Reklama

Seminarium nikomu nie zaszkodzi

2018-06-13 10:08

Ks. Piotr Bączek
Edycja bielsko-żywiecka 24/2018, str. IV

PB
Liturgia święceń. Ks. Sławomir Pietraszko symbolicznie otrzymuje od biskupa kielich i patenę

Z ks. Sławomirem Pietraszko, neoprezbitrem z parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Słotwinie, o powołaniu rozmawia ks. Piotr Bączek.

Ks. Piotr Bączek: – Święcenie kapłańskie to z pewnością przełomowe wydarzenie. Jakim słowem określiłby Ksiądz to, co się stało w katedrze św. Mikołaja 26 maja?

Ks. Sławomir Pietraszko: – Na pewno przemiana. To chyba najlepsze słowo. Nie mam na myśli przemiany zewnętrznej. Choć człowiek, de facto, jest ten sam, to coś w nas się zmienia. Tak zresztą jest we wszystkich sakramentach.
W rozmowach z młodzieżą mówię, że nawet jeśli czegoś w tym względzie nie czujemy, to nie znaczy, że tego nie ma. Łaska, która w tych święceniach przyszła, z całą pewnością definiuje tę przemianę. Jest jakimś bodźcem.

– Bycie księdzem związane jest z czymś, co określamy mianem powołania. Jak to było w Księdza przypadku. Gdzie jest początek tej historii?

– Z pewnością nie było tak, że jako dziecko, niemowlak, dla postu w piątki nie piłem mleka matki (śmiech). Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, nie planowałem, by zostać księdzem. Zresztą mnóstwo jest takich ludzi, którzy nie planowali. W seminarium mamy byłych bokserów, sportowców, maratończyków, kogoś z doktoratem po matematyce. To pokazuje, że Pan Bóg nas wyrywa, wzywa z tego, czym żyjemy.

– Czym zatem żył Sławomir Pietraszko zanim wezwał go Bóg?


– Pochodzę z wioski; tam ludzie żyją codzienną pracą. Widziałem, jak mama wraca z zakładu pracy (z bielskiego Bezalinu), potem idzie do roboty w polu. Wokół tego rolnictwa wszystko się kręciło. A jeszcze niejako przy okazji udało się jej wychować dzieci.
Co do mnie, to byłem jak każde dziecko w moim wieku: zabawy, gra w piłkę, wyjazdy. Przełom przyszedł po gimnazjum. Zacząłem się zastanawiać, co chcę dalej w życiu robić. To był pierwszy impuls. Przypadkiem w Szczyrku wpadła mi w ręce ulotka o Liceum Córek Bożej Miłości w Bielsku-Białej. Zabrałem ją i odłożyłem gdzieś na bok. Kiedy trzeba było wybrać szkołę pomyślałem, że może właśnie tak: do „katolika” pójdę, spróbuję. Złożyłem więc podanie do szkoły prowadzonej przez siostry. I nie żałuję tej decyzji; miałem świetną, bardzo zgraną, liczącą 15 osób klasę.

– Mówi się, że pierwszym seminarium księdza jest dom rodzinny; jakikolwiek by nie był, stanowi pierwsze miejsce przygotowujące człowieka… Jaki był Księdza dom?

– To był wielopokoleniowy dom: dziadkowie, rodzice i my – dzieci. Do tego dochodził jeszcze mój chrzestny. Wokół, bardzo blisko, mieszkała rodzina – wujkowie i ciocie. Wychodziłeś z domu i spotykałeś najbliższych. To była taka naturalna, rodzinna wspólnota życia: ludzie z sąsiedztwa się znali, odwiedzali się wzajemnie, utrzymywali ze sobą żywe relacje. Wydaje mi się, że słowem charakteryzującym mój dom jest „normalność”. I, chyba, jak w każdym domu wielorodzinnym, religijności pilnowała babcia, rodzice byli mocno zajęci. I właśnie babcia dawała impuls, np. wieczorem: „Idziemy się modlić”. Wtedy wszyscy: rodzice umęczeni po pracy, wujek i dzieci – klękaliśmy i zaczynaliśmy modlitwę. To zapamiętałem.

– Kontakt z kościołem, parafią? Był ksiądz ministrantem?


– Trzeba przypomnieć, że początkowo Słotwina była częścią parafii w Lipowej. Wujek miał Skodę Rapid, co na tamte czasy było luksusem. Tak jeździliśmy do kościoła. Z bratem chętnie to czyniliśmy, także dla przejażdżki tym autem! (śmiech). Odległość ponad dwóch kilometrów od kościoła parafialnego była kłopotem. Rodzice bali się puszczać małego chłopca, by szedł na zbiórkę dość ruchliwą drogą.
Zostałem ministrantem dopiero w szóstej klasie. W 2000 r. w Słotwinie pojawił się ks. Mieczysław Grabowski. Najpierw uczył religii jako wikariusz z Lipowej, potem zaczął tworzyć ośrodek duszpasterski. Podszedł więc do mnie i zaproponował, bym został ministrantem. Myślałem wpierw, że jestem zbyt „stary” na ministranta. Ale się zdecydowałem. Później wstąpiłem w szeregi Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży.

– Czy Księdza powołanie to bardziej jeden moment, który można wskazać, jakiejś punktowe wydarzenie, czy raczej proces?


– Na pewno jakiś proces. W liceum zacząłem się poważniej nad drogą do kapłaństwa zastanawiać. Starsi koledzy ze szkoły CBM wybierali seminarium. Kiedy oni przyjeżdżali jako klerycy, widziałem, że są normalnymi facetami. Wreszcie przyszedł moment, gdy trzeba było zdecydować o swojej przyszłości. Wtedy stanęło przede mną pytanie o kapłaństwo. Dużo myślałem, zastanawiałem się, rozmawiałem z księżmi i klerykami. W końcu zdecydowałem: Tak, to jest to.
Przyszedł też moment, gdy trzeba było o tym powiedzieć w domu. Na pewno nie było tak, że zgromadziłem całą rodzinę i uroczyście oświadczyłem, że idę do seminarium. Siedziałem przy komputerze i mama przyszła nieśmiało zapytać: „A ty już wiesz, co będziesz robił dalej, zostaniesz w domu, będziesz pracował?”. Odpowiedziałem spokojnie, że idę do seminarium. Pamiętam, że mama się rozpłakała i powiedziała coś w tym stylu: „Jezus, Maria. Dziecko mi idzie na zmarnowanie!”. To była pierwsza reakcja mamy. I to ona powiedziała reszcie rodziny o mojej decyzji. Potem poszedłem do proboszcza. Ucieszył się, bo to był rok jubileuszu jego kapłaństwa.

– Jakie jest wspomnienie pierwszego kontaktu z seminarium?

– Wchodziłem do seminarium z taką wizją, wysnutą m.in. przez moją mamę, że idę do miejsca w rodzaju więzienia. Faktycznie, coś w tym było na początku: wejście w regulamin seminaryjny, stałość, nadzór przełożonych. Bez komórki, Internetu – to wszystko w XXI wieku. A ja już jestem z tego pokolenia, które tym żyło na co dzień. I oto trzeba było te dobra zostawić, to wszystko stało się regulaminem zabronione. To było pierwsze wrażenie, które z czasem zupełnie zanikło.

– Jak przebiegała ta zmiana. Jak ją Ksiądz opisze?

– Najpierw następuje dość radykalne, żeby nie powiedzieć brutalne, odcięcie się od świata. Dwa pierwsze lata w żargonie seminarium nazywano biblijnie „czasem wielkiego ucisku”. Przejście na rok trzeci to dojście do „ziemi obiecanej”. Te pierwsze lata są najtrudniejsze. Kiedy przychodzisz z rozbieganego, kolorowego świata, naraz każą ci milczeć, rezygnować. Z czasem jednak przegryzasz się przez ten „nakaz” i zaczynasz rozumieć, czemu to wszystko służy. Pomagają w tym konferencje ojców duchownych. Na początku „trzeba” i robisz to, co trzeba. Potem zaczynasz rozumieć „dlaczego”, zaczynasz dostrzegać owoce we własnym sercu, własnym życiu.

– Jakie są zatem owoce seminarium?


– Są różne i liczne. Ale dla mnie istotna jest wspólnota. Nasz rocznik – 6 kleryków diecezji bielsko-żywieckiej – jesteśmy bardzo zżyci. Możemy jeden na drugiego liczyć. Dalej przyszło odkrycie, bardzo ważne, że ludzka wspólnota jest odbiciem wspólnoty Trójcy Świętej. Bóg jest wspólnotą. Odkrywałem też wsparcie wspólnoty parafialnej wraz z przyjmowaniem kolejnych posług: lektoratu, akolitatu.
Na każdą z tych uroczystości do Krakowa z małej wioski Słotwina przyjeżdżał cały autobus wiernych. Ci ludzie brali wolne w pracy na ten jeden dzień, jechali do Centrum Jana Pawła II, by przez tę jedną godzinę być ze mną. Wspierać mnie w mojej drodze do kapłaństwa. Intelektualna droga studiów także dała mi pewien obraz wspólnoty, z którym idę w kapłaństwo.

– Studnia. Filozofia i teologia – po co to wszystko?

– Opowiem o jednej sytuacji, dość dla mnie istotnej. Jako kleryk przyjechałem do domu na wakacje. Poszedłem do kościoła na adorację. I po tej modlitwie przyszła do mnie dziewczyna; zaczęła opowiadać, jak posypało się jej życie. Wtedy na własnej skórze odczułem, że koniec z teorią. Zaczynają się schody. Prawdziwe życie, prawdziwe pytania, sytuacje, prawdziwi ludzie. Zderzenie się z realnym życiem. Do mnie, niewiele starszego, przychodzi ktoś z poważnym problemem. Co ja mam z tym zrobić? Mogę zrobić, co w mojej mocy i resztę zostawić Panu Bogu. I tu się okazało, że wiedza nabyta w seminarium ma swoje praktyczne przełożenie, że dotyka rzeczywistości człowieka, nie jest suchą teorią, nie może taką być.

– Czego Ksiądz spodziewa się po kapłaństwie?


– Spodziewam się niespodziewanego. Nie wiem, co do mnie przyjdzie. W czasie tegorocznych święceń diakonatu bp Roman Pindel powiedział, że Bóg nam gwarantuje jedynie to, że będzie z nami, że kocha. Nie mogę być pewien siebie.
Z kolei jeden z przełożonych w seminarium powiedział mi coś, co zapamiętałem. Każdemu z nas Pan Bóg daje oścień, coś, z czym sobie nie możemy poradzić, kłopot, problem. Po to, bym nie wpadł w pychę i nie myślał, że sam sobie ze wszystkim poradzę. Spodziewam się, że kapłaństwo będzie drogą piękną.
„Czytając” dzisiejszy świat, rozmawiając z ludźmi, mogę powiedzieć, że dziś zadania księdza są zupełnie inne niż kiedyś. Ja rozeznaję to tak: ludzie dziś najbardziej potrzebują, żeby z nimi być. Nie tylko tego, żeby im udzielać rad, wskazówek – choć to też jest nasze zadanie. Ludzie chcą obecności. Żeby mieli pewność, że, niezależnie od tego, co się w ich życiu dzieje, zawsze mogą na kogoś, na kapłana liczyć. Że ktoś ich wysłucha.

– Czego się Ksiądz najbardziej obawia, idąc w taki, a nie inny świat?


– Boję się, że komuś nie będę potrafił pomóc. Oczywiście, wiem, że we wszystkim, co robimy, wspiera nas Pan Bóg, że musimy Mu zaufać. Ale we mnie jest taka wewnętrzna obawa, że przyjdzie ktoś z problemem, a ja rozłożę ręce w geście bezradności. Owszem, może samo wysłuchanie będzie już jakąś pomocą.
Nie tyranizuję świata. Z praktyk parafialnych mam doświadczenie bazujące na pracy z młodymi w szkole. Widzę tam głód relacji, ogromny deficyt więzi. Młodzi nie mają wsparcia w domu, szukają tego w sieci, w grach.
Moim zdaniem trzeba dziś uczyć ludzi, by potrafili się zatrzymać. To jest wielka bolączka współczesności: z roku na rok coraz bardziej przyspieszamy. Człowiek się nakręca. I nie ma czasu nawet pomyśleć. Zadaniem naszym jest trochę ludzi stopować, prowokować do myślenia.

– Co powiedziałby młody Kapłan tym chłopakom, którzy stoją przed wyborem drogi życiowej i zastanawiają się nad kapłaństwem: Iść do seminarium, czy nie?


– Oczywiście, iść. Po pierwsze dlatego, że formacja seminaryjna nikomu nie zaszkodzi. Jeżeli rozeznasz, że kapłaństwo to nie twoja droga, niczego nie tracisz. Czas spędzony w seminarium nie będzie czasem straconym. Człowiek się wtedy czegoś uczy.
Ja w podaniu o dopuszczenie do święceń napisałem, że wszystkie swoje talenty chcę oddać na służbę Kościoła. Można patrzeć na kapłaństwo jako na rezygnację z czegoś, jak na „zmarnowanie”. Ale można widzieć w tym drogę do rozwoju talentów, które daje nam Pan Bóg, by służyć innym. Na początku wspomniałem, że do seminarium trafiają maratończycy, bokserzy, matematycy. Ich talenty, ich dary Pan Bóg chce wykorzystać. Niezależnie, czy zostaną kapłanami, czy też nie. Trzeba tylko odkryć, do czego Bóg nas powołuje.

Tagi:
wywiad

Święci otwierają nam niebo

2018-10-16 11:31

Kamil Krasowski
Edycja zielonogórsko-gorzowska 42/2018, str. IV

Karolina Krasowska
Ks. Krzysztof Hojzer zaprasza na Zielonogórski Wieczór Wszystkich Świętych

Kamil Krasowski: – Od kilku lat nasza Diecezjalna Grupa Modlitewna św. Ojca Pio organizuje 31 października tzw. Wieczór Wszystkich Świętych. W tym roku będzie on szczególny, gdyż jego ranga urosła do głównego tego rodzaju wydarzenia w mieście. Jak zatem zapowiada się tegoroczny Zielonogórski Wieczór Wszystkich Świętych? Jacy święci w znaku relikwii będą obecni?

Ks. Krzysztof Hojzer: – W tę szczególną noc, rozważając ewangelijne błogosławieństwa, które ukazują nam duchowy wizerunek Jezusa i wyrażają Jego misterium – tajemnicę śmierci i zmartwychwstania, pragniemy w obecności Wszystkich Świętych i za ich wstawiennictwem głębiej wniknąć w życie Boga. Człowiek zatopiony w Bogu bardzo konkretnie czerpie z tych niezwykłych głębin życia Bożego. Każdego roku widzimy, jak wielka to łaska. Święci tej nocy wypraszają nam głębsze rozumienie i doświadczenie miłości Boga. Mamy bardzo wiele świadectw pięknych nawróceń. Święci swymi modlitwami otwierają nam tej nocy niebo na oścież. Dlatego chcemy tej łaski dla całego miasta i nie tylko. W modlitwie zawierzenia i adoracji u stóp Jezusa tej nocy modlą się z nami i orędują m.in.: św. Jan od Krzyża, św. Teresa z Avila, św. Ignacy Loyola, św. Ojca Pio, św. Faustyna, św. Jan Paweł II, św. Franciszek i Hiacynta, św. Matka Teresa z Kalkuty, bł. ks. Jerzy Popiełuszko...

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Mamy papieża! – przed 40. rocznicą wyboru kard. Wojtyły

2018-10-15 11:20

Tomasz Królak / Warszawa (KAI)

16 października mija 40. rocznica wyboru kard. Karola Wojtyły na papieża. Publikujemy garść faktów, wspomnień, opinii i ciekawostek dotyczących pamiętnego konklawe.

Bardzo znamiennie, z perspektywy przyszłych wydarzeń, brzmią słowa jakie kard. Wojtyła wypowiedział 11 października 1978 w bazylice Mariackiej, podczas Mszy św. intencji zmarłego papieża, Jana Pawła I: „Mężowie stanu, głowy państw mówią o tym, że zapoczątkował nowy styl pasterzowania na Stolicy Apostolskiej. Styl pełen ogromnej prostoty, pełen ogromnej skromności, pełen olbrzymiego poszanowania dla człowieka”.

15 sierpnia 1963 r. podczas uroczystości koronacji przez prymasa Wyszyńskiego figury Matki Bożej Ludźmierskiej miał miejsce znamienny – z perspektywy późniejszych wydarzeń – epizod. Kardynał Wojtyła uchwycił berło, jakie podczas procesji w pewnym momencie wypadło z ręki Madonny. "Karolu, Maryja dzieli się z Tobą władzą" – powiedział do bp. Wojtyły stojący obok jego kolega, ks. Franciszek Macharski.

Niektórzy bliscy znajomi kard. Wojtyły uważają, że jego niezwykłe zachowanie w dniach poprzedzających konklawe (w tym szczególne skupienie i małomówność) mogło wskazywać, że przeczuwał on to, co się ostatecznie wydarzyło. Kiedy rankiem 29 września 1978 r. metropolita krakowski dowiedział się o niespodziewanej śmierci Jana Pawła I, głęboko wstrząśnięty powiedział: “Niezbadane są wyroki Boże, chylimy przed nimi głowę”.

Ostatnią noc przed wyjazdem na pogrzeb Jana Pawła I i konklawe, przyszły papież spędził w domu gościnnym sióstr urszulanek na warszawskim Powiślu. W tym samym domu od lat mieszkał wybitny historyk filozofii Stefan Swieżawski, od lat przyjaciel Karola Wojtyły. "Był bardzo milczący. Pożegnaliśmy się właściwie bez słowa. Widziałem, że nie chce nic mówić. A on już wiedział..."

Przed konklawe, które wybrało go na papieża kard. Wojtyła mieszkał w Papieskim Kolegium Polskim przy Piazza Remuria. Wczesnym rankiem, 14 października 1978 r. w kaplicy Kolegium odprawił Mszę św. Po południu odjechał na konklawe samochodem prowadzonym przez brata Mariana Markiewicza ze Zgromadzenia Braci Serca Jezusowego. Wysłużone już wówczas auto kupił po latach amerykański aktor Jon Voight, odtwórca roli papieża w amerykańskim filmie "Jan Paweł II" (USA, 2005).

Bezpośrednim poprzednikiem Jana Pawła II na Stolicy Piotrowej był kard. Albino Luciani, który przybrał imię Jana Pawła I. Zmarł na atak serca 28 września 1978 r. po 33 dniach pontyfikatu. Wedle niepotwierdzonych doniesień, papież zmarł we śnie trzymając w dłoni słynne dzieło Tomasza a Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”.

Kard. Wojtyła niemal „na styk” zdążył na konklawe, które wybrało go na papieża. 14 października metropolita krakowski wybrał po południu do rzymskiej kliniki Gemelli, by odwiedzić chorego przyjaciela, biskupa Deskura. Do Kaplicy Sykstyńskiej wszedł ostatni a trzeba wiedzieć, że po zamknięciu wrót Kaplicy do środka nie wpuszcza się nikogo, nawet kardynałów....

Kard. Karol Wojtyła został wybrany na papieża w poniedziałek, 16 października 1978 r., w drugim dniu konklawe. Biały dym zwiastujący dokonanie wyboru pojawił się nad Kaplicą Sykstyńską o godz. 18.18. Metropolita krakowski stał się 262. następcą św. Piotra. Ostatnia notatka w prowadzonej przez metropolitę krakowskiego ‘Księdze czynności biskupich’, przesłanej później do Krakowa, brzmi: „Około godz. 17.15 – Jan Paweł II”.

Podczas konklawe, prymas Polski kard. Stefan Wyszyński szepnął kardynałowi Wojtyle: “Jeśli wybiorą, proszę nie odmawiać...”.

Znamienne reminiscencje z konklawe zamieścił papież w swoim testamencie: „Kiedy w dniu 16. października 1978 konklawe kardynałów wybrało Jana Pawła II, Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński powiedział do mnie: ‘zadaniem nowego papieża będzie wprowadzić Kościół w Trzecie Tysiąclecie’. Nie wiem, czy przytaczam to zdanie dosłownie, ale taki z pewnością był sens tego, co wówczas usłyszałem. Wypowiedział je zaś Człowiek, który przeszedł do historii jako Prymas Tysiąclecia. Wielki Prymas. Byłem świadkiem Jego posłannictwa, Jego heroicznego zawierzenia. Jego zmagań i Jego zwycięstwa. ‘Zwycięstwo, kiedy przyjdzie, będzie to zwycięstwo przez Maryję’” – zwykł był powtarzać Prymas Tysiąclecia słowa swego Poprzednika kard. Augusta Hlonda.

Kolegium Kardynalskie, które dokonało wyboru liczyło 111 purpuratów. Spośród kardynałów elektorów tylko 18 było młodszych od kard. Wojtyły. Został on najmłodszym z papieży, jakich wybrano od półtora wieku. Zgodnie z kościelną normą określoną przez papieża Pawła VI, w konklawe nie brali udziału kardynałowie powyżej 80. roku życia.

Jan Paweł II był pierwszym od 455 lat papieżem nie-Włochem (od czasu pontyfikatu Hadriana VI, który był Holendrem i pełnił najwyższy urząd w Kościele w latach 1522-23), najprawdopodobniej pierwszym w dziejach papieżem-Słowianinem i pierwszym w historii Kościoła papieżem, który przybranym imieniem powołuje się aż na trzech swoich bezpośrednich poprzedników (Jana XXIII, Pawła VI i Jana Pawła I).

Pełne, oficjalne i uroczyste określenie urzędu, na jaki wybrano kard. Wojtyłę brzmi: “Jego Świątobliwość Ojciec Święty Jan Paweł II, Biskup Rzymski, Namiestnik Pana Naszego Jezusa Chrystusa, Następca Księcia Apostołów, Najwyższy Kapłan Kościoła Katolickiego, Patriarcha Zachodu, Prymas Italii, Arcybiskup i Metropolita Rzymskiej Prowincji Kościelnej, Suwerenny Władca Państwa Watykańskiego, przedtem Arcybiskup i Metropolita Krakowski Karol Kardynał Wojtyła”.

Obrady są absolutnie tajne, zaś kardynałów obowiązuje tajemnica, niemniej wedle miarodajnych opinii metropolita krakowski został wybrany w ósmym głosowaniu, przytłaczającą większością 99 głosów (spośród 111 wszystkich uczestników konklawe).

Chociaż kardynał Wojtyła zyskiwał od czasu udziału w obradach coraz większe uznanie wśród hierarchów z całego świata, to nie był wymieniany przez media w gronie papabili a więc purpuratów, których wybór na papieża jest wielce prawdopodobny. Wynik konklawe był absolutną światową sensacją.

Postać papieża z Polski stała się przez szereg dni po konklawe kluczowym temat światowych mediów, które nie kryły zafascynowania jego osobą. Zwracano uwagę na jego horyzonty intelektualne, wszechstronność zainteresowań, bogactwo doświadczeń duszpasterskich; podkreślano, że zna biegle sześć języków, lubi spływy kajakowe, uprawia narciarstwo a do tego jest poetą...

Gdy uczestnicy konklawe zostali zapoznani z wynikami rozstrzygającego głosowania, sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej kard. Villot, zadał metropolicie Krakowa przewidziane rytuałem pytanie: “Czy przyjmujesz dokonany przed chwilą kanonicznie wybór twojej osoby na Najwyższego Kapłana?” Wyraźnie wzruszony kard. Wojtyła odpowiedział: „W duchu posłuszeństwa wobec Chrystusa, mojego Odkupiciela i Pana, w duchu zawierzenia wobec jego Matki – przyjmuję”.

Zgodnie ze zwyczajem, tuż po wyborze nowy papież przyjmuje od kardynałów elektorów ślubowanie posłuszeństwa. Jak poinformowali świadkowie tego wydarzenia, Jan Paweł II dokonał w tej ceremonii znamiennej modyfikacji, którą biorąc pod uwagę styl całego pontyfikatu, można określić jako wręcz symboliczną: w przeciwieństwie do poprzedników odebrał ten hołd w pozycji stojącej a nie siedząc na tronie.

Jednym z hierarchów, który podczas przerw w kolejnych sesjach konklawe, optował na rzecz wyboru metropolity krakowskiego był ówczesny arcybiskup Wiednia i przyjaciel metropolity krakowskiego, kard. Franz König. Wielce znamienną rozmowę odbył on z kard. Wyszyńskim, któremu zasugerował, że Polska ma odpowiedniego kandydata. “Co? Miałbym opuścić Warszawę i pozostać w Rzymie? To byłby triumf komunistów!” – odparł na to Prymas. Kard. König doprecyzował więc, kogo miał na myśli...

Niezwykłą adnotację zawiera księga metrykalna parafii Karola Wojtyły w Wadowicach. Nazajutrz po konklawe z 16 października 1978, pod kolejnymi adnotacjami – o chrzcie, bierzmowaniu, święceniach, sakrze biskupiej, kreowaniu kardynałem – ksiądz proboszcz Edward Zacher, w obecności dziennikarzy z całego świata, wypisał wiecznym piórem: “Die 16 X 1978, in Summum Pontificem electus, et imposuit sibi nomen: Joannes Paulus PP”...

Postać nowego papieża wzbudzała medialną gorączkę na całym świecie, zaś osoby, które znały kard. Wojtyłę udzielały nieskończonej liczby wywiadów. Tuż po konklawe ciekawą charakterystykę metropolity krakowskiego przedstawił włoskiemu radiu sekretarz Episkopatu Polski bp Bronisław Dąbrowski: “Żyje bardzo ubogo. Gdybyście widzieli, jak mieszka w Krakowie, gdzie jest wielki pałac, a on zajmuje mały pokoiczek, nic więcej... To człowiek pracy. Śpi mało, pracuje wiele (...) Mogę powiedzieć, że jest ludzki, że to człowiek święty, bardzo dobry, otwarty dla wszystkich”.

Wśród wielu zadziwiających faktów dotyczących Karola Wojtyły, jakie u kresu pontyfikatu zebrał szwajcarski dziennik „Tribune de Geneve” podano i ten, że metropolita krakowski przybył na konklawe mając ze sobą wyjątkowo skromne kieszonkowe, stanowiące odpowiednik 125 franków szwajcarskich.

Dla bloku państw komunistycznych, na czele z ZSRR wybór polskiego kardynała na papieża był potężnym ciosem. Ciężki szok przeżywało kierownictwo PZPR, które tuż po wyborze zwołało specjalną naradę. Jej klimat opisywał jeden z jej funkcjonariuszy: “Konsternacja widoczna. Olszewski wylewa na jasne spodnie filiżankę czarnej kawy. Westchnienia. Ciężkie. Czyrek ładuje się z tezą (...) – ‘ostatecznie lepszy Wojtyła jako Papież tam, niż jako Prymas tu’. Teza jest chwytliwa. Trafia do przekonania. Ulga”.

Oficjalna reakcja władz na wybór kard. Wojtyły na Papieża była utrzymana w tonie radości i satysfakcji. Niekiedy starania aby robić “dobrą minę do złej gry” przynosiły efekt humorystyczny. W telegramie wystosowanym przez władze PRL nazajutrz po zakończeniu konklawe napisano m.in.: “Na tronie papieskim po raz pierwszy w dziejach jest syn polskiego narodu, budującego w jedności i współdziałaniu wszystkich obywateli wielkość i pomyślność swej socjalistycznej ojczyzny...”

Wybór hierarchy “zza żelaznej kurtyny” wywołał radość i wzbudził wiele nadziei. Vaclav Havel, wówczas słynny dysydent i dramaturg (później prezydent Czechosłowacji a następnie Republiki Czeskiej) siedział z przyjaciółmi w swoim górskim domku. “Kiedy usłyszeliśmy tę wiadomość, zaczęliśmy wiwatować i krzyczeć z radości do późnego wieczora. Instynktownie czuliśmy, że jest to olbrzymie wsparcie dla wszystkich ludzi kochających wolność a żyjących w świecie komunistycznym”.

Wielki pisarz rosyjski, wygnany z ojczyzny przez władze radzieckie, autor słynnego „Archipelagu Gułag”, Aleksander Sołżenicyn, tak skomentował decyzję konklawe z 16 października 1978 r.: „Wybór papieża Wojtyły to jedyna dobra rzecz, jaka wydarzyła się ludzkości dwudziestego wieku”.

Wietnamski arcybiskup van Thuan czwarty rok siedział w odosobnieniu skazany przez komunistyczne władze swojego kraju (w areszcie domowym i więzieniach spędził w sumie lat 13). Kilka lat wcześniej widział się kard. Wojtyłą w Rzymie. Ktoś potajemnie przekazał mu wieść o wyniku konklawe. “Bardzo się ucieszyłem, ponieważ w moim przekonaniu była to wielka łaska dla Kościoła”.

Pontyfikat Jana Pawła II od pierwszych dni pełen był zachowań, słów i gestów, które odmieniły oblicze papiestwa w oczach świata, przybliżając je do zwykłych ludzi. Już pierwszego dnia po wyborze Ojciec Święty zdecydował się na rzecz nie do pomyślenia przez poprzedników: opuścił mury Watykanu by udać się do szpitala Gemelli w odwiedziny do chorego przyjaciela, kard. Andrzeja Deskura.

Brytyjski „The Times” nazajutrz po konklawe z 16 października: „Wybór kardynała Wojtyły na papieża jest wydarzeniem o niezwykłym znaczeniu. Kardynałowie wyprawili Kościół w podróż, której koniec nie jest znany (...) Być może postąpili najmądrzej, jednak zaryzykowali wyzwolenie takich sił ludzkich, politycznych i religijnych, który nie będą w stanie kontrolować”.

Wybór papieża z Polski był niezwykłym wydarzeniem w dziejach świata, ale, jak się okazało, zapowiedzianym w poetyckim proroctwie innego Polaka. Juliusz Słowacki napisał w 1848 r.: „Pośród niesnasek Pan Bóg uderza/W ogromny dzwon,/Dla słowiańskiego oto papieża/Otworzył tron, (...)// Twarz jego słowem rozpromieniona,/Lampa dla sług,/Za nim rosnące pójdą plemiona/W światło, gdzie Bóg./Na jego pacierz i rozkazanie/Nie tylko lud -/Jeśli rozkaże, to słońce stanie,/Bo moc - to cud!

Proroctwo Juliusza Słowackiego o słowiańskim papieżu odczytano na Placu św. Piotra podczas koncertu jaki zorganizowano dokładnie w 20. rocznicę wyboru kard. Wojtyły. Wielotysięczny tłum pielgrzymów i turystów gorącym aplauzem przyjął słowa polskiego wieszcza odczytane po włosku przez jednego z aktorów. Kilka chwil później niemal dokładnie co do minuty w 20 lat po swoim wyborze, w oknie Pałacu Apostolskiego pojawił się Jan Paweł II. Pozdrowił krótko przybyłych, podziękował im za pamięć o rocznicy i pobłogosławił ich.

Według tak zwanego Proroctwa świętego Malachiasza przydomek papieża Wojtyły brzmi „De labore Solis” – Z trudu słońca. Tego rodzaju alegorycznymi czy poetyckimi określeniami w proroctwie tym określano kolejnych papieży. Tekst proroctwa św. Malachiasza (prymasa Irlandii) powstał w XII wieku.

Kiedy drugiego (i ostatniego) dnia konklawe dyskusje wśród kardynałów coraz wyraźniej wskazywały na możliwość wyboru metropolity krakowskiego, dawny rzymski znajomy ks. Wojtyły a wówczas już kardynał, o. Maksymilian de Fuerstenberg, pochylił się nad nim cytując słowa z Ewangelii św. Jana: „Dominus adest et vocat te” (Pan jest i woła cię).

Uczestnik konklawe, hiszpański kardynał Enrique y Tarancon, powiedział po wyborze kard. Wojtyły: „Nie szukaliśmy kandydata konserwatywnego ani postępowego, tylko ‘pewnego’ jeśli chodzi o kontynuowanie linii Soboru Watykańskiego II. Kryteria oceny nie miały charakteru ideologicznego. Poza tym Wojtyła był typem biskupa-duszpasterza, co miało zasadnicze znaczenie”.

Powracając po latach do czasów swojego wyboru na papieża, Jan Paweł II oceniał, że w ten sposób konklawe „jak gdyby zażądało świadectwa Kościoła, z którego ten kardynał przychodził – jakby go zażądało dla dobra Kościoła powszechnego. (...) Wybór Polaka nie mógł nie oznaczać jakiegoś przełomu. Świadczył o tym, że konklawe, idąc za wskazaniami Soboru, starało się odczytywać ‘znaki czasu’ i w ich świetle kształtować swoje decyzje”.

W homilii podczas Mszy z okazji 25. rocznicy pontyfikatu, 16 października 2003 r. Papież wyznał, że w momencie wyboru silne odczuł w swym sercu pytanie, jakie skierował Jezus do Piotra: „Miłujesz Mnie, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?”(J 21, 15-16); i dodał: „Każdego dnia odbywa się w mym sercu ten dialog, a w duchu wpatruję się w to łaskawe spojrzenie zmartwychwstałego Chrystusa, które ośmiela, aby jak Piotr ze świadomości swej ludzkiej ułomności ze spokojem odpowiadał: ‘Panie, Ty wiesz... Ty wiesz, że Cię kocham, a potem podejmować zadania, jakie On sam przed nami stawia”.

Wybitny polski pisarz Andrzej Kijowski, który znał ks. Wojtyłę jeszcze z czasów jego pracy w kościele św. Floriana, tu po wyborze polskiego kardynała na papieża opublikował w miesięczniku “Więź” ciekawą “przepowiednię”: “Nie będzie cudzoziemcem ani w Rzymie, ani w świecie, ponieważ ma ten rodzaj inteligencji, która każdemu, kto się z nim zetknie, uświadamia jego inteligencję własną. Ma dar otwierania serc na tajemnie Boga i tajemnice człowieka. (...) uniwersalna mądrość tego papieża, jego talent identyfikacji z innymi, jego wewnętrzna wielość i jego wielkość rzucą blask na całą nadchodzącą epokę w historii Kościoła”.

*

Fragment książki "1001 rzeczy, które warto wiedzieć o Janie Pawle II", Wydawnictwo M, Kraków

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Płyta - Wojna totalna 300x400

90 lat temu urodził się ks. Kotlarz - niezłomny kapłan i męczennik czasów komunizmu

2018-10-17 19:35

rm / Radom (KAI)

90 lat temu urodził ks. Roman Kotlarz - niezłomny kapłan i męczennik czasów komunizmu. Starania o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego kapłana popierają polscy biskupi, którzy stosowną decyzję podjęli na czerwcowym posiedzeniu Konferencji Episkopatu Polski. O ks. Kotlarzu powstaje także film pt. "Klecha".

Jarosław Kruk / wikipedia.pl
Tablica pamiątkowa poświęcona ks. R. Kotlarzowi umieszczona w centrum Koniemłot

Ks. Roman Kotlarz jest jednym z bohaterów protestu robotniczego w czerwcu 1976 roku. Do dziś pozostaje w pamięci wielu osób symbolem walki robotników o wolność i godność ludzkiego życia. Od wielu lat wierni modlą się o jego rychłą beatyfikację.

Ks. Roman Kotlarz (1928-1976) 25 czerwca 1976 r. znalazł się - jak sam pisał - "świadomie i dobrowolnie" w ogromnej rzeszy strajkujących z Zakładów Metalowych Waltera w Radomiu. Następnie ze schodów kościoła Świętej Trójcy błogosławił protestujących robotników w czasie manifestacji.

Po wydarzeniach Czerwca '76 ks. Kotlarz modlił się w parafii w Pelagowie wraz z wiernymi w intencji pobitych, aresztowanych i usuwanych z pracy robotników. W kazaniach domagał się szacunku dla człowieka i jego pracy, piętnował kłamstwo i brak sprawiedliwości w PRL. Wzywany na przesłuchania, przechodził "ścieżki zdrowia", kilkakrotnie w okrutny sposób został pobity do nieprzytomności przez "nieznanych sprawców".

15 sierpnia 1976 r. ks. Kotlarz odprawiał w parafii w Pelagowie Mszę św. za zamordowanych i pobitych robotników. W jej trakcie zasłabł. Po trzydniowym pobycie w szpitalu zmarł 18 sierpnia. Sekcja zwłok wykazała, że przyczyną zgonu była niewydolność mięśnia sercowego. Mimo wielu świadectw o znęcaniu się nad księdzem, lekarze nie stwierdzili obrażeń mogących powstać po pobiciu.

W 1981 r. po licznych protestach wiernych, władze wszczęły śledztwo w sprawie śmierci kapłana, które po kilku miesiącach dochodzenia zakończyło się umorzeniem. W 1990 r. prokuratura wojewódzka w Radomiu wznowiła śledztwo, ale i ono zostało umorzone, chociaż prokuratorzy przesłuchali prawie wszystkich funkcjonariuszy SB zajmujących się w Radomiu zwalczaniem Kościoła katolickiego.

Ks. Roman Kotlarz został pośmiertnie odznaczony przez Prezydenta RP jednym z najwyższych polskich odznaczeń, Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, za wybitne zasługi w działalności na rzecz przemian demokratycznych w Polsce.

Obecnie powstaje film o ks. Kotlarzu pt. "Klecha". Obraz dotyczy wydarzeń z protestu radomskich robotników w czerwcu 1976 r. W filmie występuje plejada znakomitych aktorów, m.in. Piotr Fronczewski, Mirosław Baka jako ks. Kotlarz, Artur Żmijewski, Danuta Stenka, Wojciech Pszoniak i Jan Peszek.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem