, o partie polityczne. Dlatego, gdy wysiadł z „czerwonego tramwaju na przystanku Niepodległość”, powiedział swoim towarzyszom: odtąd jesteśmy „na Pan”. Wiedział, że tej prawicy, która była i zawsze będzie mu przeciwna, nie można wykluczać z organizmu tworzonego państwa. Gdy wkrótce przyszła godzina próby, rok 1920, wtedy już nie było żadnych podziałów politycznych.

– A jednak niełatwo było nad nimi zapanować, a z dzisiejszej perspektywy patrząc, wydaje się to całkiem niemożliwe.

– Jednak w 1918 r. nasza polska elita zachowuje się pięknie. Dwaj najwięksi antagoniści – Piłsudski i Dmowski współpracują ze sobą; jeden działa w Polsce, drugi – w Paryżu. Gen. Józef Haller, który ma tytuł Naczelnego Wodza Wojsk Polskich, po przybyciu ze swoją Błękitną Armią na ziemie polskie, melduje się do dyspozycji Naczelnika Państwa, uznaje jego autorytet. Wielki polski pianista i kompozytor Ignacy Jan Paderewski staje na czele rządu. Wszystkie siły są więc skupione. Gdy na Polskę najeżdża bolszewicka armia „robotniczo-chłopska”, w Rzeczypospolitej mamy akurat także rząd robotniczo-chłopski Witosa i Daszyńskiego... Jednak po naszej stronie istnieje głębokie poczucie polskości, patriotyzm, a po stronie „robotniczo-chłopskiego” najeźdźcy potrzeba takiego umiędzynarodowienia rewolucji bolszewickiej, aby podbiła cały świat.

– Można zatem powiedzieć, że rok 1920 był ostateczną próbą odpowiedzialnego patriotyzmu elit oraz jedności polskiego narodu?

– Bez wątpienia. Okazało się, że naród polski nagle stał się jednym tworem, mimo podziału na trzy zabory i na tę „czwartą dzielnicę”, którą zawsze była polska emigracja i która teraz wnosi ogromny wkład w odbudowę niepodległego państwa polskiego.

– Czy jednak bez determinacji tej jednej osoby, bez charyzmy Józefa Piłsudskiego polska niepodległość byłaby możliwa?

– To pytanie wciąż sobie zadajemy...

– I od czasu do czasu marzymy, aby ktoś taki znów się w polskiej polityce pojawił?

– Rzeczywiście, ale w dzisiejszych czasach to niełatwe. To był człowiek, który niemal od dzieciństwa przygotowywał się do tego, żeby – mówiąc językiem romantyków – spełnić tę rolę mesjańską. Jako młody chłopak marzył, aby wyrzucić Moskali ze swego rodzinnego powiatu... Potem całe jego życie było walką z carem, z Rosją – białą i czerwoną.

– Gdzie znajdował ludzi podobnie myślących, współpracowników podobnie mesjańsko nastawionych?

– Przede wszystkim w kręgach akademickich Lwowa; na Politechnice Lwowskiej, na późniejszym Uniwersytecie Jana Kazimierza, wtedy jeszcze cesarskim. Także na uczelniach krakowskich – na Uniwersytecie Jagiellońskim, na Akademii Sztuk Pięknych. Właśnie z tych środowisk wywodzą się jego najbliżsi współpracownicy, późniejsi liderzy życia politycznego. Nie zapominajmy też o polskich naukowcach zachodnich z uczelni.

– To byli nie tylko marzyciele, ale – jak Piłsudski – ludzie konkretnego czynu, potrafiący skutecznie działać...

– To byli ludzie znakomicie przygotowani zarówno do czynu zbrojnego, jak i do pracy publicznej. Wielu generałów przeszło przecież do pracy w administracji cywilnej państwa. Nie zapominajmy też o wkładzie Władysława Zamoyskiego w odbudowę Niepodległej, który za własne pieniądze fundował struktury polskiej dyplomacji. A Ignacy Jan Paderewski zainwestował w kampanię wyborczą Thomasa Woodrowa Wilsona, przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych, by mieć „dostęp do jego ucha” i móc go przekonać do sprawy polskiej... To prezydent Wilson, dzięki podpowiedzi Paderewskiego, rzuca hasło o Polsce z dostępem do morza... Itd., itd. Takich działań układających się w jedną całość było wtedy wiele.

– W setną rocznicę odzyskania niepodległości – po trzech dekadach od jej przywrócenia w 1989 r. – przyszło nam zazdrościć właśnie tego ówczesnego współdziałania dla dobra Polski.

– Pamiętajmy, że tamto pokolenie niepodległości wyrosło na prawdziwym, a nie tylko udawanym, czynie niepodległościowym. Doświadczyło zmaterializowania idei „snu o szpadzie”, jak to określał Żeromski. To był czyn czynów. Zazdrościć możemy też tamtej wielkiej świadomości tworzenia wolnego państwa polskiego w ciągłości z historią. W lutym 1919 r. zbiera się Sejm Polski – która nie ma jeszcze granic – i deklaruje, że rodząca się Druga Rzeczpospolita jest kontynuacją Pierwszej.

– A tymczasem Trzecia Rzeczpospolita nie jest kontynuacją Drugiej...

– Nasze pokolenie też odzyskało niepodległość, ale w żadnym razie nie jesteśmy spadkobiercami tamtej niepodległości, lecz co najwyżej spadkobiercami tzw. transformacji ustrojowej. Ciągłość polskiej historii została potargana... Dorobek niepodległościowy Drugiej Rzeczypospolitej został wręcz zanegowany, a świadomość niepodległości uległa zamazaniu. Gdy w 2014 r. środowiska niepodległościowe chciały obchodzić rocznicę czynu legionowego, to Sejm odrzucił tę propozycję. Uznano, że ważniejsze są obchody 25-lecia koncesjonowanych wyborów... Wtedy to pojawił się ów symbolizujący tę „nową niepodległość” czekoladowy orzeł...

– Na szczęście już dawno został zjedzony!

– A jednak do dzisiaj nie mamy żadnej deklaracji prawnej, że dzisiejsza Rzeczpospolita jest kontynuatorką Drugiej i Pierwszej. Mamy ciągle nieodciętą pępowinę z Polską komunistyczną.

Prof. dr hab. Wiesław Jan Wysocki
Historyk, nauczyciel akademicki (UKSW) – specjalizuje się w najnowszej historii Polski, historii powszechnej w czasach nowożytnych, historii wojskowości; autor m.in. prac o marsz. Edwardzie Śmigłym-Rydzu, gen. Emilu Fieldorfie, rtm. Witoldzie Pileckim, ks. mjr. Ignacym Skorupce, kard. Stefanie Wyszyńskim i św. Janie Pawle II oraz duszpasterstwie wojskowym. Jest prezesem Instytutu Józefa Piłsudskiego.

Tagi:
Polska Polska Niepodległość

Wytwarzanie bożej żywności

2019-01-08 11:58

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 2/2019, str. 36-37

Grzegorz Boguszewski
Jan Krzysztof Ardanowski

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Jakie będzie polskie rolnictwo w niedalekiej przyszłości, Panie Ministrze? Czy zgodnie z globalnymi trendami będzie nastawione na wielkoformatową produkcję taniej żywności, czy może zachowa swą obecną specyfikę, bardziej sprzyjającą ekologii i klimatowi?

JAN KRZYSZTOF ARDANOWSKI: – Na świecie rzeczywiście widzimy dziś silną tendencję do powiększania gospodarstw, do wykorzystania tzw. efektu skali. Mamy do czynienia już nie tylko z mechanizacją, ale nawet z robotyzacją rolnictwa, rolnictwem precyzyjnym, wykorzystaniem satelity czy drona. Ale tak krawiec kraje, jak materii staje. Polskie rolnictwo jest inne, co bynajmniej nie powinno być dla nas obciążeniem.

– A może być atutem?

– Jak najbardziej tak! Zupełnie nie zgadzam się z oceną, że rozdrobnione polskie rolnictwo jest barierą nowoczesności, że jest zawalidrogą, kulą u nogi. Mamy dziś taką strukturę rolnictwa, jaką otrzymaliśmy w spadku po zaborach; w niektórych rejonach Polski są gospodarstwa duże, w innych mniejsze, a nawet bardzo małe. Nie stanowi to jednak trudności w rozwijaniu rolnictwa. Są w Europie kraje i regiony o wysoko postawionym rolnictwie, gdzie dominują gospodarstwa wcale nie większe od polskich – np. Bawaria, Austria, niektóre regiony Włoch, Francji – a nikt nie śmiałby powiedzieć, że te drobne gospodarstwa są tam jakąkolwiek przeszkodą. Nie należy więc w Polsce wykonywać jakichś „rugów pruskich”, nie można na siłę wymuszać poprawy – tak niektórzy to nazywają – struktury agrarnej, bo przy okazji można wyrządzić wiele krzywdy rodzinom rolniczym i samemu rolnictwu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Duszpasterska wizyta, duszpasterska szansa

Agnieszka Dziarmaga
Edycja kielecka 3/2004

Graziako/Niedziela
Kapłan podąża z wizytą kolędową

Gdy ksiądz chodzi po kolędzie, w pogotowiu jest cały blok albo cała ulica. Kobiety zwalniają się z pracy, aby na czas przygotować stół przykryty obrusem, kropidło, naczynie z wodą święconą, pasyjkę i świece. Dzieciaki na gwałt uzupełniają zeszyty do religii albo gwarem wypełniają klatki schodowe, by co chwilę meldować pod „którym ksiądz jest numerem”. W blokach, w wielkich parafiach wizyta trwa krótko, najwyżej kilka minut. Jedni nie kryją irytacji: Na co komu taka kolęda? Czy coś z niej wynika? Inni bronią księży: przecież parafia liczy 15 tys. osób - musi wystarczyć krótka modlitwa i wymiana kilku zdań. Tak czy owak, nie milkną dyskusje wokół celowości kolędy.

Skąd się wzięła

O chodzących po kolędzie księżach pisał już Mikołaj Rej wkładając w usta wójta krytykę plebana: „... potym bieży po kolędzie / w każdym kącie dzwonić będzie / Więc woła Illuminare / a ty chłopku musisz dare...”. Skąd się jednak wziął zwyczaj duszpasterskich wizyt, trudno ustalić.
W starożytnym Rzymie odwiedzano się w styczniowe kalendy (callandae), zaczynające nowy rok. Wiadomo także, że wyraz „kolęda”, który do Polski dotarł za pośrednictwem Czechów, oznaczał pierwotnie pieśń noworoczną, śpiewaną podczas odwiedzania z tej okazji wiejskich gospodarzy.
Kościół zaadaptował te ludowe zwyczaje, łącząc je z błogosławieństwem domów w uroczystość Trzech Króli. A że nie dałoby się tego dnia odwiedzić wszystkich, wizyta rozłożyła się na czas poświąteczny.
Niemiecka i polska tradycja każe z okazji Trzech Króli napisać poświęconą kredą na drzwiach domów „K+M+B” (lub „C+M+B”) i datę roczną. Litery nie tyle są, jak zazwyczaj się uważa, skrótem od tradycyjnych imion Trzech Króli, lecz od łacińskiego Christus mansionem benedicat (lub polskiego: Chrystus Mieszkanie Błogosławi).
Dziś wizyta duszpasterska to nie tylko błogosławieństwo, ale może przede wszystkim spotkanie duszpasterza z parafianami. Przygotowanie do takiej wizyty powinno przebiegać w dwóch wymiarach: duchowym i zewnętrznym przygotowaniu domu.

... i jak przebiega?

Odwiedziny duszpasterskie mają charakter domowej liturgii. Rozpoczynają się od obrzędu błogosławieństwa rodzin (w czterech wersjach) ze wspólną modlitwą i ewentualnie rozważaniem Słowa Bożego. Niekiedy wizyta rozpoczyna się od zaintonowania kolędy, którą wraz z domownikami (i czasami ministrantami) śpiewa kapłan. Witając się słowami „pokój temu domowi” życzy, aby stale był w tym domu obecny Chrystus, który przychodząc na świat przyniósł ludziom pokój. Po tym pozdrowieniu następuje modlitwa o błogosławieństwo Boże dla całej rodziny i obrzęd błogosławieństwa mieszkania z pokropieniem wszystkich obecnych wodą święconą.
Podczas wizyty powinien być czas na rozmowę duszpasterza z wiernymi, przedstawienie księdzu rodzinnych radości i problemów; jest możność zademonstrowania osiągnięć szkolnych pociech, czy też ich udziału w parafialnych ruchach.
Dziś jednak często dominuje pesymizm. Biedniejemy, wielu traci pracę i stać ich na skromną lub żadną ofiarę. Wstydzimy się tego, bo przecież chcemy złożyć jakiś datek na potrzeby najbliższej nam wspólnoty. Zatem „ ile dać?”, staje się często przedmiotem długich dysput i przysłania zupełnie inne możliwości, jakie stwarzają odwiedziny księdza w naszym domu.
Na ogół nie wiemy też, dlaczego i po co duszpasterze zapisują coś w swoich kartotekach. Czyżby spisywali wysokości ofiar, albo liczyli „pogłowie”? Tymczasem księża tłumaczą, że informacje zebrane podczas kolędy pozwalają na rozeznanie potrzeb danej rodziny, uregulowanie jej spraw dotyczących życia sakramentalnego (np. stwierdzenie pożycia w związku niesakramentalnym).
- Dokładne przestudiowanie kartotek przed kolędą było dla mnie zawsze bardzo cenną sugestią - wyjaśnia ks. Dariusz Gącik, notariusz Kurii diecezjalnej w Kielcach. - Wynikało z nich np., że ktoś z rodziny jest poważnie chory, że jest w niej problem alkoholowy albo, że ludzie żyją bez ślubu. Znając te fakty mogłem odpowiednio przygotować się do rozmowy. I zdarza się, że wizycie duszpasterskiej towarzyszą naprawdę budujące doświadczenia - jej owocem jest np. chrzest dziecka, przystąpienie do sakramentu pokuty po długim okresie przerwy, zawarcie zawiązku małżeńskiego, albo skierowanie do rodziny konkretnej pomocy materialnej. Ogólnie - „powrót do praktyki wiary”, jak mówią księża.
Niekiedy, z myślą o swych następcach, szczególnie w miejskich parafiach, duszpasterze przekazują sobie uwagi zabawne i nietypowe, np. gdzie można liczyć na posiłek. Chociaż, co do posiłku, to w miastach brakuje zupełnie nań czasu - chyba że jest to naprawdę ostatnie mieszkanie w tym dniu.
- Dzień chodzącego z wizytą duszpasterską księdza przedstawia się zazwyczaj tak - wyjaśnia ks. D. Gącik. - Rano katecheza w szkole, powrót na obiad lub nieco później, przejrzenie kartotek i już ok. 15.00 rozpoczynamy wizytę duszpasterską. Kończymy zwykle ok. 21.00 - 21.30. Potem ewentualnie jakaś kolacja i przygotowanie się do katechezy na następny dzień. Czasem przez tydzień zdarzało mi się nie odsuwać zaciągniętych na noc zasłon…

Po co w ogóle takie odwiedziny

W Kodeksie Prawa Kanonicznego odnajdujemy kan. 529 § 1, który mówi: „Pragnąc dobrze wypełnić funkcję pasterza, proboszcz powinien starać się poznać wiernych powierzonych jego pieczy. Winien zatem nawiedzać rodziny, uczestnicząc w troskach wiernych, zwłaszcza niepokojach i smutku oraz umacniając ich w Panu, jak również - jeżeli w czymś nie domagają - roztropnie ich korygując”.
Wizyta duszpasterska jest dobrym sposobem realizacji tej „funkcji pasterza”. Ks. D. Gącik przestrzega przed nazywaniem jej kolędą. Bo kolęda dotyczy tylko okresu Bożego Narodzenia i choć jest umocniona w Polsce silną tradycją, nie należy ograniczać możliwości wyboru przez proboszcza innego czasu.
Coraz częściej dzieje się tak w wielkich miejskich parafiach, gdzie wizytę rozpoczyna się na początku Adwentu - np. w kieleckiej parafii św. Maksymiliana. - Siła tradycji jest tak wielka, że ludzie oburzają się na tę praktykę. A nie ma ku temu podstaw - wyjaśnia ks. Gącik, zalecając wyrozumiałość wobec realiów konkretnej parafii. W innych diecezjach spotkać można daleko bardziej nowatorskie praktyki, np. odwiedzanie parafian przez cały rok w dwa wybrane dni tygodnia. Wówczas są to wizyty rzeczywiście długie. Ale u nas… - My pochodzimy z Bielin, Wilkowa, Lisowa - tłumaczą parafianie ze św. Maksymiliana - w naszych wsiach nie rozbierało się choinki, dopóki ksiądz nie przyszedł po kolędzie. To i niełatwo przywyknąć...

Jak to jest w naszej diecezji

Diecezja kielecka ma w zdecydowanej większości charakter rolniczy, gdzie na dobre zakorzenił się obyczaj celebrowania kolędy. Nie ma mowy o krótkich odwiedzinach. Ksiądz musi wysłuchać tego, co ludzie mają mu do powiedzenia, czasem pokosztować ciast upieczonych na tę okazję, „omodlić” nowe domowe sprzęty, skorzystać z transportu organizowanego przez parafian. Pan Stanisław z Morawicy nie wyobraża sobie, żeby ksiądz chodził na piechotę albo jeździł własnym samochodem. - To jedyna okazja, żeby z księdzem bliżej pogadać, poznać go. No i nie wypada - kwituje krótko. - Co ksiądz, to ksiądz.
- Dla mnie kolęda jako ciągłe pogłębianie relacji z parafianami, ma duży sens - wyjaśnia ks. prob. Marian Gawinek. - W takiej parafii jak Stojewsko, ksiądz zna wszystkich i wszyscy znają księdza, więc tym bardziej jest o czym porozmawiać. Odwiedzanie rodzin i domów odbywa się na sposób tradycyjny, w ciągu godziny mniej więcej są to cztery „numery”. Księdza poprzedzają zawsze ministranci, którzy zaśpiewają gospodarzom kolędę. Pan domu czeka przed bramą, zaprasza do wysprzątanego wnętrza. Z księdzem starają się spotkać wszyscy domownicy. Ludzie chcą się wygadać; mówią, że coraz trudniej im o nadzieję, rolnictwo jest bez szans. Ale ostatnio obserwuję, że część młodych zaczyna osiedlać się w rodzinnej parafii, głównie za sprawą dobrze prosperującego zakładu drzewnego.
Jednak i na kieleckiej wsi w tradycję wkraczają realia. - Ja z kolędą chodzę od rana, więc uwijamy się dość szybko - wyjaśnia ks. Jerzy Siemiński, proboszcz z Mieronic k. Wodzisławia. - Dlaczego? To proste. Ludzie nie pracują prawie w 100%, więc można odwiedzać ich od rana. W parafii Mieronice, liczącej ok. 1300 osób, kolęda trwa ok. 15 dni. Chociaż ludzie są ubodzy, to absolutnie nie spotkałem się z mniejszą niż kiedyś serdecznością. Chcą księdza zatrzymać jak najdłużej, wygadać się. Panuje zupełnie wyjątkowa atmosfera - inna, nie naznaczona takim pośpiechem, jak np. wspominam z Kielc czy Pińczowa.
Kolęda, choć nieraz krytykowana za jej formę, jawi się jako szansa i propozycja. Otwarte drzwi domów, tradycja staropolskiej gościnności i wreszcie zaproszenie do rewizyty - bo taki sens ma przecież jakakolwiek wizyta - stwarzają wielkie możliwości. Warto z nich skorzystać.

Wydarzyło się podczas kolędy...

Państwu N. pomyliła się data wizyty księdza, więc na pukanie kapłana otworzył tylko pan domu. Ponieważ zapewniał, że żona za chwilę nadejdzie, a do wizyty są w zasadzie przygotowani - psychicznie i duchowo, ksiądz zgodził się zaczekać i nawet ofiarował swą pomoc w szybkim przygotowaniu ładnie wysprzątanego pokoju. Jakaż była konsternacja pani domu, która na to właśnie nadeszła i stwierdziła, że stół został nakryty... poszewką na kołdrę.

* * *

Gospodarze długo oczekujący swej kolejki włączyli telewizor i zapomnieli go wyłączyć, gdy ksiądz wreszcie nadszedł. Usadowili go w fotelu naprzeciw ekranu, gdzie właśnie trwały wybory Miss Nastolatek, zapewniając, że to będzie najlepsze dla księdza miejsce…

* * *

Zmęczony całodzienną kolędą ksiądz trafił wreszcie na koniec do swych dobrych znajomych i rozluźniony rozpoczął wspólną modlitwę: „A teraz pomódlmy się słowami, którymi Pan Jezus zwrócił się do swego Ojca: Zdrowaś Maryjo, łaskiś pełna...

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kolędowanie u Jezuitów

2019-01-22 10:54

Jadwiga Kamińska

Rodzina Pospieszalskich zakończyła cykl koncertów „Kolędy u Jezuitów”, które odbywały się pod patronatem abp Grzegorza Rysia – Metropolity Łódzkiego i Grzegorza Schreibera – Marszałka Województwa Łódzkiego. W świątyni pw. Najświętszego Serca Jezusowego wystąpił m.in. Chór Cantus Cordis z Białorusi, Zespół Pieśni i Tańca Śląsk im. Stanisława Hadyny.

Marek Kamiński

Rodzina Pospieszalskich wystąpiła z koncertem kolęd i pastorałek. – Kolędowanie było kawałkiem rzeczywistości w naszej rodzinie. Mama organizowała dla nas teatrzyki, odstawialiśmy jasełka. Najstarszy brat był Józefem, siostra Maryją, ja pastuszkiem, a najmłodsze z rodzeństwa leżało w żłóbeczku – wspomina Jan Pospieszalski.

Marek Kamiński

Narracją w jasełkach były kolędy ułożone od Zwiastowania Anielskiego do pokłonu Trzech Króli. Rodzice zorientowali się, że ich dzieci interesują się instrumentami, muzyką więc zapisali je do szkoły muzycznej. Najmłodszy Mateusz uczył się gry na fortepianie, Marcin i Karol na skrzypcach, Paweł na wiolonczeli a Jan na kontrabasie.

- W pewnym momencie stało się to tak dojrzałe, profesjonalne, że mama zaproponowała nagranie kolęd. Efekt przerósł nasze oczekiwania. Zainteresowała się nami telewizja i nagrała program – mówi Jan Pospieszalski.

Z czasem dorosło drugie pokolenie Pospieszalskich również utalentowane muzycznie.

Obecnie występują w piętnasto osobowym składzie. Granie ich nie nudzi, a każdy koncert to kawałek ich życia. Na scenie pojawia się już trzecie pokolenie: to Józef, Stefania oraz Stasio. Estrada dla wnuków staje się fragmentem ich dzieciństwa.

- Mówi się, że miłość w rodzinie poznaje się najlepiej przy podziale spadku. Rodzice nie zostawili nam wielu dóbr materialnych, ale zostawili depozyt wiary, depozyt szacunku do polskiej kultury i wykształcenie muzyczne, byśmy potrafili te talenty pomnażać – opowiada Pan Jan. To co robimy na scenie ma charakter rodzinnej przygody ukierunkowanej na wspólną modlitwę, przeżywanie też tajemnicy Wcielenia Bożego w perspektywie wiary.

- Kolędowanie w gronie to przedłużenie świąt. Otaczam się najbliższymi, z którymi uwielbiam spędzać czas. U mnie co roku odbywa się wigilia. Zrobiłem specjalnie taki duży stół, żeby wszyscy się zmieścili. Wciągamy w to nasze wnuki z synowymi, z zięciami, żeby przedłużyć integrację rodziny – powiedział Mateusz Pospieszalski.

Koncert Rodziny Pospieszalskich był okazją do wspólnego kolędowania. Radość i spontaniczność muzykowania udzieliła się zebranej publiczności, wypełniającej po brzegi kościół. Owacje na stojąco to nagroda i podziękowanie artystom za wspaniałe występy.

Organizatorem koncertów „Kolędy u Jezuitów” było Stowarzyszenie Słowo i Muzyka u Jezuitów oraz parafia pw. Najświętszego Imienia Jezus.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem