Reklama

Miłość nigdy nie umiera

2018-04-04 10:33

Z Ewą Błasik rozmawia Krzysztof Tadej
Niedziela Ogólnopolska 14/2018, str. 22-24

Seweryn Sołtys
Gen. pil. Andrzej Błasik 10 kwietnia 2010 r. leciał do Katynia po raz pierwszy. To była dla niego bardzo ważna podróż w przeszłość

Z Ewą Błasik – żoną gen. pil. Andrzeja Błasika, dowódcy Sił Powietrznych Wojska Polskiego, który zginął 10 kwietnia 2010 r. pod Smoleńskiem – rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP

KRZYSZTOF TADEJ: – 10 kwietnia 2010 r. ...

EWA BŁASIK: – Andrzej wstał bardzo wcześnie. Nie miał zwyczaju tak rano jeść śniadań. Wychodząc z domu w białej koszuli i galowym mundurze, pocałował mnie, jak się okazało, ostatni raz..., chwilę później rozległ się dźwięk zamykanych drzwi. Do dzisiaj słyszę to zamykanie i mam w pamięci Jego ulubiony utwór „Windą do nieba”, w którym Elżbieta Dmoch śpiewa: „(...) i tak odchodzę bez pożegnania, jakby znienacka ktoś między nami zatrzasnął drzwi...”.

– Cieszył się, że leci do Katynia?

– Leciał tam po raz pierwszy. Wiedziałam, jak ważna jest dla niego ta podróż w przeszłość. Zresztą dla nas wszystkich – dla mnie, dla dzieci. Głęboko przeżywaliśmy tę okrągłą rocznicę zbrodni katyńskiej. To przecież szczególne miejsce dla każdego Polaka.
Wcześniej byłam z mężem i dziećmi na filmie „Katyń” Andrzeja Wajdy. Pamiętam, jak w pewnym momencie na ekranie zobaczyliśmy pilota w furażerce, który jechał w wagonie na śmierć. Spojrzałam na Andrzeja. Był bardzo poruszony tą sceną. Po chwili zobaczyliśmy, jak pilot na desce w wagonie czymś ostrym wyrył datę: 10 kwietnia 1940 r. Później, po wielu dniach, przypomniałam sobie ten szczegół. 10 kwietnia... dokładnie 70 lat później wydarzył się kolejny dramat...

– Pani też miała lecieć do Katynia...

– Pragnęłam w tym wyjątkowym miejscu uczcić, uhonorować zamordowanych polskich żołnierzy. Andrzej powiedział, że zabierze mnie następnym razem, ponieważ w tę okrągłą rocznicę leci wielu Vip-ów. Wybrałam się do Katynia i Smoleńska już po śmierci mojego Męża.

– Miał lecieć innym samolotem?

– W czwartek, na ostatniej odprawie kadry kierowniczej Dowództwa Sił Powietrznych, mówił, że zabierze wszystkich generałów na pokład samolotu Jak-40. W piątek, dzień przed wylotem, szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego śp. gen. Franciszek Gągor podjął decyzję, że dowódcy wszystkich rodzajów sił zbrojnych polecą tupolewem razem z Panem Prezydentem, twierdząc, „że Prezydentowi się nie odmawia, jak zaprasza”. Andrzej przyjął do wiadomości decyzję przełożonego.

– Był czymś zaniepokojony?

– Andrzejowi kilka dni przed tragedią przyśniła się Jego śmierć. Obudził się w nocy i usiadł na łóżku. Zapytałam: Andrzejku, co się stało? Powiedział, że umierał w tym śnie, widział swoje ciało rozerwane na części. Pamiętam Jego dogłębnie zamyślony wyraz twarzy.

– Powróćmy do sobotniego poranka 10 kwietnia 2010 r. Jak się Pani dowiedziała o śmierci męża?

– Zadzwonił brat Andrzeja – Piotr i zapytał mnie, którym samolotem poleciał Andrzej do Katynia. Odpowiedziałam, że tupolewem, po chwili ciszy usłyszałam: „Włącz telewizor” – i się rozłączył. Włączyłam... Natychmiast zaczęłam dzwonić do Męża. Telefon był ciągle zajęty. Pewnie wiele osób próbowało się do Niego wtedy dodzwonić.

– I...?

– Wiedziałam, że muszę być twarda i że nie mogę się rozklejać, rozpaczać. Trzeba było chronić dzieci... Założyłam na siebie jakby taki stalowy pancerz. Po długim upływie czasu wojskowi wspominali i mówili: „Ewa, w tych pierwszych telefonicznych rozmowach to ty nas podnosiłaś na duchu, a nie my ciebie”. Myślałam ciągle o dzieciach, pragnęłam ulżyć im w potwornym cierpieniu. Dopiero później przyszedł czas na łzy i rozpamiętywanie.

– Czas leczy rany?

– Miniony okres, te 8 lat, to jedna wielka rana, niemal każdego dnia rozszarpywana przez kolejne kłamstwa cynicznych oszczerców mojego Bogu ducha winnego Męża. To trudny czas walki o prawdę. Mąż tak wiele dobrego zrobił dla Polski, dla naszych Sił Powietrznych i nie zasłużył na taką nikczemność. Tym bardziej że nie żyje i nie może się bronić.

– Co najbardziej bolało?

– Przeraźliwie bolało każde kłamstwo, a było ich tak wiele pod adresem mojego bezbronnego Męża, że trudno zliczyć! Znałam Andrzeja doskonale. Zawsze bronił pilotów i stawał za nimi murem. Również w tym locie był wsparciem dla załogi, a nie obciążeniem, jak chcą tego wynajęci kłamcy. Nie mogłam dłużej słuchać tych prostackich wymysłów i zarzutów. Zaczęłam walczyć o prawdę! Zastanawiałam się wtedy, czy jest jeszcze jakiś inny kraj, jakaś inna armia na świecie, które w takiej sytuacji nie broniłyby honoru i godności swojego poległego oficera. Był czas, gdy nie miałam odwagi patrzeć prosto w oczy Mężowi spoglądającemu z wiszącego na ścianie obrazu. Nie wiedziałam, czy dam radę udźwignąć ciężar obrony prawdy przed kłamliwą propagandą mediów głównego nurtu, nieuczciwych, bezmyślnych pseudodziennikarzy. Nie wiedziałam, czy poradzę sobie z osaczającym mnie bezdusznym złem. Modlitwa dawała mi ogromną siłę i moc do walki z tym złem.
Teraz, po 8 latach, sytuacja jest inna. Niedawno opublikowano fragmenty stenogramów z posiedzeń komisji Millera. To są niezbite dowody, jak przez lata bezpodstawnie budowano narrację obwiniającą mojego Męża. Te ujawnione stenogramy stały się jednym z dowodów, że miałam rację.

– Kiedy dzisiaj myśli Pani o Mężu...

– Bardzo mi Go brakuje, ale mam poczucie Jego bliskości. Myślę, że w czasie rozstania, rozłąki można być blisko drugiej osoby. Na co dzień odczytuję znaki, że mnie wspiera. Gdy mam podjąć jakąś decyzję, to zastanawiam się, co Andrzej zrobiłby na moim miejscu. Wracam do wspólnych pięknych chwil. Miłość nigdy nie umiera. Myślę, że po Jego śmierci jeszcze bardziej Go kocham.

– Miłość zaczęła się w Białej Podlaskiej od... maszyny do pisania.

– Dokładnie tak było. Koleżanka zapytała mnie, czy mogę pomóc pilotowi z Dęblina przepisać Jego pracę dyplomową. Zgodziłam się. Okazało się, że praca napisana jest z fachowymi skrótami i lotniczymi określeniami i trudno mi było to wszystko rozszyfrować. Sam zainteresowany musiał się pojawić, żeby mi ją podyktować. I tak zaczęła się moja znajomość z Andrzejem.

– To była wielka, romantyczna miłość od pierwszych chwil?

– Od razu czułam, że między nami dzieje się coś głębokiego. Andrzej bardzo szybko się we mnie zakochał. Ja od razu wiedziałam, że jest bardzo mądrym, ciepłym, pogodnym człowiekiem i ma wspaniałe serce. Zobaczyłam, że to człowiek wielkiej klasy i miary. W Jego obecności czułam się bezpiecznie. Tak, to była wielka, romantyczna miłość od samego początku.
W pierwszych miesiącach po skończonych studiach w Dęblińskiej Szkole Orląt Andrzej został przeniesiony do jednostki w Mirosławcu. Gdy miał wolny dzień, to przyjeżdżał do Białej Podlaskiej. Podróż trwała bardzo długo, nawet 12 godzin. To była spora odległość, bo 650 km w jedną stronę. Pomimo trudności przyjeżdżał. Choćby na chwilę, na kilka godzin. Nieraz więcej czasu spędzał w podróży, niż przebywał ze mną. Na koniec nie mogliśmy się rozstać. Zawsze odprowadzałam Go na dworzec. Czekał do ostatniej chwili, żeby wsiąść do pociągu. A ja długo stałam, patrzyłam na ten odjeżdżający pociąg i czułam, że jest mi bardzo źle bez Niego.

– Potem był ślub kościelny, mimo że w Ludowym Wojsku Polskim nie patrzono łaskawie na sprawy wiary.

– Dla Andrzeja było oczywiste, że weźmiemy ślub kościelny. Jeszcze nie znałam specyfiki wojska, nie wiedziałam, jak na to ktoś zareaguje. Andrzej też mnie nie wtajemniczał, że z tego powodu miał problemy.

– Jakie?

– Oficerowie polityczni Go wzywali, przesłuchiwali. Szczegółowo o wszystko wypytywali. Nie robiło to na Nim żadnego wrażenia. Był osobą głęboko wierzącą. Ślub kościelny, spowiedź, uroczystości religijne to było dla Niego coś oczywistego. Miał też zawsze przy sobie obrazek Matki Bożej Jasnogórskiej. Z tym obrazkiem wsiadł do samolotu. Za chwilę pokażę Jego portfel. W nim też nosił święte obrazki.
O Jego pobożności świadczy fakt, że zawierzył swoje życie Matce Bożej na Jasnej Górze. To zawsze było wyjątkowe miejsce w naszym życiu. Byliśmy tam wielokrotnie. Gdy jechaliśmy gdzieś na południe Polski, to wstępowaliśmy do sanktuarium, żeby się pomodlić. Dlatego po tragedii razem z dziećmi przekazałam Jego mundury, pamiątki właśnie na Jasną Górę. Urna ze szczątkami mojego Męża znalezionymi na miejscu katastrofy przez motocyklistów Rajdu Katyńskiego znajduje się w sanktuarium w Kaplicy Pamięci Narodu.

– Jak dzieci przeżyły te 8 lat?

– Moje dzieci do dzisiaj są zszokowane formułowanymi oskarżeniami. Andrzej był wspaniałym mężem i ojcem. Człowiekiem, który dla bezpieczeństwa Polski poświęcił całe swoje życie, a my razem z Nim. Rodzina pilota musi się przecież podporządkować służbie w wojsku, zaakceptować zmiany miejsca pobytu czy nieobecność ojca, który wyrusza na loty.

Kocham lotnictwo, podziwiam pilotów, bo to wyjątkowy, trudny i wymagający poświęceń zawód. Każdy w naszej rodzinie zdawał sobie sprawę, z jakim ryzykiem się wiąże. W tej profesji niekiedy sekundy decydują o życiu. Przeżyłam wiele pogrzebów pilotów. Wiedziałam, że śmierć jest czymś realnym. Dlatego dbałam, żeby w domu Andrzej miał jak najwięcej spokoju i jak najlepsze warunki. Domowe obowiązki brałam na siebie, żeby mógł się w pełni oddawać swojej lotniczej pasji.

– Na ile wiara pomogła Pani w przeżywaniu tej tragedii?

– Gdyby nie modlitwa, to chyba serce by mi pękło. Modliłam się, prosiłam św. Jana Pawła II o wsparcie, o pomoc. Wieczorami słuchałam jego kazań. Bardzo mi to pomagało.
Modlitwa towarzyszy mi każdego dnia. Dzięki niej przeżyłam ten najtrudniejszy okres mojego życia i myślę, że nie zawiodłam Andrzeja. Dzisiaj z ogromnym wewnętrznym spokojem patrzę na Jego portret.

Tagi:
Smoleńsk

Historyczna rocznica

2018-04-18 11:44

Artur Stelmasiak
Niedziela Ogólnopolska 16/2018, str. 18-19

10 kwietnia 2018 r., w dniu ósmej rocznicy katastrofy smoleńskiej, zamknął się ważny etap naszej najnowszej historii. Na placu Piłsudskiego w Warszawie, gdzie w kwietniu 2010 r. pogrążeni w smutku Polacy modlili się za ofiary katastrofy, stanął pomnik upamiętniający wszystkie 96 osób, które zginęły

Artur Stelmasiak
Pomnik, przykryty  biało-czerwoną  flagą,  został  odsłonięty  przez  przedstawicieli  rodzin  smoleńskich

O tym, że katastrofa smoleńska powinna zostać upamiętniona w centrum Warszawy, Polacy byli przekonani już 10 kwietnia 2010 r. Największa tragedia w naszej powojennej historii musi mieć swoje artystyczne odniesienie w przestrzeni publicznej stolicy. Tak przecież jest ze wszystkimi ważnymi wydarzeniami w naszej historii. – Modlimy się przede wszystkim za zmarłych, którzy osiem lat temu zginęli w katastrofie smoleńskiej. Ale módlmy się także o to, by ten pomnik wszystkich nas jednoczył. Niech ten pomnik przemawia do przyszłych pokoleń. Boże, zlej swoje błogosławieństwo na wszystkich, którzy będą nawiedzać to wyjątkowe miejsce – prosił w modlitwie kard. Kazimierz Nycz, który poświęcił pomnik na placu Piłsudskiego.

Pomnik autorstwa Jerzego Kaliny ma prostą formę, ale już teraz urósł do narodowego symbolu, który może zakończyć trawiący Polaków spór polityczny. Ofiarami katastrofy sprzed ośmiu lat byli przecież politycy ze wszystkich opcji politycznych. – On jest wszystkich i dla wszystkich – podkreślił prezydent RP Andrzej Duda i wyraził nadzieję, że pomnik będzie nas jednoczył, niezależnie od poglądów politycznych, że w krótkim czasie będzie świętym miejscem dla wszystkich Polaków. – Bo jest symbolem naszej wspólnoty, bo upamiętnia to, co było wspólnotowe, i że właśnie dla tego, co było wspólne, nasze, oni zginęli. I dlatego on jest nasz, wspólny! – podkreślił prezydent.

Zapracował na upamiętnienie

Przykryty biało-czerwoną flagą pomnik został odsłonięty przez przedstawicieli rodzin ofiar katastrofy. To one najwięcej wycierpiały po stracie bliskich oraz zostały wciągnięte w wir bezlitosnej polityki. – Długo czekałam, ale cieszę się, że wreszcie nadeszła ta chwila – powiedziała „Niedzieli” Ewa Kochanowska, wdowa po śp. Januszu Kochanowskim, rzeczniku praw obywatelskich. – Pomnik Jerzego Kaliny bardzo mi się podoba, bo przecież sama uczestniczyłam w postępowaniu konkursowym – dodała.

W gronie osób, które odsłoniły pomnik smoleński, był, oczywiście, Jarosław Kaczyński, brat śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. To jego polityczna i osobista determinacja sprawiła, że ofiary katastrofy zostały wreszcie upamiętnione. – Ani pomnik ofiar katastrofy smoleńskiej, ani pomnik Lecha Kaczyńskiego nie są przeciwko nikomu. My chcemy jedności Polaków, ale jedności wokół dobra, a nie wokół zła – powiedział prezes Prawa i Sprawiedliwości. – Tam jest 96 nazwisk. Bez żadnych tytułów, bez funkcji, po prostu 96 osób. 96 osób Polek i Polaków, którzy wspólnie wybrali się do Katynia po to, by podtrzymać pamięć. I to jest wystarczający powód, żeby ten pomnik tutaj stanął.

Tuż obok, na skraju placu Piłsudskiego, przy gmachu Garnizonu Warszawa, został odsłonięty kamień, gdzie za kilka miesięcy stanie pomnik prezydenta Lecha Kaczyńskiego. – Ten pomnik powstaje dlatego, że Lech Kaczyński przez całe swoje życie budował drogę do wyzwolenia ojczyzny. A później, gdy wolność okazała się niedoskonała, tworzył nurt życia publicznego, którego celami były zmiana i naprawa Rzeczypospolitej. Nikt nie odegrał tak wielkiej roli jak on w budowaniu tego, co było w Polsce dobre i sprawiedliwe. I dlatego ten pomnik stanie w tym miejscu – stwierdził Jarosław Kaczyński.

Do symboliki pomnika śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego odniósł się także Andrzej Duda. – Nikt nie miał takiego zaufania społecznego wśród wyborców, którzy wybrali go do Senatu, do Sejmu, na prezydenta Warszawy i wreszcie na prezydenta Rzeczypospolitej. Prezydent prof. Lech Kaczyński cieszył się po prostu ogromnym zaufaniem, bo sobie na to zaufanie zapracował. Można więc śmiało powiedzieć, że zapracował sobie swoją służbą dla ojczyzny także na to upamiętnienie – podkreślił prezydent Duda.

Quo vadis Polonia?

Stałym punktem rocznicowych obchodów jest zawsze Msza św. z udziałem rodzin ofiar, najwyższych władz państwowych i ponad 100 księży z całej Polski. Tysiące wiernych wypełniło szczelnie warszawską katedrę, ulice Starego Miasta oraz plac Zamkowy. – Jak co roku, jak co miesiąc wspominamy tych, którzy wtedy zginęli. 96 córek i synów narodu, pod przewodnictwem prezydenta Lecha Kaczyńskiego – powiedział bp Michał Janocha. W trakcie homilii nawiązał do jubileuszu 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Odniósł się do artystycznej instalacji grobu Pańskiego w warszawskiej archikatedrze, gdzie na tle narodowych barw orzeł w koronie zrywa kajdany i unosi się w powietrze. Przypomniał, że w Smoleńsku polskie skrzydła wbiły się w czarną ziemię. A w katedrze polskie skrzydła wzbijają się w białe niebo. Dumny orzeł zrywa żelazne łańcuchy, zrywa się do lotu. Od tego zrywu mija sto lat. – Jaka jest dzisiaj nasza ojczyzna? Jaka jest ziemia naszych praojców, ziemia Szczęsnego Felińskiego, Piłsudskiego, Dmowskiego, Witosa, Korfantego, Wyszyńskiego, ziemia Karola Wojtyły, po stu latach od tamtego cudu? – zastanawiał się bp Janocha i konstatował: – Między katedrą a Pałacem Prezydenckim stoją bariery chroniące Polaków przez Polakami, a czarne marsze domagają się prawa do zabijania nienarodzonych. Czy ten orzeł, który rozrywa kajdany i zrywa się do lotu, nie jest tylko projekcją naszych narodowych tęsknot, czy nie jest naszym kolejnym zbiorowym złudzeniem, czy nie jest jakąś tragiczną farsą?

Zdaniem bp. Janochy, współczesne kajdany mają swój wymiar społeczny i często bezwiednie sami sobie je nakładamy albo pozwalamy nakładać – przez bezkrytyczne uleganie wpływowym ideologiom. Jan Paweł II nazwał to zjawisko „cywilizacją śmierci”, kiedy w imię egoistycznej wolności, oderwanej od solidarności i od odpowiedzialności, głosi się prawo do decydowania o życiu nienarodzonych, upośledzonych, śmiertelnie chorych. Ksiądz biskup przypomniał, że pierwszym krajem w Europie, który wprowadził nieograniczone prawo zabijania nienarodzonych, była bolszewicka Rosja, a drugim były nazistowskie Niemcy. – Dziś tego samego prawa domagają się ludzie w imię postępu. Czy jeżeli ludożerca je widelcem i nożem, to jest postęp? W tym miejscu można powtórzyć pytanie, nieco nadużywane, niemniej jednak ważne i poważne: Quo vadis Polonia? Quo vadis Europa? – zauważył bp Janocha.

Ostatni Marsz Pamięci

Późnym wieczorem z archikatedry pod Pałac Prezydencki przeszedł Marsz Pamięci. Jarosław Kaczyński powiedział, że postawienie pomnika ofiar katastrofy kończy ważny etap. Podziękował wszystkim uczestnikom, którzy przez długie osiem lat uczestniczyli w comiesięcznej Mszy św. oraz w Marszu Pamięci. Zapowiedział, że nadal będą się modlić każdego 10. dnia miesiąca, ale już nie będzie marszy Krakowskim Przedmieściem.

Brat śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego wielokrotnie podkreślał wagę upamiętnienia ofiar katastrofy oraz wyjaśnienia jej przyczyn. – Mamy raporty wstępne, jeszcze nieostateczne. Przed nami badania, które będą prowadzone na zlecenie prokuratury przez najwybitniejszych w skali światowej specjalistów od katastrof lotniczych. Część spraw została już wyjaśniona, a droga do kolejnych jest otwarta – podsumował Jarosław Kaczyński. – To 96. marsz. Tyle marszów, ile ofiar katastrofy smoleńskiej. 96. marsz jest marszem ostatnim, bo doszliśmy do celu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Św. Stanisław Kostka - patron dzieci i młodzieży

Małgorzata Zalewska
Edycja podlaska 37/2002

Jastrow/pl.wikipedia.org



W komnacie, gdzie Stanisław święty zasnął w Bogu,

na miejscu łoża jego stoi grób z marmuru.

Taki, że widz niechcący wstrzymuje się w progu,

myśląc, że Święty we śnie zwrócił twarz do muru

i rannych dzwonów echa w powietrzu dochodzi...

I wstać chce, i po pierwszy raz człowieka zwodzi.

Nad łożem tym i grobem świeci wizerunek

Królowej Nieba, która z Świętych chórem schodzi

i tron opuszcza, nędzy śpiesząc na ratunek.

Palm wiele, kwiatów wiele aniołowie niosą,

skrzydłami z ram lub nogą wstępując bosą.

Gdzie zaś od dołu obraz kończy się ku stronie,

w którą Stanisław Kostka blade zwracał skronie,

jeszcze na ram złoceniu róża jedna świeci:

niby że, po obrazu stoczywszy się płótnie,

upaść ma, jak ostatni dźwięk, gdy składasz lutnię.

I nie zleciała dotąd na ziemię - i leci...

(Cyprian Kamil Norwid)

Doroczną pamiątkę św. Stanisława Kostki kościół w Polsce obchodził wcześniej 13 listopada. Od 1974 r. święto to obchodzimy 18 września jako święto patronalne dzieci i młodzieży, by na progu nowego roku szkolnego prosić dla nich o błogosławieństwo i potrzebne łaski.

Stanisław Kostka urodził się w październiku 1550 r. w Rostkowie, w wiosce położonej około 4 kilometrów od Przasnysza, na Mazowszu, w diecezji płockiej. Ojcem Stanisława był Jan Kostka, od 1564 r. kasztelan zakroczymski, a jego matką była Małgorzata z domu Kryska z Drobnina. Obie rodziny Kostków i Kryskich były w XVI w. dobrze znane.

Stanisław Kostka miał trzech braci i dwie siostry. Oto co Stanisław powiedział o swojej rodzinie: "Rodzice chcieli, byśmy byli wychowani w wierze katolickiej, zaznajomieni z katolickimi dogmatami, a nie oddawali się rozkoszom. Co więcej postępowali z nami ostro i twardo, napędzali nas zawsze - sami jak i przez domowników - do wszelkiej pobożności, skromności, uczciwości, tak żeby nikt z otoczenia, z licznej również służby, nie mógł się na nas skarżyć o rzecz najmniejszą" .

Św. Stanisław swoje pierwsze nauki pobierał w domu rodzinnym. Jego nauczycielem przez pewien czas był Jan Biliński. W domu rodzicielskim przebywał do 14. roku życia. Następnie Stanisław razem ze swym bratem Pawłem rozpoczęli studia u jezuitów we Wiedniu, lecz gdy nowy cesarz Maksymilian w 1565 r. zabrał jezuitom konwikt, musieli przenieść się na stancję. Do jezuickiej szkoły w Wiedniu uczęszczało wówczas około 400 uczniów, a regulamin tej szkoły streszczał się w jednym zdaniu: "Taką pobożnością, taką skromnością i takim poznaniem przedmiotów niech się uczniowie starają ozdobić swój umysł, aby się mogli podobać Bogu i ludziom pobożnym, a w przyszłości ojczyźnie i sobie samym przynieść także korzyść". Do pobożności miała zaprawiać studentów codzienna modlitwa przed lekcjami i po lekcjach, codzienna Msza św., miesięczna spowiedź i Komunia św. Początkowo Stanisławowi nauka szła trudno, ale pod koniec trzeciego roku należał już do najlepszych. Władał płynnie językiem ojczystym, niemieckim i łacińskim; uczył się też języka greckiego.

Trzy lata pobytu w Wiedniu to był dla Stanisława okres rozbudzonego życia wewnętrznego. Stanisław znał tylko drogę do kolegium, do kościoła i do domu. Swój wolny czas poświęcał na lekturę i modlitwę. Zadawał sobie pokuty i biczował się. Mimo sprzeciwu i próśb brata i kolegów nie zaprzestawał praktyk pokutnych. Intensywne życie wewnętrzne, nauka i praktyki pokutne tak bardzo osłabiły organizm chłopca, że bliski był śmierci. Zapadł w niemoc śmiertelną w grudniu 1565 r. Kiedy św. Stanisław był już pewien śmierci, a nie mógł otrzymać Wiatyku, gdyż właściciel domu nie chciał wpuścić katolickiego kapłana, wtedy św. Barbara, patronka dobrej śmierci, do której się zwrócił, w towarzystwie dwóch aniołów nawiedziła jego pokój i przyniosła mu ów Wiatyk. W tej również chorobie objawiła się Świętemu Matka Najświętsza i złożyła mu na ręce Boże Dzieciątko. Od Niej to doznał cudownego uleczenia z poleceniem by wstąpił do Towarzystwa Jezusowego. Nie było to rzeczą łatwą dla Stanisława, gdyż jezuici nie mieli zwyczaju przyjmować kandydatów bez woli rodziców, a on na nią nie mógł liczyć. Po wielu trudnościach i zmaganiach Stanisław został przyjęty do jezuitów najpierw na próbę, gdzie zadaniem jego było sprzątanie pokoi i pomaganie w kuchni, po pewnym jednak czasie, wraz z dwoma innymi kandydatami udał się Stanisław do Rzymu i na skutek polecenia prowincjała z Niemiec przełożony generalny przyjął go do nowicjatu. Rozkład zajęć nowicjuszów przedstawiał się następująco: modlitwa, praca umysłowa i fizyczna, posługi w domu i w szpitalach, dyskusje na tematy życia wewnętrznego i o sprawach kościelnych, konferencje mistrza nowicjatu i przyjezdnych gości. Stanisław czuł się szczęśliwy, że wreszcie osiągnął swój życiowy cel.

Przełożeni pozwolili Stanisławowi w pierwszych miesiącach 1568 r. złożyć śluby zakonne. Wielkim wydarzeniem w życiu św. Stanisława było przybycie 1 sierpnia w uroczystość Matki Bożej Anielskiej (dziś tę uroczystość obchodzimy 2 sierpnia) św. Piotra Kanizjusza, który zatrzymał się w domu nowicjatu i wygłosił dla nich konferencję. Po tej konferencji Stanisław powiedział do kolegów: "Dla wszystkich ta nauka świętego męża jest przestrogą i zachętą, ale dla mnie jest ona wyraźnym głosem Bożym. Umrę bowiem jeszcze w tym miesiącu". Koledzy zlekceważyli sobie jego słowa. Jeszcze 5 sierpnia jeden z ojców zabrał Stanisława do bazyliki Najświętszej Maryi Panny Większej na doroczny odpust. Za kilka dni było święto Wniebowzięcia Matki Bożej. 10 sierpnia Stanisław napisał list do Matki Bożej i ukrył go na swojej piersi. Prosił by mógł odejść z tego świata w uroczystość Wniebowzięcia Maryi. Jego prośba została wysłuchana. W wigilię Wniebowzięcia Stanisław dostał silnych mdłości i zemdlał. Wystąpił na nim zimny pot i poczuł dreszcze, z ust zaczęła sączyć mu się krew. O północy zaopatrzono go Wiatykiem. Przeszedł do wieczności tuż po północy 15 sierpnia 1568 r., mając zaledwie siedemnaście lat.

Wieść o jego pięknej śmierci rozeszła się lotem błyskawicy po całym Rzymie. Wbrew zwyczajowi zakonu jezuitów ciało Stanisława przyozdobiono kwiatami. W dwa lata potem, gdy otwarto grób św. Stanisława, znaleziono jego ciało nietknięte rozkładem. W 1605 r. papież Paweł V zezwolił na zawieszenie obrazu św. Stanisława w kościele św. Andrzeja w Rzymie i na zawieszenie przy nim lamp, jak też wotów. Papież Klemens X w 1670 r. zezwolił jezuitom na odprawianie Mszy św. i na odmawianie pacierzy kapłańskich ku czci św. Stanisława. W 1674 r. ten sam papież ogłosił św. Stanisława Kostkę jednym z głównych patronów Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Te wszystkie fakty Stolica Apostolska uznała jako akt beatyfikacji. Św. Stanisław Kostka jest pierwszym Polakiem, który dostąpił chwały ołtarzy w Towarzystwie Jezusowym. Rok 1714 był rokiem, w którym papież Klemens XI wydał dekret kanonizacyjny, ale samego aktu kanonizacji dokonał papież Benedykt XIII dopiero w 1726 r. wraz ze św. Alojzym Gonzagą. W 1926 r., w 200. rocznicę kanonizacji odbyła się uroczystość sprowadzenia do Polski małej części relikwii św. Stanisława. W tych jubileuszowych uroczystościach wziął udział sam prezydent państwa, Ignacy Mościcki. Ciało św. Stanisława spoczywa w kościele św. Andrzeja Boboli w Rzymie w jego ołtarzu po lewej stronie.

Ku czci św. Stanisława Kostki wzniesiono w Polsce wiele świątyń, wśród nich piękną katedrę w Łodzi. Najpiękniejszy kościół pod wezwaniem św. Stanisława znajduje się w Nowym Jorku. Św. Stanisław Kostka należy do najpopularniejszych polskich świętych. Przed cudownym obrazem św. Stanisława w obecnej katedrze lubelskiej modlił się w 1651 r. król Jan II Kazimierz.

W naszej diecezji doroczną uroczystość odpustową ku czci św. Stanisława Kostki przeżywa wspólnota parafialna w Jerzyskach, gdzie proboszczem jest ks. Zenon Bobel.

U początku nowego roku szkolnego i akademickiego starajmy się prosić św. Stanisława Kostkę, który jest patronem dziatwy i młodzieży, aby wstawiał się on za nami i wypraszał potrzebne nam wszystkim łaski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Polacy żyjący na świecie często nie czują się wykorzenieni

2018-09-25 21:19

lk / Płock (KAI)

Polacy żyjący na świecie, który jest globalną wioską, często nie lubią być nazywani emigrantami. Granice mają dla nich charakter umowny i wcale nie czują się wykorzenieni, gdyż podtrzymują kontakt z ojczyzną – powiedział KAI bp Wiesław Lechowicz. Delegat KEP ds. Emigracji Polskiej relacjonował sprawy duszpasterstwa Polonii na 380. zebraniu plenarnym KEP w Płocku.

Ks. Rytel-Andrianik

Bp Lechowicz podziękował pozostałym biskupom za to, że doceniają duszpasterstwo polonijne m.in. poprzez wysyłanie księży do pracy z Polonią. Pracuje wśród niej na całym świecie ok. 2 tys. polskich kapłanów. W ub. roku wyjechało w tym celu 18 kapłanów, w tym roku będzie ich trzynastu.

W Polsce w tym roku, m.in. z okazji 100. rocznicy odzyskania niepodległości, odbywały się w kraju liczne wydarzenia o charakterze polonijnym, jak II Kongres Młodzieży Polonijnej (lipiec-sierpień) i V Światowy Zjazd Polonii i Polaków z Zagranicy (wrzesień). Wzięli w nim udział młodsi i starsi Polacy z całego świata.

W ramach Światowego Zjazdu Polonii i Polaków z Zagranicy odbyło się Światowe Forum Duszpasterstw Polonijnych. – Była to okazja do wymiany doświadczeń i zastanowienia się, w jaki sposób możemy nadal troszczyć się w ośrodkach polonijnych o ducha religijnego i patriotycznego. Chodzi też o podtrzymywanie kontaktów nie tylko od święta, ale systematycznie – wyjaśnił bp Lechowicz.

Jego zdaniem, nie ma z tym problemu w Europie, gdzie dobrze działają Polskie Misje Katolickie. Nieco słabiej więź z ojczyzną jest podtrzymywana za oceanem: w obu Amerykach czy w Australii.

W opinii delegata KEP ds. Emigracji Polskiej, nie ma takiej grupy Polaków na obczyźnie, która nie byłaby szczególnym wyzwaniem duszpasterskim dla Kościoła w Polsce. – Na tyle, na ile nas stać, próbujemy docierać z naszymi księżmi do Polonii, nawiązywać kontakty z Kościołami lokalnymi poprzez miejscowych biskupów, tak, aby Polacy nie tworzyli zagranicą enklaw, ale byli częścią tamtejszych Kościołów – powiedział bp Lechowicz.

Przypomniał, że współcześnie żyjemy w świecie, który jest globalną wioską. Najnowsza fala polskiej emigracji nie ma charakteru ideowego, ale ekonomiczny. Polacy jednak często nie obawiają się osłabienia swoich więzi z krajem, uważając, że mogą podtrzymywać tożsamość narodową równie dobrze mieszkając poza Polską.

– Oni często nie lubią, jak się ich nazywa emigrantami. Żyją bowiem w świecie, granice mają dla nich charakter umowny, mogą niemal w każdej chwili wrócić do kraju i nie czują się wykorzenieni – dodał bp Lechowicz.

Zdaniem delegata KEP ds. Emigracji Polskiej, warto ponadto rozważyć częstsze uhonorowanie Polaków, którzy pracują wśród rodaków na obczyźnie na rzecz podtrzymania więzi z ojczyzną i wspierają w pracy duszpasterskiej duchownych.

Bp Wiesław Lechowicz wybiera się niedługo do Chicago, gdzie z tamtejszą Polonią będzie świętował 100. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem