Reklama

Miłość przez duże M

2018-05-16 11:23

Paweł Zuchniewicz
Niedziela Ogólnopolska 20/2018, str. 10-13

inarik/fotolia.com

Pamiętam, jak poszłam do studenckiej przychodni lekarskiej, żeby poprosić lekarza o informację na temat płodności i kontroli poczęć – pisze autorka świadectwa zamieszczonego na stronie: www.npr.pl . – On po prostu zapisał receptę na doustne środki antykoncepcyjne. To był ten sam lekarz, który leczył mnie na mononukleozę, którą jeszcze wtedy miałam. Uboczne skutki dały znać o sobie natychmiast – odczułam ból, dostałam zawrotów głowy i poczułam niewiarygodne zmęczenie. Wkrótce byłam tak osłabiona, że musiałam zrezygnować z zajęć na uczelni.

Nie była to jedyna konsekwencja stosowania tabletek. Przyszło mi na myśl, żeby zaprzestać ich przyjmowania, lecz kiedy zwróciłam się z tym do lekarza, namawiał mnie do zastępowania jednej pigułki drugą. Ilekroć próbowałam omówić to z mężem, wpadał w panikę: «Chcesz zajść w ciążę?». Zaczęłam się gniewać na męża. Żądano, żebym poświęciła zdrowie dla pożycia seksualnego. Żeby być do jego dyspozycji, byłam nieustannie poddawana działaniom leków. Nasze życie seksualne było pozbawione radości. Czułam się, jakbym była przedmiotem, a nie równoprawnym partnerem w naszym małżeństwie”.

Autorka tych słów nie zetknęła się wcześniej z encykliką, dziś błogosławionego, papieża Pawła VI „Humanae vitae”. Gdyby ją dogłębnie przeanalizowała, odkryłaby, że jej doświadczenia nie są niczym dziwnym w świetle prawdy o człowieku, która tam jest przedstawiona.

Reklama

Odrzucenie

Pierwsza pigułka antykoncepcyjna – o nazwie Enovid – pojawiła się w 1957 r. Początkowo sprzedawana była jako lekarstwo na zaburzenia ginekologiczne. Trzy lata później została oficjalnie wprowadzona na rynek jako środek do regulacji poczęć.

Wkrótce świat zachodni zachwycił się nowymi możliwościami w zakresie sterowania ludzką płodnością, a Kościół stanął przed jednym z największych wyzwań duszpasterskich.

Papież Jan XXIII, dziś święty, powołał na wiosnę 1963 r. specjalną komisję, która miała się zająć wypracowaniem opinii w zakresie regulacji poczęć. Jego następca – Paweł VI poszerzył skład komisji i zapowiedział, że sam zajmie się szczegółowo tą sprawą, wyłączając ją w ten sposób z obrad trwającego w tym czasie Soboru Watykańskiego II (1962-65).

W łonie komisji ujawniły się silne podziały, część jej członków była zdania, że sztuczna kontrola poczęć jest do pogodzenia z nauką Kościoła. Ostatecznie doszło do powstania dwóch raportów: większości, która opowiadała się za dopuszczeniem antykoncepcji, oraz mniejszości, która takiej możliwości nie widziała. Zarówno przecieki prasowe z prac komisji, jak i wypowiedzi teologów w krajach zachodnich sprawiały wrażenie, że w tej materii jest więcej wątpliwości niż pewników, choć Paweł VI kilkakrotnie przestrzegał, że prace jakiejkolwiek komisji nie stawiają Kościoła w sytuacji wątpienia.

Dodatkowe tło stanowił powojenny „baby boom”, który jest znanym w demografii zjawiskiem odnawiania strat w ludności przez zwiększony przyrost naturalny po wyniszczeniu populacji w wojnie. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku na tej podstawie, jak też wobec wysokiego przyrostu naturalnego w byłych krajach kolonialnych, rozpowszechniano pogląd o zagrożeniu przeludnieniem i rzekomo dramatycznych konsekwencjach wzrostu liczby ludności. Mnożono argumenty o potrzebie zapobiegania ubóstwu przez ograniczanie liczby przychodzących na świat dzieci, o możliwości podwyższenia jakości życia rodzin na tej samej drodze, o uwolnieniu kobiety od przymusu macierzyństwa i umożliwieniu jej rozwoju oraz awansu zawodowego, aby została zapewniona jej równość z mężczyzną. W świetle tej argumentacji płodność jawiła się jako zagrażający żywioł. Nic zatem dziwnego, że pigułka antykoncepcyjna została okrzyknięta dobroczynnym wynalazkiem geniuszu ludzkiego, który odmieni ciężką dolę człowieka.

W takiej atmosferze 25 lipca 1968 r. Paweł VI opublikował encyklikę „Humanae vitae” – o zasadach moralnych w dziedzinie przekazywania życia ludzkiego.

Choć encyklika obejmowała i wyjaśniała całość zagadnienia, to uwaga opinii publicznej skupiła się na fragmencie punktu 14: „W oparciu o te podstawowe zasady ludzkiej i chrześcijańskiej nauki o małżeństwie czujemy się w obowiązku raz jeszcze oświadczyć, że należy bezwarunkowo odrzucić – jako moralnie niedopuszczalny sposób ograniczania liczby potomstwa – bezpośrednie naruszanie rozpoczętego już procesu życia, a zwłaszcza bezpośrednie przerywanie ciąży, choćby dokonywane ze względów leczniczych.

Podobnie – jak to już Nauczycielski Urząd Kościoła wielokrotnie oświadczył – odrzucić należy bezpośrednie ubezpłodnienie, czy to stałe, czy czasowe, zarówno mężczyzny, jak i kobiety. Odrzucić również należy wszelkie działanie, które – bądź to w przewidywaniu zbliżenia małżeńskiego, bądź podczas jego spełniania czy w rozwoju jego naturalnych skutków – miałoby za cel uniemożliwienie poczęcia lub prowadziłoby do tego”.

Taka konstatacja z punktu widzenia dotychczasowego nauczania Kościoła nie była niczym dziwnym, jednak spotkała się z odrzuceniem. Paweł VI, który jeszcze trzy lata wcześniej był wynoszony pod niebiosa za przeprowadzenie do końca Soboru Watykańskiego II, teraz przedstawiany był jako nierozumiejący ludzi i czasów wsteczny despota. Na okładce niemieckiego tygodnika „Der Spiegel” przedstawiono go z wykrzywioną złością twarzą, pigułką i napisem: „Nein” – Nie.

Szczególnie bolesne były reakcje wewnątrz samego Kościoła. W Stanach Zjednoczonych profesor teologii ks. Charles Curran zebrał podpisy 600 teologów pod tzw. deklaracją niezgody. Prymas Holandii kard. Alfred Alfrink powiedział, że encykliki nigdy nie są nieomylne. Prymas Belgii – bliski współpracownik Pawła VI – kard. Léon-Joseph Suenens oskarżył papieża o autorytaryzm i pogwałcenie soborowej zasady kolegialności. Niemieccy biskupi w miesiąc po publikacji encykliki wydali tzw. Deklarację z Königstein, która postawiła pod znakiem zapytania obowiązywalność papieskiej nauki na rzecz subiektywnej oceny dopuszczalności antykoncepcji w sumieniu wiernych.

Abp Henryk Hoser SAC uważa, że od publikacji „Humanae vitae” rozpoczęło się ciche męczeństwo Pawła VI, który od tej pory aż do swojej śmierci, dziesięć lat później, nie wydał już żadnej encykliki.

Skutki odrzucenia prawdy o człowieku, której bronił ten dokument, nie dały na siebie długo czekać. W 1968 r. ostrzegano, że więcej dzieci oznacza niebezpieczeństwo większego bezrobocia – dziś Europa przeżywa zimę demograficzną i z powodu braku rąk do pracy trzeba stymulować imigrację. Rozpowszechniła się mentalność antykoncepcyjna – przekonanie, że możliwość poczęcia i rodzenia dzieci stanowi swoiste zagrożenie. W następnej dekadzie (lata 70.) w krajach cywilizacji atlantyckiej wprowadzono prawną dopuszczalność przerywania ciąży, gwałtownie zaczęła wzrastać liczba rozwodów, tzw. wolnych związków, coraz późniejszy stał się też wiek, w którym kobiety zachodziły w pierwszą ciążę (której nie nazywano już stanem błogosławionym czy też „byciem przy nadziei”).

O czym naprawdę jest encyklika?

„Chociaż kochałam swego męża, żałowałam, że zdecydowałam się na małżeństwo – pisze autorka cytowanego na wstępie świadectwa. – Czułam, że jestem w pułapce takiego położenia, w którym mogłam być tylko przedmiotem seksualnego związku do czasu, gdy zdecydujemy się, że będę zapłodniona. Pragnęłam, żebyśmy wreszcie spróbowali mieć dziecko. Nie zaszkodziłoby to naszemu małżeństwu bardziej niż stosowanie antykoncepcji. Wierzyłam, że jeśli nasze małżeństwo ma się nie rozpaść, muszę zdobyć jakieś informacje o metodzie naturalnego planowania poczęć”.

Wnioski te wynikały z intuicji, czym jest natura pożycia małżeńskiego. Intuicja ta zgadza się idealnie z tym, co pisze Paweł VI, analizując nauczanie Kościoła: „Nauka ta, wielokrotnie przez Nauczycielski Urząd Kościoła podana wiernym, ma swoją podstawę w ustanowionym przez Boga nierozerwalnym związku – którego człowiekowi nie wolno samowolnie zrywać – między dwojakim znaczeniem tkwiącym w stosunku małżeńskim: między oznaczaniem jedności i oznaczaniem rodzicielstwa”.

Paweł VI odrzucał antykoncepcję, ponieważ wprowadzała ona zakłamanie w akt małżeński, który ma dwa nierozerwalnie ze sobą złączone znaczenia – jedność między małżonkami i płodność.

Małżonkowie, jednocząc się cieleśnie, przekazują sobie w każdym akcie dwie prawdy: „kocham cię” i „miłość jest życiodajna”. Oczywiście, nie każdy akt musi przynosić nowe życie, ale każdy musi zakładać otwartość na nie. Wtedy mowa ich serc, umysłów i ciał jest prawdziwa. Wykluczenie znaczenia płodności oznacza przekazanie sprzecznego komunikatu: kocham cię, ale pod pewnymi warunkami (czy jest to nadal miłość?), kocham cię, ale odrzucam tę integralną część ciebie, którą jest płodność. A zatem tak naprawdę nie kocham ciebie, tylko satysfakcję seksualną, której mi dostarczasz. Nic więc dziwnego, że autorka cytowanego świadectwa czuła się tak, jak się czuła. Zmieniło się to radykalnie, gdy zdecydowała się poznać fenomen swojej płodności: „Odczuwałam różne stadia mojej cielesności. Byłam szczęśliwa, gdy uczyłam się obserwować zmiany cyklu, niezależnie od samej kontroli płodności. Poznawanie i rozumienie tej części samej siebie sprawiło, że zaczęłam sama siebie szanować, zdobyłam pewność siebie także w innych dziedzinach. Aż trudno uwierzyć, że z dnia na dzień rozwiązane zostały wszystkie nasze problemy seksualne. Dużo czasu zabrało mi przełamanie starych nawyków myślowych, żeby podczas seksualnego zbliżenia nie myśleć, czy wzięłam dzisiaj pigułkę lub kiedy pójść i włożyć krążek. Natychmiast odpadły kłopoty z antykoncepcją. Mogłam być obecna w doznaniach od początku do końca seksualnego zbliżenia. To było cudowne! Oddając się sobie wzajemnie, wzmacniać doznanie rozkoszy i czuć się zespoloną w miłości”.

Ta zmiana przyniosła radość, ale również trud. Okresowa wstrzemięźliwość na początku była wyzwaniem dla obojga. Jednak po okresie około pół roku zmiana postawy przyniosła niespodziewane rezultaty.

„Wiem, że jestem dla niego atrakcyjna. On sam stał się dla mnie dużo bardziej atrakcyjny, odkąd zarzuciłam antykoncepcję. Wiem również, że mąż szanuje mnie w prawach osoby. Traktuje moją płodność jako część mnie. Obecnie, na przekór swoim trudnościom związanym z zachowaniem czasowej abstynencji, stał się entuzjastycznym propagatorem NPR i zaleca tę metodę swoim przyjaciołom. Stąd wiem, że nie jest to dla niego poważny problem. Czas abstynencji może być okresem romantycznych przeżyć, może sprawić, że potem seksualna strona miłości stanie się bardziej ekscytująca. Ciągle uczymy się oboje szczerze wyrażać swoje uczucia”. Zwróćmy uwagę na słowo „szczerość”. Pełna akceptacja podwójnego znaczenia aktu małżeńskiego rozwija szczerość między małżonkami, otwartość, poznanie siebie i wzajemną akceptację. On i ona stają się dla siebie przezroczyści, rozumieją się coraz lepiej i uczą się siebie. Ich miłość staje się pełniejsza, nie sprowadza się tylko do współżycia cielesnego, ale to raczej współżycie wynika ze wzrostu miłości. Niegdyś w przysiędze sakramentalnej ślubowali sobie uczciwość małżeńską. Teraz, żyjąc nią na co dzień, rozwijają tę miłość, którą otrzymali jako dar od Boga. Nic zatem dziwnego, że zmienia się zupełnie perspektywa patrzenia i na drugie znaczenie aktu małżeńskiego.

„Przez rok pomyślnie stosowaliśmy metodę NPR, żeby uniknąć ciąży, po roku użyliśmy jej dla zajścia w ciążę! Po wybraniu najlepszego dla zapłodnienia czasu po raz pierwszy spróbowaliśmy mieć dziecko”.

„Albowiem stosunek małżeński z najgłębszej swojej istoty, łącząc najściślejszą więzią męża i żonę, jednocześnie czyni ich zdolnymi do zrodzenia nowego życia, zgodnie z prawami zawartymi w samej naturze mężczyzny i kobiety – pisze Paweł VI. – Jeżeli zatem zostaną zachowane te dwa istotne elementy stosunku małżeńskiego, a więc oznaczanie jedności i rodzicielstwa, to wtedy zatrzymuje on w pełni swoje znaczenie wzajemnej i prawdziwej miłości oraz swoje odniesienie do bardzo wzniosłego zadania, do którego człowiek zostaje powołany – a mianowicie do rodzicielstwa” (HV 12).

Pomogliśmy papieżowi

W atmosferze zamętu i kontestacji, której doznawał Paweł VI, był ktoś, na kim mógł się on mocno oprzeć. Papież Montini zetknął się z Karolem Wojtyłą jeszcze przed swoim wyborem na Stolicę Piotrową, kiedy jako arcybiskup Mediolanu ofiarował dzwony dla krakowskiej parafii św. Floriana. W czasie kolejnych sesji soboru poznawali się coraz lepiej. Paweł VI wyniósł Wojtyłę na stolicę arcybiskupią w Krakowie, a później uczynił go kardynałem. Krakowski arcybiskup powołał komisję, która opracowała tzw. Memoriał krakowski – obszerne teologiczne uzasadnienie zasad etyki małżeńskiej. Memoriał ten Paweł VI otrzymał w lutym 1968 r., na 5 miesięcy przed ukazaniem się „Humanae vitae”. Ks. Andrzej Bardecki, wieloletni asystent kościelny „Tygodnika Powszechnego”, twierdził, że 60 proc. tekstu „Humanae vitae” pochodzi bądź z opracowania krakowskiej komisji, bądź z prac samego Wojtyły, który po przeczytaniu encykliki miał powiedzieć: „Pomogliśmy papieżowi”.

Nasuwa się pytanie: Dlaczego tylu teologów zachodnich, a nawet biskupi i kardynałowie kontestowali Pawła VI, a Wojtyła i polscy teologowie mu pomogli? Czy dlatego, że „Polonia semper fidelis”? A może z powodu tradycyjnego konserwatyzmu Kościoła w Polsce pod przewodnictwem prymasa Wyszyńskiego? Nic bardziej błędnego!

Wojtyła już na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku dysponował bogatymi źródłami, z których mógł czerpać, pracując nad etyką małżeństwa.

Z jednej strony było to żywe doświadczenie spotkania z małżeństwami i rodzinami. Ścisła współpraca z dr Wandą Półtawską, bliski kontakt z młodzieżą z duszpasterstwa akademickiego, a potem z rodzącymi się w jej gronie związkami dawał mu znakomity ogląd sytuacji. Jednym z jego bliskich przyjaciół był – dziś kandydat na ołtarze – Jerzy Ciesielski, którego związek małżeński z Danutą Plebańczyk Karol Wojtyła pobłogosławił w 1957 r.

Z drugiej strony krakowski arcybiskup miał głęboką refleksję filozoficzną i teologiczną: patrzył na człowieka od strony jego „genealogia divina” – Bożego pochodzenia.

Przed ślubem Jerzego i Danuty przeprowadził dla nich swoiste rekolekcje na wycieczce z Ptaszkowej do Krynicy. Tematy, które poruszył, dają wiele do myślenia. W czasie pierwszej konferencji mówił im o Trójcy Świętej i o tajemnicy życia wewnętrznego Pana Boga. Potem – o bogactwie i niebezpieczeństwach miłości małżeńskiej i rodzicielskiej i o świętości w małżeństwie. Dlaczego do przyszłych małżonków mówił o tajemnicy życia wewnętrznego Boga? Ponieważ człowiek został stworzony „na obraz Boży mężczyzną i niewiastą”, to znaczy Bóg od samego początku pomyślał człowieka jako przeznaczonego do miłości, do relacji... do rodziny. Na obraz Trójcy Świętej, która jest Miłością.

Zachowały się notatki Jerzego Ciesielskiego z okresu jego małżeństwa, które dowodzą, że traktował wspólną drogę z Danusią jako drogę do świętości, która obejmuje całość życia obojga – także jego wymiar cielesny.

W swoich zapiskach umieścił taką m.in. refleksję: „Dążenie do naturalnej doskonałości aktu płciowego, mające na celu dać maksimum zadowolenia, jest również celowe z punktu widzenia katolickiego ideału małżeństwa. Dążenie to musi być – jak zresztą cała przyjemność płciowa – owiane duchem dawania, a nie brania, i oczywiście nigdy nie może zagrażać potomstwu”.

To potwierdzało wnioski, które Wojtyła wywodził, analizując naturę małżeństwa. Mąż i żona, wkraczając na wspólną drogę, nie zawiązują po prostu jakiejś wspólnoty. Relacja między nimi ma charakter oblubieńczy (nazywał to komunią osób), to znaczy jedno dla drugiego ma stawać się darem, a dar – aby był autentyczny – musi być całkowity. Czym jest owa całkowitość? To właśnie podwójne znaczenie daru: jestem darem dla ciebie, a ty dla mnie, i jestem otwarty na dar macierzyństwa/ojcostwa. Wykluczanie jednego lub drugiego znaczenia zawsze będzie uprzedmiotawiać małżonków, nawet jeśli oboje by się na to zgadzali. Wybór jest radykalny – między pełnym oddaniem się sobie i wzrostem miłości a egoistycznym nakierowaniem na siebie i śmiercią miłości.

Różnica między spojrzeniem Wojtyły a spojrzeniem zachodnich teologów i biskupów polegała na tym, że ten pierwszy patrzył na małżeństwo jako na drogę wzrostu miłości i realizowania projektu, który Bóg dał człowiekowi w momencie stworzenia go i zbawienia. Ci drudzy patrzyli zaś bardziej przez pryzmat świata, który zachwycony technicznymi możliwościami przedstawiał pigułkę jako drogę wyzwolenia człowieka. Wojtyła rozmawiał z małżonkami, którzy chcieli iść ku świętości, zachodni teologowie odbierali głównie sygnały od tych, dla których katolicka etyka była ciężarem i ograniczeniem.

Po 50 latach od publikacji encykliki widać wyraźnie jej profetyczny charakter. Mentalność antykoncepcyjna zakorzeniła się w cywilizacji atlantyckiej, promując wyższość osobistej przyjemności nad darem z siebie, stawiając pod znakiem zapytania sens trwałości związku kobiety i mężczyzny, odrywając seks od miłości i czyniąc z niego autonomiczny rodzaj rozrywki niezwiązanej z żadną odpowiedzialnością. Kryzys rodziny pociąga za sobą kryzys wiary, gdyż odchodzenie od Bożego projektu oznacza odchodzenie od samego Boga.

Z drugiej strony jednak zaczęły się pojawiać małżeństwa niesłychanie świadomie podchodzące do swojego powołania. Są to ludzie korzystający z różnych form formacji chrześcijańskiej, na Zachodzie i na Wschodzie, rodziny wielodzietne, kochające się, choć przechodzące też przez trudne doświadczenia. Są oni w zdecydowanej mniejszości, tak jak chrześcijanie w pierwszych wiekach, ale to oni są żywym świadectwem prawdziwości „Humanae vitae” i jej rozwinięcia w postaci „teologii ciała” św. Jana Pawła II. Są już wśród nich kandydaci na ołtarze, tacy jak francuski profesor Jérôme Lejeune – nie tylko wybitny genetyk i obrońca życia, ale wierny mąż i ojciec pięciorga dzieci, jest wspomniany Jerzy Ciesielski, jest hiszpańskie małżeństwo Tomasa i Paquity Alvira – jedni z pierwszych małżonków w Opus Dei.

Są też inni – może znani nam osobiście – mężowie i żony, których miłość, także po latach, pozostaje wciąż świeża, których dzieci również zawierają związki małżeńskie radosne i otwarte na życie lub wybierają drogę wyłącznego poświęcenia się Panu Bogu w kapłaństwie, zakonie lub celibacie apostolskim.

Są też ludzie, którzy pragną miłości, lecz szukają jej po omacku, wchodząc czasem na bezdroża wiodące donikąd. Czekają oni na jeszcze liczniejszych świadków Miłości – przez duże M.

Paweł Zuchniewicz, dziennikarz, pisarz, wicedyrektor ds. wychowawczych szkoły „Żagle” Stowarzyszenia „Sternik”, autor biografii Hanny Chrzanowskiej pt. „Siostra naszego Boga”

Tagi:
życie miłość

Abp Gądecki popiera apel posłów do Prezes Trybunału Konstytucyjnego

2018-12-05 11:05

Rozmawia Artur Stelmasiak
Niedziela Ogólnopolska 49/2018

BP KEP
Abp Stanisław Gądecki

ARTUR STELMASIAK: – Niedziela.pl ujawniła list 79 posłów do prezes Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej, którzy domagają się natychmiastowej pracy nad wnioskiem ws. aborcji eugenicznej. Pod bardzo mocnym apelem podpisali się posłowie głównie z PiS, co stanowi 1/3 klubu sejmowego partii rządzącej. Jak Ksiądz Arcybiskup skomentuje ten mocny głos w obronie życia?

ABP STANISŁAW GĄDECKI: – To bardzo pozytywny sygnał, bo przecież życie ludzkie jest wartością podstawową i wstępem do wszystkich innych praw człowieka. Dobrze, że jest tak duża grupa posłów, w których obudziło się sumienie i apelują, by ta kwestia wreszcie została przeprowadzona przez Trybunał Konstytucyjny. Obrona życia była przecież zapowiadana przez PiS w wielu obietnicach wyborczych.

– Cała reforma sądownictwa i batalia polityczna były po to, by Trybunał Konstytucyjny działał sprawnie. A jaki jest w tej kwestii?

– Już ponad rok czekamy na orzeczenie w najważniejszej sprawie, która jest w Trybunale. To nie wystawia najlepszej opinii na temat tej reformy. Jednocześnie zastanawiające są słowa rzecznik prasowej PiS Beaty Mazurek, która mówi, że grupa tych zatroskanych posłów wywiera presję na Trybunał. W ten sposób próbuje się zdezawuować słuszny apel dużej grupy posłów.

– Ale przecież posłowie się jedynie upomnieli, by Trybunał pracował i stał na straży Konstytucji RP, czyli wykonywał to, co do niego należy i za co sędziom płacą Polacy.

– Ja myślę, że oczekiwanie i zniecierpliwienie ze strony katolików, także wyborców partii rządzącej, jest pod tym względem ogromne. Wycofanie się PiS z tej obietnicy byłoby wielkim wyrzutem sumienia, który będzie miał dla partii złe skutki. Przecież także pod projektem Kai Godek #ZatrzymajAborcję podpisało się aż 830 tys. osób – i tego głosu nie można zlekceważyć. Kolejne tysiące pracowało nad tym projektem przez długi czas. Oni wszyscy są coraz bardziej zniecierpliwieni i rozczarowani.

– To często są te same osoby, które aktywnie wspierały PiS w kampaniach wyborczych w 2015 r.

– Tak przypuszczam i dlatego zawód sprawiony przez posłów swoim wyborcom jest działaniem niekorzystnym także ze względów politycznych sprawowania władzy i przyszłych wyborów.

– Taka jest diagnoza polityczna. A jaka jest diagnoza ewangeliczna?

– Każdy wierzący, ale także uczciwy człowiek wie, że życie jest najważniejsze i trzeba go bronić wszelkim kosztem.

– Niedawno obchodziliśmy rocznicę złożenia w Sejmie projektu #ZatrzymajAborcję, który ma poparcie wszystkich polskich biskupów. Co na to Przewodniczący KEP?

– Minął rok od złożenia projektu obywatelskiego #ZatrzymajAborcję, który podpisało ok. 830 tys. osób. Obywatele naszego kraju popierają projekt, który wyklucza przesłankę eugeniczną. Przecież prawo do życia nie jest tylko kwestią światopoglądu, nie jest tylko prawem religijnym, ale jest także prawem człowieka. Z wielkim bólem widzimy, że w Polsce to prawo człowieka do życia wciąż jest łamane. Przecież na straży życia ludzkiego stoją sama nauka i aparatura USG. Widać, jak dziecko w łonie matki się uśmiecha, ziewa, płacze, porusza palcami u rąk i nóg. Wobec tych faktów naukowych nie możemy przechodzić obojętnie.

– Co ludzie mogą jeszcze zrobić?

– Razem z pozostałymi biskupami prosimy o modlitwę, aby prawo stanowione chroniło życie człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci. Prośbę o modlitwę w tej intencji kierujemy do wszystkich ludzi dobrej woli, szczególnie do kapłanów, osób życia konsekrowanego oraz naszych rodaków w kraju i na świecie.

– W katolickiej nauce społecznej jednoznacznie się podkreśla, że człowiek nie może mieć dwóch sumień: prywatnego i politycznego.

– Nie można zostawiać sumienia za drzwiami swojego gabinetu politycznego, bo byłaby to schizofrenia. Niewątpliwie ochrona życia jest najważniejszą kwestią osobistego sumienia osób, które o tym decydują.

– Ksiądz Arcybiskup powiedział w 2016 r., gdy PiS odrzucił projekt całkowitej ochrony życia poczętego, że sprawa aborcji eugenicznej będzie testem na prawdomówność najważniejszego polityka w Polsce.

– Z pewnością jest to sprawdzian, do jakiego stopnia obietnice polityczne są traktowane poważnie przez ludzi, którzy je składają.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Długa historia nienawiści

Z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim o mechanizmach, twórcach, bohaterach i ofiarach przemysłu nienawiści rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 45/2010, str. 8-10

Dominik Różański
Poseł Jarosław Kaczyński - prezes Prawa i Sprawiedliwości

Wiesława Lewandowska: - Po morderstwie w łódzkim biurze PiS politycy i dziennikarze zaczęli mówić o potrzebie wykluczenia języka nienawiści z debaty publicznej. Niedwuznacznie wskazuje się na Pana, jako na głównego siewcę języka nienawiści. Co Pan na to?

Jarosław Kaczyński: - No tak, z woli mediów i polityków rządzących jestem niemalże sprawcą tego mordu! To dla mnie nic nowego. Przywykłem, że za wszelkie zło w Polsce odpowiadają bracia Kaczyńscy, a teraz ja sam…

- … Kiedy Pan po raz pierwszy usłyszał o sobie, że jest „oszołomem”?

- Od dawna ironizowano, że tworzymy z Leszkiem dwuosobową partię. Poważniejsze uszczypliwości, jeszcze w ramach wspólnego środowiska, zaczęły się, gdy obaj z bratem - który wtedy był pierwszym zastępcą Lecha Wałęsy - dostaliśmy zlecenie, by zorganizować powołanie pierwszego rządu w wolnej Polsce. Wtedy właśnie często słyszałem różne niemiłe rzeczy, środowisko dawało do zrozumienia, że powinniśmy być wreszcie po właściwej stronie…

- Środowisko, czyli kto?

- To było szeroko rozumiane środowisko „Gazety Wyborczej”. Doskonale pamiętam tamtą wściekłość i zaciętość… Muszę uczciwie powiedzieć, że jedynym człowiekiem wolnym od tego rodzaju politycznej i osobistej zawiści był Jacek Kuroń, który mówił mi półżartem: Ja już przeszedłem do historii, to nie przeżywam tak boleśnie tego twojego „wywyższenia”, ale pamiętaj, że dla innych to może być nie do zniesienia.

- I było?

- I było coraz ostrzej. Naprawdę ostro zaczęło się, kiedy zostałem redaktorem naczelnym „Tygodnika Solidarność”. Właśnie wtedy nazywano mnie oszołomem i karierowiczem, a „Tygodnik” był odsądzany od czci i wiary. Przekonywano, że jest okropny, kompromitujący, że nie należy go brać do ręki. A chodziło po prostu o to, że panowie z lewicy laickiej chcieli mieć wszystko na wyłączność, nawet „Solidarność”. To wtedy padł z ich strony pomysł przeniesienia biura „Solidarności” do Warszawy, zablokowany przez mojego brata, co rzecz jasna wywołało ogromną złość środowiska. Piekielna wprost nienawiść pojawiła się, gdy zdecydowaliśmy się na utworzenie Porozumienia Centrum. Media od samego rana ziały jadem, niemal odmawiając PC prawa do istnienia.

- Wtedy mówiło się, że jesteście partią oszołomów, zagrażającą spokojowi i przyszłości „tego kraju”. Nie byliście?

- Wręcz przeciwnie. Chcieliśmy zastopować rozpoczęte już opanowywanie polskich spraw przez jedno jedynie słuszne środowisko. Wtedy mianowicie realizowano pomysł, aby nad całokształtem polskich spraw zapanowały Komitety Obywatelskie, co w istocie znaczyło, że najważniejsze sprawy kraju będą się decydowały w kilku warszawskich mieszkaniach… Myśmy ten błogostan rzeczywiście rozbijali i z tego tylko punktu widzenia można było nas uznać za siłę destrukcyjną.

- I to wtedy stał się Pan uosobieniem wszelkiego zła politycznego?

- Chyba tak, choć najbardziej odczułem to, kiedy poruszyliśmy sprawę korupcji w Polsce. Gdy zorganizowaliśmy pierwszą konferencję antykorupcyjną w 1991 r., to zaczęło się oskarżanie nas o korupcję właśnie! Wtedy to usłyszałem, że jestem człowiekiem, który dorobił się wielkiego majątku na polityce. A tymczasem mieszkałem sobie skromnie w pokoju przy rodzicach - bo nigdy się nie dorobiłem własnego mieszkania - gdzie było bardzo biednie, bo rodzice od dawna byli na emeryturze, a ja przez długi czas byłem bez dochodów…

- Co najbardziej głupiego i absurdalnego udało się Panu usłyszeć na swój temat?

- Jeden z moich kolegów od taksówkarza usłyszał, że jestem szefem wszystkich gangów w Warszawie, a pewna była pracownica KC, powołując się na bliską znajomość ze mną, mówiła, że na pewno wie, iż jestem właścicielem fabryki cukierków. Tego typu wieści roznosiły się szeroko po Polsce, w każdym z województw jakoby byłem właścicielem jakichś dóbr… W Piotrkowie usłyszałem: Co pan tu mydli nam oczy jakąś demokracją, przecież pan swojego brata kierowcę zrobił szefem NIK-u i ma pan inwestycje na 800 mln dolarów… Najgorsze, że ludzie wierzyli w te bzdury.

- Było przykro?

- Bywało… choć miałem nadzieję, że zważywszy na absurdalność tych oszczerstw, poważni ludzie nie będą w nie wierzyć.

- Jednak wierzyli!

- Trudno to pojąć, ale, niestety, tak. Bywało, że nie mogłem spokojnie wyjść na ulicę, bo ze wszystkich stron słyszałem obelżywe słowa i oskarżenia.

- Znamienne, że Pana politycznym adwersarzom bogactw raczej nie przypisywano…

- Oczywiście, że nie, choć niejeden z nich miał wiele na sumieniu. Ponieważ jednak myśmy zaatakowali to gigantyczne złodziejstwo, rozkradanie majątku narodowego na wszelkie sposoby, to zrobiono z nas złodziei, dla prostego odwrócenia uwagi. To trwało kilka lat.

- W mediach pojawiały się także innego rodzaju oskarżenia pod Pana adresem. Równie absurdalne?

- Rzeczywiście, atakowano mnie z wielu stron, równie absurdalnie, zwłaszcza w czasie sporu z Lechem Wałęsą. Nawet z tego powodu, że lubię koty… Uspokoiło się nieco, gdy w połowie lat 90. PC wypadło z głównego nurtu politycznego, brat przestał być szefem NIK-u, a ja w 1997 r. wróciłem do Sejmu jako niezrzeszony poseł, który niewiele mógł zdziałać.

- Ale za to mógł wymyślić projekt „tej strasznej” IV RP!

- Dla pełnej jasności powiem, że nie ja wymyśliłem określenie „IV RP”, lecz Rafał Matyja (publicysta i politolog), a rozpowszechniał je Paweł Śpiewak (który był wówczas blisko związany z PO i później był nawet posłem z jej ramienia!). Prawdą jest natomiast, że już od początku lat 90. w naszym środowisku zaczął kiełkować pomysł „nowego państwa”, zupełnie innego niż to, którego tworzenie było właśnie w toku… Cały ten projekt był, oczywiście, ogromnym zagrożeniem dla układu postkomunistycznego, bo miał radykalnie odwrócić wszystkie złe zjawiska społeczne i gospodarcze. Od początku lat 90. mówiliśmy o „latynizacji”, czyli o nieefektywnym kapitalizmie, powiązanym z siłami postkomunizmu. Dlatego uznano nas za ludzi niezwykle groźnych. Gdy w 1994 r. staraliśmy się przebić z ideą walki z przestępczością, to znów była wielka furia, bo ośmielaliśmy się wypominać dziwną bezradność państwa wobec rozwijającej się przestępczości. W dyskusji telewizyjnej usłyszałem wtedy od szefa więziennictwa Moczydłowskiego „koronny” zarzut: A pana przecież też oskarżają o złodziejstwo…

- Co Pan na to?

- Trudno było dyskutować na takim poziomie, a więc tym bardziej trzeba było jakoś działać. Organizowaliśmy wiece, zbieraliśmy podpisy, przygotowywaliśmy projekty ustaw, ale to wszystko niewiele dawało, jeśli nie liczyć zmasowanej krytyki i nieprzychylności mediów. Dopiero gdy Lech Kaczyński został ministrem sprawiedliwości, te nasze słowa i projekty zaczął zmieniać w czyn, co zostało dobrze przyjęte przez społeczeństwo.

- Wtedy nastały lepsze czasy i krytyka medialna zelżała?

- W żadnym razie! Ja zachowałem swój status polityka skrajnie niepopularnego, za to brat zyskał popularność i szybko zaczął pod tym względem doganiać Kwaśniewskiego. Ale ta rosnąca popularność jednego z Kaczyńskich zaowocowała, niestety, bardzo brutalnym atakiem w mediach. Telewizja publiczna wyemitowała film pt. „Dramat w trzech aktach”, który z nas robił współodpowiedzialnych za aferę FOZZ-u… Kłamstwo wyssane z palca! W tym czasie w kabarecie Olgi Lipińskiej śpiewano: „Hej, jadą z forsą wozy,/Hej, a na nich kaczory,/Hej, jadą po raz drugi,/Hej, znów się forsa zgubi”.

- Nie staraliście się bronić dobrego imienia przed sądem?

- Staraliśmy się, tyle że to się nie udawało. Bywało tak, że sądy nie podejmowały naszych spraw. Wytoczyłem proces Urbanowi, który się nigdy nie odbył… Wytoczyłem Andrzejowi Drzycimskiemu (który powiedział, że to ja pomogłem uciec Bagsikowi i Gąsiorowskiemu) - w pierwszej instancji przegrałem z uzasadnieniem, że rzecznik prasowy prezydenta mógł sobie pozwolić na taką luźną wypowiedź, natomiast sąd drugiej instancji przez pięć lat - a więc do przedawnienia - nie miał czasu zająć się tą sprawą… Proces o moją rzekomą lojalkę toczył się przez długie lata i gdyby nie to, że komuniści sami się przyznali do fałszerstwa, to prawdopodobnie bym go nie wygrał… Na sprawiedliwość sądów nigdy nie mogliśmy liczyć.

- Gdy 2001 r. powstały dwa centroprawicowe ugrupowania -PiS i PO - wydawało się, że ze względu na pokrewieństwo ideowe nareszcie nie będzie większych sporów. Dlaczego tak się nie stało?

- Dostaliśmy się do parlamentu w 2001 r. jako niewielka grupa. Niedługo potem wybuchła afera Rywina i znaleźliśmy się, wraz z PO, w głównym nurcie politycznym. Wydawało się, że wspólnie będziemy dobijać postkomunizm. Dlatego sporym dla mnie zaskoczeniem było, gdy 19 czerwca 2005 r., zupełnie z nagła, Donald Tusk wygłosił w Warszawie na Torwarze bardzo agresywne wobec nas przemówienie. Już przedtem parę razy spotykaliśmy się z agresją z jego strony przy okazji omawiania różnych ważnych spraw i widać było, że to nie jest człowiek, z którym będzie można się porozumieć…

- A mówiono zawsze, że to Pan nie jest skłonny do porozumień!

- No właśnie, bo o mnie można było mówić wszystko, nawet nieprawdę, i nigdy nie miałem szansy sprostowania…

- Po 19 czerwca 2005 r. doszedł Pan do wniosku, że raczej niemożliwe będzie tworzenie „nowego państwa” wspólnie z PO?

- Na to, niestety, wyglądało. Donald Tusk poczuł się pewniej, gdy rozprawiono się z Cimoszewiczem i już wszystkie głosy postkomunistycznego establishmentu mogły pójść na korzyść PO, a kampania wyborcza PO mogła być zbudowana na atakach na nas. Przedstawiono nas jako tych, którzy chcą siać terror. To była krytyka naszej deklaracji walki z korupcją. Straszono naszym programowym „socjalizmem”. Przekonywano, że tylko PO jest gwarantem spokoju.

- PiS w tej kampanii nie pozostawało jednak dłużne - też straszyło!

- Oczywiście, ale zwracaliśmy uwagę przede wszystkim na różnice programowe, że nam chodzi o Polskę solidarną, im o liberalną. Wydawało się, że stosujemy normalne metody walki wyborczej, ale jakkolwiek byśmy nie zadziałali, choćby przedstawiając symbol pustoszejącej lodówki, wszystko uznawano za kamień obrazy. Warto powiedzieć, że gdyby PO mogła zrealizować wtedy swój program, to późniejszy kryzys zniszczyłby Polskę… Na szczęście, to my wygraliśmy wybory w 2005 r.

- I potem to Pan nie chciał dopuścić do utworzenia rządu koalicyjnego PiS-PO?

- Nic podobnego! To oni nie chcieli wtedy sojuszu z nami, z partią, która wygrała… Byli pewni, że dostaną poparcie mediów w każdej sytuacji, dlatego mogli przeprowadzić tę swoją socjotechniczną grę, aby winę za nieutworzenie koalicji zwalić na nas. Nie chcieli też nowych wyborów, gdy wiosną 2006 r. proponowaliśmy samorozwiązanie parlamentu, mimo że już wtedy wyprzedzali nas w sondażach. Wówczas padła taka bardzo charakterystyczna deklaracja: nie chodzi o to, żeby teraz wygrać z PiS-em, nam chodzi o to, żeby PiS anihilować, unicestwić.

- Uważa Pan, że to właśnie wtedy rozpoczęła się ta najgroźniejsza odsłona kampanii nienawiści?

- Tak, choć już po wyborze Lecha Kaczyńskiego na prezydenta Polski Platforma wraz z popierającym ją establishmentem ogłosiła niemal żałobę narodową i wiadomo było, że najgorsze przykrości dopiero przed nami… Zaczęło się obrażanie, wyśmiewanie prezydenta, na temat reklamówki mojej śp. Bratowej rozpętano całą kampanię szyderstw… W obronę wzięto niejakiego Huberta H., który lżył prezydenta, a stał się niemal bohaterem narodowym. Zasugerowano ludziom nawet, że jest on prześladowany na polecenie Lecha Kaczyńskiego… To prymitywne pomówienie było zarazem sygnałem dla prokuratury, żeby nie zajmowała się sprawami obecnego prezydenta, i rzeczywiście, czegokolwiek obraźliwego by o prezydencie nie powiedziano, to sprawy albo nie podejmowano, albo ją umarzano. Natomiast przy takim samym stanie prawnym za prezydentury Kwaśniewskiego potrafiono skazywać na pozbawienie wolności za powiedzenie, że prezydent jest leniwy… O Leszku można było powiedzieć wszystko, co najgorsze, że pijak, że cham - i nic… Nie ma przesady w określeniu, że wokół prezydenta Kaczyńskiego stworzono cały przemysł pogardy.

- Kogo uważa Pan za głównego twórcę tego przemysłu pogardy?

- Przede wszystkim polityków PO, którzy byli inspiratorami większości obelżywych kampanii. Najwięcej zasług w tej sprawie położył chyba sam Donald Tusk, który już kilka lat temu mówił o schizofrenii braci Kaczyńskich, którzy wskazują nadużycia, układy, złodziejskie powiązania... Moim zdaniem, to obrażanie nas było głęboko przemyślane, było zakamuflowaną obroną tych, którzy poczuli się zagrożeni przez rządy Kaczyńskich.

- Dlaczego po przejęciu władzy przez PO nie doszło do uspokojenia nastrojów? Może tym razem to PiS, jako partia opozycyjna, prowokowało kłótnię?

- Pewnie dlatego, że głównym celem PO było całkowite wyeliminowanie PiS-u z polityki. Zwracam uwagę, że to nie my używaliśmy obelżywych słów i prymitywnych dowcipów. Takowe zaczęły padać z ust wysokich urzędników państwowych i ochoczo były powielane przez media. Mówiono o nas jako o dewiantach, nazywano bydłem, watahą, którą trzeba dorżnąć… Szyderstwo z Kaczyńskich było w dobrym tonie, przy każdej okazji, w każdym salonie, na każdym dworcu. Wielu dziennikarzy i twórców programów popkulturowych nie zarobiłoby inaczej na życie. I pewnie wszyscy mieli przy tym dobrą zabawę, ale uważam, że za tą całą nagonką medialną kryje się jeszcze coś więcej. Uważam, że mamy do czynienia z całkowicie przemyślaną intencją szkodzenia Polsce.

- No i właśnie znów naraża się Pan na kolejne ataki, że dopatruje się Pan wszędzie spisku…!

- Trudno. Inaczej nie sposób tego wszystkiego zrozumieć. Czasem poziom agresji naszych mediów jako żywo przypomina mi radio Moskwa z najciemniejszych czasów. Najdobitniej odczuwałem to wtedy, kiedy prezydent z narażeniem życia poleciał do Gruzji, żeby ratować coś, co było bardzo ważne także dla interesu Polski, i był z tego powodu wyszydzany, wyśmiewany. Naprawdę, narażając się znowu na czyjąś furię, powiem, że być może to właśnie udział w tamtej gruzińskiej misji przyczynił się do przedwczesnej śmierci mojego brata…

- A może, Panie Prezesie, ten polski przemysł nienawiści wymknął się po prostu spod kontroli i nikt nad nim nie panuje?

- Moim zdaniem, ten przemysł nienawiści był i jest jednak sztucznie podtrzymywany, bo PO po prostu nie umie inaczej rządzić; moralnie i intelektualnie jest niezdolna do rządzenia. To jest strukturalna cecha tej elity politycznej, która prowadzi do tego, że zamiast prawdy mamy manipulację. Mechanizm demokratyczny zmienił się w jedną wielką manipulację! Gdy co miesiąc obchodzę wspomnienie śmierci brata, to mówi się, że urządzam faszystowskie demonstracje… Tak mówi się o pochodzie, który modli się pod wodzą księży, tylko dlatego, że ludzie niosą pochodnie… Niestety, duża część zwolenników PO nie rozumie rzeczywistości, niewiele o niej wie i nawet nie chce wiedzieć…

- Wydawało się, że katastrofa smoleńska wyciszy spory i nienawiści, tymczasem stało się wręcz przeciwnie. Podobno to z Pana winy?...

- Proszę zwrócić uwagę, że gdy nie chciałem wykorzystywać osobistej tragedii w kampanii wyborczej, to nazwano to hipokryzją. Gdy tylko zacząłem zgłaszać zastrzeżenia do postępowania rządu w kwestii wyjaśniania przyczyn katastrofy, uznano, że się awanturuję… Ja nie zamierzam w tej sprawie milczeć. A zachowanie polskiego rządu wobec strony rosyjskiej oceniam jako jeden wielki skandal! Właśnie przy okazji tej tragedii okazało się najdobitniej, że politycy sprawujący obecnie władzę nie mają moralnych kwalifikacji do rządzenia dużym europejskim krajem.

- A zatem będzie Pan nadal jątrzył?

- Nie godzi się siedzieć cicho, gdy się słyszy niewybredne, chamskie dowcipy, obrażające Zmarłych! Gdy po przeżyciu wielkiej tragedii narodowej ruszyła nieprawdopodobna fala chamstwa, podmywająca fundamenty naszej kultury... Nic na to nie poradzę, że mam dziś silne skojarzenia z czasem okupacji, gdy tłamszono naszą samodzielność… Wiem, że to wywoła furię, ale niestety, taka jest moja ocena obecnej sytuacji. Uważam, że ten klimat politycznie zainspirowanej nienawiści nie mógł się nie skończyć tragicznym wydarzeniem w Łodzi.

- Po tym zabójstwie, komentując Pana niechęć przyłączenia się do rządowej akcji walki z nienawiścią w polityce, premier powiedział, że nie dojrzał Pan do refleksji…

- A pewien publicysta wprost oszalały z nienawiści ogłosił wprost, że to ja jestem wszystkiemu winien… Moje zdumienie budzi fakt, że „Rzeczpospolita” publikuje głosy wzywające mnie do przeprosin za to, że w Łodzi zamordowano niewinnego człowieka, bo zabójca nie mógł zamordować mnie. A gdyby do ataku doszło tu, w moim biurze, i gdybym jakimś cudem wyszedł cało, to powinienem natychmiast przeprosić Donalda Tuska i całą PO za to, że dokonano na mnie zamachu!? Co więcej, doszło do sytuacji niespotykanej w cywilizowanych państwach: po tym politycznym morderstwie znaleźli się czołowi politycy Platformy, tacy jak panowie Niesiołowski, którego Platforma uczyniła wicemarszałkiem Sejmu, i Czuma, który był ministrem sprawiedliwości, którzy wręcz usprawiedliwiali ten mord. Bo czym, jak nie usprawiedliwieniem tej zbrodni, są słowa (skierowane do mnie), że kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. Takie słowa, zwłaszcza w ustach osoby, która była ministrem sprawiedliwości, są szczególnie odrażające.

- Dlaczego nie docenia Pan gestu złożenia kwiatów w miejscu morderstwa przez premiera, prezydenta i marszałka Sejmu?

- Dlatego właśnie, że to tylko gest, za którym nie idą konkretne działania. Aby w Polsce można było dziś mówić o realnej zmianie, to po pierwsze - powinno być wszczęte postępowanie karne przeciwko Januszowi Palikotowi, który jako ceniony w swej partii polityk jawnie podżegał do zabójstwa. Po drugie - Bronisław Komorowski i Donald Tusk powinni przeprosić publicznie w Sejmie za obelgi rzucane na mojego śp. Brata, a pan Komorowski także za usprawiedliwianie wyjątkowo odrażającego ataku swojego przyjaciela Palikota na śp. Grażynę Gęsicką.

- „Eksperymentalnie” prezydent już to uczynił.

- W tych przeprosinach było więcej cynizmu niż stosownej pokory… Przepraszać należy uczciwie, po chrześcijańsku. A za prawdziwymi przeprosinami powinien też pójść apel do mediów, aby nie sączyły jadu, nie prymitywizowały debaty publicznej, aby wreszcie zaczęły spełniać swą właściwą w demokracji rolę rzetelnego kontrolera rządów i polityki.

- Wtedy zgodzi się Pan na rozmowę z prezydentem, której teraz Pan odmawia?

- Tak. W przeciwnym razie pozostanę w przekonaniu, że chodzi tu o kolejny nieczysty manewr polityczny.

- Tyle że ta Pana dumna odmowa znowu będzie krytykowana i wyśmiewana. Nie boi się Pan tego?

- Niczego już się nie boję. I oświadczam, że nikt mnie nie zmusi - chyba że mnie zabije - do tego, żebym nie dążył do wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej, bo to jest mój obowiązek wobec Polski, wobec mojego śp. Brata i wobec Przyjaciół, którzy zginęli.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

O pilotowaniu

2019-01-15 21:17

Katarzyna Krawcewicz

W Domu Formacyjnym Ruchu Światło-Życie im. św. Jana Chrzciciela w Łagowie 14 stycznia rozpoczęła się sesja o pilotowaniu kręgu, czyli rekolekcje dla par pragnących podjąć posługę formacji nowo powstających kręgów Domowego Kościoła. Sesję poprowadzili Grażyna i Roman Strugowie z archidiecezji łódzkiej.

Maciej Krawcewicz
W Łagowie rekolekcje dla par pragnących podjąć posługę formacji nowo powstających kręgów Domowego Kościoła

- Te rekolekcje przeznaczone są dla małżeństw po formacji podstawowej. Pilotowanie kręgu to ukazywanie małżonkom, którzy dopiero wchodzą do Domowego Kościoła, tego, czym żyjemy, jak funkcjonuje Ruch Światło-Życie, jakie są nasze zobowiązania – wyjaśnia Roman Strug.

Te zobowiązania to m.in. codzienna modlitwa osobista, małżeńska i rodzinna, regularne spotkanie ze słowem Bożym czy też comiesięczny dialog małżeński oraz systematyczna praca nad sobą, małżeństwem i rodziną.

W rekolekcjach uczestniczy 7 par. Zakończą się 19 stycznia.

Więcej w papierowym wydaniu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem