Reklama

Katechizmowa polityka historyczna

2018-02-28 10:37

Z prof. Wiesławem Janem Wysockim rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 9/2018, str. 42-43

Grzegorz Boguszewski
Prof. dr hab. Wiesław Jan Wysocki

O konieczności mocnego zaznaczania sprzeciwu wobec nieuzasadnionych zarzutów pod adresem Polski i Polaków z prof. Wiesławem Janem Wysockim rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – W burzliwej dyskusji związanej z ustawą o IPN padła sugestia, że potrzebna jest redefinicja polskiej polityki historycznej. Na czym, Panie Profesorze, powinna polegać dobra polityka historyczna?

PROF. WIESŁAW Jan WYSOCKI: – W Polsce zbyt długo nie mieliśmy systemowej aktywności w zakresie polityki historycznej. Były podejmowane różne sporadyczne inicjatywy, które nigdy nie miały charakteru ogólnopaństwowego. A jednocześnie nasza polityka historyczna została przecież już dość dawno wyraziście zdefiniowana – oparta na wartościach przez samego Jana Pawła Wielkiego, którego ostatni wielki tekst „Pamięć i tożsamość” powinien być...

– ...katechizmem polskiej polityki historycznej?

– Tak, to jest chyba najlepsze określenie. Dlatego, że naszą politykę historyczną chcielibyśmy przecież opierać na etosie prawdy i poczuciu własnej wartości.

– Chcielibyśmy – co to znaczy?

– To znaczy, że właściwie dopiero w ostatnim okresie możemy mówić o tym, iż próbuje się podejmować usystematyzowane działania w zakresie stosunku do historii. Wreszcie prezydent, premier, ministrowie i inne instytucje państwa przedstawiają jeden kierunek widzenia polityki historycznej podporządkowanej interesowi państwa i narodu. I co najważniejsze, pojawiają się tu poczucie misji i służby oraz dobitne zaznaczenie sprzeciwu wobec nieuzasadnionych zarzutów pod adresem Polski i Polaków.

– Czy nie to właśnie „katechizmowe” ujęcie polityki historycznej sprowokowało niedawny absurdalny zarzut o „uprawianie przez Polskę polityki historycznej”?

– Zapewne tak, ponieważ przestaliśmy się wreszcie godzić na stosowaną wobec nas „pedagogikę wstydu”, na skandalicznie niesprawiedliwe oskarżenia związane z II wojną światową i Holokaustem, na to choćby, że np. Jedwabne ma być naszym kamieniem u szyi... Takich kamieni chętnie by nam nawieszano jeszcze więcej, a my powinniśmy być wiecznie zniewoleni tym zawstydzeniem wobec świata... Wreszcie podnieśliśmy głowę, ale musimy pamiętać, że w istocie chodzi tu nie o ten nasz dzisiejszy bunt, ale o bardzo wyrafinowaną, wyrachowaną politykę historyczną prowadzoną przez naszych oponentów i krytyków.

– O to, że wszyscy wokół nas prowadzą politykę historyczną zgoła „niekatechizmową”, interesowną i zaprzeczającą prawdzie?

– Oczywiście! Wystarczy się przyjrzeć polityce historycznej Rosji – czy to białego, czy czerwonego caratu. Podobnie zakłamana od wielu dziesiątków lat jest polityka niemiecka, która jako sprawców wszelkich zbrodni wskazywała wyłącznie „odnarodowionych” nazistów, a dodatkowo starała się podzielić winą z Polakami... Na szczęście w końcu doczekaliśmy się kilku gestów dzisiejszych niemieckich władz, które oddały Polsce należną prawdę.

– Ironią losu jest to, że najbardziej krytyczni wobec tej wydobytej z niebytu polskiej polityki historycznej są Żydzi. Dlaczego ustawa o IPN wywołała w środowiskach żydowskich aż tak wielkie poruszenie, że zaczęto Polaków oskarżać o udział w Holokauście, dlaczego właśnie teraz?

– Moim zdaniem, ma to związek z całkiem inną ustawą – z czekającą już na podpis prezydenta USA ustawą nr 447, która przyznaje Departamentowi Stanu prawo do wspierania organizacji żydowskich w odzyskiwaniu na całym świecie mienia po ofiarach Holokaustu. Choć nie jest to akt formalnie wymierzony w Polskę, to pośrednio może prowadzić do ogromnych roszczeń, których egzekwowanie będzie tym łatwiejsze, im bardziej świat uzna, że Polacy kolaborowali z Niemcami, że maczali ręce w Holokauście... Do dziś nie potrafię zrozumieć, dlaczego na terenie byłego obozu w Dachau mógł powstać klasztor karmelitański, a na terenie byłego KL Auschwitz było to niemożliwe. Czy za tym nie kryje się tylko wysokość sumy...?

– Wydaje się, że polska „katechizmowa” polityka historyczna jest dość bezradna wobec tak interesownej polityki historycznej, Panie Profesorze!

– Sądzę, że już jakiś doraźny jej cel udało nam się osiągnąć, ale aby wygrać całą batalię o prawdę historyczną, potrzeba konsekwencji, systemowego, długofalowego działania. Niestety, istnieją antypolskie siły odśrodkowe, które są gotowe zniszczyć każdy program służący narodowi. Nawet za cenę totalnego politycznego zniszczenia siebie samych.

– Rzeczywiście, okazuje się, że opinia publiczna bardzo przychylnie reaguje na obecny kształt polityki historycznej, natomiast opozycja twierdzi, że rządząca Zjednoczona Prawica zaproponowała nowelizację ustawy o IPN tylko po to, by sobie zwiększyć popularność przez obudzenie demona antysemityzmu...

– To całkowicie nietrafna i bardzo krzywdząca ocena. Ustawa o IPN – moim zdaniem, zbyt długo się z nią ociągano – jest niezbędną reakcją na zarzuty pod adresem Polski. O ile pojawiające się z dala od europejskich doświadczeń wypowiedzi o „polskich obozach śmierci” można było do pewnego stopnia lekceważyć, bo wynikały tylko z niewiedzy, to już nagminne używanie tego określenia przez Niemców mogło być traktowane jako perfidia i zła wola. Trzeba było to przeciąć, szkoda, że tak późno.

– Dlaczego nie wcześniej?

– Wcześniej w Polsce nawet nie było świadomości, jak bardzo groźne staje się to pomawianie nas o najgorsze czyny. Gdy niemiecka telewizja nadawała oczerniający Armię Krajową serial „Nasze matki, nasi ojcowie”, zorganizowaliśmy w środowisku Armii Krajowej konferencję, by zastanowić się, jak powinniśmy odpowiedzieć na tego rodzaju oszczerstwa. Wtedy usłyszałem od przedstawiciela ważnej instytucji państwowej, że w tym filmie nie została obrażona żadna instytucja państwa polskiego... Zadałem pytanie: Czy Armia Krajowa to nie część Wojska Polskiego i czy Wojsko Polskie nie zostało w filmie obrażone?

– A zatem państwo polskie nie zamierzało wtedy w jakikolwiek sposób zaprotestować? Nie mogło, nie chciało?

– Trudno mi to zrozumieć. Na szczęście znalazł się jeden zdeterminowany żołnierz AK, pan Karol Tendera, który prywatnie wytoczył niemieckiej telewizji proces, przy wsparciu społeczności Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Ten jeden żołnierz dzisiaj powinien być wzorcem dla całego środowiska AK i dla nas wszystkich. Nikt z nas w żadnym razie nie powinien się godzić na „pedagogikę wstydu”, zwłaszcza gdy stosują ją wobec nas ci, którzy mają wielkie grzechy na sumieniu. Jakiś czas temu prezydent Francji upominał Polskę, że powinna milczeć... Teraz więc, gdy przywołuje się naszą rzekomą kolaborację z niemieckim okupantem, powinniśmy śmiało wypomnieć rzeczywistą kolaborację Francji z Niemcami w czasie II wojny światowej.

– Jesteśmy chyba wciąż zbyt delikatni i zastraszeni.

– Bardziej martwi mnie to, że nasza dbałość o to, by prezentować osiągnięcia okresu Polskiego Państwa Podziemnego, jest naprawdę minimalna. Podam przykład książki o „Żegocie”, która ukazała się w latach 60. ubiegłego wieku, a potem dopiero w latach 90. były cztery wznowienia, ale w nakładzie 50-100 egzemplarzy... Powinniśmy tego typu publikacje wydawać w dużych nakładach i w obcych językach. Na tym polega dobrze prowadzona polityka historyczna.

– Dlaczego nas na nią nie stać, dlaczego jest tak mało konkretna?

– Wciąż tego nie rozumiem. Niedawno zwróciłem się do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, byśmy z racji setnej rocznicy odzyskania niepodległości wydali przynajmniej dzieła najważniejsze dla II Rzeczypospolitej. Dlaczego do tej pory nie wydano np. „Archiwum Belwederskiego”? Publikacja w Internecie to jednak za mało... Moim zdaniem, ministerstwo kultury powinno stworzyć listę najważniejszych publikacji o charakterze politycznym z okresu międzywojennego, a także z okresu niepodległej emigracji, która przecież wydała wielkie dzieła do dziś nieznane w kraju lub znane co najwyżej bardzo wąskiej grupie. Dorobek emigracji niepodległościowej, tej II RP na wychodźstwie, powinniśmy koniecznie przywołać – po to, żeby poznać nasze korzenie niepodległościowe, by naprawdę móc się ich trzymać. Bo mentalnościowo wciąż tkwimy w II PRL.

– Ostra diagnoza, Panie Profesorze!

– Cóż, obawiam się, że próba ugruntowania tej peerelowskiej deformacji naszej świadomości przez III RP powiodła się znakomicie. Nie jest więc łatwo stanąć teraz wobec świata z podniesionym czołem i w sposób dostatecznie skuteczny bronić honoru Polski. Dlatego bardzo ucieszyło mnie to, że premier Mateusz Morawiecki w swym przemówieniu podczas obchodów 73. rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz wreszcie powiedział o wartościach. Wcześniej nikt z liderów III RP nie mówił o tym, że można spojrzeć na Auschwitz z perspektywy trzech świętych: świętego ofiarnika Maksymiliana Kolbego, Żydówki i chrześcijanki św. Edyty Stein oraz rtm. Witolda Pileckiego, którego jego współpracownik, późniejszy profesor, Tadeusz Płużański nazwał „narodowym świętym”.

– Dlaczego, zdaniem Pana Profesora, wcześniej zabrakło tego właśnie spojrzenia?

– Dlatego, że dominowało i nadal dominuje przekonanie, iż w Auschwitz mordowano wyłącznie Żydów... O martyrologii Polaków mówi się zbyt mało, nie przekazuje się całej prawdy historycznej. Nie mówi się choćby o tym, że w powstaniu w getcie brał czynny udział oddział AK, a w Narodowych Siłach Zbrojnych jeden z najwyższych oficerów był pochodzenia żydowskiego... Nie przywołuje się pamięci gen. Bernarda Monda, legionisty i oficera Wojska Polskiego. Takich przykładów jest wiele. Niestety, zbyt często zamiast konkretnej prawdy historycznej pojawiały się rozmaite tendencyjnie zakłamane tezy, jak np. ta, że powstanie żydowskie było po to, by na Gęsiówce wymordować resztkę Żydów...

– Mieliśmy do czynienia z typową propagandową dezinformacją historyczną?

– Można by tak to określić. Trudno dziś zrozumieć i wybaczyć to, że nie poinformowaliśmy świata o naszych rzeczywistych osiągnięciach, takich jak Polskie Państwo Podziemne z prawodawstwem jedynym na świecie, które kolaborantów z okupantem skazywało sądownie i wykonywało wyroki, które stworzyło instytucję wspierającą Żydów, w której działali „antysemiccy katolicy” – jak ich nazywano – z pisarką Zofią Kossak-Szczucką na czele. Tę organizację założyło środowisko ultrakatolickie! Apel Kossak-Szczuckiej skierowany do polskich katolików, będący protestem wobec zagłady Żydów, winien być zrównany z misją Karskiego, z raportami Witolda Pileckiego.

– Tymczasem została ona skazana na zapomnienie, także jako pisarka.

– Uważam, że z okazji naszego tegorocznego jubileuszu odzyskania niepodległości Zofia Kossak-Szczucka powinna zostać przywrócona naszej świadomości czytelniczej.

– Dopiero całkiem niedawno zaczęto przywracać pamięć o rtm. Pileckim. Pan Profesor chyba już dość dawno rozpoczął swoje studia nad tą postacią, których owocem była monografia wydana w 1994 r.?

– To było w czasie, kiedy zajmowałem się kacetami i łagrami, czyli w okresie studiów akademickich i pierwszego etapu pracy naukowej. Niestety, musiałem odejść od tej tematyki, ponieważ to ciągłe obcowanie ze śmiercią, z relacjami z obozów, w których opisywano nieprawdopodobne zbrodnie, okazało się bardzo wyczerpujące psychicznie. Wtedy, tuż przed latami 80., pisząc książkę o życiu religijnym w Auschwitz i innych niemieckich obozach, zacząłem wchodzić głębiej w sylwetkę Witolda Pileckiego. Cenzura nie puściła mi, oczywiście, żadnego tekstu. Potem dopiero w latach 90. Urząd Ochrony Państwa dał mi możliwość zajrzenia do dokumentów i wówczas napisałem pierwszą, opartą na źródłach, monografię o rtm. Pileckim.

– Była wtedy jakaś reakcja czytelników?

– Zgłaszali się do mnie ludzie w związku nie tyle z samą postacią Pileckiego, ile z tymi, którzy zostali skazani na śmierć w tzw. procesach odpryskowych, z prośbą o jakieś informacje. Wtedy zwróciłem się do UOP o umożliwienie mi ponownego zajrzenia do tych materiałów. Dostałem 8 tomów – wcześniej miałem 12 grubych, jeszcze nieuporządkowanych tomów – przy czym wiele dokumentów było już zasłoniętych bibułkami, których nie mogłem odsłaniać, czego pilnował funkcjonariusz. To było w 1996 r.

– To był przejaw polityki historycznej niby wolnej III RP...

– Niby wolnej... Wtedy pomyślałem, że widocznie komuś nadal bardzo zależało na tym, aby pamięć o Witoldzie Pileckim ciągle była na marginesie historii.

– A przecież mamy tu do czynienia z bohaterem – może to kiepskie porównanie – zasługującym na wielką produkcję kinową w rodzaju filmów o Jamesie Bondzie, tyle że bez szczęśliwego zakończenia...

– W minionych latach zgłaszały się do mnie w tej sprawie cztery ekipy filmowe ze Stanów Zjednoczonych, które chciały nakręcić film o Pileckim – bohaterze z Auschwitz. Już nawet zaczynaliśmy współpracę. ale kiedy amerykańscy filmowcy zorientowali się, że Pilecki nie był Żydem, natychmiast stracili zainteresowanie. Nie ma więc wielkiej produkcji filmowej, ale powstało kilka niszowych polskich filmów, kilka widowisk teatralnych, które nie pozwoliły pamięci Witolda Pileckiego skazać na całkowity niebyt, i już dzisiaj w Polsce nie można obok tego nazwiska przejść obojętnie.

– A jutro, Panie Profesorze? Wydaje się, że jeszcze bardzo wiele trzeba by zmienić w polskich instytucjach, których misją jest wspieranie dobrej polityki historycznej. Mamy Instytut Józefa Piłsudskiego, którego Pan Profesor jest prezesem, mamy Światowy Związek Żołnierzy AK i wiele innych. Jak wzmocnić ich oddziaływanie?

– Wprost konieczne wydaje się połączenie i wykorzystanie wszystkich sił, aby nie ulegały one sztucznemu rozproszeniu w świecie, wobec ataków którego teraz bywają bezradne. Należałoby zatem wzmacniać naturalne historyczne więzi oraz – co z biegiem lat staje się najważniejsze – łączność między kolejnymi pokoleniami. Bo przecież nie byłoby Armii Krajowej i Polskiego Państwa Podziemnego, gdyby nie było żołnierzy i wychowanków Józefa Piłsudskiego... O powstańcach styczniowych mówi się, że wygrali 11 listopada 1918 r... Obyśmy więc o pokoleniu AK-owskim, o Niezłomnych mogli zawsze mówić, że naprawdę wygrali dzisiaj. Dzieci i wnukowie bojowników Polski Walczącej muszą być bardzo silnym ogniwem w łańcuchu polskich pokoleń.

Prof. dr hab. Wiesław Jan Wysocki
Historyk, nauczyciel akademicki (UKSW) – specjalizuje się w najnowszej historii Polski, historii powszechnej w czasach nowożytnych, historii wojskowości; autor m.in. prac o marsz. Edwardzie Śmigłym-Rydzu, gen. Emilu Fieldorfie, rtm. Witoldzie Pileckim, ks. mjr. Ignacym Skorupce, kard. Stefanie Wyszyńskim i św. Janie Pawle II oraz o duszpasterstwie wojskowym. Jest prezesem Instytutu Józefa Piłsudskiego.

Tagi:
historia

Katolicy na Zawarciu

2018-05-30 11:29

Agata Zawadzka
Edycja zielonogórsko-gorzowska 22/2018, str. IV

W „Przystani za Wartą” w Gorzowie odbył się wykład Pawła Krawczyka na temat zarysu historii katolickiej placówki duszpasterskiej na Zawarciu w latach 1925-45

archiwum autora
Swoimi badaniami podzielił się Paweł Krawczyk z Gorzowa

Historią interesowałem się chyba od zawsze. Z czasem skupiłem się na historii regionu ze szczególnym uwzględnieniem Gorzowa i okolic. Przy okazji przygotowań do obchodów rocznicy 50-lecia parafii (2001 r.) zostałem poproszony o napisanie serii artykułów o jej historii do parafialnego czasopisma. Okazało się wówczas, że tego zagadnienia nikt nigdy nie próbował opracowywać! Wiedza na ten temat była znikoma. Wiele spraw wymagało wyjaśnienia i opisania. Historia konkretnej parafii to też jest istotny element naszej historii (naszego miasta, dzielnicy etc.). W związku z tym postanowiłem się tym zająć – tłumaczy swoje działania Krawczyk.

Początki

Historia parafii pw. św. Józefa w Gorzowie, bo o niej tu mowa, sięga sierpnia 1924 r. Wtedy to z inicjatywy ks. Paula Rodzisa zaczęto starania o powstanie tam placówki duszpasterskiej. W tym czasie w naszym mieście było ok. 4500 katolików, w tym 1500 osób mieszkało na Zawarciu. Z początkiem marca 1925 r. podpisano umowę kupna działki pod budowę z firmą MAX BAHR A.G. Była to działka w kształcie prostokąta, a jej cena opiewała na 1000 Reichsmark. Gdy było już miejsce pod kaplicę, zakupiono dwa drewniane baraki. Były to konstrukcje pochodzące z byłego obozu jenieckiego Hammerstein. Zostały one rozebrane i drogą kolejową przywiezione do Landsberga. Wstępny projekt budowy kaplicy wykonał mistrz murarski Leo Selig. Projekt przewidywał umieszczenie baraków na podmurówce, a dodatkowym elementem było zbudowanie wieży, w której miał zawisnąć dzwon. W kaplicy znajdowały się zachowane do dziś tabernakulum, krzyż i lichtarze. Były tam także figury: św. Agnieszki, św. Stanisława Kostki, św. Anny z Maryją, św. Antoniego Padewskiego, św. Cecylii i św. Jadwigi Śląskiej. Figury te od 1986 r. są w kościele w Bukowcu. Na miejscu pozostały figury z ołtarzy bocznych – Maryi oraz Najświętszego Serca Pana Jezusa. Poświęcenia kaplicy dokonał ks. Maksymilian Hasse 25 października 1925 r.

Od początku działalności parafii posługę w niej pełnili Misjonarze Najświętszego Serca Jezusowego. Na początku roku 1927 podpisano porozumienie między Biskupstwem w Breslau (Wrocław), Prowincją Misjonarzy NSJ oraz parafią katolicką w Landsbergu. Umowa ta obowiązywała od marca 1927 r., a na jej mocy powstała w Landsbergu samodzielna placówka duszpasterska pod opieką Sercanów.

Pasja

Zgromadzenie pozostało tam do stycznia 1945 r. Gdy pojawili się duszpasterze, naturalną potrzebą było miejsce ich zamieszkania. Początkowo zajmowali oni jedno z mieszkań przy dzisiejszej ul. Spokojnej. Dlatego oprócz kaplicy postanowiono wybudować klasztor. Pierwszy projekt budynku datowany jest na 4 sierpnia 1926 r. Jednak został on odrzucony przez inwestora. Ostateczny projekt wykonał Felix Halbach z Berlina. Budynek powstał w latach 1927-28 i pełnił też funkcję Domu Parafialnego. Prawdopodobnym budowniczym obiektu był wspomniany Leo Selig.

Ta historia to jedynie urywek pracy duszpasterskiej na Zawarciu. Prelegent, Paweł Krawczyk nadal prowadzi analizę dostępnej dokumentacji. – Materiały źródłowe staram się pozyskiwać skąd jest to tylko możliwe! Bazuję na tym, co jest w dokumentach parafialnych i klasztornych. Szukam w zasobach archiwów, urzędów i instytucji. Ogromna pomoc w tym zakresie płynie ze strony ludzi. Przekazują swoje fotografie oraz dzielą się wiedzą i wspomnieniami – opowiada o swojej pasji. Jak twierdzi badacz historii, w tych zbiorach nie ma jednej „perełki”. Każdy fragment rzeczywistości jest godny zauważenia i analizy. – Każdy szeroko rozumiany dokument zasługuje na szczególną uwagę, bo świadczy o konkretnym elemencie historii parafii. Są natomiast w tym zbiorze dokumenty, które są bardzo ciekawe. Mam na myśli zasoby z lat 1925-45. Wartościowe są też wspomnienia Oblatów z początków ich obecności w Gorzowie – tłumaczy.

Zbiory

Wszystkie zgromadzone dokumenty znajdują się w parafii. Są to księgi parafialne, mapy, zdjęcia. – Pojęcie archiwum parafialnego jest w tym przypadku trochę umowne. Nie jest to niestety zbiór uporządkowany i w całości przechowywany w jednym miejscu. W rzeczywistości ten zasób ciągle się powiększa! Aktualnie obejmuje dokumenty: katolickiej placówki duszpasterskiej z lat 1925-45, klasztoru Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej od roku 1945, parafii od roku 1951. Są to naprawdę rozmaite rzeczy: kroniki, dokumenty urzędowe, spisane wspomnienia, fotografie, czasopisma etc. Od pewnego czasu część tego zbioru ma charakter cyfrowy. Są to głównie skany zdjęć – opisuje zbiory Krawczyk. Jak twierdzi pasjonat, w tej historii jest jeszcze wiele nieodkrytych kart. Nieustannie można z niej wydobywać coś nowego, wartego uporządkowania i pokazania. Zainteresowania te są tym, co zajmuje go po pracy zawodowej, stąd nie ukrywa, że często brakuje czasu. Jednak zacięcie historyczne jest silniejsze od trudów rzeczywistości i Paweł Krawczyk ma ciągle nowe pomysły i wizje tego, jak propagować historię swojej małej ojczyzny. – Chciałbym ukończyć wreszcie, a następnie wydać „Zarys historii parafii św. Józefa w Gorzowie”. W dalszej perspektywie liczę na to, że znajdą się osoby o podobnych zainteresowaniach, gotowe do współpracy. Materiału do wnikliwego opracowania jest bardzo dużo. A w grupie pracuje się wydajniej i szybciej – mówi o swoich planach.

***

Działania podejmowane przez Pawła Krawczyka są działaniami wartościowymi. W nikim bowiem nie budzi wątpliwości teza, że należy znać swoją historię, nie tylko tę ogólną, ale przede wszystkim własnego podwórka.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Zapowiedzi przedślubnych nie można publikować w internecie ani w gazetce parafialnej

2018-06-22 20:10

rm / Radom (KAI)

Nie można zapowiedzi przedślubnych publikować w internecie ani w gazetce parafialnej, chyba że za zgodą obojga zainteresowanych - przypomina o tym księżom z diecezji radomskiej ks. Piotr Kroczek, Kościelny Inspektor Danych Osobowych.

Antonioguillem / Fotolia.com

Kuria diecezji radomskiej obszerną informację na ten temat zamieściła w swoim Biuletynie. Sprawa ma związek sygnalizowanymi licznymi nieprawidłowościami w przestrzeganiu dekretu ogólnego w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych w Kościele katolickim, wydanego przez Konferencję Episkopatu Polski 13 marca 2018 roku.

Ks. Kroczek przypomniał, że zapowiedzi przedślubne mogą być ogłaszane bez zgody nupturientów, czyli osób mających zawrzeć związek małżeński. Podstawą przetwarzania tych danych jest bowiem prawo kanoniczne.

Ks. Kroczek zwraca uwagę, że sposób ogłaszania zapowiedzi nie jest dowolny. Zgodnie z Instrukcją Konferencji Episkopatu Polski o przygotowaniu do zawarcia małżeństwa w Kościele katolickim z 5 września 1986 r., zapowiedzi należy ogłosić przez umieszczenie ich na piśmie w gablocie ogłoszeń parafialnych w ciągu 8 dni, tak by były tam uwidocznione przynajmniej przez dwie niedziele lub niedzielę i święto obowiązujące. Ten sam obowiązek można spełnić przez dwukrotne ogłoszenie ustne podczas liczniej uczęszczanych nabożeństw parafialnych, w niedzielę lub święto obowiązujące (nr 95). - Oznacza to, że nie można zapowiedzi publikować przez Internet ani w gazetce parafialnej, chyba że za zgodą obojga zainteresowanych - powiedział ks. Kroczek.

Zgodnie z Dekretem KEP w sprawie ochrony danych osobowych osób fizycznych (art. 6 ust. 1 pkt 3), treść zapowiedzi należy ograniczyć do niezbędnych danych osobowych, pozwalających na wypełnienie funkcji zapowiedzi, czyli np. przedstawić tylko imię, nazwisko i parafię zamieszkania każdego z nupturientów, chyba że na upublicznienie innych danych zezwolą sami zainteresowani.

W przypadku konieczności uzyskania zgody (np. na ogłoszenie zapowiedzi w Internecie lub podanie szerszych danych nupturientów) należy uzyskać zgodę od obojga narzeczonych i przekazać narzeczonym klauzulę informacyjną.

W przypadku, gdy proboszczowie uzyskali stosowne zgody (np. na umieszczenie zapowiedzi w Internecie), sugeruję umieszczenie obok danych notki informacyjnej: „Administrator danych osobowych informuje, że dane osobowe dotyczące zapowiedzi przedślubnych zawarte na stronie parafii (nazwa parafii) umieszczone zostały za zgodą osób, których dane dotyczą”.

"Takim działaniem można przyczynić się do większej jasności sytuacji prawnej, co z kolei przynieść może pewność u osób bezpośrednio zainteresowanych lub osób trzecich, co do tego, że dane osobowe są przez parafie jako administratorów przetwarzane zgodnie z prawem - wyjaśnił ks. Piotr Kroczek, Kościelny Inspektor Danych Osobowych.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Tato - ten, który steruje łodzią

2018-06-23 22:25

Agnieszka Bugała

Jeśli rodzina jest wielkim statkiem płynącym po wzburzonym morzu - ojciec stoi na mostku i trzyma ster. Nie może z niego schodzić wtedy, gdy okręt wykonuje najtrudniejszy manewr, skręt w zupełnie nowym kierunku. To on, kapitan, zna współrzędne, zagrożenia i cel wyprawy. Jeśli nie zna - naraża rodzinę na to, że ta utknie na mieliźnie albo roztrzaska się o skały.

Marta Sadownik

Są sprawy ważniejsze niż Himalaje

Monika od pięciu lat jest żoną. Zaraz po studiach zaczęła pracę, nieźle zarabia. Jej mąż Jacek, uznany fotograf, wciąż w rozjazdach. Chcieliby mieć dziecko, ale przyznają, że to by mogło zmienić ich dotychczasowy tryb życia. Dlatego czekają. Może za dwa, trzy lata? Muszą to zaplanować. Tomek z Asią zdecydowali się na dziecko trzy lata po ślubie. Ona na jakiś czas zrezygnowała z pracy, jest w domu. Ponieważ mieszkają z rodzicami, jej mama aktywnie uczestniczy w zajmowaniu się dzieckiem. To sprawia, że Tomek przestał się angażować w pomoc przy córce. Wycofał się na bezpieczną, jak mówi, dla mężczyzny pozycję - fotel przed telewizorem. Pierwszy z nich nie chce zrezygnować z tego, co robi teraz ani podjąć wyzwania. Drugi podjął, ale szybko pozwolił, aby za sterem stanęła żona i teściowa. Obydwaj panowie nie słyszeli o wietrze w żaglach, który niesie statek, ani o smaku przygód, jakie wynikają z bycia tatą.

„Są sprawy ważniejsze niż Himalaje” - pisał w książce pt. „Mój pionowy świat” Jerzy Kukuczka. „15 grudnia odleciała pierwsza grupa. Beze mnie. Są sprawy ważniejsze niż Himalaje. Najważniejsze. W sylwestra urodził nam się syn. Daliśmy mu na imię Maciek”.

Smutny raport o współczesnych sternikach

Kobieta staje z drżeniem przed mężem, który boi się zostać tatą, i pokazuje ciążowy test. Dla młodych małżeństw to często trudna próba miłości. Dla kobiety reakcja męża decyduje o sposobie przeżywania ciąży. Mężczyzna, oświadczając się kobiecie, biorąc ślub, musi wiedzieć, czy chce mieć dziecko i co robić, gdy zostanie ono poczęte, a później narodzi się. To jest dowód na jego odpowiedzialność za okręt, którym wypłynął.

Ojcem nie jest mężczyzna tylko wtedy, gdy podejmuje inicjatywę powołania nowego życia. On musi kontynuować to dawanie życia swemu dziecku dzień po dniu. Gdy da życie ciału, musi potem obudzić inteligencję, serce i sumienie dziecka. To długi proces, a podtrzymując nasze obrazowanie o statku i kapitanie, to po prostu bardzo długi rejs. Ojciec, jako kapitan okrętu, musi sobie z tego zdawać sprawę.

Dwa marzenia przyszłych rodziców

Większość mężczyzn wyobraża sobie ojcostwo jako czas górskich wypraw, jazdy na rowerze, długich dystansów w basenie, meczów piłki nożnej, wędkowania. Wyobrażają sobie syna, którego będą mogli uczyć, któremu będą mogli przekazywać swoją wiedzę. Bo mężczyzna dojrzały chce dzielić z dziećmi swój męski świat - pasje, zadania, trudne do zdobycia szczyty, wiedzę. Kobieta, gdy myśli o dziecku, koncentruje się raczej na jego bezradności, maleńkości i swoją rolę widzi jako ta, która osłania, zabezpiecza, pomaga. Nie naraża na ryzyko i wyzwania. Chce ukryć, zatrzymać.

Chodź, zbudujemy most

Dojrzały mężczyzna, świadomy własnej tożsamości, będzie dążył do wyprowadzenia dziecka na zewnątrz domu, własnych słabości i wreszcie rodziny. Do pokonywania przeszkód i trudności. Poda rękę i pozwoli wyruszyć własną drogą. Przyjdzie przecież dzień, że dziecko zechce opuścić łódź i wsiąść na własną. Ojciec musi być tym, który pomaga dorastać do tej chwili. Więcej - on wie, że ta chwila jest już zaplanowana w przyszłości, a jego rola to uformowanie nowego sternika - jeśli to syn, albo towarzyszki sternika - jeśli to córka. Świadomość obojga - mamy i taty - musi być na tyle duża, aby matka nie zabraniała ojcu na męski sposób realizowania rodzicielstwa. Koniecznie muszą się uzupełniać, jednak nie mogą myśleć, że są w stanie zastąpić siebie w pełnieniu tych ról. Ojciec uczy dzieci świata mężczyzn - tych, którzy bronią słabszych i pokrzywdzonych, walczą o uczciwość i sprawiedliwość, dbają o ekonomiczne zaplecze rodziny. Kochają wiernie i decyzyjnie - bez odwołania miłości pod wpływem nabrzmiałych do granic emocji.

Sternik musi czasem zmienić kurs, aby ocalić okręt przed katastrofą, ale nie rezygnuje z celu wyprawy. Dla katolickich rodzin tym celem musi być życie wieczne, wszystko inne - zaszczyty, tytuły, pieniądze - nie ma sensu.

Nie mów, co robić, po prostu rób to, co dobre

Ale jak być ojcem, który wychowuje? Dzieci nie lubią długich kazań. Ani małe, ani starsze. Wyłączają swoją uwagę, a ojcowie często złoszczą się i skarżą, mówiąc: „Mój syn mnie nie słucha, córka ma mnie za nic”. Ważna informacja dla każdego taty: ojciec nie przekazuje systemu wartości, wygłaszając długie przemowy przy kuchennym stole lub w trakcie jazdy samochodem. On na co dzień stara się żyć w taki sposób, aby dzieci bez nudnych kazań wiedziały, co powinny robić. Jan Paweł II często w swych opowieściach wracał do obrazka zapamiętanego z dzieciństwa: tato, wdowiec, modlący się na kolanach przy łóżku. Nie musiał pan Wojtyła mówić potem: „Módl się, Karol, tak trzeba”. Syn widział i dowiadywał się w najlepszy ze sposobów: „Skoro mój tata tak robi, to widocznie jest to dobre”.

Jeśli tato krzyczy na mamę i mówi o niej, używając obraźliwych słów, na nic zdadzą się wzniosłe przemowy o szacunku dla kobiet. Jeśli tato jest właścicielem firmy i nie wynagradza uczciwie swych pracowników - na nic puste frazesy o uczciwości. Jeśli tato głosił szczytne, antykomunistyczne idee, a po latach okazało się, że jednak należał do PZPR, trudno, by dziecko nie poczuło się oszukane. Jeśli niedzielne przedpołudnie to dla ojca czas wypadu na ryby, nie można się dziwić, że dziecko nie chce chodzić do kościoła. Dziecko wie, czym i w jaki sposób żyją jego rodzice, szybko odkrywa podwójność.

Tato nie może karać milczeniem

To, co ważne dla ojców, gdy dzieci nie są posłuszne, to nie próbować się na nie obrażać. Manifestowanie swojej rodzicielskiej władzy, obnoszenie się ze zranioną dumą rodzica - ostentacyjne milczenie, które trwa czasem kilka dni, nie zmieniają naszych dzieci. Rodzą wyolbrzymione poczucie winy i nie uczą rozwiązywania konfliktów. Pokazują postawę egoisty: „Nie robisz, jak ja chcę, to się obrażam”. Jakie będzie małżeństwo dziecka, które wkroczy w dorosłość z takim bagażem doświadczeń? Już dziś rokuje ciche dni z żoną i dąsy, zamiast rzeczowej rozmowy. Tato musi nauczyć siebie, a potem swoje dziecko rozmawiać o sytuacjach trudnych, o rozczarowaniach. Męskim językiem, innym niż ten, którego w takich rozmowach używa mama, ale to jego obowiązek. Nie wystarczy, że nauczymy dziecko mówić „dzień dobry” niemiłym sąsiadom, ono musi przede wszystkim umieć stawić czoła trudnościom.

Tym, którzy czekają na dziecko

Jeśli przyjąć, że dzień narodzin dziecka jest linią startu dla rodzicielstwa, to kobieta bierze przed startem dłuższy rozbieg. Ma dziewięć miesięcy na to, aby w dniu przyjścia na świat dziecka być dobrze przygotowaną. Jest sam na sam z maleństwem. Dzielą tlen, pokarm, krew, przestrzeń. Nie ma fizycznego zespolenia większego niż to. Mężczyzna - mąż, ojciec dziecka - jest w innej sytuacji, ale powinien, podejmując świadomy wysiłek, wykorzystać czas ciąży najlepiej jak to możliwe. Nie może być zaskoczony.

Nasza miłość zaprasza tu dziecko...

Ktoś pięknie powiedział, że już w oczach żony wita się dziecko, które pocznie się z miłości. W to zdanie wpisuje się wdzięczność żonie za trud dziewięciu miesięcy, ale też świadoma zgoda na to, aby ta właśnie kobieta była matką moich dzieci. Nie inna, nie przypadkowa. Właśnie ta. Zresztą, choć innym językiem, ale taką właśnie zgodę wyrażają małżonkowie słowami przysięgi małżeńskiej: deklarują, że przyjmą potomstwo, jakim Bóg ich obdarzy. Ta przysięga zobowiązuje również do tego, aby od początku mężczyzna podejmował konkretne kroki w przygotowywaniu siebie do bycia ojcem. Jeśli rany wyniesione z domu w relacji z własnym ojcem są zbyt głębokie, jeśli nie ma wzorców - może się okazać, że trudno podjąć ten wysiłek. Ale nie trzeba się bać. Instynkt ojcowski budzi się powoli, a Bóg, którego małżonkowie zapraszają do swojej miłości przez sakrament, pomaga w stawaniu się tatą. On, który pierwszy jest Ojcem, może pomóc w tym trudnym rejsie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem