Reklama

Powstanie Warszawskie oczami dziecka

Jutro się to wszystko skończy

2018-08-08 10:15

Z Bożenną Małecką rozmawia Tomasz Winiarski
Niedziela Ogólnopolska 32/2018, str. 14-16

Sylwester Braun „Kris”/ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego

„(....) po wielu tygodniach bardzo ubogiej diety znaleźliśmy starą skórkę od chleba. Leżała w piasku, w ziemi, brudna. Mimo wszystko biliśmy się z bratem między sobą o to, kto ma ją zjeść” – mówi w rozmowie z „Niedzielą” Bożenna Małecka, warszawianka i naoczny świadek wybuchu Powstania Warszawskiego na Żoliborzu.

TOMASZ WINIARSKI: – Pierwsze strzały Powstania Warszawskiego padły jeszcze na długo przed godziną „W” na Żoliborzu. Zegary wskazywały wtedy godz. 14 z minutami. Jak to wyglądało?

BOŻENNA MAŁECKA: – Mieszkałam na ul. Próchnika na Żoliborzu. Z okien naszego mieszkania widziałam powstańców, którzy rozdawali między sobą broń ukrytą w papierowych torbach. Po prostu jako dziecko siedziałam sobie zupełnie przypadkowo na okiennym parapecie. Bawiłam się z bratem, nie było wtedy zbyt wielu rozrywek, nie było działających telefonów. Obserwowałam sobie świat za oknem. Powstańców było tam około ośmiu, no, może z dziesięciu. Wysypali i rozdzielili między sobą karabiny i pistolety. Byłam wtedy małym dzieckiem, więc nie potrafię dzisiaj dokładnie określić, jaka to była broń. Chwilę później, tuż pod oknami mojej kamienicy, padły pierwsze strzały Powstania Warszawskiego. Dzisiaj to wydarzenie upamiętnia wmurowany tam kamień węgielny. Co roku odbywają się przy nim uroczystości upamiętniające tamte chwile. W tym roku brał w nich udział m.in. kandydat na prezydenta Warszawy Patryk Jaki, obecni byli także żołnierze Wojska Polskiego, którzy oddawali salwy honorowe.

– Czy jako dziecko miała Pani wtedy świadomość, że zbliża się tak olbrzymi zryw niepodległościowy?

– Mój ojciec był w AK, dlatego mama wiedziała, że ma wybuchnąć powstanie, choć mówiono o dwu lub trzydniowym opóźnieniu. Miała nas zostawić samych w domu i pojechać do ojca pod jego pracę, ponieważ chcieli się udać pod Warszawę zrobić jakieś zapasy. Akurat tak się wszystko potoczyło, że powstanie wybuchło wcześniej na Żoliborzu i myśmy już zostali w domu razem z mamą – w przeciwnym razie, jako małe dzieci, bylibyśmy zupełnie sami w trakcie wybuchu powstania. Mogłoby się to skończyć naprawdę różnie, zważywszy chociażby na fakt, że w sumie spędziłam wszystkie 63 dni w piwnicy naszej kamienicy. Strach pomyśleć, co by się z nami stało, gdyby naszą mamę walki zastały gdzieś daleko od domu.

– No właśnie, co się z Panią działo bezpośrednio po tym, jak padły już te pierwsze strzały? Jak wyglądało następnych kilka godzin?

– Później to po prostu musieliśmy zejść do piwnicy...

– Znajdującej się w budynku, w którym mieszkaliście?

– Tak, w tym bloku. Tam spędziliśmy pełne dwa miesiące. Ja z powstania wyszłam z awitaminozą, spuchnięta i biała, bo przecież mama nie miała zapasów jedzenia na całe dwa miesiące. To, co mieliśmy, dość szybko zjedliśmy. Były momenty, że mama szła na okoliczne działki i tam podkopywała trochę ziemniaków, bo to był przecież sierpień. Czasem przynosiła trochę pomidorów. Później żyliśmy na takiej kuchni, którą określiłabym mianem „kuchni powstańczej”. Jadłam np. kaszę z robakami i na to się po prostu nie zwracało uwagi. Trwała przecież wojna...

– Czy bywało tak, że jakieś oddziały powstańcze przynosiły Wam racje żywnościowe, cokolwiek? Czy wszystko musieliście zdobywać sami?

– Nie... Wszystko sami. Mama wiedziała, gdzie pójść do tej, że tak powiem, kuchni wojskowej – zdobywała w ten sposób jakieś jedzenie od naszych żołnierzy. Na ul. Próchnika była barykada i tam widziałam walczących powstańców. No więc pod wpływem tych obrazów bawiłam się później w piwnicy w sanitariuszkę razem z moim bratem, który udawał warszawskiego powstańca.

– Czy ukrywając się w piwnicy, miała Pani świadomość, że na górze trwa regularna wojna? Słychać było wybuchy, wystrzały?

– Byliśmy dziećmi i to do nas tak do końca nie docierało. Nie rozumieliśmy tego, co się działo na górze. Natomiast dzień przed upadkiem powstania przyszli do nas do piwnicy powstańcy, weszli i mówią: „My się poddajemy, a wy musicie dzisiaj w nocy wywiesić białą flagę na budynku”. Ktoś wszedł na dach i na kiju od szczotki powiesił białe prześcieradło. Inaczej Niemcy wrzucali granaty do piwnic i ludzie w nich ginęli... Rzeczywiście, naziści przyszli do nas nad ranem. Niemcy nie wchodzili do piwnic, tylko stali na górze i wołali, żeby najpierw wychodziły matki z dziećmi, a później kobiety i mężczyźni. Mężczyźni to nie mieli co wychodzić, bo ich tam po prostu nie było. Walczyli. Później niemieccy żołnierze prowadzili nas okopami do takiego wielkiego dołu. Dzisiaj mniej więcej w tym miejscu znajduje się warszawski teatr Komedia. Szliśmy okopami przez wąskie przejścia, stąpając bez przerwy po leżących wszędzie ciałach pomordowanych powstańców. Doszliśmy do takiego dołu, w którym Niemcy zebrali okolicznych mieszkańców. Żołnierze stali na górze, nad tym wykopanym dołem, i mówili nam, że dają pół godziny, by wszystkie matki i żony poszły po swoich synów i mężów. Nikt się jednak nie ruszył. Dokąd moja mama miała pójść? Jej męża tam przecież nie było.

– Bo był w AK i uczestniczył w walkach...

– Tak... Był gdzieś pod Warszawą i walczył. Wracając, ostatecznie nikt z nas tam, dzięki Bogu, nie zginął, ale przeżycia jako dziecko miałam, jak chodziłam po tych ciałach powstańców... Czegoś takiego nie da się zapomnieć do końca życia.

– I co się dalej działo w tym dole?

– Dół był bardzo głęboki, wyglądał niczym duży basen wykopany w ziemi. Na górze stali Niemcy z wystawionymi karabinami wycelowanymi w nas. Mama uważała, że będą nas tam rozstrzeliwać. Tak to wyglądało. Przytuliła mnie z bratem mocno i powiedziała do nas, że pewnie będziemy za chwilę ginęli. Okazało się jednak, że śmierć nie była nam pisana. Pół godziny później wypędzili nas z tego dołu i kazali iść dalej. Szliśmy ulicami przez płonącą Warszawę – przez Żoliborz i Wolę aż do obozu w Pruszkowie zorganizowanego przez Niemców w zajezdni kolejowej. Tam zaczęli nas sortować. Matki z dziećmi trafiały na tereny polskie, a młodych ludzi wysyłano na roboty do Niemiec do ciężkich obozów pracy. Niemcy przewozili nas bydlęcymi wagonami w okropnych warunkach, ale najgorsze i tak było już za nami. Trafiliśmy z mamą pod Kraków, do miasta Słomniki, i tam nas przydzielili do pewnego sołtysa. Pod Krakowem przebywaliśmy od października do kwietnia, kiedy to wróciliśmy z mamą do rzekomo wyzwolonej przez Sowietów Warszawy. Był rok 1945. Nasze mieszkanie było zupełnie rozkradzione. Nie zostało absolutnie nic. Żadnych rzeczy, żadnych pamiątek – wszystko zabrane. Wróciliśmy do niczego, do pustego mieszkania z wyważonymi drzwiami. Na szczęście spotkaliśmy się tam z ojcem, a wkrótce mama poszła do jakiejś pracy. Życie zaczęło stopniowo wracać do czegoś, co miało choć w niewielkim stopniu przypominać przedwojenną normalność. W 1946 r. przystąpiłam do Pierwszej Komunii św... Tak zakończyła się dla mnie wojna.

– Kiedy mówię: Powstanie Warszawskie, to jakie jest Pani najmocniejsze przeżycie? Wspomnienie, które od razu staje przed oczami?

– Mam kilka takich wspomnień czy też obrazów, które najmocniej utkwiły w mojej pamięci. Od razu przypominają mi się te pierwsze strzały, kiedy widziałam powstańców rozdających między sobą broń. Innym wspomnieniem jest moment, kiedy po wielu tygodniach bardzo ubogiej diety znaleźliśmy starą skórkę od chleba. Leżała w piasku, w ziemi, brudna. Mimo wszystko biliśmy się z bratem między sobą o to, kto ma ją zjeść. Tą brudną, wyschniętą skórkę od chleba! Proszę sobie wyobrazić, jak silne musieliśmy mieć uczucie głodu. Byliśmy potwornie głodni i spragnieni smaku chleba powszedniego. Mam też jedno bardzo ważne dla mnie wspomnienie, takie najbardziej osobiste. Dzień przed tym, jak powstańcy przyszli do nas z informacją, żebyśmy się poddali, moja mama powiedziała: „Dzieci, ja już nie mam co wam jutro dać jeść”! Odpowiedziałam: „Mamusiu, nie martw się, bo mi się dzisiaj przyśniła Matka Boża i powiedziała, że jutro to wszystko się skończy...”. No i tak rzeczywiście się stało! Ja to uważam za wielką łaskę, której dostąpiłam. Tych słów wypowiedzianych w moim śnie przez Matkę Bożą nie zapomnę do końca życia: „Nie martw się dziecko, jutro się to wszystko skończy”. Faktycznie były to słowa prorocze – wieczorem przyszli do nas powstańcy z informacją o kapitulacji, a na drugi dzień było już po wszystkim.

– Największą ofiarą Powstania Warszawskiego była ludność cywilna. Stąd pojawiają się zarzuty, że decyzja o jego wywołaniu była błędna, że ten zryw był niepotrzebnym samobójstwem stolicy. Inni podkreślają, że warszawiacy bili się o wolność i godność. Jakie jest Pani zdanie?

– Uważam to za wielkie bohaterstwo młodych ludzi... Ja tego wszystkiego nie widziałam, siedziałam te dwa miesiące w piwnicy i co najwyżej wychodziłam przed klatkę, na chwilę, na powietrze. Później, jak już nas pędzili przez płonącą jeszcze wtedy Warszawę – z Żoliborza do Pruszkowa, to wtedy dopiero dotarła do mnie świadomość o skali tego zniszczenia, tej tragedii. Widziałam przecież jako dziecko całe miasto w gruzach, w płomieniach, a naokoło pełno leżących trupów. I mam to zarejestrowane do dzisiaj. Straszne wrażenie.

– Mimo, że była Pani jedną z ofiar powstania, nie ma Pani pretensji do ludzi, którzy za nie odpowiadają.

– Nie, nie... wręcz przeciwnie. Czczę i szanuję powstańców. Modlę się za nich do dzisiaj. 1 sierpnia, ten dzień, ta godzina „W”, to będzie dla mnie wielkie przeżycie. Jeżeli ktoś nie uszanuje – czy to w Warszawie, czy w całej Polsce – tej rocznicy, jeżeli nie raczy oddać hołdu tym wszystkim powstańcom, stając na baczność, gdy zawyją syreny... to będzie dla mnie człowiekiem pozbawionym honoru.

– Po wojnie, kiedy nastała okupacja Sowiecka, brała Pani udział w odbudowywaniu stolicy.

– Tak. Wtedy chodziłam do szkoły baletowej. Teatr Wielki był zupełnie zniszczony, a my jako uczennice pierwszej klasy w 1949 r. pomagałyśmy przy jego odgruzowywaniu. Po tych gruzach chodziłam, podawałyśmy sobie cegły. Jeśli chodzi o odgruzowywanie Warszawy, to brałam udział głównie właśnie w pracach przy Teatrze Wielkim.

– Przez lata powstańcy czekali na godne upamiętnienie ich walki o wolność...

– Największym uczczeniem Powstania Warszawskiego 1944 było otwarcie w 2004 r. Muzeum Powstania Warszawskiego przez ówczesnego prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego. Wielokrotnie zwiedzałam je z rodziną, opowiadałam moim wnuczkom historie i wspomnienia, którymi podzieliłam się w tym wywiadzie. To wspaniałe muzeum jest wielkim i pięknym hołdem dla ofiary, którą złożyli powstańcy warszawscy.

– Dlaczego tak długo trzeba było czekać na to muzeum?

– Nie wszystkie środowiska chciały kultywować pamięć o Powstaniu Warszawskim. Musimy cofnąć się do początku – do momentu, kiedy Warszawa została zdradzona przez swojego drugiego po III Rzeszy kata – Związek Sowiecki. Rosjanie okazali swoją ogromną podłość. Stali po drugiej stronie Wisły i nie przyszli bijącym się z hitlerowcami powstańcom z pomocą, a przecież cała walcząca Warszawa na to właśnie liczyła. W mojej ocenie, to była wielka hańba ze strony Sowietów. Czekali, aż cała Warszawa spłonie, i dopiero wtedy wkroczyli do miasta. Jakie to było wyzwolenie?! Wejście w niewolę. Jedna okupacja zamieniona na drugą. Komuniści nie oddawali czci powstańcom – oni promowali pogląd, że ten zryw był niepotrzebny. Pamiętam natomiast, że przez prawdziwych patriotów godzina „W” zawsze była czczona.

– Powstanie ‘44 to był największy w historii zryw niepodległościowy przeciwko Niemcom. Żaden inny naród nie dokonał w czasie II wojny światowej czegoś podobnego.

– Dokładnie tak. Powszechnie uważa się je dzisiaj w świecie za ogromny zryw niepodległościowy i wielkie bohaterstwo. Wciąż żyją jeszcze przecież weterani powstania. Uważam, że im się należą wielka cześć i chwała. Cieszy mnie, że choć część z nich dożyła czasów, w których przyznaje im się odznaczenia wojskowe i oddaje honory państwowe.

– Wielu weteranów Powstania Warszawskiego żyje dzisiaj za głodowe emerytury. Nie starcza im na leki, czasem na jedzenie. Są takimi bohaterami, o których przez lata system nie chciał pamiętać. Niektórzy byli wyrzucani ze swoich mieszkań w trakcie tzw. dzikiej reprywatyzacji... Jak to skomentować?

– To skandal i hańba dla polityków, którzy przez lata tolerowali taki stan rzeczy. Uważam to za... no, naprawdę nie chcę używać tutaj brzydkich słów, ale tylko takie cisną się człowiekowi na usta. W trakcie dzikiej reprywatyzacji przejmowano za symboliczne pieniądze kamienice o wartości kilku milionów złotych. Powstańcom należą się nie tylko honor i cześć, lecz także konkretne pieniądze, by na stare lata mieli zagwarantowane godne życie!

– Czy jest Pani dumna z bycia warszawianką?

– Tak, czuję się bardzo dumna. Mam z tym miastem wiele wspomnień. Niektóre są związane z powstaniem, ale nie tylko. Staram się przekazywać je wnuczkom, bo tak jak powstańcy jestem już coraz starsza, a to, cośmy tu przeżyli, widzieli i słyszeli, nigdy nie może zostać zapomniane.

– Co chciałaby Pani przekazać młodym pokoleniom – jako osoba, która na własnej skórze doświadczyła okropności wojny?

– Przede wszystkim, żeby między ludźmi zawsze panowały spokój i pokój. Żeby starali się ze sobą rozmawiać i dochodzić do porozumienia, a nie rozwiązywać spory siłą, przemocą. Żeby jedni nie napadali na drugich – tutaj mam na myśli całe narody i wojny, które ludzie między sobą toczą. Mamy tego najlepszy przykład za naszą wschodnią granicą. Trwa tam wojna, którą rozpoczęła Rosja, atakując wschodnie tereny Ukrainy. Zawiera się wiele paktów, porozumień, które później nie są dotrzymywane. Bo w dzisiejszym świecie honor znaczy coraz mniej. Niestety, władcy tacy jak Władymir Putin popierają wojnę, a na arenie międzynarodowej udają głupich, że niby chcą się porozumieć itd. Wojna to także głód. Ja dzisiaj doskonale rozumiem głodujących ludzi. Przed oczami cały czas mam tę wytarzaną w ziemi, brudną skórkę chleba, której z bratem tak bardzo pragnęliśmy. Tak jak wzywał św. Jan Paweł II – nigdy więcej wojny!

Tagi:
Powstanie Warszawskie

Ożywiona pamięć Powstania

2018-09-12 10:40

Mateusz Wyrwich
Niedziela Ogólnopolska 37/2018, str. 38-39

Powstanie Warszawskie upamiętniają dziś tysiące miejsc, ale z pierwszych lat po wojnie zachowały się jedynie trzy pomniki. Najbardziej znany jest obelisk „Gloria Victis” na warszawskich Powązkach, odsłonięty 1 sierpnia 1946 r. 15 września 1946 r. został odsłonięty pomnik „Bohaterom Warszawy – Słupsk”, ufundowany przez społeczność Słupska i żołnierzy mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, z inicjatywy ks. Jana Ziei. Ale zaledwie mała garstka ludzi wie, że najstarszy pomnik ku czci ofiar powstania postawiono 1 sierpnia 1946 r. w maleńkim miasteczku na Mazurach – w Dąbrównie.

Mateusz Wyrwich
Ewa i Wojciech Brojerowie

Dąbrówno leży w południowo-zachodniej części Mazur, w powiecie ostródzkim. Lokowane zostało w 1326 r. przez zakon krzyżacki. Przed wiekami nosiło nazwę Ilienburg (łac. Liliopolis), potem Gilgenburg. Przez stulecia było też bramą między Prusami i Królestwem Polskim (Mazowszem). Tędy spieszyły 14 lipca 1410 r. wojska Jagiełły na pola grunwaldzkie.

Po II wojnie światowej miasteczko przyjęło obecną nazwę – Dąbrówno. W 1945 r. jako czterdziestosiedmioletni mężczyzna pojawił się tutaj Mikołaj Wasik. Niewiele o nim wiadomo, zostało ledwie kilka sepiowych fotografii. Jego rówieśnicy już pomarli. Ci zaś, którzy wówczas byli dziećmi, pamiętają jedynie jego sylwetkę i potrafią powiedzieć o nim kilka zdań nieukładających się w całość. Dokumenty zniszczyły czas, wojna i działania komunistów. Jak ustalili historycy, Wasik był absolwentem szkoły kadetów. Został kawalerzystą artylerii konnej. Walczył w czasie wojny polsko-bolszewickiej, wziął też udział w kampanii wrześniowej. Podczas Powstania Warszawskiego wchodził w skład Zgrupowania NSZ „Chrobry II” i tam szkolił powstańców. Łączniczką w zgrupowaniu była jego córka, dwudziestotrzyletnia Zosia, która zginęła w siedemnastym dniu powstania.

Mikołaj Wasik w 1945 r. został pierwszym wójtem Dąbrówna. Nie na długo. Należał do Polskiego Stronnictwa Ludowego. Komunistyczne władze odwołały niepokornego wójta w 1947 r., co wiadomo z dokumentów zgromadzonych w Archiwum Państwowym w Olsztynie. W następnym roku wrócił na stanowisko, ale na krótko, znów bowiem został usunięty przez Urząd Bezpieczeństwa. Z akt IPN wynika, że był szykanowany „za agitacje przeciwko komunistom” aż do 1958 r., póki nie wyjechał do Warszawy pod koniec lat 50. Zmarł, nie doczekawszy wolnej Polski, w sierpniu 1977 r.

Upamiętnienie

W 1946 r. Mikołaj Wasik wzniósł w Dąbrównie dwa pomniki. Jeden, już nieistniejący, na rozstajach dróg, miał formę krzyża upamiętniającego poległą w powstaniu jego córkę Zosię. Drugi – przy gmachu starego sądu w centrum miasteczka. Ten w formie kapliczki maryjnej stoi do dziś. Na jego korpusie znajduje się marmurowa tablica z napisem: „W drugą rocznicę Powstania Sierpniowego 1944 roku w Warszawie ku uczczeniu pamięci poległych/Dąbrówno 1946”.

Po wyjeździe Mikołaja Wasika pomnik zaczął powoli popadać w ruinę. Zatracało się też jego świadectwo. Z inicjatywy miejscowego proboszcza, ks. Mariana Glinkowskiego, kapliczka była miejscowymi siłami restaurowana. Z czasem jednak jej wygląd stał się daleki od pierwowzoru. Stąd też przed czterema laty mieszkaniec miasteczka – Waldemar Mierzwa, historyk, autor licznych książek o Warmii, Mazurach i Dąbrównie, zaproponował przywrócenie pomnikowi jego pierwotnego kształtu, znanego z nielicznych archiwalnych fotografii. Wśród sporej grupki sponsorów, miejscowych i przyjezdnych – obok projektodawcy – znalazło się małżeństwo Ewy i Wojciecha Brojerów.

Sierpniowe inspiracje

Ewa i Wojciech Brojerowie, warszawiacy z dziada pradziada, w Dąbrównie, w domu zbudowanym przez rodziców, pojawili się u schyłku ubiegłego wieku. Zaczęli przyjeżdżać rokrocznie ze swoimi dziećmi na wakacje. Niebawem stworzyli galerię sztuki i zaczęli prowadzić w swoim domu plenery artystyczne. On – doktor historii, ona – profesor nauk medycznych, zafascynowani urokiem mazurskiej ziemi, zaczęli odkrywać historię tych okolic. Zanim historią przemówił pomnik-kapliczka, Wojciech Brojer spisał małą monografię o lokalnej, przebiegającej przez Dąbrówno, nieistniejącej już pruskiej kolei, którą Sowieci zabrali po wojnie „do siebie”.

– W 2000 r. byliśmy w Dąbrównie z dziećmi na wakacjach – wspomina Ewa Brojer. – Któregoś dnia dowiedzieliśmy się z inskrypcji w kapliczce, że jest ona pomnikiem poświęconym bohaterom Powstania Warszawskiego. Nasza rodzinna tradycja nauczyła nas czcić 1 sierpnia na cmentarzu Powązkowskim, przy grobach powstańców – zapalić lampki, oddać hołd bohaterom. Skoro tym razem w sierpniu spędzaliśmy wakacje w Dąbrównie, postanowiliśmy tutaj właśnie uczcić powstańców. Kupiłam więc znicze, białe i czerwone kwiaty w miejscowej kwiaciarni i poszliśmy z dziećmi pod pomnik. I to było pierwsze nasze uczestnictwo w obchodach Powstania Warszawskiego w Dąbrównie. Niebawem stało się to tradycją.

– Była to najpierw celebracja rodzinna, ale w 2004 r. zaczęliśmy organizować plenery artystyczne dla zaprzyjaźnionej grupy malarzy. Każdego 1 sierpnia zapraszaliśmy naszych artystów przed pomnik-kapliczkę, by upamiętnić bohaterów powstania. Z naszej czwórki zrobił się już kilkunastoosobowy tłumek – opowiada Wojciech Brojer.

– Modliliśmy się, a później Wojtek czytał wiersze Baczyńskiego, Szczepańskiego, Międzyrzeckiego czy Grochowiaka. Oczywiście, o powstaniu – wspomina Ewa Brojer. – Z czasem zaczęli przychodzić pod pomnik-kapliczkę zaprzyjaźnieni z nami mieszkańcy Dąbrówna. Bardzo późno przyszło nam do głowy, by zaprosić do tych obchodów instytucje gminne. W końcu poszliśmy do proboszcza. Wtedy już wiedzieliśmy, że ks. Marian, wraz z mieszkańcami, wiele razy remontował kapliczkę. Przypomnieliśmy sobie o proboszczu i było nam wstyd, że dopiero teraz go zapraszamy.

– Ale wcześniej pomyśleliśmy, że trzeba kapliczkę zbadać od strony historycznej. Poznaliśmy Waldemara Mierzwę – mówi Wojciech Brojer. – Powiedział nam, kto jest autorem i wykonawcą kapliczki. I zaczęliśmy, przy jego pomocy, odkrywać na nowo historię pomnika.

Głośniejsza pamięć

Od kilku więc lat w Dąbrównie mają miejsce coroczne obchody upamiętniające rocznicę Powstania Warszawskiego. W uroczystościach biorą udział mieszkający w Dąbrównie żołnierze Armii Krajowej: por. Andrzej Czubiński ps. Sęp – żołnierz 4. kompanii „Harcerskiej” Batalionu „Gustaw” walczącej na Starówce, Mieczysław Michałowski ps. Kran – żołnierz Oddziału „Lecha” 34. Pułku Piechoty AK. Uczestnikiem obchodów był także nieżyjący już por. Tadeusz Stanisławski ps. Błysk – żołnierz Oddziału Lotniczego 25. Pułku Piechoty AK. Duże zaangażowanie w przygotowanie uroczystości upamiętniających Powstanie Warszawskie wykazują mieszkańcy miasteczka – przede wszystkim radna i prezes miejscowego Stowarzyszenia Mieszkańców Genowefa Szczepańska, oddział Ochotniczej Straży Pożarnej i drużyna harcerska. W obchodach rocznicy powstania biorą też udział licznie odwiedzający Warmię i Mazury turyści. Pamięć o powstaniu została wpisana w stały kalendarz uroczystości miasteczka. W tym roku na murze ratusza została odsłonięta tablica upamiętniająca pierwszego wójta Dąbrówna, bohatera powstania, starszego sierżanta Mikołaja Wasika.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

16 października – tę datę wybrała Maryja?

2018-10-16 14:49

Agnieszka Bugała

Agnieszka Bugała

Pytanie jest zasadne. W tym samym dniu, 61 lat wcześniej powstało Rycerstwo Niepokalanej.

40 lat temu Karol Wojtyła został papieżem i w tym dniu Kościół wspomina św. Jadwigę Śląską, dlatego została patronką dnia wybrania go na namiestnika Chrystusa.

101 lat temu o. Maksymilian Kolbe założył Rycerstwo Niepokalanej podpowiadając, aby dla Maryi i Jej metodami zdobyć cały świat. Czy w Księdze Rycerstwa w Niepokalanowie jest adnotacja o tym, że Karol Wojtyła był, formalnie, Rycerzem Maryi? Jeszcze nie wiem, na to pytanie szukamy odpowiedzi. Ojcowie franciszkanie do tej pory nie trafili na taki wpis, ale nie wykluczają, że w dawnych księgach może być zachowany, jeśli Karol Wojtyła taką decyzję nie tylko podjął, ale formalnie dopełnił wpisu. Jeśli tak, to miało to prawdopodobnie miejsce w okresie krakowskim Wojtyły, wtedy zresztą liczby wstępujących do Rycerstwa imponująco rosły, ojcowie franciszkanie zagarniali pod płaszcz Maryi rzesze ludzi, a Cudowny medalik, tarcza Rycerza Niepokalanej, łączył noszących go w armię kochających Jezusa Jej miłością.

Niemniej jednak polski papież, który mówił Maryi Totus Tuus, całym życiem ideę Rycerstwa wypełnił… Czy to przypadkowe daty? Myślę, że nie. I nie umniejszając roli św. Jadwigi we wstawiennictwie za polskim kardynałem, do czuwających nad losami Wojtyły dopisałbym jeszcze o. Maksymiliana (wtedy błogosławionego), ale nade wszystko Maryję.

Splatają się w tej dacie losy dwóch wielkich Polaków – Kolbego i Wojtyły.

Każdy z nich „wszystko postawił na Maryję”. Zarówno św. Maksymilian jak i św. Karol Wojtyła byli Jej umiłowanymi synami. Czy mogła wybrać datę 16 października, aby podpowiedzieć światu następcę Piotra? Mogła. Czy tak zrobiła? Możemy, znając życie Karola Wojtyły, znając życie o. Maksymiliana i znając Ją – zawsze odpowiada na miłość i wołanie dzieci – że tak, że to Ona za tym stoi.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Wojna totalna. Zabić jak najwięcej

2018-10-17 14:27

TV Niedziela

Najnowszy numer „Niedzieli" ukazuje się z bezpłatnym dodatkiem filmowym pt. „Wojna totalna. Zabić jak najwięcej". Dokument opisuje totalną eksterminację ludności polskiej w czasie II wojny światowej zaplanowaną i realizowaną przez niemiecką III Rzeszę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem