Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Marzec ’68 oczami studenta Politechniki Warszawskiej

2018-02-28 10:37

Wojciech Bobrowski
Niedziela Ogólnopolska 9/2018, str. 36-38

PAP/CAF – Tadeusz ZagoździńskI
Protestujący przed Politechniką Warszawską, marzec 1968

Na Politechnice Warszawskiej mieliśmy znakomitych profesorów. Często zaczynali oni wykład od powiedzenia jakiegoś żartu. Spróbujmy ich naśladować

W końcu lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku krążył po Warszawie taki dowcip: Jakie były trzy najważniejsze wydarzenia w historii Polski Ludowej i dlaczego? Poprawna odpowiedź brzmi: wojna sueska, wojna sześciodniowa i wojna Jom Kippur, gdyż po wojnie sueskiej (1956 r.) otwarły się bramy więzień dla skazanych za przestępstwa polityczne i nie wykonywano już za nie wyroków śmierci; po wojnie sześciodniowej (1967 r.) Polska Zjednoczona Partia Robotnicza straciła 90 proc. swojego potencjału intelektualnego, a po następnej wojnie – Jom Kippur (1973 r.) ludzie wywodzący się ze środowisk komunistycznych stali się wiodącą częścią opozycji przeciw tejże władzy, zaś jej reprezentanci zgromadzeni w warszawskim kościele św. Marcina śpiewali słowa najbardziej patriotycznej modlitwy, jaka istnieje w literaturze polskiej – to jest „Pieśni konfederatów barskich” Juliusza Słowackiego. Jest to oczywiste przerysowanie, lecz zawiera wiele prawdy, a bez wojny sześciodniowej nie byłoby protestów marcowych w Polsce w 1968 r. Historia PRL-u to ciąg bitew i układów, konfliktów i kompromisów między nurtami polskiej lewicy, przy czym znaczenia wyrazu „polska” nie należy tu rozumieć zbyt dosłownie. Ostateczne pojednanie nastąpiło przy Okrągłym Stole i w Magdalence, w wyniku czego po przeprowadzeniu kilku socjotechnicznych procedur w miejsce PRL-u powołano III Rzeczpospolitą. Za parawanem z napisem „Solidarność” utworzono system społeczno-ekonomiczny oparty na negacji wartości, które to słowo oznacza, i z całkowitym lekceważeniem nauczania społecznego Kościoła, za to z konsekwentnym wdrożeniem neoliberalnych dogmatów. Pomimo dwóch lat dobrej zmiany skutki tego procesu są dominujące także dzisiaj.

Zaczęło się od „Dziadów”

Poszukajmy źródeł studenckich protestów z marca 1968 r.

Jako pretekst do nich posłużyło zdjęcie z afisza Teatru Narodowego Mickiewiczowskich „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka. Organizatorom manifestacji przy pomniku Mickiewicza do żarliwego patriotyzmu polskiej literatury romantycznej było tak samo daleko jak uczestnikom ruchu Duszpasterstwa Akademickiego do ideologii Lwa Trockiego. Wokół tego wydarzenia toczyła się wyrafinowana gra polityczna. Czy zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że jest to wielostopniowa prowokacja, skonstruowana w taki sposób, że jedna otwiera drugą, a ostatnia detonuje wybuch społeczny? Na pewno nie. Zadajmy pytanie: Czy gdybyśmy o tym wiedzieli, postąpilibyśmy inaczej i nie skorzystali z okazji do okazania naszego sprzeciwu wobec zakłamania i zniewolenia systemem komunistycznym? Odpowiedź jest jednoznaczna: postąpilibyśmy tak samo.

Reklama

W Dużej Auli Gmachu Głównego

Dzień 8 marca 1968 r., piątek, nie zapowiadał się jakoś specjalnie. Byłem wtedy na drugim roku elektroniki i już zaczęły się przedmioty, które w nazwie miały słowo „teoria”, co oznaczało, że nie będzie łatwo, a za to bardzo abstrakcyjnie. Nieliczne na wydziale koleżanki odbierały życzenia od wykładowców i od nas, swoich kolegów. Wróciłem późno do domu, chyba nawet nie bardzo wiedząc, że coś się dzieje w mieście. Następnego dnia mieliśmy studium wojskowe i aby zdążyć na poranny apel, musiałem wyjść z domu o szóstej rano. Jednak zaraz po przekroczeniu bramy dziedzińca przy ul. Koszykowej zrozumiałem, że wydarzyło się coś istotnego. Koledzy, zamiast doczyszczać buty i poprawiać płaszcze, głośno dyskutowali, dołączyłem do nich. Po chwili wiedziałem już o manifestacji przeciw cenzurze i w obronie demokracji na Krakowskim Przedmieściu przed uniwersytetem, interwencji ORMO, pobitych ludziach i wielkim wzburzeniu w całym środowisku studenckim Warszawy. W trakcie zajęć wojskowych zostaliśmy ostrzeżeni przed włączeniem się w protesty i pochody uliczne. Bardzo jasno zostało nam przypomniane, że kiedy jesteśmy w mundurach, podlegamy wszystkim regulaminom i karom tak jak żołnierze służby zasadniczej. W to nie wątpiłem. Jednak po zajęciach, zamiast wrócić do mieszkań lub akademików, pomaszerowaliśmy w kierunku Gmachu Głównego Politechniki Warszawskiej. Tak samo zachowali się koledzy z wydziałów mechanicznych przy ul. Narbutta. (Podobnego zjawiska w o wiele większej skali doświadczyłem 10 kwietnia 2010 r., kiedy przed Pałacem Prezydenckim znalazła się cała patriotyczna Warszawa. Chociaż nikt nam o tym nie mówił, wiedzieliśmy, że właśnie tam trzeba się znaleźć tamtego dnia). Duża Aula wrzała, przez dwa tygodnie będzie ona centrum naszych protestów. Ktoś przemawiał z krużganka na pierwszym piętrze, ale jego głos ginął w szumie i przestrzeni auli. Organizatorzy nie mieli zgody na nagłośnienie. Zrozumiałe były tylko hasła: „prasa kłamie!”, „demokracja!”, skandowane co jakiś czas przez zgromadzonych. Niektórzy darli gazety, tak że była nimi zasłana cała posadzka auli. Po godzinie takiego wiecowania wyszliśmy pochodem ul. Polną w kierunku redakcji „Życia Warszawy”, lecz drogę zastąpiło nam ZOMO, nacierając na czoło pochodu. Cofnęliśmy się i rozproszyli w różnych kierunkach. Wraz z dużą grupą kolegów zostałem zepchnięty w ul. Mokotowską i po krótkim biegu znalazłem się w kościele Najświętszego Zbawiciela. Starszy pan kościelny wskazał nam drogę przez zakrystię do ul. Marszałkowskiej, wskoczyłem do nadjeżdżającego tramwaju lub autobusu i po czterdziestu minutach byłem w domu. Włączyłem radio i gorączkowo dzieliłem się z obecnymi swoimi wrażeniami. Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa nadawała program specjalny poświęcony protestom studenckim. O pełnej godzinie przebiegłem wskazówką po skali odbiornika. Wszystkie anglojęzyczne serwisy informacyjne zaczynały się od słów: „Students of the Warsaw University of Technology”. Poczułem się świadkiem historii. Następny tydzień na uczelni był zupełnie inny niż wszystkie dotychczasowe. Wykłady, ćwiczenia, laboratoria niby odbywały się według rozkładu, ale jakby zeszły na drugi plan. Zmieniła się nawet ulica, pojawili się młodzi ludzie w akademickich czapkach wyprodukowanych błyskawicznie przez stołecznych rzemieślników. (A jak wspaniale wyglądały w nich studentki warszawskich uczelni! – chociaż minęło już pięćdziesiąt lat, pamiętam, jakby to było wczoraj. Szkoda, że ta moda minęła tak szybko). Co dwa-trzy dni odbywały się wiece w Dużej Auli politechniki podobne do pierwszego, czytano komunikaty z różnych ośrodków akademickich, gdzie również trwały protesty. Na jeden z wieców była nawet zgoda rektora, lecz coraz częściej mówiło się o strajku. Mniej czasu poświęcaliśmy nauce, chociaż studia na politechnice bardzo ceniliśmy i pomimo ponurej atmosfery czasów „późnego Gomułki” były one dla nas nadzieją na lepsze życie i ciekawszą przyszłość.

Prowokacje

Z bardzo pozytywnym przyjęciem ze strony zgromadzeń studenckich na politechnice spotkała się interpelacja sejmowego koła ZNAK-u opublikowana w naszej obronie 11 marca, skandowaliśmy hasło „Brawo Znak!”. Nie znaliśmy wówczas świadectwa uczestnika Soboru Watykańskiego II o. Jerzego Tomzińskiego, który w wywiadzie udzielonym w 2013 r. red. Lidii Dudkiewicz dla tygodnika „Niedziela” powiedział: „Na Placu św. Piotra rozdawano ulotki skierowane przeciwko kard. Stefanowi Wyszyńskiemu. Sugerowano w nich, żeby został w Rzymie i nie wracał do Polski. Akcja była przygotowana przez przedstawicieli tzw. Kościoła otwartego. Gdy Watykan zauważył, co się dzieje, zostali oni wyrzuceni. Wśród osób zaangażowanych w akcję ulotkową przeciwko kard. Wyszyńskiemu był człowiek, który w 1989 r. piastował jedno z najważniejszych stanowisk w państwie”. Jest tu mowa o Tadeuszu Mazowieckim i jego środowisku. Nie znaliśmy też prawdziwego oblicza Jerzego Zawieyskiego, ukazanego w ważnej książce Joanny Siedleckiej „Biografie odtajnione”. Gdybyśmy mieli tę wiedzę, nasz entuzjazm wobec ZNAK-u byłby pewnie mniejszy. Obecnie IPN zaczął publikować zapiski „Pro memoria” kard. Wyszyńskiego. Mam nadzieję, że poszerzą one naszą wiedzę także na ten temat.

Zastanówmy się jeszcze, jakie były motywy tego, że Kazimierz Dejmek, członek PZPR, wyreżyserował płomienny manifest polskiego patriotyzmu na kanwie „Dziadów” Adama Mickiewicza. Ten twórca w 1966 r. włączył się swym świetnym warsztatem przez reżyserię dramatu „Namiestnik” w atak na Kościół katolicki prowadzony przez komunistów z okazji obchodów tysiąclecia polskiej, chrześcijańskiej państwowości . Utwór ten w stopniu zakłamania może być porównywalny jedynie do książek Jana T. Grossa i dotyczy podobnej tematyki.

Odpowiedź nie jest trudna – pewna część elit ówczesnej władzy poczuła zagrożenie dla swojej pozycji i gotowa była wykorzystać piękne dążenie młodych Polaków do wolności i prawdy, aby tych swoich pozycji bronić. Można tu przerzucić pomost analogii między protestami studenckimi z 1968 r. a organizowaną w ciągu ubiegłych dwóch lat kampanią ulicznych marszów i pochodów. Celem jest interes tych samych elit albo bardzo podobnych, tyle że w następnym pokoleniu. Hasła także brzmią znajomo: „Demokracja”, „Wolność mediów”, tyle że nie ma w nich mocy prawdy, dlatego protesty te tak szybko wygasają.

Strajk okupacyjny

Najmocniejszym, ale zarazem ostatnim aktem naszego protestu był strajk okupacyjny w Gmachu Głównym. Zaczął się 21 marca w czwartek. Poranne zajęcia jeszcze się odbywały, jednak do demonstrujących w aulach Gmachu Głównego dołączało coraz więcej studentów, którzy rezygnowali z udziału w wykładach, ćwiczeniach, a nawet w laboratoriach. Pamiętam, że pierwszego strajkowego wieczoru uchwalaliśmy odezwę wyjaśniającą cel naszego protestu. Był on bardzo prosty: nie chcemy fałszu, zakłamania, obłudy w życiu społecznym, także w państwowym przekazie informacji. Chcieliśmy żyć w prawdzie. Intuicyjnie czuliśmy to, co tak pięknie wypowiedział Jan Paweł II w Olsztynie w 1991 r.: „Nie ma prawdziwej wolności bez prawdy. Tylko prawda czyni wolnymi”. I dalej w tej samej homilii: „Poza prawdą wolność nie jest wolnością. Jest pozorem. Jest nawet zniewoleniem”. Trudno jest żyć w zniewoleniu, mając dwadzieścia lat.

Niekiedy mówi się jednym tchem o protestach studenckich w 1968 r., które objęły całą Francję, Niemcy, a także Polskę, o ich podobieństwie czy nawet tożsamości. Nic bardziej błędnego. Polscy studenci w 1968 r. nie dopominali się „wolności od pasa w dół”, a właściwie społecznej akceptacji tak rozumianej wolności, jak robili dwa miesiące później ich zachodnioeuropejscy rówieśnicy. Mówiąc prościej, celem wystąpień studenckich w Paryżu czy Monachium było wykreślenie z Dekalogu szóstego przykazania. Udało się to znakomicie, a później usuwano kolejne, tak że dziś aborcja czy eutanazja nikogo już nie dziwią. Po 50 latach od skruszenia tego wiersza na kamiennych tablicach Przymierza pozostał już tylko jeden: „Nie kradnij”, z uzupełnieniem: „jeśli nie potrafisz”.

Powróćmy do strajku. Głodni nie byliśmy, warszawiacy dożywiali nas, jak mogli. Jednak brak elementarnych warunków utrzymania higieny osobistej był wielkim problemem, chyba bardziej dotkliwym niż w zakładach pracy podczas strajków w następnych dekadach. Kolejnego dnia, w piątek, liczba strajkujących ciągle wzrastała, jednocześnie wokół Gmachu Głównego zgromadzili się warszawiacy w manifestacji poparcia. Poczuliśmy się silni. Jednak wrażenie to uleciało natychmiast, kiedy wieczorem rektor ogłosił ultimatum min. Henryka Jabłońskiego. Jeżeli studenci nie opuszczą budynków do godziny dziewiątej, politechnika będzie rozwiązana i w przyszłości zostaną ogłoszone nowe zapisy. Wśród strajkujących zapanowała konsternacja. Niektórzy zaczęli wychodzić. Wówczas przemówił do nas były rektor prof. Jerzy Bukowski, w jego wypowiedzi brzmiało zrozumienie dla naszej postawy i dużo ciepła. Dostał oklaski, jest też jego zasługą, że strajk zakończył się bez ofiar. Naciski i pogróżki stale się nasilały, a porzucanie strajku było już masowe. Ostatni studenci wyszli ok. czwartej rano wśród szpalerów ZOMO, głośno szurając nogami. Głębokie poczucie klęski było wśród nas powszechne. Gdy po dziesięciu latach rozmawialiśmy o tym w koleżeńskim gronie, jeden z nas wypowiedział następującą myśl: „Gdyby w ataku ZOMO na politechnikę zgięli studenci, nie byłoby tragedii grudniowej”. Trudno o tym mówić, ale zupełnie nie byliśmy wówczas na to przygotowani. Na pewno ogromnie daleko było nam do takiej determinacji, jaką mieli robotnicy w 1980 i 1981 r., którzy dążąc do wolności, gotowi byli na śmierć. W następnych dniach protesty zaczęły stopniowo wygasać w całym kraju, a na Politechnice Warszawskiej po tygodniu wznowiono zajęcia, trzeba było zabrać się za robotę. Niestety, nie wszyscy mieli taką możliwość. W ramach represji usuwano studentów z uczelni, innych wcielano do Ludowego Wojska Polskiego.

Po drugim roku obowiązywał studentów obóz wojskowy. Gdy dojechaliśmy do wyznaczonej nam jednostki wojskowej, okazało się, że kilku z nas brakuje. Powiedziano nam, że koledzy wyemigrowali. Dla mnie było to przykre zaskoczenie, nie miałem pojęcia o ich pochodzeniu i zupełnie mnie ono nie interesowało. Taki temat w ogóle nie istniał, jednak wielu z nas nieco zazdrościło im przygody, otwartego świata i możliwości studiów na bogatych zachodnich uniwersytetach.

W historycznych relacjach na temat protestów marcowych zwykle całkowicie pomija się znaczenie Duszpasterstwa Akademickiego, tego przy kościele św. Anny i innych. Moim zdaniem, niesłusznie. Przychodziłem wówczas na spotkania takiej grupy w parafii na warszawskiej Pradze, gdzie proboszczem był ks. Stefan Niedzielak, zamordowany w 1989 r. Było nas około trzydziestu studentów różnych uczelni i kilka pracujących już osób. Niech nam to będzie wybaczone, ale od 8 marca żaden program nie był już realizowany, nie było nawet chętnych do zaśpiewania piosenki o. Duvala. Trwały nieustająca wymiana doświadczeń z protestów i dyskusje o tematyce społecznej. Towarzyszył nam w nich charyzmatyczny kapłan ks. Henryk Szczypiński, który mówił: „żałuję, że nie mogę teraz tam być razem z wami”. Ten miesiąc studenckiej wiosny przygotował wielu z nas do przyszłej aktywności społecznej i zaowocował w czasie Solidarności.

50 lat później

W 50. rocznicę marcowych protestów jako Stowarzyszenie Absolwentów organizujemy spotkanie z udziałem władz Wydziału Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej oraz prof. Jerzego Eislera, historyka, autora monografii „Polski rok 1968”, który odświeży nasze wspomnienia. Ogólnej dyskusji jednak nie przewidujemy. W przeciwieństwie do czasów studenckich nasze poglądy bardzo się różnią i aby uniknąć zbyt gorących polemik, ograniczymy się do rozmów w mniejszych zespołach. Trochę mi będzie tego brakowało, bo chętnie bym wyraził swoją radość, że dziś Polska upodabnia się do tej, która była celem naszych wystąpień 50 lat temu, troszczy się o prawdę w życiu społecznym, ale też o prawdę historyczną i związany z nią wizerunek państwa, o byt rodziny, o naukę i nauczanie. Mam też nadzieję, że dzięki wprowadzanym reformom szkolnictwa wyższego Politechnika Warszawska już wkrótce przesunie się w światowych rankingach uniwersytetów z miejsc z przedziału 601-650 chociaż do pierwszej pięćsetki.

***

W 1968 r. autor artykułu był studentem Wydziału Elektroniki Politechniki Warszawskiej i uczestnikiem wydarzeń marcowych. Tekst składa się z obrazów zachowanych w jego pamięci, wspartych jedynie rozmowami z koleżankami i kolegami z uczelni. Jest wyrazem osobistych poglądów autora.
Redakcja

Cuda dzieją się po cichu

2018-03-16 16:16

Jolanta Kobojek

Grzegorz Gadacz
Anity Czupryn (z lewej )i o. Melchior Królik, paulin

Wszystko zaczęło się 8 lutego 2017 r. Przedstawiciele "Frondy" gościli na Jasnej Górze i słuchając o wydarzeniach, które dzieją się w tym Sanktuarium, w głowie prezesa wydawnictwa, Michała Jeżewskiego narodził się pomysł, by powstała na ten temat książka.

Zadanie to zlecił publicystce dziennika „Polska The Times”, autorce artykułów o tematyce społecznej, wywiadów z politykami oraz osobistościami ze świata nauki i kultury, Anicie Czupryn. Dziennikarka zaczęła regularnie przyjeżdżać do Częstochowy i zagłębiać się w czytanie wpisów z "Jasnogórskiej Księgi Cudów i Łask". "

- Kiedy to czytałam, wzruszałam się niesamowicie - to było takie autentyczne, bez wymyślnych ozdobników i wszystko zakończone happy endem" - podkreśla Czupryn. A wszystkie te pozytywne historie opisywane przez jasnogórskiego archiwistę przeplatały się z osobistymi trudnymi doświadczeniami autorki. W tym samym bowiem czasie mama Anity Czupryn usłyszała diagnozę, że prawdopodobnie choruje na raka. Córka więc poczuła w sobie podwójną misję – już nie tylko napisanie książki o cudach zdziałanych przez pośrednictwo Matki Bożej, ale także modlitwę za jedną z najbliższych sobie osób.

Dziennikarka przyznaje także, że im bardziej wczytywała się w dokumenty i relacje ludzi, tym bardziej doświadczała pocieszenia, nadprzyrodzonej siły i pojawiało się wiele głębokich przemyśleń. „W naszym życiu nawet te najmniejsze rzeczy mają ogromne znaczenie. Ona są po prostu cudami, które mają otworzyć nam oczy i przebudzić nas z tego codziennego letargu”- wyjaśnia Czupryn.

Grzegorz Gadacz

Czas spędzony nad kartami archiwalnych kronik był także okazją do wielu refleksji nie tylko natury religijnej, ale też socjologicznej czy historycznej. „W relacjach świadków widać bowiem, jak w soczewce historię naszego kraju – to, jak zmieniała się Polska od początków XX wieku przez okres II wojny światowej, ponure czasy ustroju totalitarnego i bezwzględnych działań SB po moment transformacji aż do czasów najnowszych” – pisze autorka we wstępie do swojej ksiązki.

„Cuda dzieją się po cichu” to publikacja, która składa się z dwóch integralnych części – pierwsza przedstawia cuda i łaski, jakie wydarzyły się od początku XX wieku, a druga – to rozmowa autorki z o. Melchiorem Królikiem, paulinem, jasnogórskim archiwistą, który od ponad 40 lat jest opiekunem „Jasnogórskiej Księgi Cudów i Łask”.

Ponad 340-sto stronnicowa książka kończy się jakże podsumowującym wszystko podziękowaniem: „Przy Jasnogórskim Obrazie Matki Bożej. – Jasnogórska Matko! Jakże wdzięczna Ci jestem za wszystkie łaski. I za łzy”.

Grzegorz Gadacz
Jasnogórska Księga Cudów i Łask
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Koncert charytatywny dla prof. Barbary Kubickiej-Czekaj

2018-04-24 13:34

Zapraszamy na koncert charytatywny dla prof. Barbary Kubickiej-Czekaj
na rehabilitację

Bożena Sztajner/Niedziela

Wykonawcy:
Teresa Czekaj – fortepian
Aleksandra Szwejkowska-Belica – skrzypce
Siergiej Rysanow – wiolonczela

Czwartek 26 kwietnia g. 18

Miejsce:
Muzeum Częstochowskie - Ratusz I p.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem