Reklama

Raz i na zawsze

2018-04-11 10:10

Bp Radosław Zmitrowicz
Niedziela Ogólnopolska 15/2018, str. 46-47

orest86/fotolia.com
Relacja mężczyzny i kobiety staje się sakramentem, tzn. widzialnym znakiem udzielania się niewidzialnej łaski

Wiele małżeństw katolickich przeżywa duże trudności. W jaki sposób można pomóc małżonkom, aby zwycięsko przeszli przez wszelkie kryzysy?

Gdy nasz Pan powiedział swoim uczniom o nierozerwalności małżeństwa, Apostołowie spontanicznie zareagowali słowami: „to lepiej się nie żenić”. Z czasem jednak nazwą relację ochrzczonego mężczyzny i ochrzczonej kobiety Wielkim Sakramentem, zrozumieją bowiem, że ta relacja ma objawiać światu Miłość – miłość Chrystusa do Kościoła. Oni sami osobiście doświadczą tej miłości Chrystusowej, doświadczą, że zmartwychwstały Pan da im swego Ducha. Będą mieli głęboką świadomość, że można proponować ludziom złożenie przysięgi zawierającej słowa: „Nigdy cię nie opuszczę”, ponieważ Chrystus daje swoją miłość grzesznemu człowiekowi. Wówczas może się zrealizować to głębokie pragnienie, które jest „od początku” w naturze ludzkiej, by kochać jeden raz i na zawsze.

Miłość jak nowe wino

Patrzymy na wesele w Kanie Galilejskiej, gdzie Zbawiciel czyni pierwszy znak. Zaślubiny, wesele, radość, szczęście, miłość, nadzieja. Maryja odczuwa to wszystko, ale widzi, że „czegoś” brakuje, i stwierdza: „Nie mają wina”. To głębokie słowa, wyrażające wielką mądrość Kościoła. Oznaczają one rozumienie, że brakuje łaski Bożej. Już od początku „czegoś” brakuje, czegoś naprawdę nowego. Interwencja z nieba jest konieczna, by uratować te zaślubiny, wesele, radość, szczęście, miłość, nadzieję. Tak było w Kanie i tak jest zawsze, kiedy pojawia się miłość między kobietą i mężczyzną. Konieczna jest Miłość. Ta Miłość – nowe wino – pojawia się przez posłuszeństwo słowu Pana. A czego Pan oczekuje od małżonków, aby mógł ich obdarować łaską z nieba? Mają zrobić dwie rzeczy: napełnić się wodą, swoją miłością, po prostu kochać się wzajemnie oraz otworzyć się na Boga. Wyraża się to konkretnie przez to, że zawrą sakramentalny związek małżeński. Świadomie i dobrowolnie oddadzą się sobie wzajemnie na całe życie i oddadzą się Bogu przez gotowość przyjęcia potomstwa, którym obdaruje ich sam Bóg.

Pan Bóg „wyjrzy” z nieba i gdy zobaczy, że robią to zgodnie z naturą związku mężczyzny i kobiety, udzieli im swego Ducha, ześle Miłość, da łaskę sakramentalną. Dzieje się coś niesłychanego, relacja mężczyzny i kobiety staje się sakramentem, tzn. widzialnym znakiem udzielania się niewidzialnej łaski. Jeśli narzeczeni zrobią właściwie ten widzialny znak, zgodnie ze słowem Pana, to ich relacja aż do śmierci pozostanie sakramentem, miejscem udzielania się łaski Bożej. Tego, co się stało, już nic nie może rozerwać, tylko śmierć.

Reklama

Ale sakramentalny związek małżeński nie jest wydarzeniem magicznym, a to oznacza, że ta Miłość – łaska sakramentalna będzie obecna z nimi i w nich na tyle, na ile oni będą przeżywali swoją relację zgodnie z tym, co ślubowali w Kościele. Szczególne znaczenie będzie miało przeżywanie relacji intymnej. Od tego, jak będą „robili” ten widzialny znak, wyrażający ich miłość i otwarcie na Boga, będzie zależało, na ile niewidzialna łaska wypełni ich życie.

Nie opuszczę cię aż do śmierci

Pierwsza rzecz to ich wzajemna miłość. Ich relacja intymna ma wyrażać przede wszystkim miłość, wolę kochania drugiego. Taka jest natura tego zbliżenia mężczyzny i kobiety przez dar ciała, że to jest dobre, piękne, cudowne, normalne, ekologiczne, gdy jest powiązane z miłością. W każdym innym przypadku, niezależnie od tego, czy przeżywają tę bliskość wierzący czy niewierzący, jest ona fałszywa. „Gest” dania swojego ciała, swojej męskości czy kobiecości drugiemu ze swej natury musi być powiązany z miłością. Możemy dodać, że z taką miłością, która wyraża się w publicznej przysiędze: nie opuszczę cię aż do śmierci. To oznacza również, że gdy któryś z małżonków wykorzystuje drugiego przede wszystkim dla zrobienia sobie przyjemności, gdy traktuje drugiego przedmiotowo, to wówczas, także w relacji małżeńskiej, grzeszy, bo robi coś niezgodnego z naturą tej relacji. To oznacza, że nie czyni widzialnego znaku sakramentu małżeństwa i nie otrzymuje łaski sakramentalnej, która jest mu koniecznie potrzebna, by zbawiać wszystkie wymiary życia małżeńskiego i rodzinnego.

Druga rzecz to otwartość na Boga wyrażająca się w gotowości przyjęcia potomstwa, tak jak to było ślubowane w liturgii małżeńskiej. To konkretny znak otwartości na działanie Boga i zaproszenie Pana do swojego małżeństwa. Jeśli małżonkowie wykluczają tę otwartość na Boga, to również „robią” fałszywy znak sprzeczny z ekologią relacji intymnej męża i żony.

Można jeszcze dodać, że każde dziecko ma prawo być chciane, a nie tylko zaplanowane. Gdy małżonkowie, planując, stawiają się na miejscu Boga, istnieje wielkie niebezpieczeństwo, że dziecko może być chciane dopiero po pewnym czasie, a ono ma prawo być chciane od chwili poczęcia. To jest zagwarantowane, gdy małżonkowie podczas każdej intymności są gotowi przyjąć potomstwo, którym ich obdaruje Bóg. Nie można Pana Boga wykluczyć z procesu pojawienia się na ziemi nowej istoty ludzkiej.

Brzemię staje się lekkie...

Gdy małżonkowie „robią” fałszywy znak, działają przeciwko naturze relacji męża i żony, to wszystko między nimi staje się trudne. Gdy małżonkowie przeżywają swoją relację zgodnie z tym, co ślubowali w Kościele, to razem z trudnościami pojawia się łaska Boża. Brzemię staje się lekkie, a jarzmo słodkie.

Pewnie należy napisać kilka słów o naturalnych metodach rozpoznawania płodności. Kościół dopuszcza ich wykorzystanie, również w kontekście odłożenia poczęcia potomstwa na późniejszy czas. Niemniej jednak fundamentalnie istotne jest, aby i ci małżonkowie, którzy po modlitwie, dialogu między sobą i z Bogiem doszli do wniosku, że z poważnych przyczyn powinni odłożyć poczęcie kolejnego dziecka na późniejszy czas, zawsze mieli intencję przyjęcia potomstwa. Uznanie Boga jako głównego Dawcy życia jest konieczne i decydujące dla owocności sakramentu małżeństwa.

W związku z tym kilka pytań do refleksji: Czy nie jest tak, że wiele z naszych katolickich małżeństw przeżywa trudności i nawet się rozpada, ponieważ mimo zawarcia sakramentalnego związku małżeńskiego nie korzystają z łaski sakramentalnej? Czy nie dzieje się tak dlatego, że przeżywają swoją relację, zwłaszcza tę intymną, niezgodnie z naturą, to znaczy niezgodnie z tym, co ślubowali wobec Boga i ludzi?

Czy nie jest błędem poświęcanie tyle czasu i uwagi na przekonywanie o skuteczności metod rozpoznawania płodności w sytuacji, gdy tak wielu słuchających ma mentalność antykoncepcyjną i bardzo słabą wiarę? Jeśli kurs przedmałżeński jest prowadzony w duchu planowania potomstwa, to czy nie będzie tak, że większość słuchających sięgnie po środki antykoncepcyjne zamiast wykorzystać metody rozpoznawania płodności?

Czy z demografią w Polsce i szczęściem wielu małżeństw nie byłoby znacznie lepiej, gdyby podczas kursów przygotowujących do ślubu mówiono znacznie więcej o pięknie macierzyństwa i ojcostwa, o zaufaniu do Boga, o łasce sakramentalnej, którą Bóg chce obdarowywać małżonków, aby mogli zwycięsko i szczęśliwie przeżyć swoje życie? Z tymi pytaniami powinni się skonfrontować kandydaci do małżeństwa, ale też duszpasterze.

Tagi:
rodzina

Czy jesteście powołani do niepłodności?

2018-04-25 11:32

Małgorzata Trawka
Edycja wrocławska 17/2018, str. IV

Bernadetta i Krzysztof Frankowie – małżeństwo od ponad sześciu lat, rodzice adopcyjni 2,5-letniej Łucji, związani z ruchem duchowości małżeńskiej Equipes Notre-Dame. Mieszkają we Wrocławiu, w maju wspólnie z ks. Gabrielem Pisarkiem SCJ poprowadzą rekolekcje „Powołani do niepłodności?”

Małgorzata Trawka
Bernadetta i Krzysztof z córeczką Łucją

MAŁGORZATA TRAWKA: – Oktawa Wielkanocna w tym roku była dla Was szczególnym momentem, w Waszej rodzinie pojawiło się nowe życie.

BERNADETTA: – W Oktawie Wielkanocnej zadzwoniła do nas pani z ośrodka adopcyjnego i zapytała, czy jesteśmy gotowi na odrobinę szaleństwa, ponieważ jest dziecko, które urodziło się z końcem marca, w Wielkim Tygodniu. I pytanie, czy bylibyśmy zainteresowani, by je poznać, jego akta, historię, spotkać się z nim i dowiedzieć czegoś więcej. Powiedzieliśmy: tak, chcemy się spotkać. To jest noworodek, nie jest wolny prawnie. To jest dziecko, które zostało w szpitalu po urodzeniu. Matka biologiczna złożyła pismo, że chce dziecko oddać do adopcji. Po sześciu tygodniach tę decyzję musi potwierdzić w sądzie. To jest troszeczkę niespodzianka, nie wiemy, jak się skończy, ale jesteśmy poddani woli Bożej. Liczymy na to, że będziemy mogli dziecko adoptować, ale jeżeli Pan Bóg zaplanował inaczej, to po prostu przez te sześć tygodni damy mu tyle miłości, ile możemy.
KRZYSZTOF: – Cała procedura przy noworodkach jest szybka. Na decyzję mieliśmy jeden dzień, następnego byliśmy go zobaczyć, a kilka dni później był już z nami.
– W którym momencie pozwalacie sobie na stwierdzenie: „To jest nasze dziecko”?
K: – Zdecydowanie już w tej chwili. Tym bardziej, że czekaliśmy na naszego maluszka rok i cztery miesiące. To jest nasze wymodlone dzieciątko.
B: – Z naszą starszą córką było tak, że potrzebowałam trzech tygodni, by oswoić się z myślą, że jestem mamą, że mam córkę. Potrzebowałam czasu, żeby tę więź nawiązać. Wydaje mi się, że tym razem idzie dużo szybciej.
– Kiedy poczuliście się powołani do zorganizowania i poprowadzenia rekolekcji dotykających problemu niepłodności?
K: – Należymy do ruchu Equipes Notre-Dame. Wiosną 2017 r. byliśmy na rekolekcjach naszej wspólnoty małżeńskiej o komunikacji w małżeństwie współprowadzonych przez ks. Gabriela Pisarka, sercanina, który na co dzień pracuje w Kluczborku. Podczas jednego z posiłków zaczęliśmy rozmawiać z księdzem o naszej historii i może trochę zbyt śmiało zapytałem, czy na rekolekcjach albo warsztatach dla małżeństw prowadzonych przez sercanów poruszany jest temat trudności z zajściem w ciążę, niepłodności itp. I ks. Gabriel powiedział, że nie ma takich tematów, i zachęcił: to zróbmy coś.
– Czy te rekolekcje są adresowane do małżonków, którzy wprawdzie mają już swoje dziecko, ale jednocześnie doświadczają trudności w poczęciu następnego?
K: – Rekolekcje są dla małżeństw sakramentalnych, to jest jedyny podstawowy warunek. Mogą to być małżeństwa, które mają dzieci i dalej nie mogą naturalnie począć. Adresujemy je do małżeństw, które są na każdym etapie zmagania się z trudnościami z poczęciem, czy to jest pół roku starania się, czy kilka lat, czy to jest już któryś rok leczenia niepłodności, czy któryś rok oczekiwania na adopcję, czy któryś rok, gdy ona jest zdrowa, on jest zdrowy, a dalej mimo wszystko nie ma potomstwa.
– A jak Wy odbieraliście sytuację, że nie możecie mieć dzieci?
B: – Przeszliśmy drogę, która może nie jest idealna, ale typowa. Zaczęło się od decyzji, że staramy się o dziecko i skoro wszystkim innym naokoło wychodzi to dosyć szybko, to z nami będzie tak samo, bo dlaczego by nie? Staramy się jeden miesiąc, drugi, trzeci i kolejny, ciągle nic. I w pewnym momencie pojawiały się pytania, wątpliwości i myśl, że może należałoby się przebadać. Ja się badałam i Krzysiu też, no i wyniki nie były dobre. Zaczął się okres leczenia, ale nie przynosiło ono oczekiwanych skutków. Była medycyna niekonwencjonalna, testy owulacyjne, dużo modlitwy, pas św. Dominika, różne sposoby... W pewnym momencie pojawił się bunt, foch na Pana Boga: Panie Boże, my jesteśmy Tobie wierni już długie lata, jesteśmy wobec Ciebie fair, a Ty z nami postępujesz niesprawiedliwie. Obiecałeś: „Bądźcie płodni, rozmnażajcie się”, a u nas tego nie widać. I był okres głębokiego dołu i załamania, i patrzenia z zazdrością na inne pary, które spodziewają się dziecka, albo prowadzą wózek. I były myśli naprawdę nieżyczliwe w stosunku do tych osób, bo też czuliśmy, że zasługujemy na dzieci.
K: – W Piśmie Świętym jest napisane: „Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie” (Mt 18,19). To zdanie nas buntowało. To była masakra.
B: – Jak jedno z nas było w dole, to drugie ciągnęło ku górze i odwrotnie, tak na wymianę, a w pewnym momencie oboje byliśmy w dołku. Jednej niedzieli modliliśmy się w kościele po Mszy św. i wtedy łzy leciały strumieniami. Wychodzimy z kościoła, patrzymy, stoi przed wejściem Kuba, nasz znajomy, i mówi, że właśnie powstaje ekipa Notre-Dame, może byśmy chcieli przyjść na takie niezobowiązujące spotkanie, by się więcej dowiedzieć. Myślałam wtedy, po co nam to, przecież przeżywamy dół i mamy inne problemy. Ale okazało się, że jak już poszliśmy, to był to początek wspaniałej przygody z Panem Bogiem. Wsparcie, jakie zaczęliśmy dostawać w naszej ekipie, bardzo nam pomogło. Niedługo potem okazało się, że jest miejsce na wcześniejszy kurs adopcyjny i sprawy potoczyły się szybko.
– Słyszymy czasami o rekolekcjach dla bezpłodnych małżeństw, w których dominująca wydaje się być modlitwa o uzdrowienie. Temat tych rekolekcji może sugerować, że akcent jest położony na akceptacji niemożliwości bycia biologicznymi rodzicami.
B: – Akcent stawiamy na działanie. Widzimy wokół siebie wiele par, które, mówiąc kolokwialnie, bardzo się guzdrają, gubią, tkwią w marazmie, trzymając się kurczowo jednego rozwiązania, np. jednego lekarza, i to nie przynosi efektów. Są nieszczęśliwi, stoją w miejscu. My chcemy, żeby z tego miejsca ruszyli. Chcemy ich zaprosić do zaufania Panu Bogu, żeby działa się Jego wola w czasie, jaki On chce, i w sposób, w jaki On chce.
K: – Doświadczyliśmy tego, że łatwo jest popaść w stagnację i czekać na cud. Nasz przykład: zaczynamy się starać, mijają kolejne miesiące i nie wiemy, co zrobić. Później, gdy chcemy się zbadać, kobieta wie, gdzie pójść, bo badanie ginekologiczne jest dosyć naturalnym sposobem. Ale mężczyzna? Żeby zbadać swoje nasienie? Jeszcze w sposób zgodny z moralnością katolicką? To jest trudne i nie wiadomo, gdzie pójść, kogo zapytać. To jest pierwszy krok, trzeba odwagi, żeby zacząć rozmawiać. Gdy dostaje się wyniki poniżej normy, to jest kolejny cios, gdy słyszę, że najlepiej jest pójść na in vitro lub spróbować inseminacji, do których nasza wiara i Kościół mają jednoznaczne stanowisko: nie. Idziemy z wynikami do jednego ginekologa, drugiego, większość nie wie, jak do tego podejść. Specjalistów naprotechnologii nawet we Wrocławiu jest bardzo mało, a leczących mężczyzn prawie wcale. I dalej trwa się w dole, nostalgii. Te rekolekcje są również po to, żeby pokazać konkretne miejsca, w których można otrzymać pomoc. Nie jesteśmy ekspertami, ale chcemy podzielić się naszym doświadczeniem.
B: – Nie chcemy robić reklamy adopcji. Chcemy pokazać drogi wyjścia, na które Pan Bóg otwiera serce.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Rzym: papieski kamerdyner opowiada o cudach Jana Pawła II

2018-04-23 11:52

st (KAI) / Watykan

O cudach, których był świadkiem dokonanych przez Jana Pawła II opowiada w swojej książce liczący obecnie 83. lata Angelo Gugel, kamerdyner trzech papieży – Jana Pawła I, Jana Pawła II i Benedykta XVI. Wywiad z nim ukazał się na łamach największego włoskiego dziennika „Corriere della Sera”.

Archiwum „Aspektów”

Angelo Gugel, zanim został kamerdynerem był żandarmem watykańskim. Natomiast „cud” o którym opowiada dotyczy jego żony, Marii Luisy. Wyznał, że ich pierwsze dziecko urodziło się martwe. Dlatego postanowili, aby każde z dzieci jako drugie imię otrzymały Maria. Czwarte nazywa się Carla Luciana Maria na cześć Karola (Wojtyły) i papieża Lucianiego. Urodziła się w 1980 r., za wstawiennictwem Jana Pawła II. Podczas tej ostatniej ciąży, wyjaśnia Gugel, pojawiły się poważne problemy. Ginekolodzy z polikliniki Gemelli wykluczyli, że ciąża może być kontynuowana. Pewnego dnia Jan Paweł II powiedział mi: „Dziś odprawiłem Mszę św. za twoją żonę”. 9 kwietnia 1980 Maria Luisa została zabrana na salę operacyjną, by przeprowadzić cesarskie cięcie. Przy wyjściu dr Villani skomentował: „Ktoś musiał bardzo się modlić”. W akcie urodzenia napisał „7.15 rano”. Była to chwila, kiedy podczas porannej Mszy papieża była śpiewano Sanctus. Przy śniadaniu siostra Tobiana Sobotka, przełożona sióstr sercanek w Pałacu Apostolskim, poinformowała papieża, że urodziła się Carla Luciana Maria. „Deo gratias” - wykrzyknął Jan Paweł II i 27 kwietnia ochrzcił ją w kaplicy prywatnej."

Gugel opowiada także o swojej pracy u boku Jana Pawła I i jego niespodziewanej śmierci. Wyklucza, by mogła być spowodowana czym innym, jak przyczynami naturalnymi.

Swoją pracę u boku Jana Pawła II rozpoczął dwa dni po jego wyborze na Stolicę Piotrową. Wspomina, jak papież-Polak prosił go o sprawdzenie, czy właściwie stawia akcenty w języku włoskim. „Dwa miesiące później, spotykając się z moimi byłymi kolegami żandarmerii, wymyślił zdanie, które mnie wprowadziło w osłupienie: «Jeśli źle zaakcentuję jakieś słowo, to w 50 procentach wina Angelo», i uśmiechnął się przy tym do mnie” – wspomina były papieski kamerdyner.

Gugel opowiada także o swoich osobistych doświadczeniach związanych z egzorcyzmami odprawianymi przez Jana Pawła II podczas audiencji generalnej na Placu Świętego Piotra. „Ja też tam byłem. Dziewczyna klęła z pianą na ustach. Jej głos był grobowy. Jeden z biskupów uciekł ze strachu. Ojciec Święty modlił się po łacinie, w skupieniu. W końcu dotknął jej głowy i natychmiast twarz opętanej się uspokoiła i rozpogodziła. Widziałem, jak wykonywał podobny obrzęd w salonie auli Pawła VI, także po audiencji” – twierdzi.

Gugel wspomina także wypady incognito papieża Wojtyły poza Watykan. Podkreśla, że nie o wszystkich pisano w gazetach. Ojciec Święty uwielbiał góry Abruzzo. Wierny kamerdyner dodał, że nigdy nie słyszał od Jana Pawła II w ciągu 27 lat, aby o coś prosił przy stole, bo jadł to, co było.

Najgłębiej przeżył ostatnie chwile Jana Pawła II 2 kwietnia 2005 r. Wraz z całą rodziną był przy łożu Ojca Świętego. „Ostatnia przyszła Carla Luciana Maria. Gdy tylko weszła do pokoju, papież obudził się z letargu, otworzył oczy i uśmiechnął się. Jakby chciał powiedzieć: «Poznaję cię, wiem kim jesteś»” – wspomina Angelo Gugel.

Przypomina, że przez pierwszych dziewięć miesięcy pontyfikatu był też kamerdynerem Benedykta XVI, chociaż czasami później, pomimo, że już był emerytem był też proszony o pomoc. W 2010 roku przez cały sierpień był z Ojcem Świętym w Castel Gandolfo. „Na koniec powiedziałem mu, że czułem się jak w rodzinie. Odpowiedział: «Ależ zawsze jesteś tutaj w rodzinie!»” - wspomina. Dodaje, że niedawno ponownie odwiedził Benedykta XVI. „Widziałem, że jest bardzo świadomy tego, co się dzieje. Tylko nogi są niepewne. Jest zmuszony do odprawiania Mszy św. na siedząco” – powiedział w wywiadzie dla Corriere della Sera były kamerdyner trzech papieży.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Ordo Iuris alarmuje: inicjatywa obrońców życia "Jeden z nas" zignorowana w Unii Europejskiej

2018-04-25 16:06

abd / ordoiuris.pl / Warszawa (KAI)

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej potwierdza decyzję Komisji Europejskiej odrzucającą inicjatywę „Jeden z Nas” - alarmuje Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris. Przypomina, że tę inicjatywę poparły niemal niemal 2 miliony obywateli UE, została jednak odrzucona przez Komisję Europejską 28 maja 2014 r. Jej celem było wprowadzenie zakazu finansowania przez Unię Europejską działań niszczących embriony ludzkie oraz naruszających godność człowieka


Publikujemy komunikat Instytutu na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej potwierdza decyzję Komisji Europejskiej odrzucającą inicjatywę „Jeden z Nas”. „Nie dopuszczono się błędnej oceny prawnej” – tak brzmiał wyrok, który 23 kwietnia 2018 r. zapadł przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) na skargę wniesioną przez obrońców życia i twórców Europejskiej Inicjatywy Obywatelskiej "Jeden z Nas" (złożoną 25 lipca 2014 r.). Inicjatywę "Jeden z Nas" poparło niemal 2 miliony obywateli UE, została jednak odrzucona przez Komisję Europejską 28 maja 2014 r.

Fasadowość demokracji

- Orzeczenie Komisji Europejskiej i wyrok Trybunału Sprawiedliwości pokazuje przede wszystkim dwa niepokojące zjawiska. Pierwszym z nich jest niechęć Komisji do wprowadzenia wyższych standardów ochrony życia i godności wszystkich istot ludzkich. Drugim jest jawne pokazanie, że europejska inicjatywa obywatelska jest jedynie fasadowym kreowaniem pozorów demokratyczności Unii Europejskiej. – komentuje Karina Walinowicz, Dyrektor Centrum Prawa Międzynarodowego Ordo Iuris.

Celem Inicjatywy było wprowadzenie zakazu finansowania przez Unię Europejską działań niszczących embriony ludzkie oraz naruszających godność człowieka. Twórcy Inicjatywy, nie zgadzając się z decyzją Komisji, podnieśli w skardze przede wszystkim fakt, że nie uwzględniła ona dotychczasowego orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości w kwestii embrionu ludzkiego, użyła błędnej argumentacji uzasadniającej finansowanie aborcji. W skardze powołano się także na naruszenie procedury rozpatrywania EIO oraz fakt utrwalania deficytu demokracji w unijnych instytucjach (http://www.ordoiuris.pl/ochrona-zycia/europejska-inicjatywa-obywatelska-jeden-z-nas-przed-sadem-unii-europejskiej)

W wydanym orzeczeniu Trybunał przyznał, że wydany przez Komisję Europejską komunikat przedstawia ostateczne i wystarczające dobrze uzasadnione stanowisko KE. Ponadto wyraźnie podkreślił, że przedłożenie ustawodawczej europejskiej inicjatywy obywatelskiej nie zobowiązuje Komisji do przedłożenia wniosku dotyczącego aktu prawnego. Taką decyzję Komisja podjąć może, ale nie musi.

Kwestie proceduralne ważniejsze niż wymiar etyczny inicjatywy

Trybunał zgodził się, że należy zachęcać obywateli UE do aktywnego uczestniczenia i korzystania z odpowiednich narzędzi prawnych, co wpłynie na "uczynienie Unii bardziej dostępną"- wobec czego konieczna jest ochrona europejskiej inicjatywy obywatelskiej przed arbitralnością KE. Działania KE nie powinny jednak zniechęcać obywateli UE do aktywności „w życiu demokratycznym”. Niestety w wydanym orzeczeniu Trybunał skupił się na kwestiach proceduralnych, pomijając etyczny wymiar "Jeden z Nas", mający na względzie ochronę ludzkiego życia w fazie prenatalnej.

Stwierdził także, że KE wystarczająco uzasadniła wydany przez siebie komunikat oraz nie popełniła błędu w ocenie. Podkreślono, że dysponuje ona szerokimi uprawnieniami dyskrecjonalnymi co do tego czy podjąć określone działania, postulowane w inicjatywie, czy nie, wskazując przy tym, że ma ona obowiązek wspierania ogólnego interesu UE, podejmując także próby pogodzenia ewentualnych rozbieżnych interesów (na podstawie art. 17 ust. 1 TUE KE). Pośrednio dlatego Trybunał nie zbadał szczegółowo skargi w kontekście związanym z kwestiami etycznymi, podniesionymi przez Inicjatywę „Jeden z Nas”, podsumowując, że decyzja KE w tej kwestii nie była obarczona błędem.

Powyższa sprawa unaoczniła monopol Komisji Europejskiej w ramach inicjatywy ustawodawczej oraz potwierdziła kontrolną funkcję Trybunału Sprawiedliwości względem Komisji. Niestety głos obywateli UE w sprawie obrony życia został całkowicie zignorowany.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem