Reklama

BETEL - Zakupy z sercem - Deribie Mekanene

okiem felietonisty

Wokół tajemnic natury ludzkiej

2018-10-10 11:16


Niedziela Ogólnopolska 41/2018, str. VIII

Gospodarka polega na wytwarzaniu i wymianie dóbr, a zarówno wytwarzanie, jak i wymiana wymagają dla swojej skuteczności porozumienia

Powiadają, że przysłowia są mądrością narodów. Wszystko to, oczywiście, być może, chociaż z drugiej strony – czego to ludzie nie wygadują? Nie tylko zresztą wygadują, ale i wyrabiają. Przykładowo w Wielkiej Brytanii bardzo aktywnie działa Stowarzyszenie Wyznawców Teorii Płaskiej Ziemi, które utrzymuje, że Ziemia musi być płaska, bo przecież nikt nie wygina szyn kolejowych, by przystosować je do kulistego kształtu. Z takim argumentem trudno dyskutować, podobnie jak z innymi, o których wspomina Julian Tuwim w wierszu: „Przestroga dla idiotów”: „Wykrzyknikami racji/ Na głowach stanęły butelki./ – Mesdames, jak można – szepnąłem,/ Zgorszony patrząc na nie. /Idiota spytał: «Co, proszę?»/ – Nic, ja do butelek, panie./ – «Jakże to: do butelek?/ Z butelki to się pije./ Ale butelka nie słyszy,/ Albowiem ona nie żyje!»”. Czyż można cokolwiek przeciwstawić takim oczywistościom? Nic zgoła i pewnie dlatego Tadeusz Boy-Żeleński napisał: „Ty, co głupoty powagą najmądrzejszych wodzisz za łby!”. Dlatego obok przysłów, które zawierają zbawienne prawdy, mądrość narodów wyrażają też dowcipy, które stanowią często odtrutkę na rozmaite solenności. Za komuny np. opowiadano sobie, jak to słuchacz zadzwonił do Radia Erywań z zapytaniem, czy kołchoźnik może sobie kupić wołgę. Radio odpowiedziało, że naturalnie, jakże by inaczej – ale po co mu tyle wody? Inna anegdota – w odpowiedzi na zarzuty, jakoby kołchoźnicy nie mieli żadnego wyboru – głosiła, że jakże nie mają, kiedy przecież mają? Nawet w kołchozowej stołówce mogą jeść albo nie jeść! Wreszcie w sporze między Amerykaninem a sowieciarzem, który ustrój jest lepszy, Amerykanin użył argumentu, że w USA każdy może skrytykować amerykańskiego prezydenta. Sowieciarz w odpowiedzi odparł, że w ZSRR jest tak samo – tutaj też każdy może skrytykować amerykańskiego prezydenta. Voilá!

Jedną z takich zbawiennych prawd, w które wierzą miliony, a może nawet miliardy ludzi, jest przekonanie, że głównym, jeśli nie jedynym, organizatorem życia gospodarczego powinno być „państwo”. Dla wielu jest to zrozumiałe samo przez się, bo traktują „państwo” jako coś w rodzaju Opatrzności, która dzięki swej wszechmocy może zaradzić wszystkiemu i rozwiązać każdy problem. Co prawda prezydent USA Ronald Reagan, który coś tam o państwie musiał przecież wiedzieć, twierdził, że rząd nie może rozwiązać żadnego problemu, a tylko stworzyć kolejne, ale kto by go tam słuchał, skoro przecież wszyscy wiedzą lepiej? Mają, oczywiście, rację, jak zresztą we wszystkim, co mówią – ale niezależnie od tego spróbujmy rozebrać na czynniki pierwsze słowo „państwo”.

Reklama

Kiedy tak krok po kroku odzieramy „państwo” z właściwości niekoniecznych, bez których może ono nadal istnieć jak gdyby nigdy nic – dochodzimy wreszcie do fazy, kiedy po oddzieleniu wszystkich listków od karczocha zostaje nam „fond d’artichaut”, czyli rdzeń. W przypadku państwa takim rdzeniem jest przemoc, bo bez przemocy państwo istnieć nie może. Państwo zatem jest rodzajem monopolu na przemoc i dlatego właśnie tak energicznie zwalcza próby jego naruszenia. Warto tedy zwrócić uwagę, że z tego właśnie powodu państwo przemawia specyficznym językiem; nie wysuwa propozycji, tylko wydaje rozkazy. W przypadku dziedzin związanych z używaniem przemocy, jak np. bezpieczeństwo czy nawet polityka zagraniczna, jest to metoda jak najbardziej słuszna, natomiast może się okazać – i na ogół się okazuje – zawodna w gospodarce. Gospodarka bowiem polega na wytwarzaniu i wymianie dóbr, a zarówno wytwarzanie, jak i wymiana wymagają dla swojej skuteczności porozumienia. Owszem, można gospodarować bez jakiegokolwiek porozumienia, ale doświadczenie historyczne podpowiada, że skutki takiego postępowania bywają opłakane. Anne Applebaum w swojej książce „Gułag” dowodzi, że sowieckie łagry, które były również organizacją gospodarczą, były deficytowe, chociaż korzystały prawie wyłącznie z pracy niewolniczej, a w takim przypadku o żadnym porozumieniu mowy być nie może. Podobno niemieckie „koncentraki” uzyskiwały bardzo mizerne wyniki finansowe w przeliczeniu na jednego więźnia, chociaż w bilansie uwzględniały nawet takie pozycje, jak „dochód z utylizacji zwłok”. Zatem dyrygowanie gospodarką rzadko kiedy wychodzi jej na zdrowie, nawet w przypadku gospodarki wojennej – o czym zaświadcza w pamiętnikach minister gospodarki III Rzeszy Albert Speer, pisząc, że III Rzesza nigdy nie osiągnęła poziomu produkcji amunicji z jesieni 1918 r. Nawiasem mówiąc, mój niemiecki przyjaciel, architekt z Berlina Wschodniego, nie chciał w to uwierzyć, więc, ponieważ pamiętniki Speera były w NRD niedostępne, przez tłumacza przysięgłego musiałem przełożyć odnośny fragment znowu na niemiecki i mu wysłać.

Porozumienie między uczestnikami życia gospodarczego wydaje się zatem lepsze od dyrygowania. No tak, ale porozumienie wymaga swobody negocjowania i zawierania umów, tymczasem z państwem – jak zauważył gen. Charles de Gaulle – się nie negocjuje, bo „państwo nie wysuwa propozycji, tylko wydaje rozkazy”. Dyrygowanie gospodarką przez państwo – czyli w praktyce przez urzędników państwowych: panią Zosię, pana Józia i pana Franciszka – taką swobodę z góry wyklucza i z tego powodu państwo nie powinno być organizatorem życia gospodarczego, zwłaszcza jedynym. Drugi powód podał pozbawiony złudzeń bp Ignacy Krasicki we „Wstępie do bajek”: „Był minister rzetelny – o sobie nie myślał”. Ponieważ każdy urzędnik – i pani Zosia, i pan Józio, i pan Franciszek – myśli przede wszystkim o sobie („Ludzie to straszni egoiści – skarżył się pewien jegomość. – Każdy myśli tylko o sobie. O mnie myślę tylko ja jeden na całym świecie!”), toteż w gospodarce dyrygowanej korupcja kwitnie, bo – jak powiada Pismo Święte – „nie zawiążesz gęby wołowi młócącemu”. Wydawać by się mogło, że są to argumenty całkiem racjonalne i w dodatku nieprzekraczające możliwości umysłu ludzkiego, ale z jakiegoś powodu są zdecydowanie odrzucane przez tzw. vox populi. Jest to – jak zauważył św. Jan Maria Vianney, gdy zastanawiał się, dlaczego ludzie popełniają grzechy główne – kolejna tajemnica natury ludzkiej. On zauważył to przy zazdrości, która – w odróżnieniu od innych grzechów głównych – nie dostarcza człowiekowi ani chwili przyjemności, tylko od początku samą udrękę. A przecież ludzie zazdroszczą nagminnie, podobnie jak nagminnie hołdują przekonaniu, że gospodarką powinno się zajmować „państwo”.

Stanisław Michalkiewicz
Prawnik, eseista, publicysta, polityk. Działacz opozycji w PRL. Wykładowca w Wyższej Szkole Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki w Warszawie oraz w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu

Idę po śmierć, idę po życie

2018-11-28 11:01

Z ks. Piotrem Pawlukiewiczem – słynnym rekolekcjonistą, zmagającym się z ciężką chorobą – rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP
Niedziela Ogólnopolska 48/2018, str. 18-20

Ks. Piotr Pawlukiewicz to jeden z najbardziej znanych polskich rekolekcjonistów.
Na spotkania z nim przychodzą wielkie rzesze wiernych. Znany jest również z niedzielnych kazań podczas Mszy św. transmitowanej przez Polskie Radio. W wyjątkowym wywiadzie dla „Niedzieli” opowiada o swojej chorobie, o tym, jak przygotować się na śmierć, i dlaczego warto dążyć do świętości

youtube

KRZYSZTOF TADEJ: – „Wstań. Albo będziesz święty, albo będziesz nikim” – to tytuł najnowszej Księdza książki. Dlaczego tak wysoko stawia Ksiądz poprzeczkę? Nie lepiej powiedzieć: „Czyń więcej dobra” lub po prostu: „Bądź lepszy”?

KS. PIOTR PAWLUKIEWICZ: – Wysoko to nie znaczy ponad ludzkie możliwości. Co to znaczy być świętym? Jeśli ktoś myśli, że święty to ten, kto nie popełnia błędów, że to chodzący ideał, to rzeczywiście za wysoko stawiam poprzeczkę. Ona będzie nieosiągalna nawet dla papieża. Ale dla mnie święty to ten, kto dąży do świętości. Małymi krokami – dwa centymetry na godzinę, milimetr na rok. Idzie do świętości, a jak się cofnie, upadnie, zgrzeszy, to z pokorą podejmuje decyzję, żeby nadrobić stracony dystans. Wraca na poprzednią drogę, mozoli się, żeby osiągnąć łączność z Chrystusem.

– Czym zatem jest świętość?

– Świętość to wybór. Nieraz młodzież pyta: „Po co się spowiadać?”. „Po co się spowiadać, skoro i tak zgrzeszę, upadnę, zawiodę w różnych sytuacjach? Po co się spowiadać, skoro ciągle wracam do grzesznego życia?”. Zawsze odpowiadam: nasze decyzje dotyczą tego, na co mamy wpływ; tego, co możemy wybrać.

– Co dokładnie ma Ksiądz na myśli?

– Każdy z nas ma zaplanowany dzisiejszy wieczór i jutrzejszy dzień. Mniej więcej wiemy, co będziemy robili w tym dniu, czy coś dobrego, czy złego. Nikt nie wie, czy popełni zło np. w 2054 r. Nie wiemy, co będzie się działo w dalszej przyszłości. Odpowiadamy za to, nad czym mamy władzę. Jeśli ktoś pyta: „Po co się spowiadać, skoro znów zgrzeszę?”, to ja pytam, czy planuje grzech. Jeśli planuje, to rzeczywiście jest kiepsko. Jeśli natomiast w dniach, nad którymi mamy władzę, nie planujemy grzechu, to w tym momencie stajemy się święci. W pełnym znaczeniu tego słowa.

– Kiedyś, mówiąc o świętości, opowiadał Ksiądz o filmie, którego bohaterem był Gandhi...

– Jest w tym filmie scena, jak Hindusi idą do fabryki. Angielska policja wali ich pałkami po głowie. Potem stojące kobiety obmywają im rany, a oni na nowo ustawiają się w kolejkę i idą do fabryki. I znowu dostają w głowę, i znowu kobiety obmywają im rany, i tak w kółko. To jest symbol naszej drogi do nieba. Szatan daje nam po głowie, a Kościół robi opatrunek. Opatruje sakramentem, Eucharystią, miłością bliźniego. Potem szatan znowu daje nam po głowie i Kościół znowu nas leczy. Świętym nie jest ten, kto siedzi obok i krytykuje: „I co ci to da?”. Świętym jest ten, kto uporczywie zmierza do Pana Boga. Spójrzmy na Piotra. Dlaczego był święty? Przecież nic nie umiał, nic mu nie wyszło oprócz jednego. Oprócz wracania do Pana Boga. Wielu ludzi jest pysznych. Wstydzą się spowiedzi. Wychodzą na ring tylko wtedy, gdy wiedzą, że wygrają. A jeśli mają cień podejrzenia, że mogą przegrać, to nie podejmują w ogóle walki. Ja zachęcam do walki.

– Nieraz słyszymy, że człowiek, który grzeszy, nie będzie szczęśliwy. To dlaczego ludzie grzeszą?

– Bo to jest na początku bardzo atrakcyjne. Dlaczego jeszcze? Ludzie są pyszni, pokazują płytką dumę, nieraz pokazują, „kim to ja nie jestem”. I wadzą się z samym Bogiem. Kiedyś zapytano żebraka przed katedrą w Warszawie, ile dziennie zarabia. Odpowiedział, że w niedzielę do dwustu złotych. Pytający był zdumiony: „Jak to?! Pan tak sobie tylko siedzi i zarabia aż dwieście złotych? To przecież niesamowite!”. Żebrak odpowiedział krótko: „Bo ludzie są głupie!”. No i my grzeszymy dlatego, że też jesteśmy „głupie”. Wydaje nam się, że obietnica diabła to jakaś superoferta, coś nadzwyczajnego. A kończy się jak zwykle: płaczem, łzami, wyrzutami sumienia i uświadomieniem sobie własnej głupoty.

– W najnowszej książce pisze Ksiądz, że wiele osób jest niezadowolonych. I dzieje się tak bez względu na to, co mają i czym się zajmują. Ciągle coś nam przeszkadza. To jak znaleźć szczęście? Zaakceptować życie takie, jakie jest? Jeśli np. widzimy coś złego w Kościele, to mamy się nie odzywać, tylko kochać Kościół bez względu na to, co się w nim dzieje?

– Kiedy podczas rejsu ktoś nagle krzyknie, że w okręcie jest dziura, to raczej wszyscy rzucą się do roboty pod kierunkiem kapitana, żeby mieć szansę wyjść z tego cało. Mamy kochać Kościół takim, jaki jest. Nigdy nie był doskonały. Zawsze byli w nim grzesznicy, bo Kościół jest szpitalem. Człowiek, który grzeszy, jest w szpitalu. Jest chory i znajduje pomoc. Nieraz słyszę: „Tamten facet chodzi do kościoła, a przecież grzeszy. Wieczorami kłóci się z żoną”. Odpowiadam: „Ale jakby nie chodził do kościoła, to może by ją zabił?”. Ja, gdybym codziennie nie chodził do kościoła, na pewno byłbym gorszy, niż jestem, na pewno trochę bym rozrabiał. Kościół nas leczy. Pan Jezus jest ordynatorem, Matka Boża – pielęgniarką.

– Wróćmy do tych osób niezadowolonych z życia. Czy można znaleźć szczęście już teraz? W miejscu, w którym żyjemy, i w warunkach, w których się znajdujemy?

– Oczywiście. Kiedyś czytałem wspomnienia jednej z więźniarek z Ravensbrück. Napisała, że nigdzie nie spotkała tak wspaniałych ludzi jak tam – życzliwych, pomocnych, z otwartym sercem. Mówiła o swoich towarzyszkach, że to aniołowie chodzący po ziemi. Tam więźniarki pomagały sobie nawzajem. Gotowe były oddać za siebie życie. I chwaliły Boga za dobro, które przekazywał przez ich serca.

– Nie zawsze łatwo odnaleźć szczęście. Ktoś np. dowiaduje się, że jest chory na nowotwór, ma przerzuty i zostało mu kilka miesięcy życia. Jak ma odnaleźć szczęście?

– Wszystko zależy od tego, czy ta osoba jest przygotowana na śmierć. Każdy z nas ma się przygotowywać do tej chwili. Godzina śmierci jest najważniejsza, bo w niej dokonamy ostatecznego wyboru. Wybierzemy szczęście albo, nie daj Boże, piekło. Niektórzy pójdą do piekła z własnej chęci, z własnej woli na złość Panu Bogu. Tak Go nienawidzą. Nienawiść zatruwa człowieka. Człowiek nieraz z nienawiści potrafi cierpieć tylko po to, żeby innemu zadać ból.

– Wróćmy do człowieka, który się dowiedział, że ma nowotwór.

– Człowiek powinien być przygotowany, że może stać się inaczej, niż sobie tego życzymy. Gdy składamy życzenia, często słyszymy: „wszystkiego najlepszego”, „niech ci się wiedzie”, „powodzenia”, zdrówka, zdrówka, a przede wszystkim zdrówka”. Trzeba być przygotowanym, że może być inaczej, i życzyć ufności Chrystusowej. Kiedyś mój kolega ksiądz opowiadał, że w dzieciństwie, kiedy jechał rowerem, ciężarówka przycisnęła go do krawężnika. Przewrócił się z wielkim hukiem, rozbił kolano i zapłakany wrócił do domu. Mama spytała, o czym myślał, gdy ta ciężarówka na niego jechała. Była przekonana, że usłyszy o mamusi i tatusiu. Ale tak nie odpowiedział. To są chwile, kiedy trzeba myśleć o Bogu. Gdy spotyka nas takie nieszczęście jak nowotwór, myślmy o Bogu.

– Pojawiają się pytania: „Dlaczego ja? Skoro Bóg jest wszechmogący, może mi przecież pomóc; dlaczego nie pomaga?”. Czy są dobre odpowiedzi na takie pytania?

– Oczywiście, można znaleźć odpowiedź. Zależy to od konkretnej sytuacji. W niejednym domu nastąpiły zgoda, pojednanie, otwarcie oczu na coś, czego się wcześniej nie dostrzegało, tylko dlatego, że ktoś z pokorą przyjął śmierć. Takie osoby mogą zrobić dużo dobrego. Dostały oręż do czynienia dobra. A śmierć przecież i tak kiedyś nastąpi.

– Śmierć, która niczego nie kończy. Można powiedzieć: Idę po śmierć, czyli idę po życie?

– Życie się nie kończy, ale się zmienia. Idę po śmierć, idę po życie. Tak, to dobre określenie. Na pogrzebie mówi się o człowieku, który umarł. Ale przecież to my umieramy, a on żyje. Ilu rodziców, ojców, matek bierze dzisiaj Biblię do ręki i rozmawia z dzieckiem o zmartwychwstaniu? Posłużę się przykładem. Na dworcu kolejowym możemy zobaczyć tunel. Na peronie ptak dziobie okruszki. Mógłby wlecieć w ten tunel i znaleźć dużo jedzenia. Ale się boi. My też tak żyjemy. Nasze okruszki to samochód, DVD, komputer. Dziobiemy, a ciasny tunel prowadzi do życia wiecznego. Tylko że młodzi ludzie wiedzą jedno: liczy się kasa. Jedyną powszechną ideologią w Polsce jest materializm praktyczny. My tu sobie rozmawiamy, a tymczasem w Polsce odbywa się, powiedzmy, kilka tysięcy rozmów o pieniądzach. Jak mało mam kasy, jak bardzo potrzebuję kasy, gdzie można więcej zarobić...

– Co Ksiądz mówi tym, którzy tylko o tym myślą?

– Puknijcie się w głowę! Wjechaliście w ślepą uliczkę. Ona jest bajecznie kolorowa, śliczna, ale na końcu okaże się, że jest ślepa. Nie zaprowadzi nikogo do szczęścia. Godzinami mogę opowiadać o ludziach, którzy teoretycznie powinni być nieszczęśliwi, a jednak jest inaczej. Ostatnio np. fotografowano siostrę zakonną, która ma sto lat. Szukano oblicza starego człowieka na okładkę książki. Siostra zapytała, o czym jest ta książka. Usłyszała, że o ludziach starych, smutnych, chorych. Podziękowała. „To nie dla mnie i nie o mnie”. Miała pokój w sercu. Była szczęśliwa.

– Był Ksiądz kiedyś kapelanem w szpitalu. Widział, jak ludzie odchodzą z tego świata. I przyszła ta chwila, kiedy to Księdza dotknęła choroba. Jak to Ksiądz przeżywa?

– Na razie raczej z humorem. Nie załamuję się. Lubię rozmawiać z Panem Bogiem po wojskowemu, chociaż nigdy w wojsku nie byłem. Wyobrażam sobie, że Pan Jezus mówi o chorobie: „Pawlukiewicz, masz nowego przyjaciela”. Odpowiadam: „Tak jest!”. I żyję dalej.

– Boli?

– Bólu nie czuję. To ograniczenie ruchowe, brak koordynacji. Przewróciłem się już może z 30, 40 razy.

– Czyli żartów nie ma?

– Bywa niebezpiecznie. Jak upadam, np. ze schodów, to myślę, żeby jakoś ręce pochować i przyjąć ciałem ciężar uderzenia.

– To choroba Parkinsona?

– Tak.

– Można ją zatrzymać?

– Można ją spowolnić i to się w dużym stopniu udaje. Ale po jakimś czasie zawsze sunie do przodu. Pół milimetra, centymetr, ciągle dalej.

– Kiedy Ksiądz się zorientował, że jest poważnie chory?

– W 2007 r. Przy goleniu zadrżała mi ręka. Nie mogłem precyzyjnie dotykać maszynką twarzy. Potem był problem z wyciągnięciem chusteczki do nosa albo portfela z kieszeni. Z trudem myłem zęby. Ale jeszcze wtedy były to drobne dolegliwości. Teraz jest inaczej. Szukam jednak pozytywnych stron. Jestem wzruszony opiekuńczością sióstr zakonnych, kapłanów, ludzi świeckich. Przychodzą, pytają, czy w czymś mi pomóc, czy dokądś podwieźć, coś kupić. Te codzienne doświadczenia kontrastują z obrazem polskiego kleru, który ostatnio przedstawił jeden z reżyserów. Ja widzę codziennie inny świat i jestem nim pozytywnie zaskoczony.

– Czy boi się Ksiądz śmierci?

– Teraz nie (uśmiech). Siedzimy sobie w miły jesienny wieczór. Miło się rozmawia, jest przyjemnie. Ale jak przyjdzie lekarz i powie, że to już koniec, to pewnie będę zazdrościł tym, którzy będą mogli oglądać następne mistrzostwa świata w piłce nożnej. Pewnie też tym, którzy dostaną nowy sprzęt muzyczny, taki idealny, bezszumowy... Wiem jednak, że Pan Bóg pokaże mi w niebie wiele fantastycznych rzeczy, o których na ziemi nie mamy pojęcia. Oczywiście, jeśli znajdę się w niebie, o co Boga pokornie proszę.

– Mówi Ksiądz, że każdy powinien przygotować się do śmierci. A Ksiądz jak to robi?

– Dużo myślę o śmierci, o przemijaniu. Dwa miesiące temu umarła moja mama. Widziałem ją przez całe moje życie, czyli prawie przez 60 lat. Przyglądałem się, jak żyła, byłem blisko w chorobie, kiedy umierała. I bardzo realnie spojrzałem na siebie. Mam prawie 60 lat, jestem chory. Oczywiście, można jeszcze pracować, funkcjonować, ale trzeba realnie oceniać sytuację i przygotować się na ten moment. Przygotować – to znaczy wypełnić swoją misję na maksa. Zrobić to, co zostało do zrobienia i co można zrobić przy wszystkich ograniczeniach. Tak, aby potem stanąć jak szeregowiec przed Generałem i usłyszeć od Niego słowa: „Dobrze, synu. Wiele uczyniłeś dobrego i wielką dostaniesz nagrodę w niebie”.

– Liczy Ksiądz na cud? Przecież wiele osób doświadczyło cudu.

– Kiedy o tym myślę, mówię sobie: „To byłby numer!”. Podchodzę do wszystkiego z humorem. Na początku, gdy lekarze stwierdzili, że to choroba Parkinsona, pojechałem do sióstr zakonnych na rekolekcje. Laseczką się podpierałem, żeby się nie przewrócić. Na spotkaniu po skończonych rekolekcjach słuchaczki wymieniały poglądy: które nauki się podobały, które mniej. Ze zdumieniem usłyszałem od 90 proc. zakonnic, co zrobiło na nich największe wrażenie: to, że ks. Pawlukiewicz o lasce zmagał się przy ołtarzu, żeby czegoś nie wylać, bo ręka mu drżała. Potem pojechałem na zamknięte rekolekcje do studentów i usłyszałem to samo. Wtedy dopiero można się było załamać! Trochę się buntowałem, no bo jak to, nie podziwiają moich słów, wygłaszanych mądrości, tylko podziwiają laskę, którą się podpieram, żeby nie wylądować na ziemi? Skandal! (śmiech).

– Bywają chwile depresji?

– Kiedyś miałem złe dni. Pomyliłem tabletki i zajrzała mi w twarz perspektywa domu starców. Marzyłem wcześniej, że jak będę ociężały, to kupię sobie jakiś fajny, duży telewizor. Tak na koniec. A potem przepiszę go jakimś biednym dzieciom. A tu po lekach nastąpiło jakieś nagłe załamanie zdrowia i perspektywa, że już nie zdążę zrobić nawet tego i wyląduję w domu księży emerytów. A tam łóżko i pampersy.

– Czy w takiej sytuacji inaczej przeżywa się życie? Czy jest się bliżej Boga?

– Cieszę się, że Bóg uchronił mnie od postawy buntu. Od stawiania pytań, dlaczego, i mówienia: „przecież dobrze żyłem”.

– Powróćmy na koniec do najnowszej książki. Jakie jest jej najważniejsze przesłanie?

– Chcę przekazać wszystkim: gryź, kop, szalej, ale wracaj. Wracaj do Pana Boga. Na różne sposoby. Możesz żebrać, płakać, prosić o spowiedź, ale jednego nie zaniechaj. Wróć do Kościoła, wróć do Pana Boga. Konfesjonały są otwarte codziennie, za darmo. Nie czekaj na koniec życia, bo nie wiesz, kiedy nastąpi. Zacznij wracać. Już teraz.

– Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Bp Dec dziękuje policjantom za służbę społeczną

2018-12-19 14:13

ako / Świdnica (KAI)

Chcemy wam podziękować za waszą służbę społeczną. Dzięki wam czujemy się bezpieczniejsi w naszych domach, w naszych instytucjach. Jesteście tymi, którzy bronią porządku publicznego. Mamy świadomość, jak bardzo jest Wasza praca trudna, niebezpieczna – powiedział bp Ignacy Dec. Biskup diecezji świdnickiej wziął udział 18 grudnia w spotkaniu opłatkowym dla Policji w Wałbrzychu.

_Alicja_/pixabay.com

Po odczytaniu Ewangelii o Bożym Narodzeniu przez ks. Jacka Biernackiego, kapelana policji, bp Dec złożył życzenia. Podkreślił, że narodzenie Chrystusa to najważniejsze narodziny w dziejach świata. - Życzę takiego odnowienia duchowego, przypływu radości, pokoju Bożego do serc. Życzę bezpiecznej pracy, szczęścia w rodzinnych gniazdach, żebyście mieli dobrych mężów, dobre żony, posłuszne dzieci, żeby w pracy się wszystko układało. Błogosławieństwa Bożego i łaski zdrowia fizycznego i duchowego na rok Pański 2019 – mówił bp Dec.

Bp Dec zwrócił się też z prośbą do lokalnej Policji o pomoc w przygotowaniu 383. plenarnego zebrania Konferencji Episkopatu Polski, które jak zapowiedział biskup, odbędzie się w czerwcu w diecezji świdnickiej. - Będziemy potrzebować asysty wozów policyjnych, byśmy dojechali bezpiecznie, dlatego zostawiam dziś tę prośbę - mówił.

Spotkanie uświetnił występ kolęd i pastorałek przygotowany przez najmłodszych. Na dzwonkach zagrały dzieci z przedszkola samorządowego z oddziałami integracyjnymi nr 17 w Wałbrzychu.

W imieniu Policji wszystkich gości przywitał i złożył życzenia Krzysztof Lewandowski z kadry kierowniczej Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu. Głos zabrał również Wicewojewoda Dolnośląski Kamil Zieliński, wiceprezydent miasta oraz emerytowany prezydent Wałbrzycha.

Bp Ignacy Dec co roku uczestniczy w kilkudziesięciu spotkaniach opłatkowych przed i po świętach. Spotyka się z przedstawicielami różnych grup społecznych, m.in. z służbami mundurowymi. Co roku również w Wigilię Bożego Narodzenia uczestniczy w kilku spotkaniach dla osób samotnych, bezdomnych organizowanych przez Caritas w różnych miejscach diecezji.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem