Reklama

11 listopada 1918 w odsłonach

2018-11-07 08:41

Bogdan Kędziora
Niedziela Ogólnopolska 45/2018, str. 18-19

Wolski Saryusz /ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego
Rozbrajanie Niemców w Warszawie – plakat „Oddajcie broń!”.

Obraz ziem polskich w tym dniu przypominał, wbrew potocznym skojarzeniom, bardzo zróżnicowaną mozaikę. Wolność krocząca już od przeszło trzech tygodni dotarła tylko do niewielkiej części przedrozbiorowej Rzeczypospolitej

Był poniedziałek 11 listopada 1918 r. W Compiegne we Francji podpisano oczekiwane zawieszenie broni. Niemcy, mimo że żaden żołnierz obcej armii nie postawił nogi na niemieckiej ziemi, a armia niemiecka stała jeszcze we Francji, Belgii, Holandii oraz w głębi pogrążonej w chaosie rewolucyjnym Rosji, przegrywali wojnę, która dla milionów Europejczyków była największym koszmarem, jaki dotychczas przeżyli. Był to także koszmar dla milionów Polaków będących pod okupacją, ginących na polach bitew w służbie zaborców.

Wyspy Niepodległej

4 listopada wolność przyszła na Jasną Górę. Polscy żołnierze przejęli dowództwo nad jasnogórską twierdzą. Nad Jasną Górą załopotała biało-czerwona flaga.

Niepodległością cieszyli się od kilkunastu dni mieszkańcy polskiej części Śląska Cieszyńskiego. W Boguminie, Cieszynie, Skoczowie władzę objęła Cieszyńska Rada Narodowa, czekając na połączenie tych obszarów z Polską. Ponieważ obowiązywało porozumienie z czeskimi organami tymczasowej władzy na tym terenie, na razie panował spokój, choć zbierały się już chmury zapowiadające nadchodzący konflikt, gdyż centralny rząd w Pradze nie pogodził się z warunkami tego porozumienia.

Reklama

Kolejną wyspą wolności była Galicja Zachodnia, w której faktyczną władzę tymczasową sprawowała od prawie dwóch tygodni powstała w Krakowie Polska Komisja Likwidacyjna z Wincentym Witosem na czele. W wielu miastach trwało usuwanie oznak austriackiego panowania. Powiewały już polskie flagi, pojawiały się także polskie orły na budynkach urzędów przejętych po zaborcy. Budowano zalążki polskiej administracji, tworzyło się polskie wojsko.

Od kilku zaledwie dni wolnością cieszyli się mieszkańcy austriackiej okupacji byłego Królestwa Polskiego, czyli Lubelszczyzny. W Lublinie od czterech dni działał Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej na czele z Ignacym Daszyńskim, aspirujący do roli pierwszego rządu niepodległej Polski. Ale jednocześnie pojawiło się zagrożenie ze strony zbolszewizowanej Rady Delegatów Robotniczych, która nawoływała do przewrotu rewolucyjnego. Powszechny i bardzo odczuwalny niedostatek materialny, zmęczenie latami okupacji oraz stan tymczasowości i dezorientacji części społeczeństwa stanowiły realne zagrożenie dla pokoju społecznego.

We Lwowie oblężonym przez Ukraińców dzielnie broniła się odcięta od świata grupa polskich patriotów, złożona z ochotników, w tym z młodzieży, oczekująca na pomoc.

11 listopada dotarła do Przemyśla grupa ekspedycyjna majora Juliana Stachiewicza i przystąpiła do zdobywania miasta, co trwało jeszcze kilkanaście dni.

Pospolite ruszenie na obszarze niemieckiej okupacji

Wyraźne przyspieszenie dynamiki wydarzeń w Warszawie i niemieckiej części okupowanego Królestwa związane było z przyjazdem z Magdeburga 10 listopada komendanta Józefa Piłsudskiego, o którego uwolnienie zabiegało wiele środowisk. Wprawdzie już od ponad miesiąca Rada Regencyjna sprawowała władzę jako ośrodek niezależny od Niemiec, tworząc zręby polskiego wojska i administracji, ale w warunkach obecności wojsk niemieckich w stolicy ta suwerenność wydawała się nadal problematyczna. 11 listopada w Warszawie, jak donosiła „Nowa Gazeta”, „po niezwykle ożywionej nocy, rozbrzmiewającej strzałami, turkotem szybko przejeżdżających samochodów wojskowych, nastał mglisty ranek. Ulice zaległy wkrótce gęste tłumy, podniecone i wojownicze. Na miasto wyszły patrole wojska polskiego i milicji. Rozbrajają przechodzących żołnierzy niemieckich i oficerów. Większość z nich oddaje broń dobrowolnie, zdarzają się jednak wypadki oporu. Wtedy zwykle interweniuje tłum, przechylając zawsze zwycięstwo na stronę polską. W paru miejscach doszło do wymiany strzałów, są zabici i ranni”. Zrewoltowani przez propagandę bolszewicką żołnierze armii niemieckiej w stolicy z reguły opuszczali posterunki, sprzedawali broń, a nawet nakładali czerwone opaski i kokardy. Ci, którzy mieli polskie pochodzenie, nakładali biało-czerwone i przechodzili do Polskiej Siły Zbrojnej – formacji podległej Radzie Regencyjnej. Rano Piłsudski udał się do gmachu byłego generała gubernatora (Pałac Namiestnikowski, dziś Pałac Prezydencki), gdzie wygłosił przemówienie do Rady Żołnierskiej, w którym stwierdził: „Naród polski za grzechy waszego rządu nad wami mścić się nie chce i nie będzie!”. Zaapelował do żołnierzy, by zachowali spokój i nie prowokowali. Do zgromadzonych pod gmachem rodaków zaapelował o powstrzymanie się od wrogich działań przeciw żołnierzom. Prasa warszawska pisała o Piłsudskim jako o „wodzu narodu”, za którym stoi „murem zaufanie narodu”. Rada Regencyjna po południu, ok. godz. 17, po dłuższej rozmowie z komendantem, zdecydowała o przekazaniu mu władzy wojskowej i zapowiedziała, że po utworzeniu Rządu Narodowego złoży swoją władzę. Wieczorem rząd lubelski podporządkował się Piłsudskiemu, a ten powierzył misję tworzenia nowego Daszyńskiemu. I tu, w Warszawie, za sprawą agitacji skrajnej lewicy spod znaku SDKPiL i PPS-Lewicy, zaczęły się wybory do Rady Delegatów Robotniczych, a więc pojawiło się niebezpieczne widmo rewolucji.

Rozbrajanie żołnierzy niemieckich powtórzyło się w wielu miejscach, m.in. w:  Łodzi, Kaliszu, Łukowie, Siedlcach, Węgrowie, Sokołowie Podlaskim, Sieradzu i innych mniejszych miejscowościach. Towarzyszyło temu zajmowanie budynków publicznych i urzędów. Ogromną rolę odgrywała w tej żywiołowej akcji POW – przez okres wojny tajna armia utworzona na jej początku przez Piłsudskiego. Teraz jej żołnierze przystępowali do zrywania niemieckich napisów, przejmowania magazynów żywności i broni. Nie wszędzie obyło się bez ofiar. W Łodzi zginęło pięciu Polaków. Ale widać było satysfakcję, kiedy na ratuszach miejskich zaczęły powiewać flagi biało-czerwone, „tak rzadko (...) widywane”, a widok Niemców „gremialnie” wyjeżdżających końmi i samochodami napawał radością.

Mobilizacja w oczekiwaniu na wolność

W zaborze pruskim i na Kresach sytuacja była zgoła inna. Na obszarze zaboru pruskiego nadal funkcjonowała niemiecka władza, stacjonowały wojska niemieckie, a losy tych ziem nie były wcale przesądzone, tym bardziej że Prusy jako państwo nie przeżyły głębokiego kryzysu wewnętrznego. Wprawdzie Niemcy stanowili liczebną mniejszość na obszarze Wielkopolski i Górnego Śląska, ale stanowili tam od dziesięcioleci elity społeczne i gospodarcze wspierane przez państwo. Poza tym świadomość narodowa niektórych polskojęzycznych mieszkańców, zwłaszcza na Śląsku, była problematyczna. Natomiast na Pomorzu dominował język kaszubski i niemiecki, dlatego przed I wojną światową znaczna część ludności kaszubskiej wkraczała „mocno podniemczona”, bez ugruntowanego poczucia narodowego i wiary w odrodzenie Polski, choć wśród Kaszubów przyznających się do polskości pojawił się charyzmatyczny lider Antoni Abraham. Niemcy nie ustawali natomiast w wysiłkach, by udowodnić, że Pomorze od wieków jest niemieckie, a Kaszubi to nie Polacy.

W Wielkopolsce, w której jeszcze przed wojną polski ruch narodowy był najlepiej zorganizowany, dzięki długiej tradycji pracy wokół obrony polskości, a w ostatnim okresie – pracy obozu Narodowej Demokracji wraz z nasilającym się kryzysem wewnętrznym Niemiec, polskie środowiska podjęły działania zmierzające do wytworzenia polskiej reprezentacji. 9 listopada w Poznaniu powstał tajny Centralny Komitet Obywatelski, w którym zasiedli posłowie polscy do parlamentu Rzeszy i sejmu pruskiego oraz przedstawiciele organizacji społecznych. Natomiast w terenie, w tym także na Pomorzu, zaczęły powstawać rady ludowe jako terenowe organy polskiego ruchu narodowego. Równolegle powstała w Poznaniu Rada Żołnierska, reprezentująca zrewoltowane środowiska zmęczonych wojną żołnierzy. 11 listopada z jej inicjatywy powołano Radę Robotniczą, w której przewagę zdobyli Polacy. Obie rady połączono. Sieć rad powstawała także na Pomorzu. To był początek drogi do uniezależnienia Wielkopolski i Pomorza od Berlina.

Na Górnym Śląsku polski ruch narodowy ujawnił swoje aspiracje polityczne już w październiku 1918 r. W oświadczeniu polskich organizacji z terenu Rzeszy i kilkunastu polskich gazet oraz w wystąpieniu w Reichstagu Wojciecha Korfantego jasno formułowano wolę połączenia tej dzielnicy z odradzającą się Polską, upominając się o Poznańskie, Prusy Zachodnie z Gdańskiem (czyli Pomorze Gdańskie), Górny Śląsk, a nawet część tzw. Śląska Dolnego. Kryzys wewnętrzny Niemiec oraz abdykacja Wilhelma II 9 listopada zdynamizowały życie polityczne w Niemczech. Masowo powstawały rady robotniczo-żołnierskie, zdominowane przez lewicę socjaldemokratyczną, do których włączyli się na Górnym Śląsku tylko nieliczni Polacy, mimo że deklarowały one z reguły przychylny stosunek do polskiego ruchu narodowego. Dystansując się wobec nich, większość aktywnych środowisk polskich na tym obszarze odpowiedziała powoływaniem rad ludowych, własnych struktur administracyjnych, które ciążyły ku kształtującej się w Wielkopolsce Naczelnej Radzie Ludowej. Do końca 1918 r. było ich na Górnym Śląsku ponad 500. Trzeba pamiętać, że Polacy na obszarze zaboru pruskiego w listopadzie 1918 r. nie dysponowali żadną siłą militarną, która mogłaby wpłynąć realnie na układ sił w krytycznym momencie rywalizacji polsko-niemieckiej. Jedynie w Wielkopolsce istniała słaba liczebnie POW, a naturalna baza dla budowania siły zbrojnej, którą były drużyny Sokoła, nie mogła stanowić wartościowej przeciwwagi dla wojsk niemieckich.

Tymczasem na dawnych Kresach Rzeczypospolitej od roku trwał chaos rewolucyjny, który stanowił zagrożenie dla polskiej ludności. Ziemie te były okupowane przez wojska niemieckie, a ludność polska była odcięta niemieckim kordonem od wolnej już centralnej Polski. Kiedy tylko Niemcy się wycofywali, wzrastało zagrożenie ze strony zrewolucjonizowanych „watah”, które mogły bezkarnie palić, grabić i zabijać. Najbardziej narażone na napady bolszewików i zrewoltowanego chłopstwa ukraińskiego czy ruskiego, które próbowało wykorzystać istniejący zamęt dla grabieży, były polskie dwory na Kresach. Podburzeni przez bolszewików dopuszczali się pogromów „panów”, dewastowali sprzęty rolnicze, wyrzynali bydło, nożami i sierpami niszczyli księgozbiory i dzieła sztuki, fortepiany i antyczne meble rąbali na opał. Nie mieli żadnych skrupułów. Tak wspomina te momenty jedna z polskich ziemianek: „Widząc, że źle się dzieje, wzięłam figurę gipsową Dzieciątka Jezus (...). Oddałam ją do przechowania jednej z dziewcząt u mnie służących, prosząc, by u siebie w chacie przechowała. Tymczasem łotr jakiś wydarł jej z rąk statuę i rzucając na ziemię, zawołał: «Bodaj polskim bogom oczy powyłaziły!»”. Dwory były nierzadko profanowane fekaliami, a następnie puszczane z dymem. Przez krótki okres do wiosny i lata na niektórych obszarach mogły one liczyć na wsparcie polskich korpusów, ale te zostały rozbrojone przez Niemców lub Austriaków. Jedynym środkiem ratunku były organizowane na niektórych obszarach polskie samoobrony, głównie na terenach litewsko-białoruskich. Takie samoobrony jako organizacje formalnie tylko samopomocowe i porządkowe były de facto bazami dla polskiej konspiracji wojskowej. Powstały w Wilnie, Grodnie i Mińsku, a powiązane były z nimi samoobrony lokalne. Nie tylko starały się one bronić tutejszych Polaków, ale także podejmowały próby przejmowania władzy na obszarach opuszczanych przez Niemców, tworząc zalążki polskiej władzy cywilnej na obszarach wysp zamieszkiwanych przez rodaków. Wobec przewagi bolszewików oddziały samoobrony zmuszane były do działań konspiracyjnych, do prowadzenia walki partyzanckiej. Polacy na Kresach czekali aż do wiosny 1919 r. na wkroczenie jednostek Wojska Polskiego.

Zatem obraz 11 listopada 1918 r. był złożony. Na niektórych obszarach ziem historycznie polskich cieszono się już wolnością, a na innych trzeba było na nią czekać w niepewności jeszcze przez kolejne miesiące, a nawet lata. Kiedy mieszkańcy Krakowa, Lublina i Warszawy świętowali odzyskaną świeżo niepodległość, na Kresach rozgrywała się tragedia, ginął świat polskich dworów. Wszędzie natomiast miejscowe środowiska polskie podejmowały samoczynnie działania, by przygotować grunt dla restytuowania Polski. To było wielkie, spektakularne i wspólnotowe zwycięstwo narodu po 123 latach niewoli.

Tagi:
Niepodległość 100‑lecie niepodległości

Kawaler Virtuti Militari

2018-11-21 10:42

Sławomir Błaut
Niedziela Ogólnopolska 47/2018, str. 20

Współtwórcami niepodległej Polski byli nie tylko słynni dowódcy, lecz także zwykli żołnierze – często zapomniani, nieznani bohaterowie Ojczyzny. Jednym z takich bohaterów był plutonowy Roman Zych, odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari za niezwykłe męstwo w bojach z bolszewikami w 1920 r.

Roman Zych urodził się 10 lipca 1898 r. w Brzezinach Wielkich w powiecie częstochowskim, pod zaborem rosyjskim (obecnie są to Brzeziny Nowe). Jego rodzicami byli Piotr Zych i Marianna z domu Cieślak, wyznania rzymskokatolickiego. Nasz bohater ukończył szkołę powszechną rosyjską w Brzezinach Wielkich. W latach 1913-15 pracował jako górnik w Kopalni Rudy Żelaza „Hantke” w Konopiskach.

W Wojsku Polskim

Do służby w Wojsku Polskim został powołany 12 lutego 1919 r. Służył w 2. baterii 1. dywizjonu 9. Pułku Artylerii Polowej w Białej Podlaskiej, który wchodził w skład 9. Dywizji Piechoty 3. Armii dowodzonej przez gen. Władysława Sikorskiego. W szeregach tego pułku uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej, walcząc przeciwko oddziałom owianej złą sławą 1. Armii Konnej pod dowództwem Siemiona Budionnego. Boje na tym odcinku frontu miały kluczowe znaczenie dla obrony Rzeczypospolitej. 24 czerwca 1920 r. we wsi Wielkie Awciuki k. Mozyrza Zych wykazał się dużą odwagą. Narażając swoje życie, pod silnym ogniem karabinów celnymi strzałami z działa zniszczył karabin maszynowy bolszewików, czym zmusił ich do odwrotu. Równie bohaterskim czynem odznaczył się podczas bitwy rozegranej 5 września 1920 r. w rejonie Stefankowic k. Hrubieszowa. W obliczu brawurowego ataku wroga zachował zimną krew, uspokoił swoich kolegów, dając im dobry przykład. Celne strzały Zycha spowodowały duże straty wśród bolszewickiej kawalerii – kilkunastu rannych i zabitych, w tym pułkownik i komisarz, w wyniku czego wrogowie musieli się wycofać. Jego odwaga została nagrodzona. Został odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari (nr 1726). Rozkaz w sprawie nadania orderu podpisał 27 listopada 1920 r. gen. Władysław Sikorski. Zatwierdzenie nadania nastąpiło dekretem Wodza Naczelnego Wojska Polskiego marszałka Józefa Piłsudskiego.

Wojenną kartę Romana Zycha opisał jego wnuk (syn córki, Mieczysławy) – Jan Pydziński w broszurze pt. „Zarys historii wojennej w wojnie polsko-bolszewickiej 1919-1920 roku 2. baterii 1. dywizjonu 9. Pułku Artylerii Polowej” (korzystając z akt Centralnego Archiwum Wojskowego). Wspominano o nim także w publikacjach Sławomira Kordaczuka i Wiesława Słupczyńskiego „9. Pułk Artylerii Lekkiej (Dęblin-Zajezierze, Biała Podlaska, Bereza Kartuska, Siedlce)” oraz Sławomira Kordaczuka „Siedlecka księga chwały 1914-1944. Mieszkańcy regionu w walce o wolność i niepodległość”.

Dalsze losy Romana Zycha

Po powrocie z wojny w 1922 r. nasz bohater ożenił się z Justyną Sojką. Miał sześcioro dzieci – trzech synów i trzy córki. W latach 1922-35 ponownie podjął pracę górnika w kopalni „Hantke”. W latach 1935-39 pracował na kolei na Dworcu Głównym w Częstochowie. Po wybuchu II wojny światowej w 1939 r. został wysłany do Warszawy do obrony węzła kolejowego. Miał też konwojować polskie złoto do Rumunii, ale transport ten nie wyjechał koleją z powodu uszkodzenia torów. Przez lata okupacji hitlerowskiej Roman Zych ukrywał swój Order Virtuti Militari wraz z legitymacjami. Zakopał go w ogrodzie, by nie dostał się w ręce wroga. Po wojnie wrócił do pracy w PKP. Jego bohaterska przeszłość była jednak źle widziana w PRL. Ten zasłużony dla Polski człowiek zmarł 25 lutego 1953 r. w Kawodrzy Górnej (obecnie dzielnica Częstochowy), został pochowany na cmentarzu Zacisze w Częstochowie.

Pamięć o bohaterze

Dzięki staraniom Jana Pydzińskiego oraz radnego Andrzeja Sowy (PiS), decyzją częstochowskich radnych z 6 grudnia 2017 r. rondo przy skrzyżowaniu al. Jana Pawła II i ul. Drogowców nosi nazwę „Rondo plutonowego Romana Zycha”. 8 września br. w Brzezinach Nowych została odsłonięta tablica pamiątkowa ku czci Romana Zycha z okazji 120. rocznicy jego urodzin oraz 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości, o co starali się m.in. radna gminy Poczesna Ewa Synoradzka z Brzezin Nowych i wójt gminy Poczesna Krzysztof Ujma. Kolejnym przejawem troski o pamięć historyczną było uroczyste zasadzenie 9 września br. w Stefankowicach k. Hrubieszowa 6 dębów pamięci dla uczczenia 6 artylerzystów odznaczonych Virtuti Militari za bohaterstwo w bitwie z 5 września 1920 r. – w ich gronie Romana Zycha. O to upamiętnienie zabiegali aktywnie wójt i Rada Gminy Hrubieszów oraz stowarzyszenie „Sosenka” ze Stefankowic z prezes Janiną Mróz. Rodzina naszego bohatera ufa, że pamięć o nim nigdy nie zaginie.

Serdecznie dziękuję za pomoc i udostępnienie mi materiałów do napisania artykułu p. Janowi Pydzińskiemu, wnukowi Romana Zycha.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Zmarł Franciszek Jakowczyk, który wszystko oddał Ojczyźnie

2019-01-10 15:12

Agnieszka Bugała

Jakub Szymczuk/KPRP
Franciszek Jakowczyk

W październiku ub. r. prezydent Andrzej Duda przywrócił mu polskie obywatelstwo.

więcej o tym wydarzeniu pisaliśmy tutaj:

http://www.niedziela.pl/artykul/139967/nd/Wszystko-oddal-Ojczyznie

Franciszek Jakowczyk urodził się w 1928 r. w Samołowiczach obok Pacewicz (gmina Piaski, powiat Wołkowysk) w rodzinie inteligenckiej. Jego ojciec Włodzimierz był wojskowym i w czasach I wojny światowej służył w Legionach Piłsudskiego. Matka Anna pracowała jako nauczyciel historii w szkole wiejskiej. Tragicznym dla rodziny Jakowczyków okazał się rok 1939. Samołowicze okupowały wojska radzieckie. W 1941 roku do wsi i okolic. po Sowietach, przyszli nowi okupanci – Niemcy. Franciszek Jakowczyk wstąpił do AK i otrzymał pseudonim „Karny”. Uczestniczył w różnych operacjach. Był w oddziale „Wróbla” z bratem Weroniki Sebastianowicz (należała do AK i działała w polskim podziemiu antykomunistycznym ziemi wołkowyskiej także po zakończeniu II wojny światowej) – Antonim Oleszkiewiczem „Iwanem”. Był uczestnikiem jednej z ostatnich udanych akcji podziemia wołkowyskiego. W kwietniu 1948 roku oddział „Wróbla” dokonał likwidacji Daniły Tomkowa, szefa partii komunistycznej w rejonie mostowskim. Niedługo po tym Franciszek Jakowczyk został schwytany i przewieziony do więzienia w Wołkowysku, a potem do Grodna. Na początku lat 50. Jakowczykowi udało się zbiec, wkrótce jednak został złapany i skazany na śmierć. Wyrok zamieniono na 25 lat pozbawienia wolności, z których 15 lat spędził w więzieniu. Wyszedł na wolność w 1969 roku. Wnioskował o amnestię, w ramach podpisanej umowy między ZSRR i Polską o repatriacji, ale nie otrzymał z Moskwy odpowiedzi pozytywnej. „Nie podlega repatriacji ze względu na ciężką zbrodnię przeciwko narodowi ZSRR” - napisano. Po wyjściu z łagru szukał miejsca do zamieszkania, bo do Polski go nie wpuszczano. Pojechał tam, gdzie „Polska była niedaleko” – do Dowbysza, gdzie wówczas mieszkała duża grupa  Polaków. Tam założył rodzinę, znalazł pracę i prowadził gospodarstwo. Franciszek Jakowczyk zawsze podkreślał, że jest Polakiem i z polskiego obywatelstwa nigdy nie zrezygnował.

Polskie obywatelstwo odzyskał dopiero z rąk prezydenta Andrzeja Dudy w październiku 2018 roku. Stowarzyszenia Odra Niemen przywiozło Franciszka do Polski wczesną wiosną 2018r. Chciał otrzymać polskie obywatelstwo i umrzeć w Polsce. Pogrzeb żołnierza odbędzie się w przyszłym tygodniu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

O pilotowaniu

2019-01-15 21:17

Katarzyna Krawcewicz

W Domu Formacyjnym Ruchu Światło-Życie im. św. Jana Chrzciciela w Łagowie 14 stycznia rozpoczęła się sesja o pilotowaniu kręgu, czyli rekolekcje dla par pragnących podjąć posługę formacji nowo powstających kręgów Domowego Kościoła. Sesję poprowadzili Grażyna i Roman Strugowie z archidiecezji łódzkiej.

Maciej Krawcewicz
W Łagowie rekolekcje dla par pragnących podjąć posługę formacji nowo powstających kręgów Domowego Kościoła

- Te rekolekcje przeznaczone są dla małżeństw po formacji podstawowej. Pilotowanie kręgu to ukazywanie małżonkom, którzy dopiero wchodzą do Domowego Kościoła, tego, czym żyjemy, jak funkcjonuje Ruch Światło-Życie, jakie są nasze zobowiązania – wyjaśnia Roman Strug.

Te zobowiązania to m.in. codzienna modlitwa osobista, małżeńska i rodzinna, regularne spotkanie ze słowem Bożym czy też comiesięczny dialog małżeński oraz systematyczna praca nad sobą, małżeństwem i rodziną.

W rekolekcjach uczestniczy 7 par. Zakończą się 19 stycznia.

Więcej w papierowym wydaniu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem