Reklama

Lokalna sitwa – studium przypadku

2018-04-18 11:44

Witold Gadowski, dziennikarz
Niedziela Ogólnopolska 16/2018, str. 17

Adufilms/pixabay.com

Układ – to słowo najlepiej opisuje mechanizm działania wielu miasteczek i miast, które stały się niemalże prywatną własnością lokalnych sitw. Bez przezwyciężenia tych sitw nie będzie w ogóle mowy o realnych zmianach, które trwale odcisną się na kształcie naszej państwowości. Utrapieniem Polski lokalnej są kliki, które całkowicie zawłaszczyły miejscowy potencjał. Zwykle dzieje się to podobnie: oto wśród miejscowych biznesmenów jeden zaczyna się wyróżniać, idzie mu znacznie lepiej niż pozostałym i zarabia nieporównywalnie większe pieniądze. Niekoniecznie jest to jednak jego zasługa, najczęściej jest wspomagany przez ludzi służb specjalnych.

W miasteczku X, które chcę przedstawić jako nieomal laboratoryjny przykład tej patologii, zaczęło się od tego, że jeden z biznesmenów zorganizował przedsiębiorstwo budowlane, zdobywał dobre kontrakty, z czasem zaczął zakładać następne firmy, a kilka – dzięki swoim znajomościom – wprowadził nawet na giełdę. Wokół biznesmena pojawili się znani w okolicy notable, a on zatrudnił ich na eksponowanych stanowiskach w swojej firmie. Nie muszą zbyt wiele robić, ot, niech stwarzają po prostu wrażenie, że te firmy liczą się bardziej niż wszystkie inne. Potem w lokalnym środowisku rozchodzi się informacja, że właściciel holdingu posiada całkiem poważne konto w IPN, a tak naprawdę to od wielu lat był powiązany z wojskowymi służbami specjalnymi. Biznesmen hojnie łoży na działalność charytatywną, aż w końcu otrzymuje statuetkę „Anioła Dobroci”, wręczoną mu publicznie. Biznesmen znajduje wreszcie swojego kandydata na prezydenta. Finansuje mu kampanię i promuje go w lokalnej gazecie, która wydawana jest przez jedną z jego firm. Kandydat biznesmena wygrywa wybory i zatrudnia w urzędzie tylko „krewnych i znajomych królika”, wskazanych mu przez – obrastającego w piórka – biznesmena.

Od miasteczka aż do siedziby powiatu wszyscy prokuratorzy i sędziowie biorą udział w sutych imprezach, które wyprawia nasz biznesmen. Nawet gdy uroczystość dwudziestolecia firmy przypada w dzień Wigilii, to goście zorganizowanego przez biznesmena balu mogą do woli raczyć się w tym czasie napojami obfitującymi w dobrze stężony alkohol.

Reklama

Prezydent miasta trwa na swojej pozycji wyłącznie dzięki wsparciu biznesmena, ten nie wymaga od niego zbyt wiele. Ot, gdy okazuje się, że miasto musi wybudować nowe przedszkole, przetarg na tę usługę wygrywa firma należąca do naszego biznesmena. Całkiem przypadkowo zresztą tak się dzieje. Nikt im nie pomaga, nikt o niczym nie wie. Rychło okazuje się, że w naszym miasteczku koszt budowy przedszkola jest dwukrotnie wyższy niż w Warszawie, kto by tam jednak zawracał sobie głowę takimi drobnostkami, nasza firma dostaje kolejne zlecenie – tym razem na wybudowanie nowej szkoły. I tym razem koszt tej budowy jest zdecydowanie wyższy niż w dużych miastach.

W spółkach naszego biznesmena zatrudnieni są członkowie rodzin kilku okolicznych prokuratorów i sędziów, pracę znajduje tam także żona szefa policji w miasteczku. Lokalna gazeta pilnie tępi każdego, kto śmiałby się krytycznie wypowiedzieć o biznesmenie.

Zmieniają się jednak czasy i do naszego miasteczka wkracza Prawo i Sprawiedliwość. Rychło miejscowi liderzy nowego ruchu są precyzyjnie owinięci sieciami rozmaitych zależności, snutymi wprost z portfela naszego biznesmena. Z lokalnego oddziału partii usunięci zostają wszyscy ci członkowie, którym nie podoba się działalność biznesmena. Dotychczas w miasteczku „rządził” młody burmistrz, którego nasz biznesmen odnalazł w lokalnym zakładzie rzeźniczym i jako tako przysposobił do pełnienia publicznej funkcji. Dla pewności burmistrz otrzymał od biznesmena wiano w postaci doświadczonego zastępcy, wieloletniego działacza PZPR na szczeblu miasteczka. Praktycznie młody prezydent nie musi się zbyt często pojawiać w pracy. Wszystkie dylematy rozwiązuje za niego zastępca, były działacz komunistyczny.

Przychodzi jednak nowa rzeczywistość i należy odpowiednio przygotować się do nadchodzących wyborów. W miasteczku nawet kioskarz Ruchu nie może pisnąć bez zgody i wiedzy naszego biznesmena, stąd też rychło na zebraniach PiS pojawiają się ludzie siedzący u biznesmena w kieszeni. Oni doskonale pojmują lokalną grę. Zatem do wyborów jako kandydat PiS i lokalny konkurent prezydenta rzeźnika wystawiony zostanie człowiek, któremu – za sowitą zapłatą – przyjdzie pełnić rolę „zająca”, ma przegrać, stwarzając pozory, że realnie stara się o fotel, który nasz biznesmen przeznaczył dla kogoś innego.

– PiS, PO i inne partie mogą sobie istnieć w Warszawie, u nas każdą taką organizację prędzej czy później opanują ludzie naszego biznesmena. On dba o to, aby w miasteczku nie wyrósł nikt niezależny i krytyczny wobec panującego w nim od lat układu – opowiada mi jeden z radnych działających w tym miasteczku.

– I wy tak bez szemrania się na to godzicie? – pytam nieco zdruzgotany opowieściami o sposobach działalności lokalnej szajki.

– Proszę pomieszkać w naszym miasteczku, sam Pan wtedy zrozumie, na czym to polega – uśmiecha się mój rozmówca.

– Tu, u nas, dużo trudniej jest być niezależnym i badać afery niż tam, u was, w stolicy – dodaje z miną, jakby wyjaśniał dziecku rzeczy najprostsze.

Miasteczko istnieje w rzeczywistości, leży w połowie drogi między Warszawą a Łodzią. Ludzie mówią tu ściszonym głosem, bowiem największym pracodawcą w okolicy jest właśnie nasz biznesmen, a każdy ma kogoś w rodzinie, kto zależy od wahań humoru biznesmena.

Czy taki lokalny układ, bezczelna sitwa, da się skutecznie rozbić, czy można w takim miasteczku zaprowadzić jaką taką normalność? Teoretycznie jest to możliwe, praktycznie dokonać tego może albo człek nieświadomy siły oddziaływania tego układu, albo też ktoś zupełnie z zewnątrz, kto nie da się obłaskawić i wkręcić przez lokalne bagienko.

Oczywiście, sumy, które nikną w kieszeniach kliki, nie przyprawiają o zawrót głowy. Jednak na niespełna pięćdziesięciotysięczne miasteczko są na tyle znaczące, że musi się z nimi liczyć każdy przedstawiciel lokalnej władzy, każdy – myślący o karierze – działacz społeczny.

Pozornie miasteczko jest ospałe i pozbawione werwy, kiedy jednak słucham opowieści o zabawach biznesmena i jego świty, to natychmiast mam się na baczności. To nie są gry lokalnych bonzów, to po prostu sposób na wypoczywanie preferowany przez „lokalną elitę”, którą wyhodował i obudził do życia nasz – wierzący w swoje moce – biznesmen. Lokalny układ, sitwa, porozumienie łapówkarskie nie powstaną, oczywiście, bez przedstawicieli miejscowej elity. Jednak pozyskanie jej przychylności to relatywnie bardzo niewielkie koszty. Straty spowodowane działaniem takiej sitwy są trudne do oszacowania, największą z nich jest jednak masowa ucieczka młodzieży z miasteczka. Oni doskonale widzą założony w nim „szklany sufit”, znają doświadczenia rodziców związane z nieudanymi próbami przebicia tej szklanej powały. Uciekają, bo chcą żyć inaczej, bez wszechobecnego uścisku „sitwy”.

Czy gdyby udało się sitwę rozbić, wypełniłaby się luka pokoleniowa między dziećmi szkolnymi a staruszkami, którzy spacerują ulicami miasteczka? Warto spróbować, może wtedy wielu młodych – zamiast szlifować londyńskie bruki, byle dalej od biznesmena i jego akolitów – pozostanie na miejscu i senna, lekko depresyjna atmosfera naszego miasteczka ulegnie poprawie. Pamiętajcie jednak – sitwa powstaje tam, gdzie w układ wchodzi biznes, policja, urzędnicy i przedstawiciele lokalnych władz. I szczególna prośba o wytężoną uwagę dla księży – nie przyjmujcie za dobrą monetę wszystkiego, co lśni w wyciągniętych w waszą stronę dłoniach biznesmena.

Tagi:
miasto felieton

„Zamknięte sklepy - Otwarte miasto”, czyli niedziela we Wrocławiu

2018-04-19 14:16

Agnieszka Bugała

Wrocławskie Centrum Rozwoju Społecznego „otwiera miasto na placu Wolności” zapraszając wszystkich mieszkańców, małych i dużych do udziału w wyjątkowym wydarzeniu pod hasłem: „Zamknięte sklepy - Otwarte miasto”.


Swoje stoiska przygotują m.in. Hala Stulecia, Hydropolis, Miejskie Centrum Sportu, Muzeum Narodowe, wrocławskie ZOO, WKS Śląsk Wrocław oraz wiele innych instytucji i firm. Wśród propozycji, m.in. konsultacje dietetyczne Wrocławskiego Centrum SPA, spacer po ogrodzie Pałacu Królewskiego i wędrówka w czasie dzięki możliwości przymierzenia strojów historycznych przygotowane przez Muzeum Miejskie, giełda fonograficzna, warsztaty baletowe z Operą Wrocławską, nauka udzielania pierwszej pomocy z Grupą Ratownictwa Medycznego, gra terenowa z Centrum Historii Zajezdnia i wiele innych atrakcji.

Na scenie Palcu Wolności recitale i koncerty, mi.ni. chóru osiedlowego z Przedmieścia Świdnickiego i zespołu ks. Bartłomieja Kota, wrocławskiego duszpasterza DA „Maciejówka” z jazzującym programem „Wrocławskie Spacery”.

Kiedy: 22 kwietnia 2018 roku, godz. 13.00-18.00

Gdzie: pl. Wolności

Organizator: Wrocławskie Centrum Rozwoju Społecznego

Więcej informacji na stronie www.wcrs.wroclaw.pl, fb.com/RozwojSpoleczny

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Św. Rita - orędowniczka w sprawach beznadziejnych

Magdalena Wojaczek
Edycja małopolska 11/2007

Każdego 22. dnia miesiąca kościół pw. św. Katarzyny na krakowskim Kazimierzu, niezależnie od pory roku, zamienia się w ogród kwitnących róż. Ludzie przyjeżdżają tutaj z różnych stron Polski, aby wyprosić u Boga potrzebne łaski. Modlą się za wstawiennictwem św. Rity, patronki spraw trudnych i beznadziejnych.

Monika Łukaszów

- Kult św. Rity - włoskiej augustianki - rozwinął się w Polsce w okresie międzywojennym. Nie znamy dokładnie jego początku, ale prawdopodobnie związany był z obrazem Świętej umieszczonym w bocznym ołtarzu kościoła i z powstaniem na tym samym miejscu drewnianej figury w roku 1942 - opowiada o. Marek Donaj, augustianin, proboszcz parafii św. Katarzyny Aleksandryjskiej. Po II wojnie światowej siostry augustianki zajęły się jego propagowaniem. Władze państwa skutecznie ograniczały drukowanie materiałów religijnych, dlatego zakonnice działały konspiracyjnie. Przepisywały ręcznie nowenny, powielały je za pomocą kalki i rozdawały w czasie różnych spotkań. Zaprzyjaźniony fotograf reprodukował zdjęcia Świętej. Nie była to jednak akcja prowadzona na szeroką skalę. Św. Rita zawdzięcza swoją popularność przede wszystkim czcicielom. Ludzie, którzy doznali łask za jej wstawiennictwem, przekazywali innym nowennę do patronki spraw trudnych i beznadziejnych.

Św. Rita nie zostawi nikogo, kto szuka pomocy Boga za jej pośrednictwem. Jest zawsze blisko codziennych ludzkich spraw. - To wynika z jej życiorysu. Była przecież żoną, matką, a także zakonnicą - mówi o. Marek. Swoim życiem uczyła, że przebaczenie jest pierwszym krokiem do rozwiązania wszystkich problemów. Jako żona trudnego męża potrafiła łagodzić jego porywczy charakter. Kiedy został zamordowany, a synowie chcieli go pomścić, modliła się, aby nie popełnili tej straszliwej zbrodni. Bóg wysłuchał jej w sposób dla człowieka niezrozumiały. W wyniku epidemii jej dzieci umierają. Św. Rita pokornie przyjmuje wolę Boga. Postanawia wstąpić do zakonu augistianek w Cascia. Jednak siostry, z obawy przed zemstą zwaśnionych rodów, nie chcą jej przyjąć. Św. Rita doprowadza do zgody między rodzinami i w końcu zostaje augustianką. Na znak przyjęcia jej całkowitego oddania się Chrystusowi Pan Bóg obdarza ją stygmatem korony cierniowej na czole.
Liczba wiernych gromadzących się każdego 22. dnia miesiąca na nabożeństwie ku czci św. Rity stale wzrasta. W jej wspomnienie - 22 maja do Krakowa przyjeżdżają jej czciciele z całej Polski. Najwierniejszym świadkiem rozrastania się kultu św. Rity jest s. Aleksandra, augustianka, która od 1977 r. zajmuje się korespondencją do św. Rity. - Co roku do zakonu przychodzi ok. 200 listów z prośbami o modlitwę i świadectwami uzyskanych łask. Wierni proszą o: zdrowie, potrzebne łaski, błogosławieństwo w rodzinie, rozwiązanie problemów wychowawczych, materialnych, łaskę macierzyństwa... - wylicza s. Aleksandra. Listy są bardzo szczere, intymne. Często przepełnione głęboką wiarą i gotowością przyjęcia woli Bożej. - Piszą przede wszystkim kobiety, ale przychodzi również korespondencja od mężczyzn. Pewien przedsiębiorca z Warszawy uważa, że św. Rita jest patronką biznesu i pomaga mu w prowadzeniu firmy - opowiada s. Aleksandra. Wierni przesyłają również wota w podziękowaniu za wysłuchane modlitwy.

Nieodłącznym atrybutem kultu św. Rity jest róża. Wiąże się to z cudem, który wydarzył się przed jej śmiercią, w okresie zimowym. Umierając, św. Rita zapragnęła dostać różę. W ogrodzie pod śniegiem znaleziono kwitnący krzak. W czasie nabożeństwa ku jej czci święci się róże. - To symbol zjednoczenia św. Rity z Chrystusem - wyjaśnia o. Marek. - Ludzie przeważnie kupują dwie róże. Jedną zostawiają św. Ricie, a drugą zasuszają - mówi pani Zofia, która od dwóch lat pomaga siostrom w sprzedaży róż. Pani Zofia kilka lat temu za wstawiennictwem św. Rity wymodliła sobie łaskę uzdrowienia z choroby nowotworowej.

Listy do Świętej

Drogie Siostry,
Piszę, aby podzielić się z Wami moją radością. Od wielu lat proszę św. Ritę o pomoc i jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, aby mi nie pomogła. Ostatnio chorowałam i prosiłam św. Ritę o pomoc w wyzdrowieniu. Lekarz groził zabiegiem, a ja uparcie prosiłam i proszę św. Ritę, abym wyleczyła się zachowawczo. I właśnie wczoraj dowiedziałam się, iż mimo że leczenie jeszcze trochę potrwa, to zabieg nie jest konieczny. Odmawiam jak tylko mogę modlitwę do św. Rity, gdyż absolutnie wierzę w jej pomoc i wstawiennictwo.
Proszę Siostry o modlitwy w mojej intencji.
Dobrosława, maj 2002 r.

Szczęść Boże!
Czcicielką św. Rity jestem od roku. Wcześniej, mając jakiekolwiek problemy, modliłam się do św. Judy Tadeusza. Właśnie rok temu podejrzewałam, że mogę być w ciąży, a bardzo tego nie chciałam. Gorąco modliłam się do św. Rity, żeby tak nie było. Okazało się jednak, że jestem w ciąży. Załamałam się. Mąż był bez pracy, mamy już 13-letnią córkę, która obecnie przechodzi trudny wiek. Miałam żal do św. Rity, że mnie nie wysłuchała. Teraz bardzo się tego wstydzę, bo przez moją próżność nie pomyślałam, że może Bóg ma w stosunku do mnie inne plany, że może tam, w niebie, jest zapisane, że powinnam mieć dwoje dzieci. Zaakceptowałam decyzję Boga i ze wszystkich złych myśli i słów wyspowiadałam się. Ponownie zaczęłam się modlić do św. Rity o szczęśliwy przebieg ciąży i szczęśliwe rozwiązanie. Czułam się znacznie lepiej niż przy pierwszej ciąży. 25 czerwca 2004 r. urodziła się nasza druga córka - Amelia, właśnie dzisiaj kończy 5 miesięcy. Ochrzciliśmy ją 12 września. Mąż znalazł pracę i po urodzeniu Amelii częściej zaczął chodzić do kościoła. Teraz o wszystko modlę się do św. Rity - o zdrowie dla całej rodziny, pracę dla męża, o pomoc Boga, dosłownie o wszystko.
Beata, listopad 2004 r.

Niech będzie Pochwalony Jezus Chrystus!
Pragnę z całego serca gorąco podziękować św. Ricie za wysłuchanie mojej prośby - za zdanie egzaminu, za pomoc i opiekę, siły w tych jakże trudnych chwilach. Modliłam się do św. Rity, aby wyprosiła mi łaskę zdania egzaminu. Obiecałam, że publicznie podziękuję za to. I zostałam wysłuchana, piszę ten list, aby wypełnić obietnicę. Dostałam się na studia medyczne do Akademii we Lwowie.
Dziękuję za jej wstawiennictwo do Boga i wierzę w jej wielką pomoc, prosząc o wsparcie na dalsze lata nauki dla siebie, o światło Ducha Świętego w sprawie studiów, o wybór dalszej drogi życia.
Olga, Lwów 2004 r.

Drogie w Chrystusie Panu Siostry Augustianki,
Serdecznie pozdrawiam całą siostrzaną Wspólnotę.
Mam 27 lat. Piszę ten list, aby w ten sposób jeszcze raz podziękować św. Ricie za uratowanie naszego synka. Otóż od początku moja ciąża była zagrożona. Groziło mi poronienie i z tego powodu przebywałam w szpitalu, a po powrocie do domu musiałam dużo leżeć i bardzo uważać na siebie. W styczniu trafiłam ponownie do szpitala, gdzie po szczegółowych badaniach okazało się, że dziecku grozi zamartwica. Lekarze niezwłocznie przystąpili do cesarskiego cięcia. Urodziłam synka Mateusza. Ważył jako wcześniak 1300 g i przez pewien czas musi przebywać w szpitalu. Przez okres ciąży modliłam się do św. Rity o to, aby nasze upragnione dziecko szczęśliwie przyszło na świat. Dziękuję jej za otrzymane łaski i proszę o dalsze wstawiennictwo.
Agnieszka 2001 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Potrzeba dialogu

2018-05-23 17:15

Antoni Szymański Senator RP

Źle się dzieje, gdy któraś ze stron sporu politycznego zamiast argumentów, sięga po znane od lat techniki destrukcji spotkań organizowanych przez adwersarza. Incydent, który miał miejsce w Gdańsku jest jednym z tego typu propagandowych wydarzeń w ostatnim czasie. Celem jest osłabienie wizerunku rządu w oczach opinii publicznej.

Archiwum prywatne
Antoni Szymański Senator IX Kadencji

Przypomnijmy fakty znane z mediów. Jest niedziela 19 maja, trwa spotkanie premiera Mateusza Morawieckiego z mieszkańcami Gdańska. Odbywa się ono w historycznej sali BHP Stoczni Gdańskiej – miejscu silnie zapisanym w pamięci i wyobraźni historycznej Polaków. To właśnie tu ponad 27 lat temu podpisano porozumienie sierpniowe, które stało się początkiem mozolnej drogi Polaków do wolności. Po około godzinnym przemówieniu, w którym premier miedzy innymi odniósł się do historii „Solidarności” a także spraw bliskich mieszkańcom Pomorza, przyszedł czas na zadawanie pytań z sali.

W momencie gdy premier Mateusz Morawiecki został zapytany o trwający w Sejmie protest, dotyczący niepełnosprawnych, grupa osób wyciągnęła transparenty m.in. z napisami: „Pycha i Szmal”, „Wspieramy protest niepełnosprawnych w Sejmie”, „PiS wyrzuca niepełnosprawne dzieci ze szkół” oraz egzemplarze konstytucji. Wznoszono okrzyki: „kłamca!” (adresowane do premiera), „Lech Wałęsa!” itp. Akcja ta spowodowała reakcję zwolenników premiera, którzy zaintonowali „sto lat” i rozpoczęli skandowanie własnych haseł. Było już praktycznie po dyskusji. Trudno wyobrazić sobie, by w tych warunkach premier mógł zrobić co innego niż zakończyć udział w spotkaniu.

Incydent ten nie byłby być może wart aż tak wielkiej uwagi, gdyby nie kilka faktów. Po pierwsze grupa ta była bez wątpienia zorganizowana i wcześniej nastawiona na osiągnięcie swoich celów (świadczą o tym choćby transparenty). Cele te oczywiście nie miały nic wspólnego z merytoryczną wymianą poglądów. Chodziło o zakłócenie spotkania, o zasłonięcie ust adwersarzowi i pozostawienie śladu w mediach. Po drugie akcja ta nie jest odosobniona. Wpisuje się w ciąg podobnych zdarzeń, których wspólnym mianownikiem jest wykorzystywanie obecnego protestu w Sejmie, dotyczącego spraw osób niepełnosprawnych, w kierunku prowadzenia gry politycznej.

Dąży się do tego, by najbardziej socjalny rząd w dziejach pokomunistycznej Polski był postrzegany jako nieczuły na los najsłabszych. Przewrotne, jakbyśmy powiedzieli „odwracanie kota ogonem”. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że do gry politycznej wykorzystuje się osoby nieobyte w brutalnych realiach manipulacji i politycznych zmagań. Przypuszczam, że indywidualny los poszczególnych osób, grup i środowisk jest dla politycznych graczy mniej ważny. Na potrzeby propagandy dokonuje się tanich uproszczeń, generalizacji, „ustawia się przeciwnika do bicia”.

Wiem, że osobom niepełnosprawnym w Polsce nie żyje się łatwo. Jednak oczywistym jest, że sytuacja ta nie zaczęła się z chwilą objęcia władzy przez obecne ugrupowania. Na pewno nie jest też prawdą, że dla tych osób władza „nic nie robi”. Tylko w ostatnim tygodniu w Parlamencie uchwaliliśmy trzy bardzo dobre i ważne ustawy, które w znacznym stopniu poprawią los tej grupy społecznej (niektóre niemalże natychmiast). Dotyczy to zrównania renty socjalnej z najniższą emeryturą czy ułatwienia w leczeniu i rehabilitacji osób niepełnosprawnych. Kolejne działania zapowiedziane są w tzw. mapie drogowej rozwiązań dla tej niemałej przecież grupy osób.

Są to działania może mało spektakularne ale za to efektywne. Nie chodzi przecież o przysłowiowe „gaszenie pożarów” czy „bieg na oślep”, lecz o poszukiwanie najskuteczniejszych systemowych rozwiązań. Tego nie da się robić w atmosferze hałasu medialnego, pod wpływem nieraz sztucznie wywoływanych emocji, w które wciągane są osoby znajdujące się w trudnej sytuacji życiowej.

Zachęcam (po raz kolejny) zwaśnione środowiska społeczne i polityczne: ocalmy dialog w Polsce! Niech gdański incydent, będący książkowym przykładem politycznej „ustawki”, nie stanie się inspiracją dla kolejnych podobnych działań, bo nic to pozytywnego nie wniesie ani do polskiego porozumienia i pojednania, ani rozwiązania problemów społecznych. Akcja wywołuje reakcję, a wymuszanie – opór, na dialogu zaś zyskują wszyscy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem