Reklama

Niezłomna wiara Żołnierzy Niezłomnych

2018-03-07 11:09

Artur Stelmasiak
Niedziela Ogólnopolska 10/2018, str. 10-11


Na piersi Bohdana Olszewskiego odnaleziono ryngraf z Matką Bożą Częstochowską. Na odwrocie wyryte zostały adres ofiary i  sentencja w  języku łacińskim: „Niech żyje NSZ. Tak przemija chwała świata”

Żołnierze Wyklęci walczyli o wolność, byli więc rycerzami najsłuszniejszej sprawy. Gdy brakowało nadziei, ich jedynym orężem była wiara... a ta wiara była z najszlachetniejszej stali

„O Mario, Królowo Polskiej Korony, błogosław pracy naszej i naszemu orężowi. O spraw, Miłościwa Pani, Patronko naszych rycerzy, by wkrótce u stóp Jasnej Góry i Ostrej Bramy zatrzepotały polskie sztandary z Orłem Białym i Twym wizerunkiem” – te słowa modlitwy Narodowych Sił Zbrojnych najlepiej pokazują, czym była wiara dla bohaterów podziemia antykomunistycznego.

Tekst modlitwy napisanej przez ks. Henryka Strąkowskiego, późniejszego biskupa pomocniczego w Lublinie, jednoznacznie wskazuje, że patriotyzm Żołnierzy Wyklętych nasiąknięty był chrześcijańską wiarą. Tę samą wiarę widać w zapiskach żołnierzy, na ścianach więzień, w których byli bestialsko torturowani, a także w dołach śmierci, gdzie mieli zostać ukryci przed światem i historią. – Oni byli blisko Pana Boga – mówi prof. Jan Żaryn, senator PiS. – To była polska inteligencja, elita społeczeństwa. Oni doskonale wiedzieli, co to honor i Ojczyzna, a te wartości mogli zachować do końca, bo byli ludźmi wiary.

Ze względu na bardzo ciężką sytuację powojenną biskupi nie chcieli angażować duchowieństwa w podziemie, bo przecież Kościół i tak był uznany za wroga komunizmu. – Trzeba pamiętać, że wielu księży zginęło podczas II wojny światowej, a w latach 1945-56 ok. 10 proc. żyjących księży siedziało w komunistycznych więzieniach – mówi prof. Żaryn. Nie zmienia to jednak faktu, że katoliccy kapłani byli największym oparciem dla Żołnierzy Wyklętych. Prezes IV Komendy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość ppłk Łukasz Ciepliński w jednym ze swoich meldunków podkreślił, że spośród wszystkich środowisk pełną współpracę konspiracyjną można było podjąć tylko z duchowieństwem katolickim.

Reklama

Z Bogiem...

Podczas prac poszukiwawczych szczątków Żołnierzy Niezłomnych ekipy IPN wielokrotnie natrafiały na mniejsze bądź większe dewocjonalia osobiste, które dla historyków są cenną wskazówką. – Jeżeli była to Matka Boża Częstochowska, to ofiara najprawdopodobniej pochodziła z centralnej Polski, Ostrobramska wskazywała na Wileńszczyznę, a Kodeńska na Podlasie i Lubelszczyznę – powiedział w rozmowie z „Niedzielą” prof. Krzysztof Szwagrzyk, wiceprezes IPN.

Więźniowie w ubeckich kazamatach byli ograbiani ze wszystkiego, co dla nich było najdroższe. Musieli włożyć wiele wysiłku, by zachować przy sobie obrazek świętego, medalik czy jakiekolwiek inne dewocjonalia. O dużym ryngrafie czy różańcu praktycznie nie mogło być mowy. Jeden z nielicznych wyjątków stanowiło odnalezienie na warszawskim Bródnie szczątków Bohdana Olszewskiego. – Na jego piersi był ryngraf z Matką Bożą Częstochowską. Na odwrocie wyryto adres ofiary i sentencję w języku łacińskim: „Niech żyje NSZ. Tak przemija chwała świata” – wskazał prof. Szwagrzyk.

Kolejnym symbolicznym przykładem wiary może być historia ppłk. Łukasza Cieplińskiego ps. Pług, którego dzień śmierci – 1 marca 1951 r. – stał się symbolem, bo tego dnia co roku czcimy pamięć Żołnierzy Wyklętych. Po drodze na miejsce straceń Ciepliński jeszcze na dziedzińcu przyklęknął, by wyjąć ukrywany w bucie medalik. Włożył go do ust – jednemu ze współwięźniów miał powiedzieć, że tak będzie można potem rozpoznać jego ciało. Znamy również relację ostatnich chwil życia mjr. Zygmunta Szendzielarza ps. Łupaszko, który tuż przed śmiercią modlił się w celi. – Podszedł spokojnie do drzwi, następnie zatrzymał się na chwilę, odwracając bokiem do pozostających w celi, i pożegnał słowami: „Z Bogiem, panowie”. Odpowiedział mu chór głosów: „Z Bogiem”. Zniknął nam z oczu za zatrzaśniętymi drzwiami. W pomieszczeniu mieszczącym się obok magazynu i łaźni strzałem w tył głowy oprawcy zamordowali majora – wspominał Mieczysław Chojnacki, współwięzień „Łupaszki”.

Chrystusowy testament

Symbolem największej odwagi, czystości intencji walki oraz niezłomnej wiary jest bez wątpienia osoba rtm. Witolda Pileckiego, który na ochotnika dostał się do piekła Auschwitz, by tworzyć ruch oporu, podtrzymywać więźniów na duchu, a przy okazji ewangelizować. Jego dowódca z czasów wojny mjr Jan Włodarkiewicz mówił, że Pilecki był wybitny i bardzo religijny. I właśnie z tych względów nie nosił przy sobie fiolki z trucizną. „Obóz był probierzem, gdzie się sprawdzały charaktery. Jedni staczali się w moralne bagno. Inni szlifowali swe charaktery jak kryształ. Ciosy boleśnie wrzynały się w ciała, lecz w duszy znajdywały pole do przeorania” – napisał w raporcie z Auschwitz. Jego zdaniem, cierpienie prowadziło do „przeradzania”, czyli przemiany duchowej człowieka. – „Jak pługiem rżnięta ziemia, częścią już przeoraną odkłada się na prawo w skibę urodzajną”.

Najbrutalniejszym torturom Pilecki poddawany był nie w czasie okupacji czy w niemieckim obozie koncentracyjnym, ale w komunistycznym areszcie, o którym mówił, że w porównaniu z nim „Oświęcim to była igraszka”. Jednak największym świadectwem wiary rotmistrza były słowa, które wypowiedział, gdy usłyszał wyrok śmierci: „Starałem się tak żyć, abym w godzinie śmierci mógł się raczej cieszyć niż lękać”.

Wiara rotmistrza została ukształtowana na najlepszych wzorach głębokiej ascezy katolickiej. Lekturą jego życia było „O naśladowaniu Chrystusa” Tomasza a Kempis. – On przede wszystkim całkowicie oddał się Ojczyźnie i Bogu. Pragnął, by nasze państwo było oparte na wierze Chrystusowej – mówi red. Tadeusz Płużański, którego ojciec siedział w jednej celi z Pileckim. – Rotmistrz podczas ostatniego widzenia polecił swojej żonie Marii, by zakupiła i codziennie czytała dzieciom traktat „O naśladowaniu Chrystusa”. To przesłanie, swego rodzaju testament, który pozostawił nie tylko rodzinie, ale też nam wszystkim.

Kandydat na ołtarze?

Opisywanie życia religijnego Żołnierzy Niezłomnych jest bardzo trudne, bo pozostały po nich jedynie szczątkowe informacje. Właśnie na tym, by przepadli bez wieści, szczególnie zależało komunistycznym oprawcom. Nie udało się to jednak w przypadku ostatniego dowódcy WiN ppłk. Łukasza Cieplińskiego, którego więzienne grypsy przetrwały i są jednym z najpiękniejszych przykładów literatury więziennej. „Cieszę się, że doczekałem dnia dzisiejszego i miesiąca Matki Bożej. Wierzę, że gdy mnie w nim zamordują, zabierze moją duszę Królowa Polski do swych niebieskich hufców – bym mógł Jej dalej służyć i bezpośrednio meldować o tragedii mordowanego przez jednych, opuszczonego przez pozostałych Narodu Polskiego” – napisał Ciepliński do swojej rodziny.

Zdaniem ks. Józefa Maja, który napisał biografię podpułkownika, był on człowiekiem głęboko religijnym, którego torturowanie oraz śmierć mają znamiona męczeństwa. Obecnie trwa kompletowanie dokumentacji potrzebnej do wszczęcia procesu beatyfikacyjnego ppłk. Cieplińskiego, który mógłby się toczyć równolegle z procesami innych ofiar martyrologii komunistycznej. – Mimo okrutnych tortur podpułkownik cały czas zachowywał nienaruszoną miłość Boga i Polski. Jestem przekonany, że to człowiek, który osiągnął świętość i umarł śmiercią męczeńską – podkreśla ks. Maj.

W jednym z ostatnich grypsów Ciepliński potwierdza swoją wiarę w życie wieczne. Z tekstu uderza przekonanie, że są wartości o wiele cenniejsze od życia doczesnego. „Odbiorą mi tylko życie. A to nie najważniejsze. Cieszę się, że będę zamordowany jako katolik za wiarę świętą, jako Polak za Polskę niepodległą i szczęśliwą, jako człowiek za prawdę i sprawiedliwość. Wierzę dziś bardziej niż kiedykolwiek, że idea Chrystusowa zwycięży i Polska niepodległość odzyska, a pohańbiona godność ludzka zostanie przywrócona” – napisał.

Jak rycerze

W jednej z pierwszych scen filmu „Popiełuszko. Wolność jest w nas” mały Alek razem z ojcem widzi potyczkę żołnierzy z podziemia antykomunistycznego z Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Chłopiec pyta ojca, kim byli ci wojskowi: Czy byli żołnierzami, czy bandytami? Władysław Popiełuszko dwukrotnie zaprzecza i mówi, że byli to rycerze.

To bardzo celne porównanie, bo przecież Żołnierze Niezłomni nie walczyli dla żołdu czy sławy. Ich bój toczył się w obronie resztek wolności i godności, ale do końca pozostali wierni ideałom, którym ślubowali. Dlatego dziś jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli ich niezłomności są medaliki i ryngrafy z wizerunkiem Matki Bożej. Eksponowanie ryngrafów na mundurach było z jednej strony symbolicznym przeciwstawieniem się ateistycznej ideologii siłą narzuconego komunizmu, a z drugiej – odzwierciedleniem wartości, za które byli gotowi oddać życie. Wpisują się więc one doskonale w trochę zapomniany etos modelu świętości, gdy na ołtarze wynoszono rycerzy, którzy byli obrońcami króla, wolności, honoru, wiary i chrześcijańskich wartości, które można współcześnie streścić w trzech bardzo polskich słowach: Bóg, Honor, Ojczyzna... I właśnie za te wartości życie oddawali Żołnierze Wyklęci.

Tagi:
żołnierze niezłomni niezłomni

Los rodzin Żołnierzy Wyklętych

2018-03-21 09:42

Ks. Czesław Galek
Edycja zamojsko-lubaczowska 12/2018, str. IV

Archiwum autora
Rodzina Pyterów: Ignacy, Sabina, Henio

Od 2011 r., w dniu 1 marca, obchodzony jest Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, czyli bojowników antykomunistycznego i niepodległościowego podziemia, którzy mając świadomość, że okupacja niemiecka zastąpiona została rosyjską, stanęli w obronie niepodległego bytu Państwa Polskiego, walcząc o prawo do życia w wolnej i suwerennej Ojczyźnie.

Walka z reżimem komunistycznym

Żołnierze Wyklęci, albo raczej Niezłomni, toczyli walkę ze służbami bezpieczeństwa ZSRR, oddziałami NKWD i SMIERSZ-a (skrót od rosyjskich słów „śmierć szpiegom” – była to zbrodnicza komórka kontrwywiadu wojskowego do zwalczanie antysowieckich narodowych struktur wojskowych i politycznych na ziemiach „wyzwalanych” przez Armię Czerwoną) oraz zależnymi od nich służbami bezpieczeństwa w Polsce: Milicją Obywatelską, Urzędem Bezpieczeństwa Publicznego i Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego. W ich szeregach byli żołnierze Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, organizacji „Niepodległość”, „Wolność i Niezawisłość” i wielu innych. Liczbę członków wszystkich organizacji i grup konspiracyjnych szacuje się na 120-180 tys. osób.Ścigani i prześladowani prowadzili nierówną walkę z przerażającą machiną komunistycznego terroru. Bardzo wielu z nich zostało aresztowanych i podanych bestialskiemu śledztwu, a potem w sfingowanych procesach skazanych na karę śmierci lub długoletniego więzienia. Wielu zostało wywiezionych w głąb Związku Radzieckiego, i nie wszyscy stamtąd powrócili. Szacuje się, że ponad 20 tys. żołnierzy podziemia zginęło w walkach, zostało zamordowanych skrytobójczo lub w więzieniach NKWD i Urzędu Bezpieczeństwa oraz na mocy wyroków komunistycznych sądów.

Represjonowanie rodzin

Żołnierze Niezłomni musieli się zmierzyć nie tylko z siłami agresora sowieckiego, ale również z wymierzoną w nich bezpardonową propagandą komunistyczną, która określała ich „bandami reakcyjnego podziemia”, „wrogami ludu”, a nawet „faszystami”. Dotyczyło to nie tylko ich osobiście, ale również ich rodzin. Dobrze, że dużo się mówi na temat bohaterstwa tych, którzy toczyli walkę z bronią w ręku z komunistycznym wrogiem. Nie należy jednak zapominać o żonach i dzieciach, którzy drżeli o los swoich mężów i ojców. Także o ojcach i matkach, którym nieznany był los ich dzieci. Nie wiedzieli, czy jeszcze żyją, czy też nie. Jeśli dowiedzieli się, że zginęli, to nie wiedzieli i nigdy mieli się nie dowiedzieć, gdzie są pochowani. Gdy żołnierze powrócili z więzień po odsiedzeniu kary, czy też na skutek amnestii, to byli szkalowani i prześladowani, i to nie tylko oni, ale także ich najbliżsi przez represyjny aparat komunistyczny. Stygmatyzowani byli mianem ojców, matek lub dzieci „bandytów”. Byli inwigilowani przez aparat bezpieczeństwa i utrudniano im karierę zawodową. Dzieciom Żołnierzy Wyklętych niekiedy uniemożliwiano kontynuowanie nauki w szkołach średnich, nie mówiąc już o dostaniu się na studia. Często rodziny Żołnierzy Wyklętych, którzy polegli lub zostali zamordowani, żyły w biedzie i ciągłym stresie, co źle wpływało na ich stan psychiczny. Przykładem tego może być rodzina Pyterów.

Ceniony partyzant

Ignacy Pyter brał udział w kampanii wrześniowej w 1939 r. w stopniu plutonowego. Po powrocie z wojny podjął pracę jako ślusarz w Zakładzie Tartacznym należącym do Ordynacji Zamoyskiej w Długim Kącie k. Józefowa Biłgorajskiego. Od razu zaczął zbierać potajemnie broń porzuconą przez żołnierzy polskich, ponieważ uważał, że na pewno się przyda do walki z najeźdźcą oraz werbował kolegów do konspiracji. W listopadzie 1941 r. koło Majdanu Nepryskiego stu zwerbowanych przez niego ludzi złożyło przysięgę żołnierską. Przez całą okupację niemiecką był żołnierzem Armii Krajowej o pseudonimie „Murzyn”. Służył w oddziale znanego dowódcy partyzanckiego Konrada Bartoszewskiego ps. Wir.

Uczestniczył w wielu bitwach z Niemcami, w tym również w największej bitwie partyzanckiej pod Osuchami pod koniec czerwca 1944 r. Uczestniczka tej bitwy, sanitariuszka Janina Rogulska-Bartoszewska, żona „Wira”, tak go wspomina z tamtych dni: „Spokojny, usłużny i zawsze ostatni ze swoimi potrzebami stale zjawiał się tam, gdzie był najpotrzebniejszy. Przytrzymywał rannych, pomagał ich opatrywać. Znikał niepotrzebny, by zjawić się znowu wtedy, kiedy zdawało mi się, że nikt nie zechce mi pomóc. (…) Na zawsze zostanie w naszej pamięci takim, jakim był wówczas. Najwytrwalszym i najofiarniejszym kolegą, oddanym całkowicie sprawie wolności, jaką sobie wymarzył. – Trudno będzie zatrzeć gorycz po jego śmierci z pamięci nas wszystkich”. (Cytat z książki wydanej w 1946 r. W jej przypisie podano tylko, że „zginał tragicznie w kwietniu 1945 r.”! ).

Tak jak jego dowódca i wielu innych partyzantów, nie złożył broni, gdy w lipcu 1944 r. na Zamojszczyznę wkroczyła Armia Czerwona. Pozostał w lesie, by walczyć z nowym najeźdźcą. Był poszukiwany przez UB. Kilkakrotnie funkcjonariusze dokonywali rewizji w jego domu.

1 kwietnia 1945 r. partyzanci na czele z „Wirem” zostali zaproszeni na Święta Wielkanocne przez mieszkańców Górnik k. Józefowa Biłgorajskiego na tradycyjne święcone jajko. Funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego zrobili na nich zasadzkę. Gdy partyzanci o niej się dowiedzieli, zaczęli uciekać dwiema furmankami w kierunku lasu. Ubecy otworzyli do nich ogień z karabinów maszynowych, raniąc jednego konia. Partyzanci zostawili furmankę i zaczęli uciekać pieszo w kierunku lasu. Ignacy Pyter pozostał na miejscu i z karabinu maszynowego ostrzeliwał napastników, dając tym samym możliwość ucieczki do lasu swojemu dowódcy i innym kolegom. Został zastrzelony przez ubeków. Jego ciało zostało zakopane w wielkiej tajemnicy nocą przez trzech jego towarzyszy broni na cmentarzu parafialnym w Józefowie Biłgorajskim. Po kilku latach jego szczątki zostały przeniesione do kwatery partyzanckiej i Wojska Polskiego na tym cmentarzu. Jego żona nigdy nie dowiedziała się, gdzie jest pochowany. Dzięki staraniom podjętym przez siostrę zakonną Jadwigę Skwaryło, Franciszkankę Misjonarkę Maryi, udało się ustalić na początku lat 90. XX wieku datę i miejsce jego śmierci i pochówku.

Tragedia rodzinna

Jego żona Sabina była nieustannie nękana przez Urząd Bezpieczeństwa do tego stopnia, że musiała opuścić swój dom w Długim Kącie i udać się wraz z synem Henrykiem (ur. 1932 r.) do rodziny swojej siostry Marii Skwaryło mieszkającej w Deszkowicach k. Szczebrzeszyna, by w jej domu zamieszkać. Wspomniana s. Jadwiga Skwaryło, córka Marii, opisuje trudne warunki materialne i psychiczne, w jakich żyła jej ciocia. Obydwie rodziny, nękane i upokarzane przez aparat komunistyczny, żyły w biedzie. Henryk ukończył tylko szkołę podstawową, bo nie było pieniędzy, aby go wysłać do szkoły średniej. Jej ciocia Sabina żyła w ciągłym strachu, że jako żona „bandyty” w każdej chwili może zostać aresztowana. Ustawicznie użalała się nad swoim losem, nad synem oraz nieżyjącym mężem. W tym bólu zmarła w 1974 r. Ta pełna bojaźni atmosfera panująca w domu rodzinnym miała negatywny wpływ na Henryka, który popadł w chorobę psychiczną, został umieszczony w szpitalu psychiatrycznym w Radecznicy, gdzie przebywał aż do śmierci w 2017 r. Taką cenę płaciły rodziny Żołnierzy Wyklętych. Im też należąsię szacunek, cześć i chwała.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Ryś do młodzieży: nie bójcie się pomyłki

2018-09-19 10:20

xpk, lk / Łódź (KAI)

Powołanie – to temat zorganizowanego w Łodzi presynodu o młodzieży. Pomysłodawcą spotkania będącego zapowiedzią październikowego synodu biskupów w Rzymie był abp Grzegorz Ryś. - Jest jakiś strach przed pomyłką. Myślicie, że Bóg jest taki jak dzisiejsze społeczeństwo, że jak się pomylicie, to was wyśmieje i zmiażdży? On nie jest taki - mówił do młodych metropolita łódzki. Gościem łódzkiego spotkania był kard. Luis Antonio Tagle z Filipin.

Piotr Drzewiecki
Abp Grzegorz Ryś

Uczestnicy spotkania wzięli m.in. udział w dyskusji na temat powołania do życia konsekrowanego. O wyborach życiowych młodych ludzi mówił także metropolita łódzki.

„Gdy odpowiadacie na pytanie, kim chcecie być, są dwa momenty, mówicie o zawodach oraz o tym, co możemy nazwać stanem życia: mąż, żona, matka, kapłan, osoba konsekrowana. Chcę wam powiedzieć, że obie te kategorie są ważne, gdy jest mowa o powołaniu. Duża część dokumentu przygotowująca synod kładzie nacisk na ten związek między zawodem a powołaniem. Oznacza to, że całe życie należy odczytywać w kategoriach powołania, by nie doszło do schizofrenii: religijny jestem w kościele, a po za nim już zupełnie inny - tłumaczył abp Ryś.

– Mówicie o powołaniu w kategoriach: spełnienie, intuicja, pasja. To wszystko jest ważne, ale nie patrzycie na to, w jakiej wspólnocie żyjecie. W tych wypowiedziach zabrakło Kościoła, zabrakło takiego widzenia, że moje życie jest we wspólnocie. Kościół, który prowadzi papież Franciszek, uświadamia nam, że ma swój cel poza sobą. Gdzie ja jestem w tej misji Kościoła? Czy to jest w ogóle mój sposób myślenia o powołaniu? – pytał abp Ryś.

Abp Ryś zauważył, że dzisiejszy młody człowiek boi się, że w swoich wyborach się pomyli. - Jest jakiś strach przed pomyłką. Skąd ten strach? Myślicie, że Pan Bóg jest taki jak dzisiejsze społeczeństwo, że jak się pomylicie, to was wyśmieje i was zmiażdży? On nie jest taki i Kościół nie jest taki. Nie bójcie się – apelował.

Ostatnią częścią dzisiejszego presynodu była Msza św., której przewodniczył i kazanie wygłosił kard. Tagle. Zwrócił uwagę, że każdy wciąż jest powoływany do czegoś i przez kogoś, bo powołanie jest częścią naszego życia. Stąd powinniśmy być ekspertami od powołania, ale niestety tak nie jest – stwierdził.

Hierarcha zwrócił uwagę, że trzeba sobie uświadomić, "kto lub co mnie woła?". - Do czego mnie woła i dlaczego? Kiedy słyszę to wezwanie - jestem do tego pociągnięty czy po prostu mówię: nie? Ale w świecie, w którym żyję sam, nie mogę być spełniony. Potrzebujemy czegoś większego niż my sami, kogoś większego od nas. Gdy poznajemy samych siebie, wtedy siebie samych odnajdujemy. W ostateczności prawdziwie powołanie jest słyszane, wybrane i spełnione we wzajemnych relacjach – zaznaczył kardynał.

Wnioski z łódzkiego presynodu i spotkania z młodzieżą abp Grzegorz Ryś przedstawi na październikowym synodzie biskupów o młodzieży w Rzymie, któremu przewodniczyć będzie papież Franciszek.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Odpust na Hubach w Roku Św. Stanisława Kostki

2018-09-19 18:29

Agata Iwanek

Agata Iwanek
Relikwie św. Stanisława kostki w parafii Patrona na wrocławskich Hubach

„Dzisiejsze czasy, współczesne media pokazują nam ludzi sukcesu, autorytety i kiedy przeżywamy tak piękną uroczystość, jak wspomnienie patrona własnej świątyni, to uświadamiamy sobie, że również Kościół daje nam wzory do naśladowania”. – mówił ksiądz Bartosz – „W prefacji słyszymy: przykład świętych nas pobudza, a ich bratnia modlitwa nas wspomaga, abyśmy osiągnęli zbawienie”. Ksiądz pytał o to, czy Stanisław Kostka, patron polskiej młodzieży, może być wzorem do naśladowania. W wieku 17 lat uciekł z domu, działał wbrew rodzicom i był nieposłuszny... Nie ma co, świetny wzór. Typowy nastolatek, który jak zwykle miał własnym plan na życie… Ale co to był za plan! Uciekł, ponieważ miał silne pragnie serca – zostać zakonnikiem. Działał wbrew rodzicom i był nieposłuszny, ponieważ ci zabraniali mu wstąpić na drogę zakonną. Parafianie mogą być dumni, że patronuje im tak wspaniały święty. Nic dziwnego, że został patronem dzieci i młodzieży. Miał ufność dziecka Bożego i determinację nastolatka, a to właśnie te cechy doprowadziły go do świętości. Stanisław zmarł w wieku 18 lat. Ksiądz Bartosz podkreślał, że „młodość była świadectwem jego doskonałości”. Świętość nie jest więc luksusem przysługującym tylko tym, którym zaczęła siwieć już broda. Stanisław Kostka osiągnął doskonałość przez dojrzałą duchowość w bardzo młodym wieku - podkreślał kaznodzieja licznie zebranym w świątyni parafianom.


CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem