Reklama

Dom na Madagaskarze

Marzenie o Niepodległej

2018-11-07 08:41

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 45/2018, str. 36-37

Grzegorz Boguszewski
Prof. dr hab. Wiesław Jan Wysocki

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – W szkole uczono nas, Panie Profesorze, że Polacy pod zaborami nieustannie marzyli o niepodległej, wolnej Polsce. Czy jednak ta myśl niepodległościowa zawsze była powszechna i silna, bo przecież niełatwo było ją przekuć w skuteczny czyn niepodległościowy?

PROF. WIESŁAW J. WYSOCKI: – Upadek niepodległości był dla Polaków zjawiskiem szokującym; upadło przecież państwo ścigające się z Francją o to, które z nich jest większym mocarstwem. Zmowa trzech sąsiadów doprowadziła do tego, że Polska została starta z mapy Europy, co zostało potwierdzone traktatami międzynarodowymi i zatwierdzone – to też trzeba przypomnieć – przez Sejm, wprawdzie zewnętrznie przymuszony, ale przecież własny. Stąd już w pokoleniu, które doznało tego szoku upadku państwowości, pojawiły się silne tendencje do walki o niepodległość, powstały np. Legiony Dąbrowskiego, po których do dziś został nam przekaz: „Jeszcze Polska nie umarła...”.

– Potem były powstania, zrywy patriotyczne, z których jednakowoż – jak lubiano narzekać – niewiele wynikało...

– A jednak coś wynikało! Powstanie listopadowe, a potem Wiosna Ludów zrodziły swoisty mit konieczności walki. Kolejne pokolenia mogły więc bazować na tego rodzaju romantycznym przekazie. A najtragiczniejszy z polskich porywów – powstanie styczniowe, które zostało już niejako wymuszone, ma wielkie następstwa; Polacy zapłacili za nie wielką cenę, a okres popowstaniowy nazwano na ziemiach polskich „ciszą grobów”. Jednak właśnie to powstanie 1863 r. doprowadziło do tego, że po raz pierwszy stworzono koncepcję państwa podziemnego.

– A zatem, Panie Profesorze, mimo rozmaitych narzekań na „bezsensowne przelewanie polskiej krwi” – co w pewnych kręgach polskich elit ma miejsce do dziś – nawet te nieudane zrywy patriotyczne miały i zawsze mają wielki sens?

– Trudne doświadczenie powstania styczniowego jest tego potwierdzeniem. Niewątpliwy był wpływ tego powstania na późniejsze pokolenie niepodległościowe, które wyrosło na legendzie 1863 r. Dlatego, gdy tylko powstało Wojsko Polskie, w 1919 r. Józef Piłsudski nakazał, aby żyjący jeszcze powstańcy styczniowi dostali własne mundury, a w specjalnym rozkazie przywitał ich jako kolegów-żołnierzy, jako weteranów, po których polskie wojsko dziedziczy tradycję bojową i którzy są żywym symbolem ciągłości państwa polskiego. Powstańcy styczniowi cieszyli się w społeczeństwie i w wojsku II RP tak wielką estymą, że salutowali im nawet generałowie. Byli natchnieniem dla młodych chłopców wstępujących do wojska w 1920 r.

– Także dla samego Józefa Piłsudskiego?

– Bez wątpienia. Na przełomie XIX i XX stulecia w polskim społeczeństwie ukształtowały się dwie koncepcje rozumienia patriotyzmu – romantyczna i zachowawcza. Na czele nurtu romantycznego, proponującego bezwarunkową walkę o niepodległość, z biegiem lat niekwestionowanym przywódcą staje się właśnie Piłsudski, z całą swoją tradycją socjalistyczno-niepodległościową. Ta piękna tradycja polskiego romantyzmu niepodległościowego, socjalistycznego – niemająca nic wspólnego z agenturalnym socjalizmem importowanym ze wschodu – nawiązywała do postaw romantycznych bohaterów, do tych Winkelriedów, Gustawów i Konradów, przywołanych do życia przez wieszczów epoki Romantyzmu i Młodej Polski i sączących myśl o wyzwoleniu Polski.

– I znów musimy ponarzekać, że ta postawa romantyczna była – i nadal jest – traktowana nieufnie i krytykowana, a nawet wyśmiewana.

– To, niestety, prawda. Pomińmy tu jednak dzisiejsze skojarzenia... Wtedy przeciwnicy niepodległościowego romantyzmu zachowawczo proponowali odtworzenie substancji polskiej w oparciu o państwo carskie. Na terenie byłego Królestwa Polskiego (nazywanego pogardliwie priwislinskim krajem) ta prorosyjska ideologia przeorała społeczną świadomość do tego stopnia – mimo doznanych właśnie tu największych upokorzeń i cierpień – że gdy w 1915 r. wojska zaborcy wychodziły z Warszawy, to jej ludność płakała, że „nasi odchodzą”...

– Jednak doszło do patriotycznego przebudzenia. Jak to się stało?

– Aby ta prorosyjska postawa mogła być zastąpiona postawą niepodległościową, trzeba było budzić społeczeństwo przez organizację manifestacji patriotycznych przypominających Konstytucję 3 maja i powstanie styczniowe. I tak w 1916 r., w związku z rocznicą śmierci Romualda Traugutta i postawieniem krzyża w miejscu egzekucji tego dyktatora powstania oraz członków Rządu Narodowego, odbyła się manifestacja 150-200 tys. mieszkańców Warszawy. Zapanował patriotyczny klimat przypominający czas przed powstaniem styczniowym, kiedy to podczas pogrzebu zabitych na placu Zamkowym polskich patriotów czoło konduktu dochodziło do Powązek, a trumien jeszcze nie wyniesiono z kościoła Świętego Krzyża... Ten ostateczny przewrót świadomościowy Polaków zaczął się powoli dokonywać dopiero w czasie I wojny światowej.

– Bo dopiero wojna między zaborcami dała Polakom szansę na odzyskanie własnego państwa?

– Wcześniej było Mickiewiczowe błaganie: „o wojnę powszechną prosimy cię, Panie”, i rzeczywiście, realna szansa pojawiła się dopiero, gdy nasi zaborcy znaleźli się w konflikcie ze sobą. Wtedy ożywa też legenda własnego czynu zbrojnego, idea buntu, powstania, którego jednak Piłsudskiemu nie udaje się wzniecić. Przejmuje więc inicjatywę Naczelnego Komitetu Narodowego, opowiada się za Legionami, z czasem zostaje dowódcą jednej z brygad, stara się też oddziaływać na powszechną opinię.

– Można powiedzieć, że był świetnym propagandystą idei niepodległości?

– Rzeczywiście, był przecież redaktorem pisma „Robotnik”, sam wiele pisał i przez jakiś czas w rubryce zawód wpisywał: „literat”, a przy tym doceniał znaczenie mediów. A jako polityk dobrze wiedział, że bez szerokiego poparcia społecznego oraz bez wsparcia uznanych już przez społeczeństwo autorytetów wiele się nie zdziała. Dlatego dosłownie przymusił Wyspiańskiego, aby ten przygotował mu odezwę wzywającą naród do walki. I – jak lubił z przekąsem opowiadać – on, stary socjalista, szmuglował przez kordon graniczny obrazki z Matką Bożą Częstochowską i apelem Wyspiańskiego sformułowanym w słowach pięknego hymnu „Veni Creator Spiritus”– Przyjdź, Duchu Święty.

– Ale nie można chyba porównywać tych działań Piłsudskiego do dwulicowej religijności wielu polityków III RP?

– W żadnym razie. Tego rodzaju bogoojczyźniany przekaz wśród socjalistów niepodległościowych był czymś najzupełniej naturalnym. Piłsudski był bezwzględnie i szczerze przekonany, że wbrew polskiej tradycji religijnej nie można formować wizji Polski. O tej pewności Piłsudskiego pisze Stefan Żeromski. Otóż w 1911 r. Piłsudski odwiedza Żeromskiego w Zakopanem; przez kilka godzin rozmawiają o wolnej Polsce. Piłsudski siedzi w kalesonach – bo jedyne jego portki są akurat cerowane przez służącą – i snuje opowieść o Polsce. A jest to przecież czas, kiedy jakiekolwiek myślenie o niepodległej Polsce wydawało się fantasmagorią. A on ją już widział, jakby już istniała, już ją urządzał, organizował. Jaką trzeba mieć wiarę w sobie – pisze Żeromski w zadziwieniu – żeby siedząc w kalesonach, mówić o Polsce, której nie ma...

– A w dodatku tego rodzaju strategiczne myślenie chyba długo jeszcze nie zaprzątało polskich elit...

– Mało tego, jeszcze w 1914 r. abp Aleksander Kakowski i elity warszawskie widziały w Piłsudskim – mówiąc dzisiejszym językiem – terrorystę. Dopiero od 1916 r., a już na pewno w 1918, dostrzegli w nim męża opatrznościowego. Abp Kakowski wyraźnie wtedy napisał, że nie ma innej osoby, której można by powierzyć funkcję przywódcy narodowego. Piłsudskiego uznano wreszcie za jedyną osobę odpowiednio przygotowaną do tej roli i odpowiednio zdeterminowaną.

– Bo nie wystarczyło odzyskać niepodległość i cieszyć się z niej, ale tę rozsypaną polską państwowość i zdezorientowany naród należało ująć w jakieś karby...

– Tak. Ale co najważniejsze, Piłsudski miał świadomość, że nie można odbudować państwa polskiego tylko w oparciu o część społeczeństwa, o partie polityczne. Dlatego, gdy wysiadł z „czerwonego tramwaju na przystanku Niepodległość”, powiedział swoim towarzyszom: odtąd jesteśmy „na Pan”. Wiedział, że tej prawicy, która była i zawsze będzie mu przeciwna, nie można wykluczać z organizmu tworzonego państwa. Gdy wkrótce przyszła godzina próby, rok 1920, wtedy już nie było żadnych podziałów politycznych.

– A jednak niełatwo było nad nimi zapanować, a z dzisiejszej perspektywy patrząc, wydaje się to całkiem niemożliwe.

– Jednak w 1918 r. nasza polska elita zachowuje się pięknie. Dwaj najwięksi antagoniści – Piłsudski i Dmowski współpracują ze sobą; jeden działa w Polsce, drugi – w Paryżu. Gen. Józef Haller, który ma tytuł Naczelnego Wodza Wojsk Polskich, po przybyciu ze swoją Błękitną Armią na ziemie polskie, melduje się do dyspozycji Naczelnika Państwa, uznaje jego autorytet. Wielki polski pianista i kompozytor Ignacy Jan Paderewski staje na czele rządu. Wszystkie siły są więc skupione. Gdy na Polskę najeżdża bolszewicka armia „robotniczo-chłopska”, w Rzeczypospolitej mamy akurat także rząd robotniczo-chłopski Witosa i Daszyńskiego... Jednak po naszej stronie istnieje głębokie poczucie polskości, patriotyzm, a po stronie „robotniczo-chłopskiego” najeźdźcy potrzeba takiego umiędzynarodowienia rewolucji bolszewickiej, aby podbiła cały świat.

– Można zatem powiedzieć, że rok 1920 był ostateczną próbą odpowiedzialnego patriotyzmu elit oraz jedności polskiego narodu?

– Bez wątpienia. Okazało się, że naród polski nagle stał się jednym tworem, mimo podziału na trzy zabory i na tę „czwartą dzielnicę”, którą zawsze była polska emigracja i która teraz wnosi ogromny wkład w odbudowę niepodległego państwa polskiego.

– Czy jednak bez determinacji tej jednej osoby, bez charyzmy Józefa Piłsudskiego polska niepodległość byłaby możliwa?

– To pytanie wciąż sobie zadajemy...

– I od czasu do czasu marzymy, aby ktoś taki znów się w polskiej polityce pojawił?

– Rzeczywiście, ale w dzisiejszych czasach to niełatwe. To był człowiek, który niemal od dzieciństwa przygotowywał się do tego, żeby – mówiąc językiem romantyków – spełnić tę rolę mesjańską. Jako młody chłopak marzył, aby wyrzucić Moskali ze swego rodzinnego powiatu... Potem całe jego życie było walką z carem, z Rosją – białą i czerwoną.

– Gdzie znajdował ludzi podobnie myślących, współpracowników podobnie mesjańsko nastawionych?

– Przede wszystkim w kręgach akademickich Lwowa; na Politechnice Lwowskiej, na późniejszym Uniwersytecie Jana Kazimierza, wtedy jeszcze cesarskim. Także na uczelniach krakowskich – na Uniwersytecie Jagiellońskim, na Akademii Sztuk Pięknych. Właśnie z tych środowisk wywodzą się jego najbliżsi współpracownicy, późniejsi liderzy życia politycznego. Nie zapominajmy też o polskich naukowcach zachodnich z uczelni.

– To byli nie tylko marzyciele, ale – jak Piłsudski – ludzie konkretnego czynu, potrafiący skutecznie działać...

– To byli ludzie znakomicie przygotowani zarówno do czynu zbrojnego, jak i do pracy publicznej. Wielu generałów przeszło przecież do pracy w administracji cywilnej państwa. Nie zapominajmy też o wkładzie Władysława Zamoyskiego w odbudowę Niepodległej, który za własne pieniądze fundował struktury polskiej dyplomacji. A Ignacy Jan Paderewski zainwestował w kampanię wyborczą Thomasa Woodrowa Wilsona, przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych, by mieć „dostęp do jego ucha” i móc go przekonać do sprawy polskiej... To prezydent Wilson, dzięki podpowiedzi Paderewskiego, rzuca hasło o Polsce z dostępem do morza... Itd., itd. Takich działań układających się w jedną całość było wtedy wiele.

– W setną rocznicę odzyskania niepodległości – po trzech dekadach od jej przywrócenia w 1989 r. – przyszło nam zazdrościć właśnie tego ówczesnego współdziałania dla dobra Polski.

– Pamiętajmy, że tamto pokolenie niepodległości wyrosło na prawdziwym, a nie tylko udawanym, czynie niepodległościowym. Doświadczyło zmaterializowania idei „snu o szpadzie”, jak to określał Żeromski. To był czyn czynów. Zazdrościć możemy też tamtej wielkiej świadomości tworzenia wolnego państwa polskiego w ciągłości z historią. W lutym 1919 r. zbiera się Sejm Polski – która nie ma jeszcze granic – i deklaruje, że rodząca się Druga Rzeczpospolita jest kontynuacją Pierwszej.

– A tymczasem Trzecia Rzeczpospolita nie jest kontynuacją Drugiej...

– Nasze pokolenie też odzyskało niepodległość, ale w żadnym razie nie jesteśmy spadkobiercami tamtej niepodległości, lecz co najwyżej spadkobiercami tzw. transformacji ustrojowej. Ciągłość polskiej historii została potargana... Dorobek niepodległościowy Drugiej Rzeczypospolitej został wręcz zanegowany, a świadomość niepodległości uległa zamazaniu. Gdy w 2014 r. środowiska niepodległościowe chciały obchodzić rocznicę czynu legionowego, to Sejm odrzucił tę propozycję. Uznano, że ważniejsze są obchody 25-lecia koncesjonowanych wyborów... Wtedy to pojawił się ów symbolizujący tę „nową niepodległość” czekoladowy orzeł...

– Na szczęście już dawno został zjedzony!

– A jednak do dzisiaj nie mamy żadnej deklaracji prawnej, że dzisiejsza Rzeczpospolita jest kontynuatorką Drugiej i Pierwszej. Mamy ciągle nieodciętą pępowinę z Polską komunistyczną.

Prof. dr hab. Wiesław Jan Wysocki
Historyk, nauczyciel akademicki (UKSW) – specjalizuje się w najnowszej historii Polski, historii powszechnej w czasach nowożytnych, historii wojskowości; autor m.in. prac o marsz. Edwardzie Śmigłym-Rydzu, gen. Emilu Fieldorfie, rtm. Witoldzie Pileckim, ks. mjr. Ignacym Skorupce, kard. Stefanie Wyszyńskim i św. Janie Pawle II oraz duszpasterstwie wojskowym. Jest prezesem Instytutu Józefa Piłsudskiego.

Tagi:
Polska Polska Niepodległość

Wytwarzanie bożej żywności

2019-01-08 11:58

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 2/2019, str. 36-37

Grzegorz Boguszewski
Jan Krzysztof Ardanowski

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Jakie będzie polskie rolnictwo w niedalekiej przyszłości, Panie Ministrze? Czy zgodnie z globalnymi trendami będzie nastawione na wielkoformatową produkcję taniej żywności, czy może zachowa swą obecną specyfikę, bardziej sprzyjającą ekologii i klimatowi?

JAN KRZYSZTOF ARDANOWSKI: – Na świecie rzeczywiście widzimy dziś silną tendencję do powiększania gospodarstw, do wykorzystania tzw. efektu skali. Mamy do czynienia już nie tylko z mechanizacją, ale nawet z robotyzacją rolnictwa, rolnictwem precyzyjnym, wykorzystaniem satelity czy drona. Ale tak krawiec kraje, jak materii staje. Polskie rolnictwo jest inne, co bynajmniej nie powinno być dla nas obciążeniem.

– A może być atutem?

– Jak najbardziej tak! Zupełnie nie zgadzam się z oceną, że rozdrobnione polskie rolnictwo jest barierą nowoczesności, że jest zawalidrogą, kulą u nogi. Mamy dziś taką strukturę rolnictwa, jaką otrzymaliśmy w spadku po zaborach; w niektórych rejonach Polski są gospodarstwa duże, w innych mniejsze, a nawet bardzo małe. Nie stanowi to jednak trudności w rozwijaniu rolnictwa. Są w Europie kraje i regiony o wysoko postawionym rolnictwie, gdzie dominują gospodarstwa wcale nie większe od polskich – np. Bawaria, Austria, niektóre regiony Włoch, Francji – a nikt nie śmiałby powiedzieć, że te drobne gospodarstwa są tam jakąkolwiek przeszkodą. Nie należy więc w Polsce wykonywać jakichś „rugów pruskich”, nie można na siłę wymuszać poprawy – tak niektórzy to nazywają – struktury agrarnej, bo przy okazji można wyrządzić wiele krzywdy rodzinom rolniczym i samemu rolnictwu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Akcja dom

Jerzy Owsiak na bakier z Kościołem i patriotyzmem

2014-06-10 14:43

Jerzy Robert Nowak
Niedziela Ogólnopolska 24/2014, str. 42-43

TOMASZ URBANEK/DDTVN/EAST NEWS
Jerzy Owsiak

Niedawno ogłoszono, że laureatem plebiscytu „Ludzie Wolności”, organizowanego przez „Gazetę Wyborczą” i TVN, w kategorii „społeczeństwo” został Jerzy Owsiak. Dla wielu osób była to wiadomość szokująca ze względu na ogromną kontrowersyjność tej postaci. Powszechnie znana jest rola Jerzego Owsiaka jako najgłośniejszego propagatora „luzu”, amoralnej zasady „róbta, co chceta”. Wielokrotnie wskazywano również, jak za jego rzekomą apolitycznością i ogromnie nagłaśnianą przez media ideą charytatywnej zbiórki pieniędzy kryje się jednoznaczna stronniczość na rzecz lewej części sceny politycznej. W tym tekście chciałbym skrótowo pokazać niektóre – nie dość znane – fakty, ilustrujące wyraźne uprzedzenia Owsiaka wobec Kościoła i Polaków jako narodu.

Antykościelne fobie

Jerzy Owsiak jest synem pułkownika milicji, zajadłego ateisty. Jego ojciec w pisanych przez siebie życiorysach akcentował swój negatywny stosunek do duchowieństwa katolickiego, określając je jako „szkodnika państwa demokratycznego” (P. Lisiewicz, M. Marosz, „Ten, który zniszczył bunt”, „Nowe Państwo”, ½013). Niewierząca była również matka Owsiaka (por. M. Narbutt, „Człowiek orkiestra”, „Rzeczpospolita” z 31 stycznia – 1 lutego 2004 r.).

Pomimo wychowania w ateistycznej rodzinie Owsiak deklarował się jako „niechodzący do kościoła katolik” (M. Narbutt, tamże). O tym, jaki jest faktyczny stosunek Owsiaka do Kościoła, najwymowniej świadczy fakt, że na początku lat 90. Owsiak ogłaszał jako hymn w programie „Róbta, co chceta” antyklerykalną piosenkę „Hipisówka” zespołu „Kobranocka” (por. P. Lisiewicz, „Seks zamiast armat”, „Gazeta Polska” z 3 stycznia 2007 r.). Piosenka w obrzydliwy wręcz sposób lżyła Kościół i duchownych. Dość zacytować choćby taki fragment:

„Modlitw szept w usta wbiegł
O stosunkach, o stosunkach przerywanych,
Głupi pech i lęk klech
Na głupotę, na durnotę przekuwany.
Wiara w cud, mrowie złud,
Które ty opłacasz swoją mrówczą pracą,
Dokąd pójść, zewsząd gnój,
Zwykły znój, za który nigdy nie zapłacą”.

I jakoś dziwne wyszydzanie w piosence „lęku klech na głupotę przekuwanego”, „wiary w cud” nijak nie przeszkadzało „katolikowi” Owsiakowi. Promowanie antykościelnej „Hipisówki” u Owsiaka nie było czymś odosobnionym. Grzegorz Wierzchołowski wspominał: „Na pierwszej edycji Przystanku w 1995 r. gromkie brawa wśród części publiczności zebrał np. lewacki zespół «Hurt», śpiewając m.in.: «Zdejmij ten krzyż, on przeszkadza ci, zdejmij ten krzyż, wyrzuć go za drzwi»” („Przystanek Postęp”, „Gazeta Polska” z 29 sierpnia 2007 r.).

W wywiadzie dla czasopisma „Zdrowie” „katolik” Owsiak wprost wyszydzał wiarę w cudowne powstanie człowieka, mówiąc m.in.: „Ludzie za granicą mnie pytają: «Czy naprawdę u was w rządzie myślą, że człowiek powstał wyłącznie w sposób cudowny?». Co ja mam odpowiadać? Jak głupoty opowiada ktoś w autobusie, można się odwrócić. Ale kiedy to mówią politycy – trzeba reagować” (za postkomunistycznym „Przeglądem” z 14 stycznia 2007 r.).

Szokujący był fakt, że „katolik” Owsiak jakoś szczególnie nietolerancyjny był wobec Kościoła katolickiego, podczas gdy równocześnie był bardzo łaskawy wobec innych wyznań, zwłaszcza wobec sekty Hare Kryszna. Socjolog Jacek Kurzępa komentował: „Pan Owsiak z niewiadomych powodów toczy boje z Przystankiem Jezus, podczas gdy bez oporów przyzwala na aktywność sekty Hare Kryszna, która ponad 20 lat temu została uznana za szczególnie niebezpieczną przez Parlament Europejski. Hare Kryszna zaprasza woodstockową młodzież do udziału w procesjach, oferuje tanie posiłki, wabi do swojej świątyni, z której dobiegają dźwięki modlitwy i mantry. Ludzie nie rozumieją, że uczestniczą w rytuałach sekty. Ten kryptoprzekaz oceniam jako bardzo subtelną, ale niebezpieczną promocję Hare Kryszny” (wywiad A. Mikołajczyka z dr. J. Kurzępą pt. „Świat według Owsiaka”, „OZON” z 2 sierpnia 2008 r.). Trzeba stwierdzić, że dr Kurzępa (dziś już profesor) miał rację. Na tle życzliwego stosunku Owsiaka do sekty Hare Kryszna tym bardziej szokujący był jego nader niechętny stosunek do Przystanku Jezus. Po kilku latach tarć i trudnych rozmów w końcu doszło do ostatecznego konfliktu z winy Owsiaka. W marcu 2003 r. Jerzy Owsiak w wypowiedzi dla „Gazety Lubuskiej” (powtórzonej później przez KAI) powiedział, że „nie chce widzieć na Przystanku Woodstock namiotu i duchownych z Przystanku Jezus”. Na uwagę ks. Draguły, że organizatorzy Przystanku Jezus spełnili już w zeszłym roku wszystkie warunki Owsiaka, szef WOŚP warknął: „Powiedzmy, że w tym roku odbiła mi palma”. Wśród zbieraniny młodych na Woodstocku nader silnie uzewnętrzniały się nastroje antykatolickie. W czasie Przystanku Woodstock w 1999 r. pod adresem młodzieży z Przystanku Jezus, która szła w Drodze Krzyżowej, „posypały się wyzwiska ze strony zbuntowanych punków. Poleciało też kilka butelek” (M. Majewski, „Żar stu tysięcy”, „Rzeczpospolita” z 7 sierpnia 1999 r.). Wielokrotnie dochodziło do profanowania krzyża przy namiocie na Przystanku Jezus. Zdziczali młodzi ludzie rzucali w niego puszkami od konserw i wyszydzali go (por. M. Jeżewska, M. Marosz, D. Łomicka, „Przystanek Woodstock – profanują krzyż”, „Gazeta Polska Codziennie” z 3 sierpnia 2013 r.). Ze szczególną zajadłością Owsiak atakował Radio Maryja i o. Tadeusza Rydzyka. Po publikacji we „Wprost” osławionych „taśm Rydzyka” pisał w liście do prezydenta i premiera: „Słowa o. Rydzyka mogę tylko porównać z najbardziej absurdalnymi wypowiedziami partyjnych bonzów III Rzeszy (...). Jest tak głupio znowu wstydzić się za ten kraj” („Gazeta Wyborcza” z 11 lipca 2007 r.).

Owsiak: „Polacy są straszliwymi rasistami”

W 2000 r., w czasie ogromnego kryzysu prawicy w związku z upadkiem AWS-u, Jerzy Owsiak pozwolił sobie na publiczne ujawnienie całej fobii wobec swego narodu. Zrobił to w wywiadzie dla tropiącego „nacjonalizm” i „antysemityzm” antyfaszystowskiego czasopisma „Nigdy Więcej”, mówiąc m.in.: „Polacy są straszliwymi rasistami. Szowinizm narodowy jest obecny w Polsce i nie jest to wcale bardzo marginalne zjawisko. Potwierdza to np. program Wojciecha Cejrowskiego «WC Kwadrans» (...). Polacy lubią być rasistami, chcą polepszyć przez to swój wizerunek, swoją własną wartość. (...) Duży udział w tym ma np. Kościół, który, nie rozumiejąc pewnych rzeczy, stawia kropkę nad «i». (...) Jesteśmy bardzo nietolerancyjni w stosunku do osób innej wiary. (...) Polacy są okropnymi rasistami (wywiad A. Zachei z J. Owsiakiem pt. „Trzeba być konsekwentnym”, „Nigdy Więcej”, 1½000). W wywiadzie znalazło się jeszcze odpowiednie określenie Polski w porównaniu z innymi krajami, zdaniem Owsiaka – „Polska... to zaścianek”.

Owsiaka pogarda dla Polski

Można tylko żałować, że te niemądre uogólnienia Owsiaka są tak mało znane w Polsce, bo na pewno pomogłyby w podważeniu jego mitu. Przypomnijmy jednak, że kilkakrotnie nawet podczas publicznych spotkań posuwał się on do otwartego wypowiedzenia jakiejś obrzydliwej opinii o Polsce. Oto kilka przykładów. 8 czerwca 2001 r. w Żarach, podczas publicznego spotkania zorganizowanego przez władze miasta i w ich obecności, Owsiak wypowiedział słowa: „W Polsce, tym pieprzonym kraju, zawsze będą narkotyki” (MZM, „Polska to «piep... kraj»”, „Nasza Polska” z 19 czerwca 2001 r.). Oburzony wypowiedzią Owsiaka Krzysztof Błażejczyk skierował do prokuratury doniesienie o popełnieniu przestępstwa z art.133, polegającego na znieważeniu Ojczyzny. Wkrótce okazało się jednak, że prokuratura, decyzją z 31 lipca 2001 r., odmówiła wszczęcia dochodzenia w sprawie znieważenia narodu i Rzeczypospolitej Polskiej. Pismo prokuratury nie zawierało żadnej argumentacji (por. A. Echolette, „Nie obraził Narodu”, „Nasza Polska” z 21 sierpnia 2001 r.). Do ponownego plugawienia imienia Polski przez Owsiaka doszło na Przystanku w Woodstock w 2003 r. Andrzej Poray tak pisał na ten temat: „«Polska to pop... kraj. Żyjemy w pop... kraju» – tymi słowami lider Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Jerzy Owsiak otwierał Przystanek Woodstock. Wykreowany przez lewicowe media «autorytet» i później nie szczędził wulgarnych, agresywnych słów pod adresem Ojczyzny” („Owsiak i jego armia”, „Nasza Polska” z 12 sierpnia 2003 r.).

Dziennikarz „Do Rzeczy” Wojciech Wybranowski wspominał podobnie ohydne wystąpienie Owsiaka: „To był 2002 lub 2003 rok. Jeden z Przystanków Woodstock, jakie jako dziennikarz relacjonowałem (...). Mija godzina 17-ta. W tym czasie w wielu miastach Polski ludzie stają na baczność, w milczeniu oddając hołd Powstańcom Warszawskim. A w Żarach na scenę wychodzi Owsiak. (...) I dokładnie w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego wrzeszczy do tych młodych zgromadzonych pod sceną obraźliwe słowa pod adresem Polski, coś, że pieprzy Polskę, że Polska to… i tu padają bardzo wulgarne słowa. (...)” („Jerzy Owsiak publicznie zbluzgał mój kraj, czyli jak szef WOŚP «oddał hołd» Powstaniu Warszawskiemu”, www.niezlomni.com, dostęp z 11 stycznia 2014 r.). W czasie gdy mamy tak wielkie zaległości w odsłanianiu przemilczanej najnowszej historii, dziejów Żołnierzy Wyklętych czy prześladowań politycznych doby stanu wojennego, Owsiak perorował: „Trzeba raz na zawsze skończyć z tymi pomnikami ku czci i chwale, z tym wiecznym gadaniem, co kto zrobił 30 lat temu” (wywiad M. Szymaniaka z J. Owsiakiem pt. „Mam dość pomników ku czci i chwale”, „Życie Warszawy” z 25-26 sierpnia 2007 r.).

Szerszy portret J. Owsiaka znajduje się w świeżo wydanym 3. tomie mojej książki „Czerwone dynastie przeciw Narodowi i Kościołowi”, którą można zamówić – tel. 608-854-215 i e-mail: maron@upcpoczta.pl) J.R.N.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kolędowanie u Jezuitów

2019-01-22 10:54

Jadwiga Kamińska

Rodzina Pospieszalskich zakończyła cykl koncertów „Kolędy u Jezuitów”, które odbywały się pod patronatem abp Grzegorza Rysia – Metropolity Łódzkiego i Grzegorza Schreibera – Marszałka Województwa Łódzkiego. W świątyni pw. Najświętszego Serca Jezusowego wystąpił m.in. Chór Cantus Cordis z Białorusi, Zespół Pieśni i Tańca Śląsk im. Stanisława Hadyny.

Marek Kamiński

Rodzina Pospieszalskich wystąpiła z koncertem kolęd i pastorałek. – Kolędowanie było kawałkiem rzeczywistości w naszej rodzinie. Mama organizowała dla nas teatrzyki, odstawialiśmy jasełka. Najstarszy brat był Józefem, siostra Maryją, ja pastuszkiem, a najmłodsze z rodzeństwa leżało w żłóbeczku – wspomina Jan Pospieszalski.

Marek Kamiński

Narracją w jasełkach były kolędy ułożone od Zwiastowania Anielskiego do pokłonu Trzech Króli. Rodzice zorientowali się, że ich dzieci interesują się instrumentami, muzyką więc zapisali je do szkoły muzycznej. Najmłodszy Mateusz uczył się gry na fortepianie, Marcin i Karol na skrzypcach, Paweł na wiolonczeli a Jan na kontrabasie.

- W pewnym momencie stało się to tak dojrzałe, profesjonalne, że mama zaproponowała nagranie kolęd. Efekt przerósł nasze oczekiwania. Zainteresowała się nami telewizja i nagrała program – mówi Jan Pospieszalski.

Z czasem dorosło drugie pokolenie Pospieszalskich również utalentowane muzycznie.

Obecnie występują w piętnasto osobowym składzie. Granie ich nie nudzi, a każdy koncert to kawałek ich życia. Na scenie pojawia się już trzecie pokolenie: to Józef, Stefania oraz Stasio. Estrada dla wnuków staje się fragmentem ich dzieciństwa.

- Mówi się, że miłość w rodzinie poznaje się najlepiej przy podziale spadku. Rodzice nie zostawili nam wielu dóbr materialnych, ale zostawili depozyt wiary, depozyt szacunku do polskiej kultury i wykształcenie muzyczne, byśmy potrafili te talenty pomnażać – opowiada Pan Jan. To co robimy na scenie ma charakter rodzinnej przygody ukierunkowanej na wspólną modlitwę, przeżywanie też tajemnicy Wcielenia Bożego w perspektywie wiary.

- Kolędowanie w gronie to przedłużenie świąt. Otaczam się najbliższymi, z którymi uwielbiam spędzać czas. U mnie co roku odbywa się wigilia. Zrobiłem specjalnie taki duży stół, żeby wszyscy się zmieścili. Wciągamy w to nasze wnuki z synowymi, z zięciami, żeby przedłużyć integrację rodziny – powiedział Mateusz Pospieszalski.

Koncert Rodziny Pospieszalskich był okazją do wspólnego kolędowania. Radość i spontaniczność muzykowania udzieliła się zebranej publiczności, wypełniającej po brzegi kościół. Owacje na stojąco to nagroda i podziękowanie artystom za wspaniałe występy.

Organizatorem koncertów „Kolędy u Jezuitów” było Stowarzyszenie Słowo i Muzyka u Jezuitów oraz parafia pw. Najświętszego Imienia Jezus.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Koncert kolęd 2019 300x300 nowy termin

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem