Reklama

Wiem, że to Bóg mnie uratował

2018-03-14 11:03

Z Arturem Dreifingerem rozmawia ks. Ireneusz Skubiś
Niedziela Ogólnopolska 11/2018, str. 14-15

Mateusz Banaszkiewicz
Arturo Dreifinger z ks. Ireneuszem Skubisiem na dziedzińcu redakcji „Niedzieli”, 2006 r.

W 2006 r. redakcję „Niedzieli” odwiedził Arturo Dreifinger, Żyd mieszkający w Argentynie. Jak się okazało, w czasie II wojny światowej życie uratował mu m.in. ks. Antoni Marchewka, późniejszy redaktor naczelny „Niedzieli”. Po latach przybył z Argentyny do Polski, aby przejść śladami swego dzieciństwa. Zbierał też materiały do książki na ten temat. Ks. Ireneusz Skubiś przeprowadził z nim wywiad na temat jego wojennej przeszłości. Zapis tej rozmowy ukazał się w „Niedzieli” nr 46/2006 . Dziś, gdy zaistniała potrzeba, aby pokazywać światu fakty świadczące o tym, jak podczas II wojny światowej Polacy ratowali Żydów, przypominamy w „Niedzieli” wywiad z Arturem Dreifingerem.

KS. IRENEUSZ SKUBIŚ: – Co z czasów wojny najbardziej utkwiło Panu w pamięci?

ARTURO DREIFINGER: – Gdy miałem siedem lat, wybuchło Powstanie Warszawskie. Po jego upadku, po zbombardowaniu Warszawy przez dwadzieścia dni ukrywałem się z mamą w piwnicy. Nagle zjawili się Niemcy i wygnali nas wszystkich na ulicę. Dzieci do lat 10 miały stać na zewnątrz, a dzieci powyżej 10 lat miały odwrócić się do ściany. Ich ojcowie również. Po sekundzie wszyscy ci mężczyźni i chłopcy zostali rozstrzelani.

– Czy miał Pan rodzeństwo?

– Nie. Byłem tylko z mamą, od której mnie oddzielono. Tego dnia zostałem na świecie sam. Z miejsca rozstrzelania ludzie zaprowadzili mnie do Czerwonego Krzyża, którego siedziba mieściła się dwieście metrów dalej. Stamtąd ktoś wsadził mnie do samochodu i wywiózł do podwarszawskich Włoch. Tam zostałem sam. Nie wiedziałem, dokąd iść, nie miałem co jeść. Była noc. Siedziałem na ulicy i płakałem. Minęła mnie jedna osoba, druga, trzecia i pytały, co mi jest, dlaczego płaczę. Nie wiedziałem, co powiedzieć, mówiłem, że nie mam matki, że ją zgubiłem, że jestem sam i nie mam gdzie iść. Jacyś ludzie wzięli mnie do swojego domu. Miałem pyzatą twarz i to było dla mnie zbawienne, bo ludzie często bali się brać wychudzone dzieci do domu ze strachu przed chorobami. W tym domu byłem może jeden dzień, a na drugi wzięto mnie do innego. Mówiono po prostu: „Tadzik, musisz już iść”. Pytałem: Dlaczego?, niczego nie rozumiejąc.

– Co ludzie odpowiadali?

– „Ty wiesz dlaczego” – mówili. Bali się mówić wprost: „Bo jesteś Żydem”. I tak szedłem od domu do domu. Słyszałem różne rzeczy, np.: „Jak stąd nie pójdziesz, to nas zabiją, mnie, moją żonę, dzieci – i ciebie. Musisz iść. I nie mów nikomu, że tu byłeś. Masz bieliznę, trochę jedzenia i idź”. I tak co noc, co dzień.
Pewnego razu ktoś zabrał mnie do Pruszkowa. Było mi tam bardzo dobrze, traktowano mnie jak syna. Stamtąd zabrano mnie do Częstochowy.

– I właśnie wtedy zetknął się Pan z ks. Marchewką?

– Tak, ale nie od razu. Gdy przyjechałem, czekali na mnie: pewien mężczyzna, ok. 30-letni, kobieta oraz dziewczynka, może w moim wieku. Kobieta, z którą przyjechałem, oddała mnie temu mężczyźnie i odeszła bez słowa. A my pojechaliśmy do domu. Zastałem tam jeszcze jednego chłopca w moim wieku. Następnego dnia rano przyszedł do tego domu ksiądz, jak się później okazało, był to ks. Antoni Marchewka. „To ty jesteś Tadzik?” – zapytał.

– ...Tadzik?

– Tak. Miałem zmienione imię. W czasie okupacji mama zdecydowała, że będę się nazywać Tadeusz Stenawka.
Ksiądz zaprowadził mnie wtedy do maleńkiego pokoju, w którym mieszkał. Były tam jedno łóżko, ubikacja, drabina i stół. Ksiądz powiedział, żebym nie wychodził na ulicę i nie podchodził do balkonu. Przez cały dzień siedziałem więc w środku i czekałem na niego.
Ksiądz wychodził rano i przychodził wieczorem. Któregoś dnia wziął mnie ze sobą do kościoła. Odtąd chodziłem tam z nim codziennie. Kiedyś dał mi białą suknię – komżę, która była potrzebna, gdy trzeba było używać kadzidła.

– Ale nie został Pan u ks. Marchewki dłużej...

– Nie. Przyszedł dzień, kiedy ksiądz powiedział: „Tadzik, musimy iść”. Pamiętam ten poranek do dziś. Było jeszcze ciemno, padał deszcz i na ulicy nie było ludzi. Pojechaliśmy do Krakowa. Ksiądz przyprowadził mnie do wielkiego domu, w którym były drabinki i było bardzo dużo dzieci w wieku od 4 do 15 lat. Dano mi jeść, ale przyszły starsze dzieci i zabrały mi jedzenie. Bardzo się wtedy bałem... W bramie ksiądz powiedział, żebym codziennie modlił się do Pana Boga. Ja wiem, że to Bóg mnie uratował. Ksiądz wziął moją rękę i pocałował ją. Płakał. Zostawił mnie z tymi dziećmi i poszedł. Nigdy go już więcej nie widziałem.

– Pobyt w Krakowie okazał się zbawienny, odnalazła tam Pana matka...

– Tak. W tym domu mieszkałem ok. 10-15 dni, nie pamiętam dokładnie. Pewnego dnia usłyszałem moje nazwisko: „Stenawka, Stenawka”. Zabrano mnie i jeszcze trzech chłopców, moich rówieśników, do innego sierocińca pod Krakowem. Przebywałem w nim aż do zakończenia wojny. Pracowałem właśnie przy sadzeniu kartofli, kiedy usłyszałem, jak ktoś krzyczał, że skończyła się wojna. Myślałem: co to znaczy, że wojna się skończyła? Co teraz ze mną będzie, co zrobię, dokąd pójdę?
Przyjechały wielkie rosyjskie czołgi i codziennie któryś z rosyjskich oficerów przychodził do sierocińca, by adoptować jakieś dziecko. Zapisywał tylko na niewielkiej kartce, gdzie mieszka i jak się nazywa, i odchodził z dzieckiem. Mnie dwa czy trzy razy też chciano adoptować, ale ja nie chciałem. Powiedziałem, że chcę mieszkać w sierocińcu, choć nie było nam lekko, jedliśmy tylko czarny chleb i czasem trochę białego sera.
Wreszcie nadszedł pamiętny dzień. Dziewczyna, która nas pilnowała, zawołała: „Tadzik, chodź, ktoś pyta o ciebie”. Kto może o mnie pytać? – zdziwiłem się. Przecież jestem sam, nie mam ojca, matki... Bałem się iść, myślałem, że ktoś chce mnie adoptować. Ale ona jeszcze raz przyszła po mnie: „Tadzik, ktoś chce cię widzieć”. Poszedłem za nią i zobaczyłem młodą kobietę. Patrzyłem na nią i pytałem siebie, kim jest ta kobieta. Kiedy podeszła, chciałem uciekać. Ale ta kobieta zawołała: „Artuś!”. Zrobiło mi się dziwnie, ale w głowie dźwięczało, że nazywam się Tadzik. Ona wzięła mnie za rękę, wycałowała i mówi: „Pamiętasz? To ja jestem!”. Nie pamiętałem i nie chciałem sobie przypominać. Bałem się. Dopiero kiedy dotknąłem twarzą jej głowy, włosów, poczułem zapach domu rodzinnego... To była moja matka! Przeżyłem szok.

– Dokąd udaliście się wtedy z matką?

– Do Pragi. Mama pisała co noc listy do Rosji, bo w armii rosyjskiej był mój ojciec. Wysłała chyba ze 100 listów do różnych miast. Po jakimś czasie dotarł do nas ojciec, który uciekł z Rosji. Nie pamiętam, jak długo byliśmy w Pradze. Potem wyjechaliśmy do Paryża. Mama miała brata w Argentynie, który przebywał tam od 1927 r. Zaprosił nas, kupił bilety na statek. Z Bordeaux popłynęliśmy do Brazylii. Tam chciano, byśmy zostali. Ale mama pragnęła jechać dalej, do brata. Polecieliśmy samolotem z Brazylii do Argentyny, a następnie pociągiem pojechaliśmy do Mendozy, gdzie mieszkam do dziś.

– Dlaczego teraz przyjechał Pan do Polski?

– Aby lepiej poznać historię ks. Antoniego Marchewki, a także swoją. Nie jestem już najmłodszy, pamięć się zaciera, a ja chciałbym te wydarzenia ocalić od zapomnienia. Przygotowuję książkę na ten temat. Myślę, że będzie ona ważnym świadectwem i że przyczyni się do przełamania pewnych historycznych stereotypów. Wielu Polaków narażało przecież swoje życie, by ocalić Żydów...

Tagi:
Żydzi

Jak siostry ratowały Żydów

2018-08-14 11:06

Łukasz Krzysztofka
Edycja warszawska 33/2018, str. I

Dzięki jej zaangażowaniu w czasie II wojny światowej w samej tylko Warszawie ocalało ok. 750 żydowskich współobywateli – dorosłych, a zwłaszcza dzieci. Teraz przy ul. Hożej 53 powstanie muzeum upamiętniające s. Matyldę Getter i zasługi polskich sióstr zakonnych w ratowaniu Żydów

Łukasz Krzysztofka

Uroczystości upamiętniające matkę Matyldę Getter w 50. rocznicę jej śmierci odbyły się na Cmentarzu Powązkowskim oraz w Domu Prowincjalnym Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi.

Grób s. Matyldy Getter na Starych Powązkach do tej pory niczym się nie wyróżniał, trudno było nawet odczytać imię i nazwisko spoczywającej tam zakonnicy. Dzięki staraniom i pomocy Instytutu Pamięci Narodowej nagrobek został odnowiony i przygotowano pamiątkową tablicę. W 50. rocznicę śmierci s. Getter wieniec na jej grobie złożyli m.in. w imieniu prezydenta RP Andrzeja Dudy min. Adam Kwiatkowski, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP i dr Jarosław Szarek, prezes IPN-u.

– Wiemy, jakie głosy w ostatnim czasie pojawiają się nie tylko w Polsce, ale także za granicą, w jaki sposób opisuje się II wojnę światową i nasz, Polaków, wkład w to, jak wyglądała II wojna. Ile jest krzywdzących, często nieprawdziwych opinii. Nie musimy pisać historii na nowo, musimy tylko głośno opowiedzieć tę historię, pokazać tych ludzi, którzy w czasach II wojny światowej pomagali ludności żydowskiej, dowodząc tym samym najwyższych aktów człowieczeństwa – powiedział dr Jarosław Szarek, dodając, że s. Getter powinna być, obok Ireny Sendlerowej i rodziny Ulmów, symbolem pomocy, jakiej Polacy udzielali Żydom. – To dopiero początek naszej wspólnej drogi, żeby to nazwisko, to wielkie dzieło sióstr było znane nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Matka Getter zdobyła się na najwyższy akt człowieczeństwa, służąc Bogu i Ojczyźnie. Za długo trwało na ten temat milczenie. Trzeba o tym dzisiaj głośno mówić – podkreślił prezes IPN-u.

Na terenie domu prowincjalnego przy ul. Hożej powstanie Muzeum Ratowania Dzieci Żydowskich. List na uroczystość nadesłał prezydent RP Andrzej Duda. Prezydent przypomniał, że znaczący wkład w wielkie dzieło, aby odrodzona przed stu laty niepodległa Rzeczpospolita stała się wspólnym, bezpiecznym domem swoich obywateli, wniosła także m. Matylda Getter, w roku 1925 odznaczona za swoje zasługi Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. „Niech postawa polskich sióstr zakonnych i księży ratujących Żydów budzi w nas ducha wzajemnego szacunku, a ich bohaterstwo pozostanie na zawsze w pamięci naszej oraz wszystkich narodów świata”, podkreślił Prezydent.

Podczas uroczystości, w której uczestniczyli m.in. bratanek s. Getter i Lea Balint, Żydówka ocalona przez bohaterską zakonnicę, postać matki Getter przybliżyła s. dr Teresa Antonina Frącek. Opowiadała, że najtrudniejszą i najcięższą akcją było ratowanie dzieci żydowskich, ale dla matki Getter był to obowiązek sumienia. Mówiła: Ratujmy człowieka. Jeżeli ktoś przychodzi, to znaczy, że Bóg go przysyła. Musimy pomóc. – M. Matyldę charakteryzowała głęboka wiara i niezachwiana ufność w Bożą Opatrzność. Promieniowała modlitwą i dobrocią. Gdy brakowało już jedzenia w czasie powstania, kroiła liście i kwiaty rosnących w ogrodzie nasturcji i z nich robiła sałatki dla sióstr – mówiła s. Frącek.

Ks. dr Robert Ogrodnik poświęcił kamienie węgielne przywiezione z ogrodu Yad Vashem w Jerozolimie pod powstające muzeum. Znajdzie się ono w nowo wybudowanym budynku, choć zostaną też wykorzystane piwnice klasztoru, w którym w czasie okupacji niemieckiej mieścił się dom prowincjalny Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi. Bywało, że klasztor był pierwszym punktem, do którego trafiały prześladowane żydowskie dzieci. W muzeum znajdzie się wystawa stała poświęcona historii ratowania dzieci żydowskich przez żeńskie zgromadzenia zakonne i księży, a także sala konferencyjna i biblioteka. Placówka będzie ogólnodostępna. Zgromadzenie podjęło już pierwsze formalne kroki związane z uzyskaniem pozwoleń na budowę. Gotowy jest już wstępny projekt, ale dalsze formalności i budowa – jak przewidują siostry – potrwają 2-3 lata. – Budowa i ukończenie muzeum w dużym stopniu będzie zależeć od hojności sponsorów – podkreśla m. Janina Kierstan, przełożona generalna zgromadzenia. Na dziedzińcu klasztornym została zorganizowana wystawa poświęcona m. Getter, autorstwa Ewy Świder-Grobelny.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Święta mistyczka z Bingen

Z Alfredą Walkowską rozmawia Monika Łukaszów
Edycja legnicka 27/2012


MONIKA ŁUKASZÓW: - Od wielu lat popularyzuje Pani w Polsce wiedzę o średniowiecznej wizjonerce św. Hildegardzie z Bingen? Skąd zainteresowanie tą Świętą?

ALFREDA WALKOWSKA: - Moje spotkanie z Hildegardą zaczęło się wtedy, kiedy sama byłam bardzo chora. Mieszkałam w tym czasie w Niemczech, miałam małe dzieci. Wybrałam się wtedy na pieszą pielgrzymkę do sanktuarium maryjnego w Neviges, aby prosić Matkę Bożą o łaskę zdrowia. Po powrocie odebrałam telefon od znajomej, która znała moją sytuację i zaczęła opowiadać mi o Hildegardzie i jej sposobach leczenia. Postanowiłam spróbować. Pomoc przyszła szybko, a skutek był zadziwiający. Dzięki jej wskazówkom wróciłam do zdrowia. Od tego czasu poznawałam szkołę Hildegardy. Zaczęłam się przyglądać obszarom, którymi Hildegarda się zajmowała. W Niemczech nie było żadnego problemu z dostępem do informacji. Najpierw udałam się do bibliotek, potem już kupowałam książki na swoje potrzeby i tak to się zaczęło. Trwa to już jakieś 20 lat. Lecz dzisiaj mogę powiedzieć, że był to taki „pozytywny wirus”, z którego nigdy już się nie uwolniłam.

- A kim dla Alfredy Walkowskiej, tak prywatnie, jest św. Hildegarda z Bingen?

- Dla mnie św. Hildegarda jest jakby drogowskazem, który mówi mi, jak mam żyć. Jest sposobem na życie. Bardzo konkretnie została zaproszona do mojego życia i życia mojej rodziny. Przeniknęła nasze życie i zajęła w nim ważne oraz stałe miejsce.

- A na jakich zasadach opiera się terapia Świętej z Bingen?

- Medycyna św. Hildegardy porządkuje i zostawia wskazówki, aby powiedzieć człowiekowi, co ma robić, żeby był zdrowy, lub jeśli jest chory - co ma zrobić, aby to zdrowie odzyskać. Według św. Hildegardy dobra medycyna winna być holistyczna, co oznacza, że całościowe leczenie człowieka musi obejmować cztery podstawowe obszary jego życia: boski, kosmiczny, cielesny i duchowy. Metodą prawdziwego uzdrowienia jest właściwe uporządkowanie tych obszarów. Każda dolegliwość fizyczna ma swoją duchową przyczynę. A ponieważ związek ciała i duszy jest ścisły, więc terapia, aby być skuteczną musi obejmować jednocześnie ciało i duszę. Tym samym znosi objawy choroby, równocześnie szukając i usuwając jej przyczyny. Jest to medycyna, która w żaden sposób nie koliduje z medycyną konwencjonalną. Zatem można i należy wspomóc leczenie stosowane przez odpowiednie odżywanie czy dietę. Hildegarda przekazuje sześć złotych reguł, na których opiera się jej program zdrowia. Zastosowanie tych zasad sprawia, że człowiek zachowuje zdrowie i szczęście. Święta mówi, że należy: właściwie jeść i pić, czerpać energię z czterech żywiołów świata, zachować równowagę między odpoczynkiem a pracą, ważny jest również sen i czuwanie, a także właściwe usuwanie szkodliwych soków z organizmu oraz pełnienie cnót chrześcijańskich. System leczenia ma na celu przywrócenie harmonii ciała i ducha przy użyciu w pełni naturalnych metod.

- Jaki był początek przygody z medycyną Hildegardy w Polsce?

- Początek to ziarno orkiszu przywiezione z Niemiec. Orkisz jest podstawą, jeśli chodzi o odżywianie według wskazówek św. Hildegardy. Zaczynając przeszło 20 lat temu, było to absolutne pionierstwo, przede wszystkim, jeśli chodzi o uprawę tego zboża. Trzeba było uprawiać orkisz, o którym w Polsce nikt nie słyszał, a nawet konstruować specjalne maszyny do jego młocki. Ważny był także przekaz ustny. Dziś powiedzielibyśmy po prostu - reklama. Były to absolutne początki promocji św. Hildegardy i jej medycyny w Polsce. Jeśli ktoś potrzebował, to służyłam jakąś radą i pomocą. Ciągle siedziałam w książkach, czytałam, studiowałam. Aż dojrzałam do tego, aby coś napisać. I wtedy ukazała się moja pierwsza książka „Powrót do harmonii”. Ta publikacja zawiera podstawy programu zdrowia. Dzisiaj już wszystko wygląda inaczej. Jest łatwiej. Odbywają się systematycznie organizowane sesje, spotkania, rekolekcje. To, co zostało niegdyś zapoczątkowane, obecnie rozwija się i przynosi owoce. A z tego, że ludzie zdrowieją płynie dodatkowa zachęca do trwania w tym dziele.

- Powstało też stowarzyszenie św. Hildegardy.

- W którymś momencie trzeba było założyć działalność gospodarczą i dlatego powstało Centrum św. Hildegardy. Była taka potrzeba, aby jakoś uporządkować to wszystko prawnie. A później powstało stowarzyszenie, którego celem jest szerzenie dzieła św. Hildegardy. Skupia ono osoby zainteresowanie istotnie wyjątkową działalnością Mistrzyni z Bingen. Stowarzyszenie to, noszące nazwę Krąg Przyjaciół Świętej Hildegardy, gromadzi osoby z Polski i z zagranicy.

- To znaczy, że kult św. Hildegardy stale się rozwija.

- Od kilkunastu lat próbuję organizować w okolicach 17 września, to jest w dzień śmierci św. Hildegardy, uroczystą Mszę św., aby modlić się przez jej wstawiennictwo. Zapraszani są na nią kapłani, którzy w głoszonych homiliach przybliżają wiernym osobę i dzieło św. Hildegardy. Moim marzeniem było, aby pojawiła się figura albo obraz z wizerunkiem Świętej. I tak się stało! Od kilku lat w parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Legnicy kult tej Świętej jest rozwijany, pojawił się również piękny obraz z wizerunkiem św. Hildegardy. Przed tym obrazem, co miesiąc odmawiana jest specjalna litania oraz przez wstawiennictwo św. Hildergardy zanoszone są do Boga prośby i podziękowania.

- Ponad miesiąc temu Benedykt XVI oficjalnie kanonizował św. Hildegardę z Bingen, średniowieczną mistyczkę i uzdrowicielkę. Zapowiedział także, że w październiku ogłosi ją doktorem Kościoła powszechnego.

- Myślę, że właśnie teraz cały świat pozna bliżej tę wyjątkową postać. A my, jako członkowie stowarzyszenia wyjeżdżamy 7 października z pielgrzymką do Rzymu, aby tam na miejscu podziękować Panu Bogu za dar obecności św. Hildegardy w życiu Kościoła. Osobiście bardzo się cieszę, że „moja Święta” - tak o niej mówię - będzie doktorem Kościoła.

Więcej informacji o św. Hildegardzie, jej medycynie można uzyskać na stronie internetowej www.hildegarda.pl

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

Jasna Góra – pierwszy „skrawek” wolnej Polski

2018-09-18 16:49

Anna Wyszyńska

18 września 2018 r. na Jasnej Górze odbyło się spotkanie dyrektorów, nauczycieli i młodzieży poświęcone projektowi pt. „Nie chciejcie Ojczyzny, która was nic nie kosztuje”, który realizowany jest od kwietnia br. Projekt, poświęcony świętowaniu 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości, a także jasnogórskie uroczystości z tej okazji objął honorowym patronatem Prezydent RP Andrzej Duda.

Magda Nowak/Niedziela

W konferencji wzięli udział: poseł na Sejm Lidia Burzyńska, Śląski Kurator Oświaty Urszula Bauer, o. Mariusz Tabulski – definitor generalny Zakonu Paulinów, prelegenci dr Sławomir Maślikowski z IPN oraz paulin o. prof. Eustachy Rakoczy, jasnogórski kapelan Żołnierzy Niepodległości.

Magda Nowak/Niedziela

Podczas konferencji przedstawiono cel projektu, realizowane już działania oraz program głównych uroczystości jasnogórskich, które odbędą się 4 listopada br. 4 listopada ponieważ w tym dniu polskie flagi pojawiły się nad Jasną Górą. Na rozkaz gen. Rozwadowskiego oddział żołnierzy z 2. Pułku Piechoty pod komendą por. Artura Wiśniewskiego wszedł w tym dniu do klasztoru i przejął Jasną Górę z rąk austriackich zaborców. Polskie wojsko powitał uroczyście przeor Piotr Markiewicz. Żołnierze zaciągnęli wartę honorową, a na wieży załopotały biało-czerwone flagi. Tym samym Jasna Góra stała się „skrawkiem” wolnej Ojczyny, której niepodległość ogłoszono 11 listopada 1918 r.

Wydarzenia sprzed 100 lat upamiętni Msza św. pod przewodnictwem abp. Wacława Depo metropolity częstochowskiego, odsłonięcie tablicy pamięci kpt. Artura Wiśniewskiego w Kaplicy Pamięci Narodu, rekonstrukcja wydarzeń, piknik patriotyczny, a także oratorium o kard. Stefanie Wyszyńskim „Per Mariam Soli Deo” w Bazylice Jasnogórskiej i wywieszenie na jasnogórskiej wieży 100-metrowej biało-czerwonej flagi.

Podczas konferencji dr Sławomir Maślikowski mówił o roli Kościoła w budowaniu patriotyzmu Polaków w okresie zaborów oraz represjach zaborców wobec kapłanów i osób zakonnych, natomiast o. Eustachy Rakoczy jasnogórski kapelan Żołnierzy Niepodległości przedstawił postać kpt. Artura Wiśniewskiego i żołnierzy z jego oddziału.

Projekt „Nie chciejcie Ojczyzny, która was nic nie kosztuje” ma charakter edukacyjny. Jego celem jest m.in. dotarcie, zwłaszcza do młodych, z przekazem o wydarzeniach z czasów zaborów i roku 1918, roli Jasnej Góry w drodze do niepodległości. Jest realizowany przez Jasną Górę, delegaturę częstochowską Kuratorium Oświaty w Katowicach i częstochowski oddział Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas Christiana”.

W ramach projektu uczniowie szkół z regionu częstochowskiego przygotowują się do głównego wydarzenia poprzez m.in.: projektowanie maciejówek, czapek, które stanowiły umundurowanie legionistów polskich w wersji „maciejówka XXI wieku”, przeprowadzenie lekcji historii, przygotowanie życzeń dla Niepodległej w szkolnych kronikach „100 życzeń na 100 lat dla Polski”, opracowanie kartek okolicznościowych, przygotowanie śpiewnika z piosenkami niepodległościowymi. Podczas konferencji podsumowano konkurs plastyczny dla przedszkolaków na okładkę patriotycznego śpiewnika. Wystąpił zespół „Słowak i muza” z L.O. im. J. Słowackiego w Częstochowie pod dyrekcją Doroty Marlińskiej.

Szczegółowe informacje o projekcie znajdują się na stronie: niepodlegla.com.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem