Reklama

Siostry Służebniczki mają nową kaplicę

2018-03-07 11:21

Z s. Agnieszką Mendlewicz rozmawia ks. Waldemar Wesołowski
Edycja legnicka 10/2018, str. VI

Ks. Waldemar Wesołowski
Siostry służebniczki


W Chojnowie od wielu lat posługują Siostry Służebniczki Dębickie. Ich dom zakonny jest równocześnie miejscem, gdzie znajduje się ochronka dla 50 dzieci. 24 lutego bp Marek Mendyk odwiedził siostry i poświęcił ich nową kaplicę. Warto dodać, że chojnowski dom jest jedyną placówką Sióstr Służebniczek Dębickich w archidiecezji wrocławskiej.
Na uroczystość przyjechały siostry z domu generalnego z Dębicy, a także z innych miejsc. Na Eucharystii obecny był także proboszcz parafii Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny ks. Mirosław Makowski oraz ks. wikariusz Marcin Bogucki, którzy na co dzień posługują w kaplicy sióstr. W otwarciu nowej kaplicy uczestniczyli także goście z Poznania, inż. Kazimierz Ratajczak z żoną, który nadzoruje prace remontowe w chojnowskim domu. To nie koniec tych prac, na wiosnę ruszy gruntowny remont dolnej części, w której znajduje się ochronka. Podczas Mszy św. bp Marek Mendyk mówił na temat miłości nieprzyjaciół, która jest „najprostszą drogą do świętości”. Podziękował też siostrom pracującym w Chojnowie nie tylko za trud wychowywania dzieci, ale także za świadectwo wiary, modlitwy i życia zakonnego, jakie siostry dają w mieście i w diecezji legnickiej. Z okazji poświęcenia nowej kaplicy prezentujemy Zgromadzenie Służebniczek Dębickich i jego charyzmat.

Ks. Waldemar Wesołowski: – Chojnowski dom to jedynie miejsce w naszej diecezji, gdzie posługują Siostry Służebniczki?

S. Agnieszka Mendlewicz: – Tak. To jedyny dom. Jest nas tutaj osiem. Większość sióstr pracuje w ochronce. Jedna siostra jest katechetką w chojnowskich szkołach, jedna pomaga w kościele parafialnym. Są też dwie starsze siostry na emeryturze.

– Waszym założycielem jest ciekawa postać. To bł. Edmund Bojanowski. Świecki człowiek, który założył żeńskie zgromadzenie zakonne.

– Tak, Edmund Bojanowski to nasz założyciel i prekursor ochronek, które stały się specyfiką naszego zgromadzenia. Dzieło naszego założyciela kontynuujemy dzisiaj, mam nadzieję, że z powodzeniem.

– Przypomnijmy postać bł. Edmunda Bojanowskiego.

– Trzeba się cofnąć w czasie do roku 1814 i do ziemi wielkopolskiej. Tam bowiem urodził się Edmund w zamożnej rodzinie. Była to rodzina ziemiańska, o mocnych korzeniach religijnych i patriotycznych. Jako małe dziecko Edmund ciężko zachorował. Myślę, że cud, jaki przeżył mając zaledwie 4 lata, miał wielki wpływ na dalsze jego życie. Mama zawiozła go do Gostynia, gdzie znajduje się cudowny obraz Matki Bożej Świętogórskiej, Róży Duchownej. Tam modliła się o cud uzdrowienia, gdyż lekarze nie byli w stanie pomóc małemu Edmundowi. Matka Boża przyszła z pomocą i Edmund odzyskał zdrowie. Od tego chyba momentu Edmund rozkochał się w Matce Bożej. W dalszym swoim życiu szukał woli Bożej, jaką Bóg ma wobec niego. Podjął najpierw naukę w szkole, potem studia we Wrocławiu i Berlinie. Interesowała go literatura, ale ostatecznie praca charytatywna stała się częścią jego życia. Swoje wysiłki skierował szczególnie do dzieci. Zauważył, że w tamtych czasach dużo dzieci pozostawało bez opieki. Wynikało to m.in. z epidemii cholery. Wiele dzieci zostało osieroconych. Starał się też na nowo zdobywać ludzi do życia w wierze i kształtować ich w duchu Ewangelii. Zdawał sobie sprawę z tego, że najlepiej zaczynać to dzieło od dziecka. Zaczął zakładać ochronki dla tych dzieci. Ponieważ sam miał tylko dwie ręce, z czasem zaczęły przychodzić mu z pomocą młode dziewczęta, które stały się zalążkiem zgromadzenia zakonnego. Nie powstało ono od razu. Edmund powoli odkrywał wolę Boga względem niego i względem dzieł, które rozpoczął. W 1850 r. powstało żeńskie zgromadzenie apostolskie o charakterze maryjnym.

– Na czym polega specyfika wychowania według Edmunda Bojanowskiego?

– Pierwsza rzecz to nazwa placówki. Ochronka, czyli ochranianie. Działania zmierzające do chronienia dzieci przed różnymi niebezpieczeństwami. Zarówno tymi fizycznymi, zewnętrznymi, jak i duchowymi. My, jako siostry, mamy pomagać rodzicom w wychowaniu ich dzieci. Naszym zadaniem jest tak działać, aby każde dziecko było na obraz i podobieństwo Boże. To dokonuje się poprzez zwracanie uwagi na człowieka, jako całość. Po drugie, dla Edmunda ważny był cały człowiek, a więc ciało i dusza. Sam od dzieci wiele się uczył, miał też umiejętność zniżania się do poziomu dziecka, dlatego tak dobrze je rozumiał. Tego też uczył siostry. Zwracał uwagę nie tyle na pouczanie, ale i na dawanie świadectwa. Również dziś staramy się uczyć dzieci miłości do Pana Boga i do drugiego człowieka zwłaszcza poprzez własne świadectwo.

– Wasza chojnowska ochronka jest spora.

– Tak, mamy dwie grupy po 25 dzieci. W sumie 50. To są dzieci w wieku 3-4 oraz 5-6 lat. Pewnie, gdyby warunki na to pozwalały, byłoby więcej dzieci. Zapotrzebowanie jest duże, również duże jest zainteresowanie rodziców naszą placówką. Myślę, że wynika to z chrześcijańskiego fundamentu naszej placówki i z wartości, jakie staramy się przekazywać dzieciom. Czują się u nas bezpieczne, rodzice też to widzą. Wielu rodzicom zależy na tym, by dzieci były wychowywane w duchu religijnym, mają też do nas zaufanie. Nie powierza się dziecka komuś, komu się nie ufa. Z drugiej strony, nasze wysiłki wychowawcze kierujemy również w stronę rodziców. Przez dzieci mamy wpływ na ich rodziców. Przekłada się to również na dobrą współpracę między nami – wychowawcami, a rodzicami dzieci.

– Co Siostrze daje największą radość w pracy z dziećmi?

– Kocham wszystkie dzieci, zwłaszcza te, które są w naszej ochronce. Praca z nimi i dla nich daje niesamowitą radość. Nawet kiedy przychodzi gorszy dzień, idąc do ochronki, widząc uśmiechnięte i radosne twarze, wszystko przechodzi. Serce zaczyna się uśmiechać i na twarzy pojawia się uśmiech. To daje mi również spontaniczność i otwartość. Uczę się także zaufania wobec Pana Boga. Ufam bowiem, że te dzieci wyrosną na porządnych, dobrych ludzi.

Tagi:
siostry

Bo Pan Bóg powiedział

2018-09-19 10:25

Mateusz Wyrwich
Niedziela Ogólnopolska 38/2018, str. 28-29

Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w czasie wojny uratowało, we współpracy z „Żegotą”, ponad 500 żydowskich dzieci i 250 dorosłych. Dzięki tysiącom kapłanów dzieciom wystawiono nowe świadectwa urodzenia


Fotografia nagrobna m. Matyldy Getter

Akcją niesienia pomocy kierowała s. Matylda Getter, nazywana przez siostry i dzieci „Matusią”. W półwiecze jej śmierci ks. Robert Ogrodnik poświęcił kamienie węgielne pod Muzeum Ratowania Dzieci Żydowskich im. Matki Matyldy Getter – „Matusi”. Za dwa lata, dzięki staraniom m.in. Instytutu Pamięci Narodowej, powstanie ono przy warszawskim domu zakonnym na ul. Hożej, gdzie niemal do końca życia mieszkała „Matusia”. Kamienie węgielne pochodzą z izraelskiego ogrodu Yad Vashem.

– Za długo trwało milczenie o tym, co robiła s. Matylda Getter. I trzeba teraz głośno o tym mówić. Chcemy, by się o tym dowiedzieli rodacy. By wiedza o tym docierała również poza granice Polski. To jest nasza wspólna pamięć. Pamięć naszego narodu – powiedział przy grobie s. Getter prezes IPN Jarosław Szarek.

S. Matylda Getter urodziła się w 1870 r. na warszawskiej Woli. Do zakonu wstąpiła w wieku 17 lat. Jak mówi dziś historyk i archiwistka zgromadzenia s. dr Teresa Antonietta Frącek – s. Getter poszła do zakonu Rodziny Maryi pod wpływem sugestii spowiednika, który miał jej powiedzieć: Trzeba teraz ratować biedne dzieci i służyć krajowi.

Służyła przez cały czas Polsce pod zaborem rosyjskim, zakładając kolejne sierocińce dla polskich dzieci. Również w okresie II RP. Kiedy s. Getter została przełożoną prowincji warszawskiej zgromadzenia w 1938 r., prowadziła ponad 40 domów, w których tuż przed wybuchem II wojny światowej przebywało blisko 2 tys. dzieci. Opiekowało się nimi ponad 400 sióstr, które prowadziły sierocińce, ochronki, internaty, szkoły, w tym 5 szkół własnych zgromadzenia. Za swą działalność s. Matylda została odznaczona przez władze państwowe II RP Złotym Krzyżem Zasługi i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Nie wolno nam odmówić

Wraz z wybuchem wojny i założeniem przez Niemców pierwszych gett przed siostrami stanęło nowe wyzwanie: uratować jak najwięcej żydowskich dzieci i dorosłych, którzy byli skazani przez Niemców na eksterminację. Siedziba Domu Generalnego na ul. Żelaznej mieściła się tuż przy murze getta. Stamtąd często przerzucano niemowlęta czy też małe dzieci. Na Żelazną trafiały nie tylko maluchy, lecz także młodzi Żydzi, podobnie jak do domu na Hożej. O jednym z takich spotkań z s. Getter wspominały po latach żydowskie siostry Lili i Mary Goldschmidt, które jako kilkunastoletnie dziewczęta były ukrywane na Hożej. Lili, która trafiła tam w 1942 r., tak o tym opowiedziała: „Nie zapomnę do końca życia tego momentu, matka Getter była w tym małym ogródku, na Hożej, zbliżyłam się do niej, powiedziałam, że nie mam gdzie się podziać, że jestem Żydówką, a więc wyjętą spod prawa. Na co matka Getter mi odpowiedziała, i tu przytaczam jej słowa: «Dziecko moje, ktokolwiek przychodzi na nasze podwórko i prosi o pomoc, w imię Chrystusa, nie wolno nam odmówić»”. Kilka miesięcy później na Hożą cudem trafiła też jej siostra – Mary. „Kiedy s. Getter zapytała: «Co mi powiesz, dziecko (...)», odpowiedziałam (...), że nie mogę wrócić do swojego mieszkania, że jestem Żydówką i że nie wiem, gdzie się podziać z tym życiem, co się tak rozpaczliwie kołacze w moim sercu. Tego dnia już zostałam na ulicy Hożej” (s. Teresa Antonietta Frącek, „Działalność Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w latach 1939-1945”).

Mary Goldschmidt dała świadectwo o s. Matyldzie, tak pisząc w 1984 r. w jednym z listów do s. Antonietty: „Dostałam od Matusi na Hożej maleńki medalion z wizerunkiem Matki Boskiej. Siostra wówczas powiedziała: «Wiem, że ty w to nie wierzysz. To nic nie szkodzi, bo ja w to wierzę. Trzymaj go przy sobie». I mam go jeszcze do dzisiaj. Dostałam od niej też książeczkę do nabożeństwa, ze słowami: «Naucz się tych modlitw na pamięć, to się może przydać». Wiedziałam, że w tym klasztorze nie szukano owieczek do religii chrześcijan, ale znajomość religii katolickiej mogła czasem pomóc przy ukrywaniu się na fałszywych papierach. Modlitewnik towarzyszył mi często, ale świadomość szacunku dla mojej własnej religii, w której żyłam u Matusi, jej respekt dla mojej przynależności, uznanie moich wartości i tradycji były dla mnie największą podporą”.

Anioły w habitach

Lea Balint z Jerozolimy ma 80 lat i od lat odwiedza siostry franciszkanki Rodziny Maryi. Do dziś, gdzie tylko może, świadczy o uratowaniu jej życia przez s. Matyldę Getter i inne siostry ze zgromadzenia. I do dziś nazywa je swoimi aniołami. Kiedy przyniesiono ją do zakonu, miała zaledwie 3 latka. Znalazła schronienie, wraz z innymi żydowskimi i polskimi dziećmi, w domu zakonnym w Brwinowie, który m. Getter założyła w 1941 r. Lea Balint podkreśla, że siostry uratowały jej życie trzykrotnie. Po raz pierwszy, kiedy ją przyjęły do domu w Brwinowie. Po raz drugi, kiedy niespodziewanie przyszli Niemcy, a siostra przebywała z nią na werandzie. Niemal w ostatniej chwili spostrzegła duży kosz ze słomą, na której wierzchu leżały jajka. Szybko z tego kosza wyjęła część słomy i włożyła do niego malutką Leę. Przykryła dziecko resztą słomy i na wierzchu położyła znowu jajka. Kiedy Niemcy weszli, chcieli od razu zabrać kosz z jajkami. Siłowali się z siostrą. Nie oddała – powiedziała, że to ostatnie wyżywienie dla dzieci. A Lea wykazała się niezwykłą odwagą i przez cały ten czas nawet nie pisnęła. Kiedy Niemcy wyszli, siostra wyjęła ją z koszyka, przytuliła i się rozszlochała. Trzeci przypadek miał miejsce w 1944 r. Już podczas Powstania Warszawskiego, kiedy łuny dochodziły do Brwinowa, Lea dostała zakażenia ręki. Siostra zaniosła ją do oddalonego o kilka kilometrów punktu sanitarnego, tuż przy granicach Warszawy. Tam dziewczynka dostała zastrzyk i dzięki temu nie umarła.

– Zawsze czułam, że jestem kochana, mimo oddalenia od rodziców, mimo ciągłego lęku – mówi Lea Balint. – Pamiętam taką scenę: kiedy było bombardowanie, bardzo się bałyśmy i płakałyśmy. Któraś ze starszych dziewcząt zapytała, jak długo będzie to trwało. Na co s. Getter powiedziała, że nie ma się co bać i że zaraz pójdzie i zapyta o to Pana Boga. Wróciła z uśmiechem i poprosiła, żebyśmy były spokojne, bo Pan Bóg powiedział, że bombardowanie niedługo się skończy i nic nam się nie stanie. I rzeczywiście po kilkunastu minutach ustało. Serdeczność, jaką mnie otaczano w domu Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w Brwinowie, zawsze mi towarzyszyła. To dobro promieniowało na całe moje życie. Również na sposób wychowywania moich dzieci i wnuków, które mieszkają w Izraelu.

Okno życia

Po wojnie s. Matylda Getter przez kilka lat była przełożoną domu na Hożej. Cieszyła się ogromnym szacunkiem i uznaniem. Jak wspomina archiwistka zgromadzenia s. Antonietta, choć „Matusia” ciężko chorowała, to znosiła to z wielką cierpliwością i pokorą. S. Frącek wielokrotnie z nią rozmawiała o przeżyciach czasu wojny. Wspomina, że „Matusia” jakiś czas przed śmiercią oddała przełożonej medal „Salvator Mundi”. Otrzymała go w latach 20. XX wieku od kard. Aleksandra Kakowskiego, który wówczas powiedział: – Ten medal i matkę uratuje... Kiedy w 1974 r. siostry na Hożej obchodziły 100-lecie domu, biorący udział w tych uroczystościach prymas kard. Stefan Wyszyński wspomniał ofiarną pracę m. Getter, jej poświęcenie i patriotyzm. Powiedział też, że w tym domu nagromadziło się tyle dobra, tyle ofiary, iż kiedy sąsiednie murowane gmachy legły w gruzach, ten drewniany dom pozostał. Prymas podkreślił, że m. Getter wypełniała ewangeliczne wezwanie Chrystusa: „Kto by przyjął jedno dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje”. I dodał: – Jak bliski tym wyrazom jest werset Talmudu: „Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat”.

Przed laty w murze domu zakonu na Hożej siostry otworzyły „okno życia”, do którego trafiło już wiele porzuconych niemowląt. Kto ratuje jedno życie...

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Płyta - Wojna totalna 300x400

Odwaga papieża dodawała odwagi do przeciwstawiania się złu

2018-10-18 21:00

rk / Kraków (KAI)

„Odwaga Jana Pawła II dodawała odwagi do przeciwstawiania się złu całym systemom, ale bez stosowania przemocy” – wskazał bp Roman Pindel, który 18 października przewodniczył Mszy św. w krakowskim Centrum Jana Pawła II. W Eucharystii w sanktuarium udział wzięli m.in. przedstawiciele Ochotniczych Hufców Pracy, przeżywający inaugurację roku szkoleniowego, instytucje promujące dziedzictwo Jana Pawła II, a także zarząd i pracownicy Portu Lotniczego im. Jana Pawła II w Krakowie-Balicach.

Ricardo77/ pl.wikiepdia.org

Biskup przywołał ewangeliczne czytanie dnia i podkreślił, że kard. Karol Wojtyła przeżywał „niezwykłą świadomość powołania”. Według duchownego, Jana Pawła II można określić jako „człowieka powołania, świadomego posłania od Boga, ale też umacniającego i zachęcający wierzących do dawania odpowiedzi na Boże powołanie”.

Biskup nawiązał do papieskich słów z Mszy inaugurującej pontyfikat Jana Pawła II – słynnego wezwania „non abbiate paura” (nie lękajcie się) – zachęcającego do otwarcia serca na samego Chrystusa, który pomaga pozbyć się lęku przed każdym zagrożeniem i każdą trwogą.

„Takie wezwanie jest konieczne dla tego, kto przyjmuje słowa dzisiejszej Ewangelii: «Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki»” – zwrócił uwagę biskup i przypomniał, że Jan Paweł II wielokrotnie występował w sytuacji, „gdy pozostawał bezbronny, a jego adwersarz dowiódł już wcześniej swoich zamiarów i swoich potężnych możliwości”.

„Dosłownie był jak bezbronna owca w otoczeniu drapieżników, dysponujących różnymi środkami nacisku, takiej czy innej machiny przemocy i zniszczenia” – stwierdził kaznodzieja, przywołując postawę papieża po zamachu 13 maja 1981 roku, gdy nie wiedząc, kim jest zamachowiec, wypowiedział słowa: „Modlę się za brata, który zadał mi cios, i szczerze mu przebaczam”.

„Odwaga papieża dodawała odwagi do przeciwstawiania się złu całym systemom, ale bez stosowania przemocy. Wskazywał drogi naprawienia zła i niesprawiedliwości: przez przebaczenie i prośbę o przebaczenie za własne i nie własne winy, przez wspaniałomyślność i miłosierdzie, osobistą odwagę i wytrwałość. Naprawdę, mamy wiele do nauczenia się od Jana Pawła II w tej dziedzinie” – zaznaczył bp Pindel i zwrócił uwagę, że dziedzictwem Jana Pawła II jest także wielkie wołanie o nową ewangelizację.

„Nowa także dlatego, że jej miejsce jest przede wszystkim w krajach, w których ewangelizacja dokonała się przed wiekami, gdzie po okresie dominacji chrześcijaństwa w danym środowisku, szerzy się niewiara, laicyzacja, kultura nihilizmu i śmierci” – wyjaśnił kaznodzieja i przyznał, że dziś coraz szybciej przekonujemy się o potrzebie nowej ewangelizacji w Polsce.

„Coraz wyraźniej widać potrzebę głoszenia Ewangelii młodym, którzy nie przejmują wiary w domu, nawet gdy ich rodzice są wierzący i praktykujący. Wyraźnie też widzimy, że nie da się tak łatwo powiedzieć, gdzie w naszym życiu, zwłaszcza społecznym, jest widoczne panowanie Chrystusa. Naprawdę zbyt często musimy powiedzieć: oddaliło się od nas Królestwo Boże. Dlatego trzeba nam się nawracać i przyjąć z wiarą tę samą Ewangelię, którą głosił Chrystus i Apostołowie, a którą i my mamy głosić” – wezwał.

W homilii ordynariusz diecezji bielsko-żywieckiej nawiązał także do hasła przyświecającego kolejnemu dniowi obchodów 40-lecia wyboru kard. Karola Wojtyły na papieża – „Papież nauki, kultury i sportu”. W tym kontekście zauważył, że pierwszym drukowanym tekstem Karola Wojtyły był ten zamieszczony w 1933 roku w gazecie „Dzwonek”. Autorem był 13-letni wówczas wadowicki uczeń i ministrant. Przyszły teolog i papież opisał w nim pożegnanie, jakie ks. Kazimierzowi Figlewiczowi zgotowali ministranci wadowiccy, gdy ten odchodził z ich parafii.

Zdaniem biskupa, słowa młodego Wojtyły, w których wyraził nadzieję, że nie ludzie, a Bóg sam doceni i nagrodzi gorliwego kapłana, opiekuna ministrantów, stanowią zapowiedź jego przyszłych dokonań naukowych, działań na rzecz kultury oraz jego sposobu promocji sportu.

Trzeci dzień krakowskich obchodów 40-lecia wyboru kard. Wojtyły na Stolicę Piotrową przebiegał pod hasłem „Papież nauki, kultury i sportu”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Arturo Mari do redaktorów „Niedzieli”: waszym zadaniem jest nieść prawdę o św. Janie Pawle II

2018-10-19 16:10

Ks. Mariusz Frukacz

Magda Nowak/Niedziela

„Waszym zadaniem, jako dziennikarzy jest zanieść dalej, do innych prawdę o św. Janie Pawle II, o tym co zrobił dla Polski, dla świata i dla nas wszystkich” powiedział 19 października Arturo Mari do dziennikarzy i pracowników tygodnika katolickiego „Niedziela”. Znany fotograf papieski, wraz z żoną Coriną byli gośćmi redakcji „Niedzieli” w Częstochowie.

„Bardzo się cieszymy, że ponownie jest z nami wielki świadek pontyfikatu św. Jana Pawła II. Dzięki tej obecności jest z nami także Jan Paweł II” – podkreślił na początku spotkania Lidia Dudkiewicz redaktor naczelna „Niedzieli”.

Podczas spotkania Arturo Mari opowiedział o początkach swojej przyjaźni z Janem Pawłem II. Zaznaczył, że już w czasie Soboru Watykańskiego II, gdy przyjaźnił się z kard. Stefanem Wyszyńskim zapoznał się z abp. Karolem Wojtyłą. - Poznałem go jako młodego biskupa w czasie Soboru Watykańskiego II. Przedstawił mi młodego biskupa krakowskiego wielki Prymas Tysiąclecia kard. Stefan Wyszyński, którego znałem wcześniej. Na Soborze Karol Wojtyła objawił się jako człowiek o jasnych i klarownych ideach, człowiek, który chciał otwarcia Kościoła na dialog ze współczesnym światem - wspominał fotograf.

Arturo Mari wspomniał również pierwszą pielgrzymkę Jana Pawła II do Polski w czerwcu 1979 r. - To była bardzo ważna pielgrzymka. Pamiętam dwa momenty z Mszy św. na pl. Zwycięstwa w Warszawie, kiedy Jan Paweł II zatrzymał się przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Położył swoją rękę na płycie grobu i powiedział: "Dlaczego moja Ojczyzna musiała przelać tyle krwi?". A potem był ważny moment w homilii, kiedy upomniał się o obecność Chrystusa w życiu społecznym Polski. Wtedy też pierwszy raz powiedział: Ja, Jan Paweł II, papież”. - mówił Mari.

- Jan Paweł II był człowiekiem wielkiej pokory i miłości – kontynuował Artiro Mari i dodał: „To dzięki Janowi Pawłowi II Polska się zmieniła”.

Znany fotograf podkreślił że szczególnie podczas podróży po świecie widać było miłość Jana Pawła II do drugiego człowieka. - Podczas podróży do Zairu odwiedził szpital dla dzieci, w którym panowały trudne warunki. Jan Paweł wziął na ręce dziecko, którego stan wydawał się tragiczny. Kołysał je, głaskał po twarzy i ku wielkiemu zdziwieniu, maluch zaczął ruszać ramionami, otworzył oczy i uśmiechał się. Obok stali jego rodzice. Mama widząc, co się dzieje, popłakała się ze szczęścia, zaś ojciec dziecka całował ręce papieża. Nagle spod łóżka wyszła piątka dzieci, które zaczęły bawić się i tańczyć z Ojcem Świętym. Wychodząc ze szpitala, papież zatrzymał się przy siostrach zakonnych, które były pielęgniarkami. Klęknął przed nimi, całował ich ręce i mówił: „W imieniu Pana Boga błogosławię wam, dziękuję!” - wspominał A. Mari.

Arturo Mari opowiedział również, że w dzień swoich urodzin, 18 maja, Jan Paweł II wizytował jedną z rzymskich parafii pw. Chrystusa Króla. Arturo Mari jak zwykle robił zdjęcia. W pewnym momencie poczuł, że pomiędzy nogami przechodzi mu niewielki chłopiec, który podszedł do Ojca Świętego i zapytał: „Cześć, jak się czujesz?”. Papież odpowiedział: „Dobrze. A ty?”. Na to chłopiec stwierdził, że tylu ludzi pilnuje bezpieczeństwa papieża, a on dzięki swemu sprytowi przedostał się do niego pomiędzy nogami fotografa. Papież spojrzał na niego i stwierdził, że nie powinien robić takich rzeczy. Na to chłopiec zapytał bardzo bezpośrednio: „Znasz kobiety”. Jan Paweł II odpowiedział: „No, trochę znam”. Na to chłopiec: „Moja mama, jak wszystkie kobiety, przez 2 godziny przygotowywała się do wyjścia na to spotkanie: malowała się, czesała. Mogło się zdarzyć, że nie mógłbym cię zobaczyć, dlatego uciekłem z domu”. Papież: „Jak to uciekłeś? Przecież mama na ciebie czeka”. „Jest do tego przyzwyczajona”. Po czym chłopiec stwierdził, że choć jest mały i biedny, przyniósł Ojcu Świętemu prezent. Włożył rękę do kieszeni, wyciągnął coś i włożył do ręki Jana Pawła II. Kiedy papież zobaczył, co mu sprezentował chłopiec, pocałował tę rzecz. To był cukierek. Papież powiedział do chłopca: „Dziękuję, nie zasługuję na to”.

- Jan Paweł II często mówił: „Dziękuję, nie zasługuję na to” – dodał A. Mari

Fotograf wspomniał także swoją ostatnią wizytę w Białym Domu z racji spotkania nt. Ronald Regan i Jan Paweł II, 40 lat później - To, co usłyszałem w Białym Domu pokazuje jak ważną postacią dla współczesnego świata był Jan Paweł II. To dzięki Janowi Pawłowi II Polska się zmieniła. To był wielki dyplomata, który połączył Ronalda Regana i Michaiła Gorbaczowa w budowaniu pokoju na świecie – kontynuował Mari.

Po spotkaniu Arturo Mari wraz z żoną kilka minut pomodlili się w kaplicy redakcyjnej pw. Matki Słowa i św. Jana Pawła II.

Arturo Mari był fotografem sześciu papieży, od marca 1956 r. Fotografował Piusa XII, św. Jana XXIII, bł. Pawła VI, Jana Pawła I, św. Jana Pawła II i Benedykta XVI. Podczas pontyfikatu Jana Pawła II wykonał blisko sześć milionów zdjęć.

Podczas obecnego pobytu w Polsce Arturo Mari jest gościem II Międzynarodowego Kongresu „Europa Christi” oraz spotkał się z mieszkańcami Częstochowy w Muzeum Monet i Medali Jana Pawła II w Częstochowie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem