Reklama

Nowy prezydent – nowe możliwości

2018-10-10 11:21

Ks. Jacek Molka
Edycja częstochowska 41/2018, str. IV

Magda Nowak/Niedziela
Brifing Artura Warzochy na pl. Biegańskiego w Częstochowie 25 września 2018 r.

Z Arturem Warzochą, senatorem Prawa i Sprawiedliwości oraz kandydatem na prezydenta Częstochowy, rozmawia ks. Jacek Molka

Ks. Jacek Molka: – To już trzeci raz, kiedy decyduje się Pan, w tym przypadku jako senator Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, kandydować na stanowisko prezydenta Częstochowy?

Artur Warzocha: – Tak. Kandyduję po raz trzeci, a wynika to z mojej wielkiej determinacji i przekonania, że wiem, co należy zrobić, żeby nasze miasto zaczęło się w końcu rozwijać. Często słyszę taką uwagę, że przecież jako senator mam bardzo wygodną pozycję polityczną, że robię ważne rzeczy dla całej Polski, dla naszej Polonii. Ale nie chodzi przecież o to, żeby było mi wygodnie, tylko o to, żeby tam, gdzie jest taka potrzeba, czyli właśnie tutaj, w Częstochowie, wykorzystać całe swoje zdobyte dotychczas doświadczenie – zarówno parlamentarne, jak i samorządowe dla naszego miasta oraz jego mieszkańców.

– Nowy prezydent – nowe możliwości... Jaki jest zatem Pana pomysł na Częstochowę? Proszę o przybliżenie najważniejszych elementów Pańskiego programu.

– Przede wszystkim należy jak najszybciej zatrzymać fatalny trend wyludniania się Częstochowy. Jest to nasz ogromny dramat. Z Częstochowy wyjechali ludzie, którzy „robią” kariery naukowe, w biznesie, jako prawnicy, w dziedzinie kultury i sztuki. Świetnie rozwijają swoje talenty poza Częstochową. Dotychczasowy prezydent ze swoją ekipą nie robi nic konkretnego, żeby przekonać młodych i ambitnych ludzi, by w Częstochowie zostali. Oferta obecnej ekipy dla młodych, ambitnych ludzi ma charakter wyłącznie propagandowy i nie zatrzymuje procesu emigracji.

– Jak Pan zamierza zatrzymać młodych częstochowian tu na miejscu?

– Po pierwsze, wraz z Regionalnym Funduszem Gospodarczym, rozwinę program Mieszkanie+, który podczas mojej ewentualnej kadencji pozwoli 1000 rodzinom zamieszkać pod własnym dachem. Nie rozumiem tego, ale obecny prezydent nie był i nie jest zainteresowany wprowadzeniem tego programu w Częstochowie. Zadbam również o stworzenie nowych, osiedlowych miejsc parkingowych.

– Dobrze, i co dalej?

– Drugi punkt mojego programu dotyczy pozyskiwania inwestorów, którzy stworzą nowe i dobrze płatne miejsca pracy dla młodych ludzi, w tym absolwentów częstochowskich uczelni. Włączymy się w program, który przyciągnie do Częstochowy tzw. inwestorów powierzchni biurowych, którzy już sygnalizują, że są zainteresowani budową na miejscu budynków pod centra dużych firm. Z wiadomych względów Częstochowa jest bardzo wygodnym punktem na mapie Polski i stąd bierze się z ich strony zainteresowanie naszym miastem. Zapewni to pracę, która powinna spełniać ambicje młodej, wykształconej kadry menedżerskiej. To w znacznym stopniu powstrzyma wyjazdy naszych mieszkańców z Częstochowy.

– A co z infrastrukturą, np. drogową?

– Zadbam również o budowę nowych, bezpiecznych dróg i modernizację już istniejących, szczególnie w dzielnicach peryferyjnych. Tutaj potrzebne będzie wsparcie naszego rządu. Z samego budżetu miasta nie będziemy w stanie szybko poprawić naszych dróg i chodników.

– A ma Pan jakąś propozycję dla częstochowskich uczelni?


– Dzięki mojej inicjatywie oraz przy wsparciu Ministerstwa Zdrowia oraz Nauki i Szkolnictwa Wyższego na Uniwersytecie im. Jana Długosza powstanie wydział lekarski, który kształcić będzie lekarzy specjalistów. Pozwoli to na znaczny wzrost poziomu służby zdrowia i zwiększy dostępność pacjentów do świadczeń opieki zdrowotnej w Częstochowie.
Punktem dla mnie bardzo istotnym jest rozwój częstochowskich wyższych uczelni. Tak jak większość częstochowian byłem zwolennikiem utworzenia uniwersytetu. Po wielu latach naszych starań to się udało i od czerwca 2018 r. mamy uniwersytet w Częstochowie.
Chciałbym dodać, że dotychczas dzięki moim zabiegom nasze uczelnie uzyskały ponad 80 mln zł. Pamiętam też o naszych studentach. Wprowadzę bezpłatne przejazdy komunikacją miejską dla wszystkich studentów i doktorantów. Oczywiście, dzieci i młodzież szkolna też będą objęte tym przywilejem.

– A jakie ma Pan plany jeśli chodzi o wypoczynek i rekreację mieszkańców Częstochowy?

– To kolejny bardzo ważny punkt. W trakcie pierwszej kadencji wraz z radnymi klubu Prawa i Sprawiedliwość zwiększymy dwukrotnie nakłady na te ważne społecznie cele. Dzięki temu częstochowscy sportowcy będą mogli znów włączyć się w walkę o najwyższe laury w kraju i za granicą, a dzieci i młodzież będą miały bezpłatny dostęp do zajęć sportowych w wielu dyscyplinach. Doprowadzę też do budowy nowoczesnego stadionu przy ul. Limanowskiego wraz z Częstochowskim Centrum Piłki Nożnej.

– W swoim spocie wyborczym wyjaśnia Pan, że uczestniczenie od wielu lat w polityce na szczeblu centralnym przekłada się potem na możliwości szybszego i skuteczniejszego załatwiania różnych ważnych dla miasta spraw. Bo zna się ludzi, zna ścieżki. Proszę rozwinąć tę myśl.

– Jak już wcześniej wspomniałem, dzięki wieloletnim zabiegom, szczególnie w ostatnich latach, pełniąc funkcję senatora RP, udało mi się „pozyskać” ogromne środki dla częstochowskich uczelni, przekonać wybitnych twórców filmowych do uruchomienia na uniwersytecie kierunku – Film i Sztuki Audiowizualne, który ruszy już wkrótce. Oznacza to, że niebawem w Częstochowie będziemy mieli szkołę filmową, którą współtworzyć będzie kadra ze sławnej Łódzkiej Filmówki – najsławniejszej tego profilu uczelni w Polsce!

– Innymi słowy, współpracując z centralą, jesteśmy w stanie zrobić więcej. Tak?


– Tak. To oczywiste. Dlatego chciałbym w tym miejscu podkreślić, że bez pomocy i współpracy z naszym rządem Częstochowa nie będzie w stanie się rozwijać w odpowiedni sposób. W chwili obecnej wpływy z podatków nie pozwalają np. na poważne uruchomienie niezbędnych inwestycji drogowych, które są bardzo kosztowne. Poprawa nawierzchni czy skanalizowanie wszystkich ulic w Częstochowie wymaga ogromnych środków. Takie zapewni nam współpraca z odpowiednimi ministerstwami i przygotowany Plan dla Częstochowy.
Tutaj znowu trzeba wrzucić kamyczek do ogródka obecnie rządzącej ekipy w naszym mieście. Otóż nie przypominam sobie w ciągu ostatnich trzech lat, żeby przedstawiciele władz samorządowych z naszego miasta zabiegali o jakiś wielki projekt dla Częstochowy w jakimkolwiek ministerstwie. Poza tym ani ja, ani inni parlamentarzyści Prawa i Sprawiedliwości Ziemi Częstochowskiej nie byliśmy nigdy proszeni przez pana Matyjaszczyka o jakąkolwiek pomoc dla miasta! A przecież, jeżeli chodziłoby o rzeczy ważne dla Częstochowy, to nikt z nas takiej pomocy by nie odmówił! Nie wiem, czy to świadome działanie, czy też nieudolność, ale odpowiedzi na oba pytania są kompromitujące dla tutejszych władz samorządowych.

– Czym trzeba byłoby zająć się bez zbędnej zwłoki?

– Pilnych problemów do rozwiązania jest bez liku. Wymienię chociażby problem zabezpieczenia przeciwpowodziowego, słaba kondycja finansowa szpitali, problemy związane z polityką społeczną, opieka nad osobami niepełnosprawnymi i seniorami, jakość częstochowskich dróg i chodników, inwestycje na niezadowalającym poziomie, brak inwestycji w ramach programu Mieszkanie+, niski poziom finansowania kultury i sportu w mieście czy inwestycje w oświacie. Czarę goryczy przelewa kompletna inercja władz miasta w sprawie pomocy dla rozwoju szkolnictwa wyższego, w tym przede wszystkim dla podniesienia statusu byłej już Akademii im. Jana Długosza do poziomu uniwersyteckiego. Całe szczęście udało się to osiągnąć dzięki ciężkiej pracy środowiska akademickiego i pomocy ze strony parlamentarzystów oraz rządu Prawa i Sprawiedliwości.

– Nie mogę nie zapytać o to, jak kandydat na prezydenta duchowej stolicy Polski wyobraża sobie relacje z Kościołem częstochowskim?


– Mamy dość nietypową sytuację w Częstochowie, jeżeli chodzi o obecność Kościoła, z czego nie każdy spoza naszego miasta zdaje sobie sprawę. Oprócz Jasnej Góry i największego, jednocześnie najważniejszego dla Polaków sanktuarium maryjnego, jesteśmy stolicą archidiecezji i metropolii. Współpraca samorządu i Kościoła musi być oparta na wzorcowo wypracowanych, normalnych standardach, choćby z tego względu, że do naszego miasta przybywa każdego roku średnio ok. 4 mln gości, głównie pielgrzymów, w celach religijnych. Warto przy tym podkreślić, że ani władze klasztoru na Jasnej Górze, ani władze Kościoła diecezjalnego nie oczekują jakiegoś szczególnego potraktowania ze strony władz świeckich. Jednak te władze powinny dbać o to, by nic nie zakłócało harmonijnej koegzystencji w granicach jednego miasta wszystkich środowisk, by nikt nie czuł się wykluczony czy prowokowany przez jakiś ośrodek władzy lokalnej.
Ostatnie lata dostarczyły, niestety, przykładów takich zachowań, które robiły szokujące wrażenie zarówno na mieszkańcach naszego miasta, często nawet takich, którzy sami nie zaliczają się do zbyt gorliwych katolików, jak i na zewnątrz. Niejednokrotnie, jako parlamentarzysta, słyszałem głosy zbulwersowanych ludzi spoza Częstochowy, którzy krytycznie wypowiadali się o różnych ekscesach w naszym mieście. Powtarzam: chodzi o normalne standardy współpracy, a władza samorządowa powinna robić wszystko, by nikt z mieszkańców nie czuł się wykluczony.

– 6 września był w mieście premier Mateusz Morawiecki, a Pan Senator czynił honory domu. Jaki był cel tej krótkiej wizyty?


– Pan Premier postanowił spotkać się ze mną – kandydatem na prezydenta miasta Częstochowy i częstochowskim środowiskiem Prawa i Sprawiedliwości, żeby porozmawiać o problemach naszego miasta i regionu. Co ciekawe, z naszej ponadgodzinnej rozmowy wynikało, że Pan Premier ma własną, niezwykle trafną perspektywę problemów naszego miasta i regionu, a przyjechał tu z propozycją ich rozwiązania. Zgodził się z naszą diagnozą, że Częstochowa nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału, że mogłaby lepiej skorzystać na dobrej kooperacji z rządem Prawa i Sprawiedliwości i dziwił się, że takiej dobrej współpracy dotąd nie ma.
Padło wiele ciekawych propozycji współpracy i rozwiązania tych problemów. Mam nadzieję, że jako prezydent Częstochowy, jeżeli taka będzie wola wyborców, będę miał możliwość rozwiązania tych wszystkich bolączek i wprowadzimy nasze miasto na ścieżkę trwałego rozwoju.

Tagi:
wywiad

Nasze życie składa się z chwil

2018-12-05 11:10

Katarzyna Krawcewicz
Edycja zielonogórsko-gorzowska 49/2018, str. IV-V

Z ks. Jerzym Hajdugą rozmawia Katarzyna Krawcewicz

Rafał Babczyński
Ks. Jerzy Hajduga, kanonik regularny laterański, poeta, od 13 lat kapelan szpitala w Drezdenku, w „Aspektach” prowadzi „Przychodnię wierszy Kapelana”

KATARZYNA KRAWCEWICZ: – Czy do czytania Księdza wierszy trzeba się jakoś przygotować? Czy w ogóle trzeba jakiegoś przygotowania, żeby wejść w świat poezji?

KS. JERZY HAJDUGA CRL: – Nie, nie trzeba się przygotowywać. Ktoś, kto czuje wiersze, łatwo wejdzie w te moje miniatury. Natomiast jeśli ktoś wierszy nie lubi, nie czyta, to raczej też nie podejdzie do moich. Absolutnie nie trzeba mieć specjalnego wykształcenia, żeby brać się za poezję, ale musi być taka nuta w człowieku, która sprawia, że jakoś się tę poezję czuje.
Kiedyś myślałem, że jeśli ktoś ma artystyczną duszę i np. maluje, to wtedy lepiej odbiera również muzykę czy poezję. Ale teraz znam takich malarzy, którzy specjalnie nie czują poezji, po prostu.

– Czyli nie oczekuje Ksiądz od odbiorcy przygotowania. A czy w ogóle Ksiądz czegoś od czytelnika oczekuje?

– Kiedy piszę wiersz, to przede wszystkim wylewam swoje uczucia, w akcie twórczym myślę tylko o sobie w tym sensie, że chcę przedstawić to, co czuję. I wtedy nie myślę o czytelniku. Dopiero później, kiedy chcę popatrzeć na ten wiersz już jako na wiersz i kiedy nie interesują mnie już tak bardzo moje osobiste przeżycia, wtedy ja sam staję się czytelnikiem, a więc o czytelniku też myślę. Dystans jest potrzebny, kiedy przystępuję do poprawiania. Wtedy bardziej patrzę na to, czy całość mi harmonizuje, czy wszystko mi gra.

– W jednej z recenzji nowego tomiku „Zatrzymać z czasu chwile” przeczytałam, że te wiersze można odczytywać i świecko, i religijnie.

– To słuszna uwaga. I powtarza się w rożnych recenzjach jako pochwała, że nie narzucam się ze swoim kapłaństwem, z religijnością, pobożnością, wiarą. Moje wiersze czytają różni ludzie. Podoba im się, że daję im przestrzeń. Jeśli ktoś jest wierzący, to odczyta to na swój sposób.
Bardzo ważne jest jednak to, że te wiersze pisze ksiądz. I spotykałem się nawet ze zdziwieniem, kiedy ktoś odkrył, że to są wiersze księdza. Bo wielu ludzi jest przekonanych, że skoro jestem księdzem, to będę pisał wyłącznie poezję religijną.
Kiedy piszę, nie odrzucam mojego kapłaństwa, ono cały czas tam jest. I w moich wierszach pojawiają się odwołania do Biblii, więc część czytelników będzie je odczytywać w tym kluczu, a inni nie, bo nie kojarzą tych fragmentów Pisma Świętego. Ale też spotykałem się z opiniami, że ta „świecka” możliwość interpretacji pozwala wierzącym czytelnikom zobaczyć pewne sprawy w nowym świetle.

– Nie Ksiądz pierwszy próbuje „zatrzymać chwile”. Faust miał zawołać „Trwaj, chwilo!”, a stwierdzenie, że „w życiu piękne są tylko chwile” wyryto na nagrobku Ryszarda Riedla. Kształtem wiersze z nowego tomiku nieodparcie kojarzą się z haiku, które od wieków miało za zadanie łapać to, co ulotne. Czemu chce Ksiądz zatrzymać momenty, również te trudne?

– Z tytułem nowego tomiku miałem trudności. Narzuciłem sobie taki rygor, że zbiorę tu tylko wiersze trzywersowe. I ostatecznie tytuł tak naprawdę wymyśliła Maria Kuczara, która to wszystko zebrała i oprawiła. „Zatrzymać z czasu chwile” to dla mnie dobry tytuł, ale trudny, na początku miałem problem z zapamiętaniem go. Spodobał mi się, bo dobrze wprowadza w klimat tych miniatur. Już sama miniaturka jest taką chwilą wiersza i przeżycie też jest chwilą. Nasze życie składa się z chwil. Gdzieś tam w nas są, zatrzymują się, czasami niespodziewanie. To w nas pozostaje, do tego się wraca. I takie chwile są też często powodem do napisania wiersza.
Różne przeżycia są nam potrzebne, również te trudne. Na początku jest oczywiście boleść czy żal, ale kiedy patrzymy z perspektywy czasu, to widzimy, że wszystko było po coś. Nie ma przypadków.

– Jako kapelan w szpitalu obcuje Ksiądz na co dzień z cierpieniem. I te trudne doświadczenia również uwiecznia Ksiądz w swoich wierszach.

– To prawda. Jednak na wieczorze autorskim w Drezdenku ktoś zauważył – i to mnie bardzo ucieszyło – że wiersze w tym tomiku są jakieś spokojniejsze i więcej w nich radości. Sam to widzę, że jest tu taka błogość i zupełnie inny klimat, niż na przykład w tomiku „Odpocząć od cudu”. Myślę, że ten trudny etap mojej posługi w szpitalu i wstrząsu z nią związanego już przeszedłem. Inaczej patrzę na cierpienie czy na samotność. Nie wiem, czy jestem z tym pogodzony, ale na pewno podchodzę spokojniej. Może to też kwestia lat.

– W „Aspektach” prowadzi Ksiądz swoją przychodnię. Wiele lat temu pisał Ksiądz na naszych łamach felietony. Czemu zdecydował się Ksiądz od tego odejść?

– Felietony to była taka próba, sięgnięcie po nową formę. Ale ona wymaga troszkę innej kondycji, trzeba być na bieżąco z jakimś wydarzeniem, później do niego nawiązać. W pewnym momencie zaczęło mnie to męczyć.
A co do formy w ogóle, to ostatnio np. usłyszałem pytanie, kiedy zacznę pisać dłuższe wiersze. To jest tak, że kiedy wiersz powstaje, to nawet zdarza się, że jest dłuższy. Ale w trakcie pracy nad nim skracam go. Może jestem zbytnim rygorystą, może wiersze są zbyt hermetyczne, nie wiem. Jednak czytelnicy mówią mi, że lubią taką formę, która nie jest przegadana. I słyszałem niejednokrotnie, że moje wiersze są co prawda krótkie, ale za to zostają w czytelniku. Coś w nim budzą, prowokują do przemyśleń.
Ważne jest też to, że wiersze ułożone w tomik też nabierają innego znaczenia, inna jest ich wymowa. Przez takie, a nie inne ułożenie zmienia się oblicze tych wierszy. Sam osobno wiersz odczytuje się inaczej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Tradycje bożonarodzeniowe w Polsce i na świecie

2014-12-22 13:23

oprac. kw (KAI) / Warszawa / KAI

Od wieków chrześcijanie na całym świecie w różnorodny sposób obchodzą święta Bożego Narodzenia. Choinka jest znana niemal wszędzie, choć w Burundi przystraja się bananowca, a w Indiach drzewko mango. Najsłynniejszą kolędę „Cicha noc" przetłumaczono na 175 języków, najpiękniejsze szopki są podobno we Włoszech, a we Francji jada się podczas Wigilii ostrygi.

BOŻENA SZTAJNER

Korzenie tradycji związanych z Bożym Narodzeniem sięgają odległych czasów. Nierzadko zwyczaje te wywodzą się jeszcze z rytuałów pogańskich, na których miejsce wprowadzano później święta chrześcijańskie, nadając im zupełnie nowe znaczenie. Znacząca jest tu data. W wielu kulturach w przeróżny sposób starano się podczas przesilenia zimowego „przywołać” słońce z powrotem na ziemię i sprawić, aby odrodziła się przyroda.

Istotny jest także rys eschatologiczny świąt Bożego Narodzenia. Miejsce zostawiane przy wigilijnym stole przeznaczano dla „przybysza”, czyli dla duchów przodków. W Polsce zwyczaj ten upowszechnił się w XIX wieku. Miał on wówczas wymowę patriotyczną – dodatkowe nakrycie symbolicznie zarezerwowane było dla członka rodziny przebywającego na zesłaniu na Syberii.

Boże Narodzenie było także czasem wróżb. Wyjątkowość tego dnia polegała na tym, że jego przebieg miał znaczący wpływ na cały nadchodzący rok. Jedną z polskich tradycji jest kładzenie siana pod wigilijny obrus. Ciągnięto z niego słomki – im dłuższa, tym więcej pomyślności czekało danego człowieka w następnym roku. Jeszcze dzisiaj dość powszechna jest wiara w to, że w Wigilię zwierzęta mówią ludzkim głosem. Podsłuchujący je ludzie dowiadywali się ponoć najczęściej o zbliżającej się śmierci własnej albo kogoś z rodziny.

Chrześcijaństwo od początku swego istnienia nadało tym zwyczajom nowy sens, wytworzyło też swoje obrzędy. Niestety we współczesnej, zeświecczonej kulturze często zapomina się o chrześcijańskich źródłach tego święta.

ŻŁÓBEK

Żłóbek w dzisiejszej postaci zawdzięczamy św. Franciszkowi. Historia tej tradycji jest jednak znaczenie dłuższa i sięga piątego wieku. Wtedy, jak głosi podanie, żłóbek Jezusa przeniesiono z Betlejem do Rzymu i umieszczono w bazylice Matki Bożej Większej. Także Pasterkę w Rzymie odprawiano początkowo tylko w tym kościele.

To we Włoszech zaczęto w uroczystość Bożego Narodzenia wystawiać żłóbki, w których umieszczano figury Świętej Rodziny, aniołów i pasterzy. Do rozpowszechnienia tego zwyczaju przyczynił się św. Franciszek. Z przekazów pozostawionych przez jego biografa – Tomasza z Celano – wiemy, że w wigilijną noc Biedaczyna z Asyżu zgromadził w grocie w miejscowości Greccio okolicznych mieszkańców i braci, by w prosty sposób pokazać im, co to oznacza, że „Bóg stał się człowiekiem i został położony na sianie ". W centrum jaskini leżał wielki głaz, pełniący rolę ołtarza. Przed nim bracia umieścili zwykły kamienny żłób do karmienia bydła, przyniesiony z najbliższego gospodarstwa. W pobliżu, w prowizorycznej zagródce, stało kilka owieczek, a po drugiej stronie wół i osioł. Jak pisał kronikarz, zwierzęta „zaciekawione, wyciągające szyje w stronę żłobu, pochylając się i jakby składając pokłon złożonej w nim figurce przedstawiającej dziecię Jezus". Postaci do szopki wybrano spośród obecnych braci i wiernych. Zapalonymi pochodniami św. Franciszek rozjaśnił niebo, a w lesie ukryli się pasterze, którzy na dane hasło wznosili gromkie okrzyki. Do dziś szopka w Greccio przyciąga corocznie rzesze turystów.

Obecnie najsłynniejsze są szopki toskańskie, sycylijskie i neapolitańskie. W Szwajcarii, w Niemczech i w Austrii modne są żłóbki „grające". W Polsce do najbardziej znanych należą szopki krakowskie, prawdziwe arcydzieła sztuki ludowej. Powstanie tej tradycji przypisuje się murarzom i cieślom. Nie mając zatrudnienia w zimie, chodzili oni z takimi szopkami-teatrzykami od domu do domu i tak zarabiali na swe utrzymanie. Wzorem architektonicznym był dla nich przede wszystkim kościół Mariacki, ale wykonywano także miniatury Wawelu, Sukiennic i Barbakanu. Od 1937 r. z inicjatywy Jerzego Dobrzyckiego odbywa się konkurs na najpiękniejszą „Szopkę Krakowską”.

Już w średniowieczu wystawiono przy żłóbkach przedstawienia teatralne zwane jasełkami. W Polsce najbardziej znanym utworem tego gatunku jest „Polskie Betlejem" autorstwa Lucjana Rydla.

WIECZERZA WIGILIJNA

Uroczystość Bożego Narodzenia wprowadzono do kalendarza świąt kościelnych w IV wieku. Dwieście lat później ustaliła się tradycja wieczornej kolacji, zwanej wigilią. Wieczerza wigilijna jest niewątpliwie echem starochrześcijańskiej tradycji wspólnego spożywania posiłku, zwanego z grecka agape, będącego symbolem braterstwa i miłości między ludźmi. Gdy w drugiej połowie IV w. Synod w Laodycei zabronił biesiadowania w świątyniach, zwyczaj ten przeniósł się do domów wiernych. W Polsce Wigilię zaczęto obchodzić wkrótce po przyjęciu chrześcijaństwa, choć na dobre przyjęła się dopiero w XVIII w.

Wigilia (łac. czuwanie) – pierwotnie oznaczała straż nocną i oczekiwanie. W słowniku kościelnym nazywa się tak dzień poprzedzający większe święto. Dawniej w każdą wigilię obowiązywał post. Do stołu wigilijnego siadano, gdy zabłysła pierwsza gwiazda. Miała ona przypominać Gwiazdę Betlejemską prowadzącą pasterzy i magów do Betlejem.

Na wschodzie Polski i na Ukrainie pierwszą potrawą jest kutia – pszenica lub jęczmień zaprawiana miodem, migdałami i śliwkami. Po modlitwie i czytaniu Pisma Świętego następuje podzielenie się opłatkiem, który jest symbolem Eucharystii.

W północnej Anglii jeszcze do połowy XX wieku podawano w Wigilię „mugga”, czyli owsiankę z miodem. Zwyczaj ten pochodził jeszcze z czasów Wikingów. W Szkocji tradycyjnie spożywa się „Athol Brose” – owsiankę z whisky.

W Walii tradycją jest Calennig – jabłko, ustawione na trójnogu z patyczków, naszpikowane migdałami, goździkami i innymi przyprawami oraz przybrane zielenią. Chodzące po kolędzie dzieci ofiarowują je w zamian za małe datki.

W Norwegii podczas Wigilii podaje się żeberka świni i gotowane mięso owcze lub specjalne danie przygotowane z solonej i gotowanej ryby, która wcześniej leżała w ługu sodowym przez 2-3 dni. Potrawę tę, podawaną z boczkiem, nazywa się Lutefisk.

W Szwecji tradycyjna uczta wigilijna składa się z rozmoczonej suszonej ryby, galarety, wieprzowej głowizny i chleba. We Włoszech podaje się ravioli z mięsnym farszem i ciasto drożdżowe z korzeniami. W Danii je się słodki ryż z cynamonem i pieczoną gęś z jabłkami.

Peruwiańskim przysmakiem podczas świąt Bożego Narodzenia są świnki morskie. Mięso tych zwierząt ma niewiele tłuszczu i jest tanie, dlatego może być świetną alternatywą dla wieprzowiny. Tradycja jedzenia świnki morskiej jest bardzo silna w andyjskich krajach. Na dowód tego, w katedrze w dawnej stolicy imperium Inków – Cusco, na obrazie przedstawiającym ostatnią wieczerzę, Chrystus i jego uczniowie jedzą właśnie świnkę morską.

Tradycyjnie w całej Ameryce Łacińskiej na Wigilię nie może zabraknąć kakao z mlekiem i babki z rodzynkami, zwanej „panetón" (od słowa „pan”, które oznacza chleb). Jest to zwyczaj pochodzący z Włoch, ale rozpowszechniony w wielu krajach. Ostatnio coraz popularniejszy staje się też szampan, którym jest musująca „sidra", czyli wino z jabłek.

PASTERKA

Pasterka jest pamiątką z pierwszych wieków chrześcijaństwa, kiedy nabożeństwa nocne należały do stałej praktyki Kościoła. Pierwsze Msze św. o północy 24 grudnia sprawowano w Betlejem. W Rzymie zwyczaj ten znany był już za czasów papieża Grzegorza I Wielkiego, pasterkę odprawiano przy żłóbku Chrystusa w bazylice Matki Bożej Większej. Charakter tej liturgii tłumaczą pierwsze słowa invitatorium, wprowadzenia do Mszy: „Chrystus narodził się nam. Oddajmy mu pokłon".

CHOINKA

Zwyczaj ten pochodzi jeszcze z czasów pogańskich, rozpowszechniony był wśród ludów germańskich. Wierzono, że szpilki jodłowe chronią przed złymi duchami, piorunem i chorobami. W czasie przesilenia zimowego zawieszano u sufitu mieszkań jemiołę, jodłę, świerk lub sosenkę jako symbol zwycięstwa życia nad śmiercią. Kościół chętnie ten zwyczaj przejął. Choinka stawiana była na znak narodzin Jezusa Chrystusa – rajskiego drzewka dla ludzkości.

Starożytni Rzymianie ozdabiali swoje domy wiecznie zielonymi roślinami, np. jemiołą, bluszczem, laurem, kiedy przygotowywali się do obchodów przypadających w dniach 17-24 grudnia święta boga urodzaju, Saturna. Odbywały się wtedy procesje ze światłem i obdarowywano się prezentami.

Najstarsze pisemne świadectwo o ozdobionym na Boże Narodzenie drzewku pochodzi z 1419 r. Wtedy to niemieccy piekarze z Fryburga ustawili choinkę w szpitalu Świętego Ducha, przybierając ją owocami, opłatkami, piernikami, orzechami i papierowymi ozdobami. Od XVI w. zwyczaj ten rozpowszechnił się wśród cechów i stowarzyszeń w miastach, a także w domach starców i szpitalach.

Do Polski zwyczaj stawiania choinek w domach przeniósł się z Niemiec w XVIII w. Jednak już znacznie wcześnie w naszym kraju przybierano dom na wigilię Bożego Narodzenia. W izbie zawieszano podłaźniczkę i sad oraz ustawiano snopy zboża.

Podłaźniczka jest to choinka z uciętym wierzchołkiem, przybrana jabłkami i orzechami i zawieszana nad drzwiami sieni. W domu stawiano ją w kącie centralnego pomieszczania, tzw. czarnej izby. Była symbolem życiodajnej siły słońca, stanowiła ochronę gospodarstwa od złych mocy i uroków.

Zwyczaj choinkowy rozpowszechniony jest niemal na całym świecie. W święta Bożego Narodzenia umieszcza się choinki w kościołach i domach, na placach i w wystawowych oknach. Najdroższą choinkę wystawiła pewna firma jubilerska w Tokio, w 1975 r. Oceniono ją na blisko trzy miliony dolarów. Najwyższa choinka stanęła przed wiedeńskim ratuszem w tym samym roku, a liczyła 30 metrów.

W Burundi tradycyjną bożonarodzeniową choinkę zastępują bananowce. Znaleźć je można w każdej szopce w tym kraju. Zgodnie z lokalną tradycją symbolizują one szacunek, z jakim witany jest rodzący się Jezus. Banan jest w Burundi symbolem przywitania gościa, dlatego nawet gdy prezydent kraju udaje się z wizytą do jakiegoś miasta, to trasę jego przejazdu dekoruje się młodymi bananami.

W Indiach w roli choinek występują drzewka mango. Tak samo przybiera się je ozdobami i słodkościami.

KOLĘDY

W dorobku kulturalnym i folklorystycznym Polska jest jednym z krajów, które mają najwięcej kolęd. Nasza tradycja zna ich blisko 500.

Najbardziej znaną, choć nieznanego autorstwa, jest „Cicha noc" śpiewana w 175 językach, w najodleglejszych zakątkach świata. Po raz pierwszy kolędę tę wykonano z akompaniamentem gitary podczas pasterki w 1818 r. w kościele św. Mikołaja w Oberndorfie koło Salzburga. W następnych latach śpiewano ją na dworze cesarza Franciszka Józefa. Zarejestrowano już ponad tysiąc wersji tej kolędy.

W Polsce z kolędowaniem łączy się zwyczaj przebierańców. Pierwotnie, już od XVI w. Polsce żacy, dziś chłopcy przebierają się za Heroda, trzech króli, śmierć, pasterzy, turonia. Śpiewają kolędy, niosą szopkę lub gwiazdę. W czasie od Bożego Narodzenia do uroczystości Objawienia Pańskiego obchodzą domy i zbierają dary.

ŻYCZENIA I PODARKI

Łącznie w całym świecie liczba wysyłanych kartek bożonarodzeniowych sięga kilku miliardów. W krajach anglosaskich jest to zwyczaj tak popularny, że na jedną osobę przypada średnio kilkanaście świątecznych kart. Istnieją całe firmy wydawnicze specjalizujące się w tej dziedzinie.

W USA dzieci telefonują do św. Mikołaja, a ten zjeżdża tam na spadochronie, bądź przyjeżdża na saniach. Warto zauważyć, że jego współczesny wizerunek – gromko śmiejącego się brodacza w czerwonym kaftanie wymyśliła Coca-Cola. Koncern ten użył w swojej reklamie postaci św. Mikołaja po raz pierwszy w 1930 r.

W Anglii dzieci stawiają w przedsionku swoich pokoi buty lub pończochy, a św. Mikołaj napełnia je w nocy łakociami. W Holandii przyjeżdża na białym koniu, a dzieci piszą do niego listy. Ma w różnych krajach różne nazwy: Santa Claus, Pan Heilige Christ, Befana, Dziadek Mróz.

Prezenty we Francji przynoszą, w zależności od regionu i rodzinnych tradycji, Aniołek, Dzieciątko Jezus lub, najpopularniejszy i najbardziej podobny do św. Mikołaja, „Pere Noël”. Pozostawia on, niezauważony, podarki w świąteczny poranek 25 grudnia. Wieczorem 24 grudnia należy zostawić pod choinką parę własnych butów, aby Pere Noël wiedział, gdzie położyć nasz prezent.

BOŻE NARODZENIE W EUROPIE ZACHODNIEJ

Święta Bożego Narodzenia w Wielkiej Brytanii już dawno zatraciły swój religijny charakter i stały się po prostu dniami wolnymi od pracy, kiedy to można najeść się do syta, odebrać prezenty, odwiedzić rodzinę i znajomych i nacieszyć oko świątecznymi ozdobami.

O godzinie 15.00 cały kraj zamiera przed telewizorami, gdyż o tej porze królowa wygłasza doroczne, dziesięciominutowe przemówienie do swoich poddanych. Słuchają go obowiązkowo wszyscy – nawet antymonarchiści. Pod koniec obiadu pociąga się tzw. crackersy, czyli ładnie opakowane tubki tekturowe, w których znajduje się kapiszon, wybuchający przy rozrywaniu papieru, a także drobne bibeloty i żarty (na ogół kompletnie niezrozumiałe dla cudzoziemców) zapisane na kawałku papieru. Mężczyźni po obiedzie często wymykają się do lokalnego pubu, a żony sprzątają i zmywają stosy naczyń.

Występuje tam zwyczaj całowania się pod jemiołą, praktykuje się go szczególnie na biurowych, przedświątecznych „parties”, odbywających się bądź to w biurach, bądź też w wynajętych salach pubowych. Tradycyjne też bogato dekoruje się ulice, sklepy i domy prywatne.

W Irlandii nadal jeszcze utrzymuje się w Wigilię starodawny zwyczaj stawiania w oknie zapalonej świecy, mającej wskazywać drogę obcemu wędrowcowi i gotowość przyjęcia go pod dach, tak jakby się przyjmowało Świętą Rodzinę. Na wsiach przed świętami myje się domy i budynki gospodarskie oraz bieli je wapnem na cześć nadchodzącego Chrystusa.

We Francji Boże Narodzenie obchodzi się przede wszystkim jako święto rodzinne, które niestety wiele straciło ze swego religijnego charakteru. Można to zrozumieć w kraju, w którym stale praktykuje zaledwie 8 proc. z 70 proc. jego mieszkańców, deklarujących się jako katolicy. W dni ważnych świąt kościelnych notuje się jednak znacznie wyższy, dochodzący do blisko 30 proc., napływ ludzi do kościołów. Drugi dzień świąt jest normalnym dniem roboczym.

We Francji na świateczny stół podaje się ostrygi, kaszankę i pieczonego indyka. W zachodniej Europie coraz częściej, szczególnie w dużych miastach, na świąteczny obiad wychodzi się cała rodziną do dobrej restauracji.

Tradycyjne francuskie desery to „buche de Noël” – bożonarodzeniowe polano i „mendiants” – żebracy. Pierwsza z tych potraw to rolada z kremem lub lodami, imitująca grubą gałąź – polano, które niegdyś wkładano do kominka, by ogrzało dom po powrocie rodziny z pasterki. Ciasto polewa się czekoladą i ozdabia motywami „leśnymi”. Mendiants, znane głównie na południu kraju, to kruche okrągłe ciasteczka, bogato ozdobione bakaliami, które oznaczać mają brązowe kolory habitów zakonów żebraczych.

Niewątpliwie do najważniejszych atrakcji świątecznego stołu należą też czekoladki. W wielu domach robi się jeszcze okrągłe miękkie czekoladki, ale na ogół są one kupowane. Paczuszka eleganckich czekoladek z renomowanej cukierni stanowić może doskonały prezent pod francuską choinkę.

Francuzi zwracają też ogromną uwagę na wina, które towarzyszą świątecznym potrawom, a szampan (w najgorszym wypadku dobre wino musujące) jest nieodłącznym elementem świątecznego posiłku.

W Wielkiej Brytanii w dzień Bożego Narodzenia obowiązkowo na stole pojawia się indyk, z farszem (ale podawanym osobno) z bułki tartej i przypraw oraz brukselka. Na deser pudding na gorąco, czyli gotowana na parze masa z suszonych owoców, bułki tartej i łoju, podawany z gęstymi sosami na bazie brandy lub rumu, podaje się ponadto „mince pies”, czyli ciastka nadziewane suszonymi owocami i czekoladową roladę albo tort z twardym jak kamień lukrem. Wieczorem je się na ogół zimną wędlinę, przede wszystkim szynkę.

Francja nie zna opłatka i zwyczaju dzielenia się nim, a jego rolę w instytucjach spełniają spotkania z okazji tradycji „migdałowego króla”. Organizuje się je od Trzech Króli w praktyce przez cały styczeń wokół okrągłego ciasta drożdżowego bądź francuskiego z migdałowym nadzieniem. Są one okazją do składania życzeń współpracownikom, wyborcom, klientom itp. Podobnie, kartki z życzeniami (raczej noworocznymi niż świątecznymi) wysyłane są z reguły dopiero po Nowym Roku i przychodzą przez cały styczeń.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Jest polskie śledztwo ws. zamachu w Strasburgu

2018-12-19 14:31

PAP

adellyne.pl.fotolia

Łódzki Wydział Zamiejscowy Prokuratury Krajowej prowadzi postępowanie w sprawie masowego zamachu dokonanego w Strasburgu, w wyniku którego śmierć poniósł Bartosz Niedzielski - poinformowała w środę PAP rzecznik Prokuratury Krajowej Ewa Bialik.

W ubiegłym tygodniu w Strasburgu doszło do zamachu terrorystycznego. W pobliżu jarmarku bożonarodzeniowego zamachowiec otworzył ogień do ludzi. W ataku ranny został m.in. 36-letni Bart Pedro Orenta-Niedzielski. Polak zmarł w niedzielę w szpitalu.

Prok. Bialik pytana przez PAP, czy polska prokuratura prowadzi postępowanie ws. ataku terrorystycznego we Francji, powiedziała, że ”Łódzki Wydział Zamiejscowy Prokuratury Krajowej w Łodzi prowadzi postępowanie w sprawie masowego zamachu dokonanego na grupie ludzi 11 grudnia w Strasburgu, w wyniku którego śmierć poniósł polski obywatel”.

Rzecznik PK dodała, że śledztwo to zostało wszczęte niezwłocznie po uzyskaniu informacji o zdarzeniu.

Polska prokuratura natychmiast po wszczęciu śledztwa wystąpiła do właściwych władz Republiki Francuskiej z europejskim nakazem dochodzeniowym z prośbą o wykonanie czynności procesowych w drodze pomocy prawnej; jak również o nadesłanie niezbędnych dokumentów wymaganych przez polską procedurę - podkreśliła prok. Bialik.

W wyniku ataku terrorystycznego w Strasburgu śmierć poniosło pięć osób. Zamachu dokonał 29-letni Cherif Chekatt, który urodził się w Strasburgu w rodzinie algierskiej. Zamachowca zastrzelono po 48 godzinach od strzelaniny.

W czasie zamachu Bartosz Niedzielski został ciężko ranny. Przez kilka dni przebywał w szpitalu w śpiączce. Podczas ataku był w towarzystwie swojego przyjaciela, włoskiego dziennikarza Antonio Megalizziego, który także został postrzelony przez islamskiego terrorystę Cherifa Chekatta i zmarł w piątek. Według relacji świadków wspólnie z kolegą Polak próbował zatrzymać zamachowca.

„Bartek”, jak mówili na niego znajomi i przyjaciele, pochodził z Katowic; od 20 lat mieszkał w Strasburgu, gdzie współpracował m.in. z Parlamentem Europejskim. AFP pisze, że pasjonował się nauką języków obcych i poznawaniem innych kultur. Jego marzeniem było otwarcie międzynarodowej kafejki w Strasburgu.

W poniedziałek premier Mateusz Morawiecki poinformował o decyzji przyznania renty rodzinie zmarłego Polaka.

Bohaterska postawa Bartosza Niedzielskiego przyczyniła się do powstrzymania mordercy w Strasburgu. Polak zapłacił życiem, żeby żyć mogli inni. Podjąłem decyzję o przyznaniu specjalnej renty rodzinie Pana Bartosza. Niech spoczywa w pokoju - napisał na Twitterze premier Morawiecki.

Również w poniedziałek prezydencki minister Andrzej Dera poinformował, że prezydent Andrzej Duda uhonoruje Niedzielskiego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem