Reklama

Upadek pięknej polszczyzny

2018-06-13 09:54

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 24/2018, str. 36-37

jdjuanci

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Trudno nie zauważyć, że młodzi Polacy coraz gorzej mówią po polsku. Często trzeba się bardzo wsłuchiwać, by stwierdzić, że jednak posługują się językiem polskim, tyle że zniekształconym, byle jakim, bełkotliwym. Skąd nam się to wzięło?

JAN KULCZYCKI: – Najłatwiej zbyć problem tłumaczeniem, że młodzi ludzie są ogłuszeni przez słuchawki, z którymi się nie rozstają, oraz przez dochodzący zewsząd hałas, przez głośną muzykę, co sprawia, że sami siebie nie słyszą. Moim zdaniem, sprawa jest jednak znacznie poważniejsza. Ta dzisiejsza bylejakość polskiej mowy bierze się stąd, że wyrosło nam pokolenie, którego nikt nie uczył właściwej wymowy słów, intonacji polskich zdań i tego przede wszystkim, że staranna mowa jest wyrazem szacunku do drugiego człowieka. Młodzi Polacy mówią więc byle jak, bez szacunku dla języka ojczystego.

– Bo po prostu nikt już nawet nie zwraca na to uwagi?

– Niestety, tak. Nauczyciele w polskiej szkole już od dawna nie uczą mówić po polsku! I chyba nawet rzadko gorszą się tą bylejakością mowy swoich wychowanków. Z satysfakcją wspominam prowadzone przeze mnie w latach 90. XX wieku u warszawskich „platerek” zajęcia z techniki mowy, które były najzupełniej wyjątkową inicjatywą Marka Piotrowskiego, znakomitego pedagoga i ówczesnego dyrektora zespołu prywatnych szkół katolickich im. Cecylii Plater-Zyberkówny. Potem jeszcze zdarzył mi się epizod uczenia polskiej mowy w państwowej szkole, ale już „pod przykrywką”, w ramach podstaw przedsiębiorczości.

– Dyplomowany aktor uczy przedsiębiorczości, to niebywałe!

– Lekcje te prowadziłem wespół z koleżanką, która zajmowała się stroną ściśle merytoryczną, a ja starałem się uczyć tego, co równie ważne w prowadzeniu biznesu, czyli właściwego wysławiania się i... podstaw dobrego wychowania. Właśnie wtedy z przerażeniem odkryłem, jak wielkie są edukacyjne zaniedbania w obu tych dziedzinach.

– Trudno nie zadać pytania, dlaczego zarówno w polskich domach, jak i szkole coraz mniejszą wagę przykłada się do staranności wypowiadania się po polsku...

– Tyle że rzadko kto w Polsce sobie je dziś zadaje! Przestaliśmy rozmawiać, oglądamy i słuchamy. Gdy po ukończeniu Podyplomowego Studium Wymowy przy PWST w Warszawie (obecnie Akademia Teatralna) oferowałem zajęcia z wymowy w szkołach, nikt nie był tym zainteresowany oprócz kilku wspomnianych „nawiedzonych” przyjaciół... Często wtedy pytałem, dlaczego nauczyciele języków obcych zwracają uwagę na wymowę, intonację, odpowiedni akcent, a w przypadku języka polskiego już się o to nie dba.

– Jaka była odpowiedź?

– Najczęściej, że „przecież po polsku wszyscy potrafią mówić”... Zdarzało mi się nauczycielowi języka polskiego zwracać uwagę, że fatalnie mówi po polsku i co najgorsze, sam o tym nie wie.

– Pewnie brano Pana za wariata?

– Oczywiście! Wtedy dawałem lekcję pokory na własnym przykładzie. Bardzo się zawstydziłem, gdy po trzydziestu paru latach pracy jako aktor pani profesor Daria Iwińska wyraziła zgorszenie: Jasiu, jak ty mówisz, skąd te warszawskie naleciałości?! Przecież mówimy „imię”, a nie „jimię”... Obiecałem poprawę.

– Gdyby o takie drobiazgi w dzisiejszej polszczyźnie chodziło, można by uznać, że jesteśmy narodem purystów językowych!

– Obawiam się, że gdyby przeprowadzono międzynarodowe badania szacunku do własnego języka narodowego, Polacy zajęliby z całą pewnością jedno z ostatnich miejsc. Niestety, własnym językiem mówimy coraz gorzej. Przy czym nie chodzi tu o naleciałości gwarowe, lecz raczej o zwykłą niedbałość, niechlujstwo wymowy. Częściowo jest to zapewne wynikiem tego, że coraz częściej porozumiewamy się za pomocą e-maili i sms-ów, a więc skrótami.

– Ale to przecież powinno raczej doskonalić nasz język, bo krótka informacja wymaga precyzyjnej i przemyślanej formy...

– Nie, nie! To raczej bylejakość naszego języka odbija się na tych krótkich przekazach. Przyznam, że często nie rozumiem tekstów, które dostaję tą drogą, ponieważ ich nadawcy nie zadają sobie trudu użycia polskich znaków, nie mówiąc już o zastosowaniu wielkich liter czy interpunkcji. A z czasem zaczynają tak samo mówić – bez kropek, przecinków, szybko i bezładnie.

– Ciekawe, czy rozmawiając w taki sposób, ludzie sami siebie nawzajem dobrze rozumieją...

– Nie mają chyba takiej potrzeby, bo przestali ze sobą rozmawiać, nie wymieniają myśli, a jedynie zdawkowe informacje. Nie dyskutują – a jeśli już, to rzadko i w elitarnym gronie o lekturach. Szkoła przestała wymagać czytania książek; pozwolono na korzystanie z bryków i niemal skutecznie oduczono czytania. A jeszcze w moich szkolnych latach podczas lekcji polskiego czytało się na głos – właśnie po to, by doskonalić wymowę i poszerzać zasób słów i figur retorycznych. Jak więc ten dzisiejszy młody człowiek ma pięknie mówić po polsku, skoro jego słownictwo ogranicza się do kilku „przecinków łaciny furmańskiej” i kilkunastu konstrukcji zdaniowych?!

– Język polski został potraktowany jak język obcy, bo u nas za dobrze mówiącego np. po angielsku uznaje się kogoś, kto opanował kilka podstawowych struktur językowych...

– Moim zdaniem, z naszym językiem ojczystym jest znacznie gorzej. Młody człowiek uważa, że bardziej opłaca mu się dobrze znać np. angielski niż polski. Boli to, że ludzie odpowiedzialni za edukację w Polsce nie dostrzegają tu żadnego problemu. Mówią za to z satysfakcją, że polska młodzież tak znakomicie zna języki obce. I rzeczywiście może nawet tak jest. Jednak coraz częściej odnoszę wrażenie, że w Polsce po polsku już nie mówimy, że brakuje nam polskich słów, nie znamy polskiej konstrukcji zdania, stosujemy makaronizmy. Dotyczy to przede wszystkim – ale nie tylko – młodego pokolenia. System edukacyjny III RP zafundował wyjątkowo prymitywną bazę kulturową, przez ograniczenie lekcji języka polskiego i historii Polski.

– Do grona odpowiedzialnych za kiepską polszczyznę należy dołączyć także wszechobecne media, przede wszystkim telewizję. Jak Pan ocenia ich językowo-wzorcotwórczą rolę?

– Jak najgorzej, niestety. Najbardziej dziwi mnie to, że w zawodach wiążących się z publicznymi wystąpieniami – m.in. wśród dziennikarzy, prawników, polityków nie wymaga się i nie prowadzi zajęć z zakresu prawidłowej wymowy, prawidłowego czytania tekstu. Nie ma już nawet obowiązku zdania egzaminu na tzw. kartę mikrofonową w Polskim Radiu.

– A trzeba przyznać, że nie był to łatwy egzamin...

– Teraz, niestety, słychać, że go nie ma. Niewielu jest jeszcze naprawdę dobrych lektorów. Zastępujący ich dziennikarze po prostu często nie są w stanie sprostać językowym wyzwaniom. W ich mowie słychać, że nie mają pojęcia o budowie i intonacji polskiego zdania, zwłaszcza złożonego. Nie używają przecinków, myślników, a zwłaszcza kropek. Zdania zlewają się w jeden wielki bełkot, jakby mówiący w ogóle nie rozumiał, co mówi. Ci, którzy mają do nas mówić wzorcową polszczyzną, albo nie mają o niej zielonego pojęcia, albo nie są nauczeni języka bądź też są zmuszani do zbyt szybkiego przekazywania treści. A powinni być przecież misjonarzami nieskazitelnej wymowy.

– Takimi misjonarzami są bez wątpienia aktorzy.

– W każdym razie powinni być. Można mieć jednak wątpliwości, gdy się ogląda np. polskie seriale i niektórych aktorów.

– Dlaczego?

– Dlatego, że młodzi serialowi aktorzy często są tylko przyuczeni do zawodu, a w tej ich aktorskiej edukacji najwyraźniej zabrakło nauki mowy. Raczej więc powielają złe nawyki językowe, niż świecą dobrym przykładem. Gdy przed laty w Ognisku Teatralnym Teatru Ochoty prowadziłem zajęcia z techniki mowy, to przez pierwsze pół roku moim młodym słuchaczom wbijałem do głowy znaczenie pojęcia „kultura słowa”, aby zrozumieli, że nie szanując języka, nie szanują swego rozmówcy lub słuchacza, że kulturalny człowiek zawsze stara się mówić poprawnie i wyraźnie, że mowa to to, co słuchacz słyszy, a nie to, co my mówimy.

– Niewątpliwie ostatnią ostoją i redutą kultury słowa są jeszcze teatry i szkoły aktorskie.

– A ja, niestety, mam poważne wątpliwości, czy rzeczywiście tak jeszcze jest. Być może mam nieco zawyżone standardy, ponieważ jestem przedstawicielem ostatniego rocznika PWST, który wyszedł spod ręki wielkiego Jana Kreczmara. W tamtym czasie uczyli nas aktorstwa najlepsi z najlepszych, mistrzowie polskiej mowy – Stanisława Perzanowska, Jan Świderski, Rena Tomaszewska, Kazimierz Rudzki, Ludwik Sempoliński, Aleksander Bardini – wprost emanujący wielką klasą i kulturą, ale niezwykle wymagający i nietolerujący jakiejkolwiek bylejakości. Zawsze zwracali nam uwagę – czasem dość złośliwie i brutalnie – na niekulturalne zachowania i wypowiedzi.

– Teraz jest inaczej?

– Nie wiem, ale mam nadzieję, że nadal od adeptów sztuki teatralnej wymaga się szczególnej dbałości o język... Kiedyś od jednej z wykładowczyń szkoły teatralnej usłyszałem, że dzisiejszy teatr musi przede wszystkim szokować formą i językiem. Trudno się więc dziwić, że z polskich scen rozlega się raczej język furmański niż piękna polszczyzna. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że należę chyba do ostatniego pokolenia aktorów, od którego jeszcze wymagano kultury języka. „Jeszcze jeden, który będzie zbawiał świat przez dykcję!” – powiedział żartobliwie mój wspaniały dyrektor śp. Jan Kulczyński, gdy zacząłem podyplomowe studia wymowy.

– Zbawia Pan?

– Próbowałem i nadal próbuję, ale jest z tym coraz trudniej. Nastały czasy, w których taki drobiazg jak poprawna dykcja przestał mieć znaczenie. Aktorzy uwierzyli w mikrofony, dzięki czemu głośniej się kompromitują. A czterech logopedów zatrudnionych na wydziale aktorskim poświadcza, że jest bardzo źle.

– Jak Pan sądzi, dlaczego w peerelowskich szkołach zwracano jednak większą uwagę na naukę poprawnej wymowy, a później już nie?

– Może dlatego, że nauczyciele w tamtym czasie mieli poczucie zagrożenia języka polskiego. Przypominam, że wtedy wszyscy musieliśmy się obowiązkowo uczyć rosyjskiego. Może więc bardziej dbaliśmy o język ojczysty, jakby z zakodowanej gdzieś w podświadomości obawy przed wynarodowieniem. Było po trosze tak jak w czasach zaborów. Dzięki konspiracyjnym szkółkom i kursom pań z towarzystwa polskie dzieci uczyły się pisać, czytać i poprawnie mówić po polsku.

– Bo to był najoczywistszy przejaw patriotyzmu.

– Otóż to! W II RP analfabetyzm zlikwidowano w ciągu kilku lat tylko dlatego, że zawsze, nawet wtedy, gdy państwo polskie nie istniało, istniały polskie elity, a kulturalni Polacy dbali o język polski. Mimo wszystko i na przekór wszystkiemu; w niewoli, na zesłaniu... Moim zdaniem, największy brak szacunku dla ojczystej mowy nastąpił w III RP, gdy przekonywano Polaków, że wyśmiewanie patriotyzmu jest w dobrym tonie, a polskim uczniom zaczęto wmawiać, że ważniejsze są języki obce.

– Twierdzi Pan, że właśnie wtedy ta bylejakość polskiej mowy stała się zjawiskiem galopującym? A może to zwykła reakcja na szok wolności?

– Nie sądzę, by to niezwykle niekorzystne dla przyszłości narodu polskiego zjawisko wynikało ze zwykłego zbiegu historycznych okoliczności, bo przecież w najgorszych sytuacjach umieliśmy skutecznie zadbać o język ojczysty. Teraz – po 1989 r. – łatwo poddaliśmy się procesowi rozbijania poczucia przynależności narodowej, bez większego oporu godzimy się na pogardę dla naszej kultury i tradycji, ale przede wszystkim na dewastację języka polskiego wszelkimi sposobami...

– To bardzo ciężkie zarzuty. Kogo Pan w tej sprawie oskarża?

– Jak zwykle, zagrożenie przychodzi z zewnątrz, ale przede wszystkim oskarżam nas samych. O językową niedbałość, o zbyt łatwą zgodę na upraszczanie języka polskiego, o przyzwolenie na chamstwo, które wdarło się do naszego języka za pośrednictwem filmów, teatru, mediów oraz polityków, a na które już zostaliśmy znieczuleni. I dopiero od niedawna chyba coś powoli zaczyna się zmieniać... Taką mam nadzieję.

Jan Kulczycki
Aktor teatralny, filmowy, dubbingowy, nauczyciel techniki mowy i podstaw przedsiębiorczości. Absolwent warszawskiej PWST. Pracował w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie (1971-72), Teatrze Ludowym w Warszawie (1972-74), Teatrze Narodowym (1974-82), Teatrze Ochoty (1982-88) i gościnnie do 2015 r., w Teatrze Dramatycznym (1988-90), Teatrze Północnym w Warszawie (1990-91), Teatrze Powszechnym im. J. Kochanowskiego w Radomiu (1991-92). Działacz opozycji solidarnościowej, uczestnik Grup Oporu „Solidarni”, sekretarz Kapituły Odznaki Pamiątkowej GO „S”

Tagi:
język

Telefoniczna Poradnia Językowa na Uniwersytecie Wrocławskim znów działa!

2018-01-29 14:23

Radio Rodzina

KRZYSZTOF KUNERT

Korzystają z niej nie tylko studenci, ale także urzędnicy i dziennikarze. Dzwonią, kiedy mają wątpliwości dotyczące m.in. pisowni czy zasad gramatyki – mowa o Telefonicznej Poradni Językowej, która działa przy Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego.

Poradnia obecnie dyżuruje we wtorki, środy i piątki, od nowego semestru będzie działać

wg nowego harmonogramu. Chcąc skorzystać z porady językowej możemy wysłać również maila.

Szczegółowe informacje znajdą Państwo na stronie http://www.ifp.uni.wroc.pl/

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Mamy papieża! – przed 40. rocznicą wyboru kard. Wojtyły

2018-10-15 11:20

Tomasz Królak / Warszawa (KAI)

16 października mija 40. rocznica wyboru kard. Karola Wojtyły na papieża. Publikujemy garść faktów, wspomnień, opinii i ciekawostek dotyczących pamiętnego konklawe.

Bardzo znamiennie, z perspektywy przyszłych wydarzeń, brzmią słowa jakie kard. Wojtyła wypowiedział 11 października 1978 w bazylice Mariackiej, podczas Mszy św. intencji zmarłego papieża, Jana Pawła I: „Mężowie stanu, głowy państw mówią o tym, że zapoczątkował nowy styl pasterzowania na Stolicy Apostolskiej. Styl pełen ogromnej prostoty, pełen ogromnej skromności, pełen olbrzymiego poszanowania dla człowieka”.

15 sierpnia 1963 r. podczas uroczystości koronacji przez prymasa Wyszyńskiego figury Matki Bożej Ludźmierskiej miał miejsce znamienny – z perspektywy późniejszych wydarzeń – epizod. Kardynał Wojtyła uchwycił berło, jakie podczas procesji w pewnym momencie wypadło z ręki Madonny. "Karolu, Maryja dzieli się z Tobą władzą" – powiedział do bp. Wojtyły stojący obok jego kolega, ks. Franciszek Macharski.

Niektórzy bliscy znajomi kard. Wojtyły uważają, że jego niezwykłe zachowanie w dniach poprzedzających konklawe (w tym szczególne skupienie i małomówność) mogło wskazywać, że przeczuwał on to, co się ostatecznie wydarzyło. Kiedy rankiem 29 września 1978 r. metropolita krakowski dowiedział się o niespodziewanej śmierci Jana Pawła I, głęboko wstrząśnięty powiedział: “Niezbadane są wyroki Boże, chylimy przed nimi głowę”.

Ostatnią noc przed wyjazdem na pogrzeb Jana Pawła I i konklawe, przyszły papież spędził w domu gościnnym sióstr urszulanek na warszawskim Powiślu. W tym samym domu od lat mieszkał wybitny historyk filozofii Stefan Swieżawski, od lat przyjaciel Karola Wojtyły. "Był bardzo milczący. Pożegnaliśmy się właściwie bez słowa. Widziałem, że nie chce nic mówić. A on już wiedział..."

Przed konklawe, które wybrało go na papieża kard. Wojtyła mieszkał w Papieskim Kolegium Polskim przy Piazza Remuria. Wczesnym rankiem, 14 października 1978 r. w kaplicy Kolegium odprawił Mszę św. Po południu odjechał na konklawe samochodem prowadzonym przez brata Mariana Markiewicza ze Zgromadzenia Braci Serca Jezusowego. Wysłużone już wówczas auto kupił po latach amerykański aktor Jon Voight, odtwórca roli papieża w amerykańskim filmie "Jan Paweł II" (USA, 2005).

Bezpośrednim poprzednikiem Jana Pawła II na Stolicy Piotrowej był kard. Albino Luciani, który przybrał imię Jana Pawła I. Zmarł na atak serca 28 września 1978 r. po 33 dniach pontyfikatu. Wedle niepotwierdzonych doniesień, papież zmarł we śnie trzymając w dłoni słynne dzieło Tomasza a Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”.

Kard. Wojtyła niemal „na styk” zdążył na konklawe, które wybrało go na papieża. 14 października metropolita krakowski wybrał po południu do rzymskiej kliniki Gemelli, by odwiedzić chorego przyjaciela, biskupa Deskura. Do Kaplicy Sykstyńskiej wszedł ostatni a trzeba wiedzieć, że po zamknięciu wrót Kaplicy do środka nie wpuszcza się nikogo, nawet kardynałów....

Kard. Karol Wojtyła został wybrany na papieża w poniedziałek, 16 października 1978 r., w drugim dniu konklawe. Biały dym zwiastujący dokonanie wyboru pojawił się nad Kaplicą Sykstyńską o godz. 18.18. Metropolita krakowski stał się 262. następcą św. Piotra. Ostatnia notatka w prowadzonej przez metropolitę krakowskiego ‘Księdze czynności biskupich’, przesłanej później do Krakowa, brzmi: „Około godz. 17.15 – Jan Paweł II”.

Podczas konklawe, prymas Polski kard. Stefan Wyszyński szepnął kardynałowi Wojtyle: “Jeśli wybiorą, proszę nie odmawiać...”.

Znamienne reminiscencje z konklawe zamieścił papież w swoim testamencie: „Kiedy w dniu 16. października 1978 konklawe kardynałów wybrało Jana Pawła II, Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński powiedział do mnie: ‘zadaniem nowego papieża będzie wprowadzić Kościół w Trzecie Tysiąclecie’. Nie wiem, czy przytaczam to zdanie dosłownie, ale taki z pewnością był sens tego, co wówczas usłyszałem. Wypowiedział je zaś Człowiek, który przeszedł do historii jako Prymas Tysiąclecia. Wielki Prymas. Byłem świadkiem Jego posłannictwa, Jego heroicznego zawierzenia. Jego zmagań i Jego zwycięstwa. ‘Zwycięstwo, kiedy przyjdzie, będzie to zwycięstwo przez Maryję’” – zwykł był powtarzać Prymas Tysiąclecia słowa swego Poprzednika kard. Augusta Hlonda.

Kolegium Kardynalskie, które dokonało wyboru liczyło 111 purpuratów. Spośród kardynałów elektorów tylko 18 było młodszych od kard. Wojtyły. Został on najmłodszym z papieży, jakich wybrano od półtora wieku. Zgodnie z kościelną normą określoną przez papieża Pawła VI, w konklawe nie brali udziału kardynałowie powyżej 80. roku życia.

Jan Paweł II był pierwszym od 455 lat papieżem nie-Włochem (od czasu pontyfikatu Hadriana VI, który był Holendrem i pełnił najwyższy urząd w Kościele w latach 1522-23), najprawdopodobniej pierwszym w dziejach papieżem-Słowianinem i pierwszym w historii Kościoła papieżem, który przybranym imieniem powołuje się aż na trzech swoich bezpośrednich poprzedników (Jana XXIII, Pawła VI i Jana Pawła I).

Pełne, oficjalne i uroczyste określenie urzędu, na jaki wybrano kard. Wojtyłę brzmi: “Jego Świątobliwość Ojciec Święty Jan Paweł II, Biskup Rzymski, Namiestnik Pana Naszego Jezusa Chrystusa, Następca Księcia Apostołów, Najwyższy Kapłan Kościoła Katolickiego, Patriarcha Zachodu, Prymas Italii, Arcybiskup i Metropolita Rzymskiej Prowincji Kościelnej, Suwerenny Władca Państwa Watykańskiego, przedtem Arcybiskup i Metropolita Krakowski Karol Kardynał Wojtyła”.

Obrady są absolutnie tajne, zaś kardynałów obowiązuje tajemnica, niemniej wedle miarodajnych opinii metropolita krakowski został wybrany w ósmym głosowaniu, przytłaczającą większością 99 głosów (spośród 111 wszystkich uczestników konklawe).

Chociaż kardynał Wojtyła zyskiwał od czasu udziału w obradach coraz większe uznanie wśród hierarchów z całego świata, to nie był wymieniany przez media w gronie papabili a więc purpuratów, których wybór na papieża jest wielce prawdopodobny. Wynik konklawe był absolutną światową sensacją.

Postać papieża z Polski stała się przez szereg dni po konklawe kluczowym temat światowych mediów, które nie kryły zafascynowania jego osobą. Zwracano uwagę na jego horyzonty intelektualne, wszechstronność zainteresowań, bogactwo doświadczeń duszpasterskich; podkreślano, że zna biegle sześć języków, lubi spływy kajakowe, uprawia narciarstwo a do tego jest poetą...

Gdy uczestnicy konklawe zostali zapoznani z wynikami rozstrzygającego głosowania, sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej kard. Villot, zadał metropolicie Krakowa przewidziane rytuałem pytanie: “Czy przyjmujesz dokonany przed chwilą kanonicznie wybór twojej osoby na Najwyższego Kapłana?” Wyraźnie wzruszony kard. Wojtyła odpowiedział: „W duchu posłuszeństwa wobec Chrystusa, mojego Odkupiciela i Pana, w duchu zawierzenia wobec jego Matki – przyjmuję”.

Zgodnie ze zwyczajem, tuż po wyborze nowy papież przyjmuje od kardynałów elektorów ślubowanie posłuszeństwa. Jak poinformowali świadkowie tego wydarzenia, Jan Paweł II dokonał w tej ceremonii znamiennej modyfikacji, którą biorąc pod uwagę styl całego pontyfikatu, można określić jako wręcz symboliczną: w przeciwieństwie do poprzedników odebrał ten hołd w pozycji stojącej a nie siedząc na tronie.

Jednym z hierarchów, który podczas przerw w kolejnych sesjach konklawe, optował na rzecz wyboru metropolity krakowskiego był ówczesny arcybiskup Wiednia i przyjaciel metropolity krakowskiego, kard. Franz König. Wielce znamienną rozmowę odbył on z kard. Wyszyńskim, któremu zasugerował, że Polska ma odpowiedniego kandydata. “Co? Miałbym opuścić Warszawę i pozostać w Rzymie? To byłby triumf komunistów!” – odparł na to Prymas. Kard. König doprecyzował więc, kogo miał na myśli...

Niezwykłą adnotację zawiera księga metrykalna parafii Karola Wojtyły w Wadowicach. Nazajutrz po konklawe z 16 października 1978, pod kolejnymi adnotacjami – o chrzcie, bierzmowaniu, święceniach, sakrze biskupiej, kreowaniu kardynałem – ksiądz proboszcz Edward Zacher, w obecności dziennikarzy z całego świata, wypisał wiecznym piórem: “Die 16 X 1978, in Summum Pontificem electus, et imposuit sibi nomen: Joannes Paulus PP”...

Postać nowego papieża wzbudzała medialną gorączkę na całym świecie, zaś osoby, które znały kard. Wojtyłę udzielały nieskończonej liczby wywiadów. Tuż po konklawe ciekawą charakterystykę metropolity krakowskiego przedstawił włoskiemu radiu sekretarz Episkopatu Polski bp Bronisław Dąbrowski: “Żyje bardzo ubogo. Gdybyście widzieli, jak mieszka w Krakowie, gdzie jest wielki pałac, a on zajmuje mały pokoiczek, nic więcej... To człowiek pracy. Śpi mało, pracuje wiele (...) Mogę powiedzieć, że jest ludzki, że to człowiek święty, bardzo dobry, otwarty dla wszystkich”.

Wśród wielu zadziwiających faktów dotyczących Karola Wojtyły, jakie u kresu pontyfikatu zebrał szwajcarski dziennik „Tribune de Geneve” podano i ten, że metropolita krakowski przybył na konklawe mając ze sobą wyjątkowo skromne kieszonkowe, stanowiące odpowiednik 125 franków szwajcarskich.

Dla bloku państw komunistycznych, na czele z ZSRR wybór polskiego kardynała na papieża był potężnym ciosem. Ciężki szok przeżywało kierownictwo PZPR, które tuż po wyborze zwołało specjalną naradę. Jej klimat opisywał jeden z jej funkcjonariuszy: “Konsternacja widoczna. Olszewski wylewa na jasne spodnie filiżankę czarnej kawy. Westchnienia. Ciężkie. Czyrek ładuje się z tezą (...) – ‘ostatecznie lepszy Wojtyła jako Papież tam, niż jako Prymas tu’. Teza jest chwytliwa. Trafia do przekonania. Ulga”.

Oficjalna reakcja władz na wybór kard. Wojtyły na Papieża była utrzymana w tonie radości i satysfakcji. Niekiedy starania aby robić “dobrą minę do złej gry” przynosiły efekt humorystyczny. W telegramie wystosowanym przez władze PRL nazajutrz po zakończeniu konklawe napisano m.in.: “Na tronie papieskim po raz pierwszy w dziejach jest syn polskiego narodu, budującego w jedności i współdziałaniu wszystkich obywateli wielkość i pomyślność swej socjalistycznej ojczyzny...”

Wybór hierarchy “zza żelaznej kurtyny” wywołał radość i wzbudził wiele nadziei. Vaclav Havel, wówczas słynny dysydent i dramaturg (później prezydent Czechosłowacji a następnie Republiki Czeskiej) siedział z przyjaciółmi w swoim górskim domku. “Kiedy usłyszeliśmy tę wiadomość, zaczęliśmy wiwatować i krzyczeć z radości do późnego wieczora. Instynktownie czuliśmy, że jest to olbrzymie wsparcie dla wszystkich ludzi kochających wolność a żyjących w świecie komunistycznym”.

Wielki pisarz rosyjski, wygnany z ojczyzny przez władze radzieckie, autor słynnego „Archipelagu Gułag”, Aleksander Sołżenicyn, tak skomentował decyzję konklawe z 16 października 1978 r.: „Wybór papieża Wojtyły to jedyna dobra rzecz, jaka wydarzyła się ludzkości dwudziestego wieku”.

Wietnamski arcybiskup van Thuan czwarty rok siedział w odosobnieniu skazany przez komunistyczne władze swojego kraju (w areszcie domowym i więzieniach spędził w sumie lat 13). Kilka lat wcześniej widział się kard. Wojtyłą w Rzymie. Ktoś potajemnie przekazał mu wieść o wyniku konklawe. “Bardzo się ucieszyłem, ponieważ w moim przekonaniu była to wielka łaska dla Kościoła”.

Pontyfikat Jana Pawła II od pierwszych dni pełen był zachowań, słów i gestów, które odmieniły oblicze papiestwa w oczach świata, przybliżając je do zwykłych ludzi. Już pierwszego dnia po wyborze Ojciec Święty zdecydował się na rzecz nie do pomyślenia przez poprzedników: opuścił mury Watykanu by udać się do szpitala Gemelli w odwiedziny do chorego przyjaciela, kard. Andrzeja Deskura.

Brytyjski „The Times” nazajutrz po konklawe z 16 października: „Wybór kardynała Wojtyły na papieża jest wydarzeniem o niezwykłym znaczeniu. Kardynałowie wyprawili Kościół w podróż, której koniec nie jest znany (...) Być może postąpili najmądrzej, jednak zaryzykowali wyzwolenie takich sił ludzkich, politycznych i religijnych, który nie będą w stanie kontrolować”.

Wybór papieża z Polski był niezwykłym wydarzeniem w dziejach świata, ale, jak się okazało, zapowiedzianym w poetyckim proroctwie innego Polaka. Juliusz Słowacki napisał w 1848 r.: „Pośród niesnasek Pan Bóg uderza/W ogromny dzwon,/Dla słowiańskiego oto papieża/Otworzył tron, (...)// Twarz jego słowem rozpromieniona,/Lampa dla sług,/Za nim rosnące pójdą plemiona/W światło, gdzie Bóg./Na jego pacierz i rozkazanie/Nie tylko lud -/Jeśli rozkaże, to słońce stanie,/Bo moc - to cud!

Proroctwo Juliusza Słowackiego o słowiańskim papieżu odczytano na Placu św. Piotra podczas koncertu jaki zorganizowano dokładnie w 20. rocznicę wyboru kard. Wojtyły. Wielotysięczny tłum pielgrzymów i turystów gorącym aplauzem przyjął słowa polskiego wieszcza odczytane po włosku przez jednego z aktorów. Kilka chwil później niemal dokładnie co do minuty w 20 lat po swoim wyborze, w oknie Pałacu Apostolskiego pojawił się Jan Paweł II. Pozdrowił krótko przybyłych, podziękował im za pamięć o rocznicy i pobłogosławił ich.

Według tak zwanego Proroctwa świętego Malachiasza przydomek papieża Wojtyły brzmi „De labore Solis” – Z trudu słońca. Tego rodzaju alegorycznymi czy poetyckimi określeniami w proroctwie tym określano kolejnych papieży. Tekst proroctwa św. Malachiasza (prymasa Irlandii) powstał w XII wieku.

Kiedy drugiego (i ostatniego) dnia konklawe dyskusje wśród kardynałów coraz wyraźniej wskazywały na możliwość wyboru metropolity krakowskiego, dawny rzymski znajomy ks. Wojtyły a wówczas już kardynał, o. Maksymilian de Fuerstenberg, pochylił się nad nim cytując słowa z Ewangelii św. Jana: „Dominus adest et vocat te” (Pan jest i woła cię).

Uczestnik konklawe, hiszpański kardynał Enrique y Tarancon, powiedział po wyborze kard. Wojtyły: „Nie szukaliśmy kandydata konserwatywnego ani postępowego, tylko ‘pewnego’ jeśli chodzi o kontynuowanie linii Soboru Watykańskiego II. Kryteria oceny nie miały charakteru ideologicznego. Poza tym Wojtyła był typem biskupa-duszpasterza, co miało zasadnicze znaczenie”.

Powracając po latach do czasów swojego wyboru na papieża, Jan Paweł II oceniał, że w ten sposób konklawe „jak gdyby zażądało świadectwa Kościoła, z którego ten kardynał przychodził – jakby go zażądało dla dobra Kościoła powszechnego. (...) Wybór Polaka nie mógł nie oznaczać jakiegoś przełomu. Świadczył o tym, że konklawe, idąc za wskazaniami Soboru, starało się odczytywać ‘znaki czasu’ i w ich świetle kształtować swoje decyzje”.

W homilii podczas Mszy z okazji 25. rocznicy pontyfikatu, 16 października 2003 r. Papież wyznał, że w momencie wyboru silne odczuł w swym sercu pytanie, jakie skierował Jezus do Piotra: „Miłujesz Mnie, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?”(J 21, 15-16); i dodał: „Każdego dnia odbywa się w mym sercu ten dialog, a w duchu wpatruję się w to łaskawe spojrzenie zmartwychwstałego Chrystusa, które ośmiela, aby jak Piotr ze świadomości swej ludzkiej ułomności ze spokojem odpowiadał: ‘Panie, Ty wiesz... Ty wiesz, że Cię kocham, a potem podejmować zadania, jakie On sam przed nami stawia”.

Wybitny polski pisarz Andrzej Kijowski, który znał ks. Wojtyłę jeszcze z czasów jego pracy w kościele św. Floriana, tu po wyborze polskiego kardynała na papieża opublikował w miesięczniku “Więź” ciekawą “przepowiednię”: “Nie będzie cudzoziemcem ani w Rzymie, ani w świecie, ponieważ ma ten rodzaj inteligencji, która każdemu, kto się z nim zetknie, uświadamia jego inteligencję własną. Ma dar otwierania serc na tajemnie Boga i tajemnice człowieka. (...) uniwersalna mądrość tego papieża, jego talent identyfikacji z innymi, jego wewnętrzna wielość i jego wielkość rzucą blask na całą nadchodzącą epokę w historii Kościoła”.

*

Fragment książki "1001 rzeczy, które warto wiedzieć o Janie Pawle II", Wydawnictwo M, Kraków

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Płyta - Wojna totalna 300x400

Abp Chaput: Kościół osłodzony sentymentalizmem i nostalgią nie przyciągnie młodych

2018-10-17 13:13

tłum. st (KAI) / Watykan

Na konieczność wyzwolenia się z odurzenia kultury współczesnej a także skłonności do prezentowania chrześcijaństwa „osłodzonego sentymentalizmem i nostalgią” wskazał w wywiadzie dla angielskiego portalu katolickiego „The Tablet” arcybiskup Filadelfii Charles Joseph Chaput OFM Cap. Bierze on udział w obradującym w Rzymie Synodzie Biskupów o młodzieży i rozeznawaniu powołania.

Włodzimierz Rędzioch
Abp Charles Chaput - Metropolita Filadelfii

The Tablet: W jednym ze swoich wystąpień synodalnych Ksiądz Arcybiskup powiedział, że Kościół nie poradził sobie z przekazaniem młodszemu pokoleniu pełni wiary. Jakie byłyby propozycje Waszej Ekscelencji dla Kościoła, by zaradził tej sytuacji? Solidniejsza katecheza, inne podejście do nauczania chrześcijaństwa w szkołach katolickich?

- Ludzie nie mogą dać tego, czego nie mają. Główny problem Kościoła w naszych czasach - przynajmniej w tak zwanych krajach „rozwiniętych” - nie może zostać rozwiązany przez lepsze narzędzia czy techniki. Mogą one pomóc, ale naszym głównym problemem jest brak prawdziwej wiary, nawet wśród wielu naszych przywódców i nauczycieli. Benedykt XVI nazwał to „milczącą apostazją”, utratą transcendencji, wymiaru metafizycznego w tym, jak rozumiemy nasze życie i świat. Prowadzi to do nieufności wobec trwałości prawdy objawionej. Wyjaśnia to dzisiejszą tendencję, by sprowadzać chrześcijaństwo do pozytywnego kodeksu moralnego lub systemu etyki, osłodzonego sentymentalizmem i nostalgią. Ale to nie jest wiara i nie może zainspirować nikogo do takiego pilnego, radykalnego nawrócenia, jakiego domaga się prawdziwa wiara w Jezusa Chrystusa.

Nie możemy zaradzić temu problemowi, chyba że najpierw uznamy to i świadomie oddzielimy się w jakiś sposób od kultury, która trzyma nas w odurzeniu i rozprasza. Dobra wiadomość jest taka, że mamy sukcesy. Grupy w Stanach Zjednoczonych, takie jak Fellowship of Catholic University Students (FOCUS) i The Culture Project, są bardzo skuteczne w docieraniu do młodych dorosłych z Ewangelią. Możemy się wiele nauczyć z ich podejścia. Niestety żadna z nich nie została zaproszona na Synod.

The Tablet: Ksiądz Arcybiskup powiedział, że określenie „LGBT” nie powinno być zawarte w dokumencie roboczym Synodu, ponieważ nie ma czegoś takiego jak „katolik LGBT” lub „transseksualista katolicki” . Czy martwi się Ekscelencja, że polityka tożsamości weszła do debat Kościoła i teologii? Co mówi Ksiądz Arcybiskup tym, którzy chcą się identyfikować jako LGBT i katolicy?

- Powiedziałem również, że nie ma czegoś takiego jak „katolik heteroseksualny”. Polityka tożsamości opiera się na dzieleniu. Nie jest postawa chrześcijańska. Kościół nie jest odporny na stronniczość i cierpi, gdy się ona zakorzenia.

The Tablet: Niektórzy mogą twierdzić, że użycie określenia „katolik LGBT” nie różni się od określenia „katolik angielski” lub „katolik amerykański”. Czy należy usunąć wszystkie poprzedzające wskaźniki opisowe, gdy mówimy o kimś, jako o katoliku?

- Nie, ponieważ płeć jest wyjątkową kategorią. Kwestie pożądania seksualnego, a zwłaszcza zachowania, trafiają w sedno ludzkiej tożsamości. Obejmują celowość ciała to, co rozumiemy przez „naturę ludzką”, komplementarną całość gatunku ludzkiego i przekazywanie życia. Mają więc wielkie konsekwencje dla prawdy czy też fałszu Pisma Świętego i wiary katolickiej.

Kościół musi bardzo uważać, aby uniknąć rozbijania ludzkiej tożsamości w zależności od naszej orientacji seksualnej. Katolicy „LGBTQ” sugerują w sposób deterministyczny specjalną kategorię moralną, z czym nie mamy do czynienia w przypadku katolików „afrykańskich”, „angielskich” czy „z niepełnosprawnościami”. The Tablet: Papież Franciszek położył silny nacisk na strukturę Synodu Biskupów jako sposób stawiania przez Kościół czoła wspólnym wyzwaniom i wymyślania odpowiedzi duszpasterskich. Czy Wasza Ekscelencja sądzi, że Synod jest skutecznym narzędziem w tym zakresie?

- Synod Biskupów może być dla Ojca Świętego bardzo przydatnym doradcą. Tak często było w przeszłości. Pokrzepiające były słowa Papieża Franciszka w jego uwagach wstępnych o potrzebie szczerej i uczciwej dyskusji, ponieważ cechy te są kluczowe dla każdej pracy produktywnej. Jednak służąc przez minione trzy lata w Radzie Stałej Synodu widzę również jego ograniczenia.

W swojej obecnej formie jest to skomplikowane i kosztowne narzędzie. Nie jestem pewien, czy może być bardziej skuteczne niż jest obecnie. Można dokonać pewnych oczywistych usprawnień. Tylko niewielka część ludności świata mówi po włosku, ale delegaci Synodu pochodzą z całego świata. Z praktycznego punktu widzenia wszystkie dokumenty synodalne muszą być przetłumaczone z języka włoskiego na wiele języków znacznie szybciej i o ile to możliwe, z dużym wyprzedzeniem, aby zapewnić odpowiedni czas na ich przestudiowanie i dyskusję. Na tym polegał problem z „Instrumentum laboris”. Delegaci powinni również być mianowani wcześniej, aby umożliwić im właściwe przygotowanie. Wielu delegatów skarżyło się również na niejednoznaczność obecnych reguł i procedur Synodu, które wydają się faworyzować proces kontrolowany, bardziej niż w przeszłości.

Powtórzymy, Synody mają charakter doradczy, a nie decyzyjny. Papież zawsze swobodnie akceptuje, poprawia lub odrzuca ich dokumenty. Ale muszą być one prawdziwie kolegialne, aby były wiarygodne. Mam nadzieję, że stanie się to normą w przyszłości.

The Tablet: Co chciałby Ksiądz Arcybiskup, aby dokument końcowy Synodu Biskupów mówił o wykorzystywaniu seksualnym w Kościele?

- Ciągły kryzys związany z wykorzystywaniem seksualnym jest niezwykle poważny. Na szczęście zarówno papież Franciszek, jak i ojcowie synodalni rozumieją to, a dokument końcowy prawdopodobnie odzwierciedli ich obawy. Mniej jestem pewien czy zostaną poruszone korzenie problemu. Klerykalizm jest wyraźnie czynnikiem seksualnego wykorzystywania nieletnich przez duchownych, ale nie dominującym, a niewielu spośród osób świeckich, które znam, jest zadowolonych z tego wyjaśnienia, zwłaszcza rodzice. W pojęciu wiernych świeckich, musi zostać podjęty problem homoseksualizmu i jego rola w kryzysie, ale nie jest jasne, czy Synod zechce włączyć tę kwestię do tekstu ostatecznego.

Rozmawiał: Christopher Lamb

Abp Charles Joseph Chaput urodził się 26 sierpnia 1944 w mieście Concordia w stanie Kansas. Po wstąpieniu do Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów złożył w nim 14 lipca 1968 śluby wieczyste, a w dwa lata później – 29 sierpnia 1970 przyjął święcenia kapłańskie. Pracował następnie duszpastersko w parafiach prowadzonych przez kapucynów. 29 kwietnia 1988 Jan Paweł II mianował go biskupem Rapid City (sakrę nowy biskup przyjął 26 lipca tegoż roku), a 18 lutego 1997 papież przeniósł go na stanowisko arcybiskupa Denver – stolicy stanu Kolorado. W ten sposób kapucyn stał się pierwszym arcybiskupem w USA, wywodzącym się z pierwotnych mieszkańców Ameryki – z plemienia Potawatomi. 19 lipca 2011 r. Benedykt XVI mianował go arcybiskupem Filadelfii. We wrześniu 2015 roku był gospodarzem Światowego Spotkania Rodzin, z udziałem papieża Franciszka. W październiku tego roku został wybrany do Rady Stałej Synodu Biskupów.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem