Reklama

Potrzeba strategicznego myślenia

2018-09-12 10:40

Z prof. Markiem Janem Chodakiewiczem rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 37/2018, str. 36-37

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Polscy politycy od dawna pocieszają Polaków i siebie samych, że nikt nam nic nie zrobi, bo z nami jest Ameryka...

PROF. MAREK JAN CHODAKIEWICZ: – Ci politycy albo są demagogami, albo są infantylni. Na Stanach Zjednoczonych nie można polegać, bo też są infantylne. To nie jest imperium zła, lecz imperium głupoty. Tak, my, Amerykanie, popełniamy grzech głupoty!

– I mówi to waszyngtoński konserwatysta, a nie lewacki demokrata?!

– Absolutnie tak! Stałym kłopotem Amerykanów jest to, że często zapominają, porzucają jakieś sprawy... Wietnamczycy Południowi byli przekonani, że ponieważ prawie 60 tys. Amerykanów zginęło w Wietnamie i miliardy dolarów poszły na pomoc dla tego kraju, to oni sami już nie muszą się o nic starać, bo zawsze będzie ta amerykańska pomoc. A gdy nadeszła kontrkultura i lewactwo dostało się do amerykańskiego Kongresu – wszystko obcięto, porzucono Wietnam Południowy. Stany Zjednoczone, podobnie jak Polska, nie mają – choć wielu tak myśli – stałej i długofalowej strategii. Pytanie, czy taka strategia jest w ogóle możliwa w demokracji.

– Nie jest?

– Jeśli nawet nie jest możliwa, to jest niezbędna, dlatego też w niektórych krajach w tej mierze działają instytucje pozademokratyczne, w ramach wywiadu cywilnego i wojskowego. Np. we Francji tego rodzaju instytucje wprost ignorują cywilną władzę polityczną, uważając, że są to zdrajcy, złodzieje i lewacy. Francuskie wojsko po prostu robi swoje, do tego stopnia, że na poziomie praktycznym nie funkcjonuje tam tzw. nadzór cywilny ani nad wojskiem, ani nad służbami specjalnymi. Gdy w parlamencie chciano wzmocnić tenże nadzór, to nagle w tabloidach pokazały się zdjęcia bratanka prezydenta republiki – który wtedy był ministrem kultury – w domu publicznym w Tajlandii z małymi chłopcami. I dyskusja w parlamencie się skończyła... Tak się to załatwia, jeśli nie ma innego wyjścia.

– Co pewien czas pojawiają się pomysły – których główną orędowniczką jest właśnie Francja – o konieczności utworzenia armii europejskiej. Co Pan Profesor na to?

– Ostatnio usłyszałem to od Viktora Orbána. Powiedział nam wprost: przedtem nas oskarżano, że mamy pomysły nierealistyczne, teraz będziemy robić rzeczy niemożliwe, czyli np. tworzyć armię europejską, bo amerykański parasol nie powinien być jedyny. Orbán jest pewny siebie. Ja uważam, że takie żarty można sobie robić, gdy ten amerykański parasol jeszcze istnieje... Na moje pytanie, kto będzie dowodził armią europejską, węgierski premier odpowiedział, wskazując na siebie: my! Dosyć dobrze zna ograniczenia europejskich polityków i doszedł do wniosku, że bez większego trudu można by przejąć ten cały interes...

– Samodzielnie, czy może jednak w ramach projektu Międzymorza?

– Jak najbardziej samodzielnie. Według niego, Węgry nie są takie jak Polska czy państwa bałtyckie, które – jego zdaniem – przesadnie kierują się fobią antyrosyjską. Oczywiście, rozumie zaszłości historyczne i często powtarza: „Polska to nasz przyjaciel”, ale podkreśla, że bliżej mu choćby do Czechów z powodu podobnego podejścia do Rosji. I nie chodzi tu już li tylko o sprawę energii, lecz o wybór geopolityczny. Dla Węgier ważne jest przede wszystkim to, że Rosja, nie będąc komuną, nie stanowi już zagrożenia ideowego. A zatem, wobec nieporadności europejskich polityków, premier Orbán uważa, że może śmiało zaproponować węgierskie przywództwo Europy.

– Czy w takim razie pomysł stworzenia wzmacniającego Europę i chroniącego kraje środkowoeuropejskie Międzymorza, tworzenia mocnej osi północ-południe – na realizacji którego tak bardzo zależy Polsce – nie staje się mało realny?

– Niekoniecznie. Siłą inercji Węgry zaczynają już tworzyć pewne zręby infrastrukturalne Międzymorza. W Siedmiogrodzie do tamtejszych górali premier Orbán powiedział: Bukareszt ma was w nosie, to my wam zbudujemy drogi, koleje, szkoły... To jest właśnie to, o czym już dawno temu pisałem, że trzeba budować wokół granic. Orbán, mimo że nie jest wielkim fanem idei Międzymorza, to zamierza je jednak po swojemu tworzyć. Ale przede wszystkim chce budować wielkie Węgry, korzystając z europejskiej próżni. W pewnym sensie jest nacjonalistą i myśli sobie, że na europejskim bezrybiu jest rekinem, ale tak naprawdę to przecież zaledwie zwinna płotka.

– A zatem Polska przesadnie liczy na węgierskich bratanków?

– Polska w każdej sytuacji powinna liczyć przede wszystkim na siebie. I – do znudzenia będę to powtarzał – przede wszystkim trzeba wygenerować odpowiednie elity polityczne, bo jeden Jarosław Kaczyński nie wystarczy!

– A tymczasem tym chyba najmniej się martwimy... Niedawno jeden z polskich emerytowanych generałów zagrzmiał, że jeżeli Polacy nie wyrzucą rządu PiS, to niechybnie grozi nam wojna z Rosją.

– Ta rosyjska wojna przecież już się toczy, choć tego nie widać, bo jej głównym teatrem są media i cyberprzestrzeń. Nie tylko Polacy nie chcą jej dostrzec, także większość amerykańskiej elity nie wierzy, że coś takiego się dzieje. Wyjątkiem tutaj jest tylko lewicowa narracja, że Władimir Putin zrobił Donalda Trumpa prezydentem, co jest bezsensem. Ale ta niewidoczna wojna jest prowadzona dosłownie na każdym poziomie – finansowym, kulturowym, informacyjnym. Nie potrzeba już konwencjonalnych działań wojskowych, by choćby za pomocą umiejętnej dezinformacji skutecznie osłabić przeciwnika. Dlatego np. przebiegli Chińczycy już nie starają się budować armii konwencjonalnej, lecz robią wszystko, by asymetrycznie, po partyzancku przezwyciężyć Amerykanów.

– I w ten sposób mogą rzeczywiście wygrać?

– Wygląda na to, że tak. Wszystkie ćwiczenia konwencjonalne prowadzone przez Amerykę, tzw. gry wojenne, pokazują, że to my wygrywamy, natomiast oni zdecydowanie zwyciężają w wojnie asymetrycznej, partyzanckiej... A zatem – wcale nie trzeba rozbudowywać kosztownej armii konwencjonalnej, lecz należy tworzyć tylko te struktury armijne, które w obecnych warunkach – czyli w świecie zdominowanym przez cybertechnologie – mogą dać rzeczywistą przewagę. Jeżeli postsowiecki helikopter kosztuje 100 mln zł, to z pewnością lepiej zainwestować w znacznie mniej kosztowną broń elektroniczną, która z łatwością pokona taki helikopter... Ale, oczywiście, zawsze dobrze byłoby mieć jakąś rezerwę, którą można szybko rozbudować, przystosować do działań wojennych. Budujmy więc w Polsce solidne traktory Ursus na eksport, choćby do Arabii Saudyjskiej, a jak zajdzie potrzeba, przerabiajmy je szybko na czołgi. Ale tu znowu potrzeba strategicznego myślenia, którego tak bardzo w Polsce brakuje.

– W Polsce bardzo boimy się rosyjskich czołgów, za to zupełnie bagatelizujemy prowadzoną przez Rosję cyberwojnę, w której Rosjanie są ponoć mistrzami świata.

– Prawdą jest, że Polska bagatelizuje cyberwojnę, natomiast Rosjanie wcale nie są w niej najlepsi; z pewnością są gorsi od Chińczyków, ale rzeczywiście lepsi od wszystkich innych. Rosjanie są dobrzy przede wszystkim w tym, co się nazywa otumanianiem innych, dezinformacją. Widać wyraźnie, że w tej wojnie już osiągają pożądane efekty.

– Z kolei Niemcy zwijają swoją armię i nie chcą płacić więcej na NATO. W Polsce nie wiemy, co o tym myśleć, czy się martwić, czy może cieszyć...

– To jest najwyraźniej antyamerykańska prowokacja. Bundeswehra ćwiczy dziś z miotłami, bo jej czołgi i łodzie podwodne są w bardzo kiepskim stanie. Nie dlatego, że Niemcy mają imigrantów i nie starcza im pieniędzy. Tak nie jest. Postępują tak z premedytacją. Niedawno zadzwoniła do mnie niemiecka telewizja z pytaniem, kiedy prezydent Trump rozwiąże NATO. Odpowiedziałem, że oczywiście, prezydent Trump tego nie zrobi i że to same Niemcy chcą się uwolnić od tej NATO-wskiej czapki, która je najwyraźniej krępuje. W związku z tym mamy teraz cały szereg rozmaitych prowokacji. Niepłacenie na NATO jest najważniejszą z nich, bo denerwuje Biały Dom.

– Może jednak powinniśmy się cieszyć z tego militarnego samoosłabiania się Niemców?

– Bynajmniej! Przypomnijmy sobie, że Hitler w ciągu kilku lat osłabione Niemcy wywindował na sam szczyt. Obecny potencjał gospodarczy Niemiec tym bardziej pozwala na taką sztuczkę.

– Na terenie naszego kraju mamy dziś wojska NATO funkcjonujące w trybie rotacyjnym, jednak w obliczu narastającego różnorakiego zagrożenia ze strony sąsiedzkich potęg Polska nalega na zainstalowanie stałych amerykańskich baz wojskowych na swoim terenie. Czy istotnie zwiększyłoby to nasze bezpieczeństwo?

– Tak, bo rzecz polega na tym, że stałe bazy wojskowe oznaczają obecność żołnierzy wraz z rodzinami. W razie ataku – nie tylko na amerykańskich żołnierzy, ale przede wszystkim na amerykańskich cywilów – amerykańskie społeczeństwo bardzo by się zdenerwowało i domagało zdecydowanej reakcji Waszyngtonu.

– Niektórzy powiadają, że najprościej było przenieść stałe bazy z Niemiec do Polski.

– Do tego w żadnym razie nie można dopuścić! Stany Zjednoczone przez 70 lat łożą wielkie pieniądze na infrastrukturę, technologię i personel swoich niemieckich baz wojskowych. To wszystko można by przenieść do Polski, być może nawet ku zadowoleniu Niemców, których coraz bardziej uwiera amerykańska obecność. I właśnie dlatego nie należy tego robić. Niemcy muszą wiedzieć, że przegrały wojnę. Trzeba im o tym nadal przypominać, bo robią wszystko i wszelkimi sposobami, by wyzwolić się z konsekwencji II wojny światowej. Permanentna amerykańska obecność w Niemczech jest wciąż nieodzowna. A poza tym na pewno nie da się przenieść tamtejszej amerykańskiej bazy medycznej, gdyż jej odtworzenie w Polsce zabrałoby co najmniej kilkadziesiąt lat.

– Stałe amerykańskie bazy w Polsce muszą więc raczej pozostać polską mrzonką?

– Niekoniecznie. Bo nawet jeśli takie rozwiązanie jest mało możliwe, to nie trzeba aż tak bardzo się tym martwić. Wojska rotacyjne wraz z szerokim zapleczem logistycznym (a więc dużą liczbą cywilnych pracowników amerykańskich sił zbrojnych) stanowią już dostateczną ochronę. A poza tym, aby w Polsce mogły być zainstalowane na stałe amerykańskie bazy wojskowe, Ameryka musi mieć w tym jakiś istotny interes.

– A Ameryce w tej chwili na Polsce aż tak nie zależy? Jak Polska jest widziana z perspektywy Waszyngtonu?

– Im mniej jest widziana, tym lepiej. Niestety, oprócz tego, że postrzega się ją jako miejsce „polskich obozów koncentracyjnych”, miejsce, w którym panoszą się „polscy naziści”, niewiele się wie o Polsce w USA. Wciąż wypomina się antysemityzm, nadal dominuje taka sama – nieżyczliwa narracja na temat Polski.

– Co Polska mogłaby zrobić, by ją przełamać?

– Chciałbym wreszcie zobaczyć polskich polityków, którzy potrafiliby wyzyskać choćby sentyment prezydenta Trumpa wobec proamerykańskiej Polski. Za czasów Baracka Obamy było to trudne, prawie niemożliwe. Gdy prezydent Andrzej Duda w czasie pobytu w Stanach Zjednoczonych odwiedził nasz Institute of World Politics, dostał radę: Polska powinna zjednoczyć Międzymorze i w ten sposób pomóc Ameryce. Ponadto Polska, jako koordynator tegoż projektowanego Międzymorza, powinna jak najszybciej zorganizować „nową Norymbergę” – nasz instytut mógłby tu służyć organizacyjną pomocą – czyli wielki cyrk medialny pod hasłem „sąd nad komuną”. Pomogłoby to nie tylko Polsce w odkłamaniu jej wizerunku, ale także owładniętej przez lewactwo Ameryce, gdzie 85 proc. studentów chce, żeby był socjalizm, a większość uczniów myśli, że George Bush zabił więcej ludzi niż Józef Stalin! Niestety, ku naszemu zdumieniu, polski prezydent nie podchwycił tej myśli.

Prof. Marek Jan Chodakiewicz
Amerykański historyk polskiego pochodzenia, kierownik Katedry Studiów Polskich im. Tadeusza Kościuszki w waszyngtońskim Instytucie Polityki Międzynarodowej. Specjalizuje się w badaniu stosunków polsko-żydowskich i Holokaustu oraz historii Europy Środkowej i Wschodniej XIX i XX wieku.
Jest autorem ponad 20 książek w języku polskim i angielskim oraz setek materiałów naukowych.

"Ratuj Rodzinę" - nowa kampania Fundacji Mamy i Taty

2018-11-15 06:46

Fundacja Mamy i Taty, lk / Warszawa (KAI)

Poczucie bezradności, lęk, zagubienie i wycofanie – to tylko część emocji, jakie przeżywa dziecko rodziców, którzy się rozwodzą. Jak pokazują dane statystyczne, rośnie liczba małżeństw, które się rozpadają. Najnowsza kampania Fundacji Mamy i Taty pod nazwą "Ratuj Rodzinę" ma zwrócić uwagę rodziców na problemy ich dzieci.

goodluz/Fotolia.com

Kampania rozpoczęła się 15 października br. i potrwa do połowy grudnia. Ma charakter ogólnopolski, jest prowadzona za pośrednictwem mediów tradycyjnych i społecznościowych. 30” spot pokazuje, jak negatywny wpływ na dzieci mają awantury i rozwód rodziców; są niczym koszmar z dziecięcych snów. Dzieci marzą o świecie idealnym, z mamą i tatą pod wspólnym dachem.

Celem akcji informacyjnej jest uświadomienie małżonkom przeżywającym kryzys oraz społeczeństwu i osobom decyzyjnym, że rozwód niesie za sobą poważne zagrożenia dla prawidłowego rozwoju dzieci. Dotyczy to zarówno rozwoju psycho-społecznego, jak i emocjonalnego.

Dziecko rozwodników często skoncentrowane jest wyłącznie na swoich przeżyciach, poradzeniu sobie z kryzysową sytuacją, przez co brakuje mu siły, energii do zaangażowania w inne dziedziny życia. Jest osamotnione, w obawie przed odrzuceniem rezygnuje z kontaktów z rówieśnikami.

Rozwód może mieć też konsekwencje wpływające na funkcjonowanie w dalszym życiu, takie jak obniżone poczucie własnej wartości czy problemy z nawiązywaniem relacji.

Tymczasem dzisiaj rozpada się prawie co drugie polskie małżeństwo. W mieście rozwodem kończy się 44% małżeństw, a na wsi 22,7%. Najczęściej rozstają się małżeństwa ze stażem 5-9 lat. Wyznaczając opiekę nad nieletnimi dziećmi (w wieku poniżej 18 lat) pozostającymi z rozwiedzionego małżeństwa, sąd najczęściej przyznaje opiekę wyłącznie matce (60% przypadków w 2013 r.), wyłącznie ojcu jedynie w ok. 5% przypadków, a w stosunku do 34% rozwiedzionych małżeństw orzeka wspólne wychowywanie dzieci.

Badania realizowane dla Fundacji Mamy i Taty przez prof. Dominikę Maison (kwiecień 2017) wskazują, że aż 71% ankietowanych uznało rozpad małżeństwa za porażkę. Badania wskazują rozwód, jako najczęstszy czynnik zwiększający ryzyko związane z przestępczością, zachowaniami niebezpiecznymi, problemami natury psychologicznej lub zdrowotnej u dzieci.

– Małżeństwo daje poczucie bezpieczeństwa, stałości i stwarza lepsze warunki do wychowania dzieci niż związki nieformalne. Osoby żyjące w sformalizowanych związkach częściej czują się szczęśliwe, rzadziej cierpią na różne choroby, żyją dłużej i decydują się na większą liczbę dzieci. Małżeństwo jest wartością nie tylko dla rodziców, ale głównie dla ich dzieci. Dlatego trzeba pomóc ratować rodziny - argumentuje Marek Grabowski, prezes Fundacji Mamy i Taty.

W styczniu Fundacja Mamy i Taty uruchomiła specjalny portal Ratujrodzine.pl, którego celem jest pomoc małżeństwom w kryzysie. Dzięki interaktywnej bazie można znaleźć specjalistów zajmujących się problemami małżeńskimi.

Wybierając dane miasto, można otrzymać informacje o kursach wsparcia rodzinnego i adresy poradni, które oferują specjalistyczne wsparcie dla małżeństw. Na stronie umieszczono także publikacje dotyczące budowania życia rodzinnego, udanej komunikacji małżeńskiej czy radzenia sobie z nieporozumieniami.

Obecna kampania została sfinansowana ze środków Funduszu Sprawiedliwości, którego dysponentem jest Minister Sprawiedliwości.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Płk „Różyczka” ma urodziny

2018-11-15 17:31

Agnieszka Bugała

Arch. Stowarzyszenia Odra-Niemen

– Polska jest wolna! To jest najważniejsze… – mówiła niedawno w wywiadzie.

„Różyczka” - pani płk Weronika Sebastianowicz, prezes Stowarzyszenia Żołnierzy AK na Białorusi kończy dziś 87 lat.

Urodziła się 15 listopada 1931 r. we wsi Pacewicze koło Mostów, w ówczesnym powiecie wołkowyskim na obszarze województwa białostockiego II Rzeczypospolite, jako córka Józefa Oleszkiewicza, inżyniera dróg i mostów. W młodości pracowała w kołchozie imienia Mołotowa. W czasie okupacji sowieckiej i niemieckiej była żołnierzem Armii Krajowej, została oficjalnie zaprzysiężona w wieku trzynastu lat. Wtedy też otrzymała pseudonim Różyczka. W 1945 roku została zaprzysiężona jako członek WiN i kontynuowała walkę w Obwodzie AK Wołkowysk należącym do Inspektoratu Grodzieńskiego AK do swojego aresztowania w dniu 7 kwietnia 1951 r. Ostatnie tygodnie przed zatrzymaniem ukrywała się. Krótko po wojnie został aresztowany jej ojciec, a kilka tygodni po niej samej także jej matka – również członkowie podziemia. Po uwięzieniu była torturowana. - Ukrywałam się przez 7 miesięcy, bo byłam śledzona. Później pojechałam do siostry i już następnego dnia zostałam zatrzymana. Stalinowcy wiedzieli jak prowadzić śledztwo. Mam rozbitą czaszkę – do dziś mam silne bóle. Byłam bita po całym ciele. Najpierw bili, a potem ciągnęli do karceru – to była klatka metr na metr – pełna szczurów. Wieczorem wyciągali z karceru i znowu bili. Dwa razy próbowałam odebrać sobie życie. Było mi bardzo szkoda mamy – tylko dlatego chciałam odebrać sobie życie – mówiła w wywiadzie dla TV Republika. Wyrokiem z 22 sierpnia 1952 r. została skazana na karę 25 lat pozbawienia wolności, pozbawienie praw publicznych na 5 lat i konfiskatę mienia, ale wyrokiem z 13 lipca 1955 r. karę skrócono do 10 lat. Wróciła z zesłania do Workuty w 1955 r. Gdy przebywała w łagrze, poległ jej brat Antoni, który wciąż walczył w podziemiu WiN. Po powrocie z łagru Weronika pracowała fizycznie wraz z całą rodziną jako robotnica niewykwalifikowana. Podjęła próbę repatriacji do Polski, ale odmówiono jej prawa wyjazdu. Od początku lat 90. działa w organizacjach polskich, m.in. jest prezesem nieuznawanego przez białoruskie władze Stowarzyszenia Żołnierzy AK na Białorusi działającego przy Związku Polaków na Białorusi. W 2012 r. została odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski „za wybitne zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej, za działalność społeczną i kombatancką”. 12 listopada 2015 r. otrzymała Nagrodę Międzynarodową „Świadek Historii”, przyznaną przez Instytut Pamięci Narodowej w jej pierwszej edycji. To ją cztery lata temu oskarżono o „przemyt”. Chodziło o paczki z pomocą żywnościową dla kombatantów Armii Krajowej. Sprawę przeciwko Sebastianowicz skierował do sądu urząd celny w Grodnie. Dotyczyła ona ponad 70 paczek od polskiego Stowarzyszenia Odra-Niemen z pomocą dla kombatantów Armii Krajowej na Białorusi, które zarekwirowano 2 kwietnia 2014 r. z domu Sebastianowicz, mimo obecności polskich konsulów. Mówiła wtedy w rozmowie z Polskim Radiem: „Jestem do tego przyzwyczajona. Mnie całe życie sądzą. W 2012 r. (jakoby) narkotyki przewoziliśmy, w 2013 za krzyż, a teraz za paczki. A co będzie w następnym roku, to zobaczymy”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem