Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Caritas dla dzieci

Zobaczyć przyjaciela w Jezusie

2018-02-07 13:42

(pm)
Edycja lubelska 6/2018, str. IV

ks. Mieczysław Puzewicz
Dzieci zawsze były chętne do zajęć

Pan Jezus ciężko harował w polu – napisał Krzysio. Ola zauważyła, że pewnie chodził w sandałach bez skarpet. Andrzej narysował Pana Jezusa wskazującego palcem na niebo. Młodsze dzieci rysowały i malowały, starsze opisywały, nawet z użyciem smartfonów, czym się zajmował. W nagrodę otrzymywały muszelki i rozgwiazdy; niektórym udało się zebrać pokaźne kolekcje.

W radiu i przy dekupażu

W Domu Spotkania w Dąbrowicy zakończyły się zimowe ferie dla dzieci zorganizowane przez Caritas Archidiecezji Lubelskiej. Zgodnie ze swoją misją Caritas przyjęła dzieci z domów dziecka (m.in. Garbów i Tuligłowy), podopiecznych ośrodków pomocy społecznej oraz te pochodzące z niezamożnych rodzin. Program obejmował wypoczynek, wychowanie w wierze, kształtowanie postaw solidarności i szacunku, a także budzenie zainteresowań. Podczas codziennych Mszy św. młodzi uczestnicy poznawali Pana Jezusa jako człowieka i Syna Bożego, chętnie włączali się w kazania ks. Mieczysława Puzewicza. Same także formułowały wezwania w modlitwie wiernych, prosząc za chorych, smutnych, ubogich i cierpiących. Czas ferii pozwalał także na wdrożenie w stałą, codzienną modlitwę rano i wieczorem.

Rozgrywki sportowe i niemniej pasjonujące kalambury wyzwalały dużo radości. Pod opieką doświadczonych animatorów dzieci uczyły się sztuki dekupażu (zdobienie szkła, drewna itp.) oraz ręcznego wykonywania oryginalnych kolczyków, wisiorków i bransolet. Okazało się, że można odkryć w sobie nieznane wcześniej talenty artystyczne. Te przydały się też przy tworzeniu kreacji na bal karnawałowy i wymyślaniu krótkich scen kabaretowych. Cała grupa odwiedziła Radio Lublin i poznała pracę dziennikarzy. Duże wrażenie wywarła wizyta w Centrum Spotkania Kultur i zaglądanie w nieznane zakamarki tego gmachu. W Pracowni Sztuczka (Centrum Kultury) dzieci wzięły udział w spektaklu, w którego tworzenie zostały bezpośrednio zaangażowane, co silnie oddziaływało na ich wyobraźnię i myślenie abstrakcyjne. Muzeum Misyjne Sióstr Franciszkanek Misjonarek Maryi to stały punkt programu ferii i obozów letnich organizowanych w Dąbrowicy. Siostry zebrały w nim eksponaty z pięciu kontynentów; m.in. instrumenty muzyczne, stroje, egzotyczne monety i broń oraz elementy unikatowej flory i fauny. Żywe opowieści sióstr prowokowały do pytań o odległe strony i o dzieła misyjne franciszkanek.

Reklama

Sztuka mądrego wychowania

Tydzień spędzony na obozie to okazja do wyrabiania w dzieciach nawyków punktualności, utrzymywania porządku w pokojach i łazienkach, podejmowania choćby drobnych obowiązków (np. funkcje w liturgii). W grupie dzieci uczą się również sztuki negocjacji, porozumiewania się bez agresji fizycznej czy słownej. Przygotowanie programu oraz prowadzenie ferii spoczywały w rękach i na głowach doświadczonych kierowniczek – Jolanty Woźniak i Agnieszki Zańko. Wspierała je grupa wychowawców oraz wolontariuszy z lubelskiego Centrum Wolontariatu. Nad zdrowiem i ewentualnymi złymi skutkami przeziębień czuwała pielęgniarka Janina Pielecha. Sensowna opieka wychowawcza wymaga wiele czasu i cierpliwości. Dzieci trzeba indywidualnie wysłuchiwać i wsłuchiwać się w ich sprawy, problemy, a czasem i dramaty. Mądrzy wychowawcy zamieniają chwile przygnębienia i smutku w atmosferę nadziei i pogody ducha. Znajdują czas na zwierzenia ze strony dzieci i poznawanie ich tajemnic. Cierpliwe i wielokrotne tłumaczenie odnosi lepsze skutki niż nagana czy upomnienie. Sztuką jest dotrzeć do dziecięcej świadomości, ukazywać, jak piękne jest dobro i współczucie, przekonywać o sensie dzielenia się z innymi, darowania urazów i przebaczania. Dzieci gotowe są również poznawać Pana Jezusa, kiedy postrzegają Go jako kogoś im bliskiego, kogoś, kto jadł i spał, a jednocześnie zawsze przygarniał chorych, ubogich, zagubionych, rozbitych i smutnych. Mając podobne doświadczenia, odkrywają w Nim przyjaciela i obrońcę.

Wychowanie toczy się nie tylko podczas spotkań tematycznych, podejmowanych wokół wartości, ale i przy stole w trakcie posiłków, na spacerze, przy rywalizacji sportowej, w pogawędce po obejrzanym filmie czy spektaklu. Taki właśnie charakter mają ferie i obozy w Dąbrowicy. Z pewnością rozumiejąca i ciepła obecność kadry wychowawczej, cierpliwa troska i rozmach pomysłów pozwalają podopiecznym przeżyć niezwykle wartościowy czas i wzbudzają chęć powrotu do Domu Spotkania.

Tagi:
ferie

Ferie trwają

2018-02-28 11:18

Ks. Adam Stachowicz
Edycja sandomierska 9/2018, str. IV

Ferie to czas radości, wypoczynku i oderwania się od codziennych obowiązków. W województwach podkarpackim i lubelskim odbyły się wcześniej, a zaraz po ich zakończeniu przerwę semestralną zaczęły dzieci i młodzież ze szkół w województwie świętokrzyskim. Dziś ponownie towarzyszymy wypoczywającym uczniom na obozach parafialnych, miedzyparafialnych oraz organizowanych przez ruchy i stowarzyszenia. Zajrzymy również do naszego ośrodka oazowego w Olchowej prowadzonego przez Fundację „Światło-Życie”

Ks. Adam Stachowicz
Obrazów

Raniżów

Grupa 50 scholanek i członków Liturgicznej Służby Ołtarza z parafii Raniżów uczestniczyła w „Feriach z Bogiem”. Duszpasterze każdego roku dbają, aby również czas ferii dla młodzieży zaangażowanej w parafii był czasem intensywnego odpoczynku połączonego z formacją duchową oraz integracją. Bazą tegorocznego feryjnego wypadu była zimowa stolica Tatr.

– Po drodze do Zakopanego uczestnicy wyjazdu nawiedzili sanktuarium bł. Karoliny Kózkówny w Zabawie oraz miasto narodzin św. Jana Pawła II – Wadowice, przyjmując przez to jako patronów wyjazdu bł. Karolinę oraz św. Jana Pawła II. Każdego dnia opiekunowie starali się zapewnić różne atrakcje dla uczestników, takie jak: nauka jazdy na nartach, wyjazd na baseny termalne, wjazd kolejką na Gubałówkę, kulig, ognisko, spacery oraz pogodne wieczory. Codziennie sprawowana była Msza św. w różnych miejscach, m.in. w Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach czy też w Sanktuarium Matki Bożej Objawiającej Cudowny Medalik. W drodze powrotnej wszyscy mieli okazję podziękować za radosny i pomyślny czas ferii w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach – informują organizatorzy przedsięwzięcia.

Obrazów

30-osobowa grupa dzieci i młodzieży oazowej oraz ministrantów wraz z opiekunami wypoczywała w Szczawnicy. Wyjazd miał charakter formacyjno-rekreacyjny i został zorganizowany przez ks. Łukasza Turzyńskiego.

– Pierwszy dzień, czyli Środa Popielcowa, rozpoczął się od Mszy św., po czym wyruszyliśmy w drogę do Szczawnicy. Po kilku godzinach dotarliśmy na miejsce, gdzie zakwaterowaliśmy się u sióstr zakonnych. Po obiedzie udaliśmy się na spacer po miasteczku, poznając teren uzdrowiska. Drugi dzień rozpoczęliśmy od modlitwy, a następnie wyjechaliśmy na narty. Spędziliśmy tam kilka godzin, ucząc się lub doskonaląc umiejętności narciarskie. Zmęczeni, ale zadowoleni, powróciliśmy do naszego miejsca odpoczynku. Jednak po krótkiej chwili znów wybraliśmy się na kulig. Mogliśmy oglądać zaśnieżone widoki gór. Trzeciego dnia udaliśmy się na Słowację do miasta Poprad, gdzie podziwialiśmy widoki starego miasta. Po powrocie uczestniczyliśmy w nabożeństwie Drogi Krzyżowej i wspólnej Eucharystii. Następnie udaliśmy się na wieczorny spacer nad Grajcarek, skąd mogliśmy obserwować stoki na Palenicy. Kolejnego dnia kilka godzin spędziliśmy na stoku w Jaworkach. Później pojechaliśmy na modlitwę do Centrum Ruchu Światło-Życie na Kopiej Górce w Krościenku nad Dunajcem. Wyjazd był dla nas radosny, a także ubogacił nas duchowo przez modlitwę, uczestnictwo we Mszy św. i słuchanie kazań, w których ks. Łukasz podejmował tematy formacji oazy i ministrantów – relacjonuje Kinga Dobek.

Sandomierz

Kapłani: ks. Marek Kuliński i ks. Marek Bednarz przeprowadzili wypoczynek feryjny dla uczestników z parafii św. Józefa w Sandomierzu.

– Tegoroczny rodzinny wyjazd na śnieżne szaleństwo Liturgicznej Służby Ołtarza i zaprzyjaźnionej młodzieży miał swoją bazę w Białym Dunajcu. Dwóch naszych księży Marków zadbało, aby nie brakło narciarskich przygód na stokach Białki Tatrzańskiej i Jurgowa oraz relaksowania się w termach. Oczywiście, nie zabrakło kuligu i związanych z nim radości „okołoogniskowych”. Rodzice i milusińscy wrócili wypoczęci i pełni sił na nowe półrocze szkolnych zmagań – relacjonuje proboszcz ks. Jerzy Dąbek.

Olchowa

Młodzieżowy Ośrodek Turystyczny „Brama Bieszczad” w Olchowej działa przez cały rok, więc tętnił życiem również w okresie feryjnym. Korzystali z niego uczestnicy z różnych części Polski. W czasie ferii z naszej diecezji gościły dzieci oraz młodzież z parafii w Wólce Ratajskiej. W ogromnej części była to grupa osób na co dzień zaangażowanych we wspólnoty parafialne. Oprócz codziennej modlitwy i Mszy św. uczestnicy wyjazdu wraz z proboszczem ks. Waldemarem Olechem wychodzili ma wycieczki w góry czy uczestniczyli we wspólnych zajęciach integracyjnych.

Jak zauważyli gospodarze ośrodka w Olchowej: – Młodzi wraz ze swym Księdzem Proboszczem w czasie ferii szukali sposobów na wytworzenie oraz umocnienie więzi w ramach grup parafialnych, w których podejmują osobistą formację ludzką i chrześcijańską.

KSM w Zakopanem

30-osobowa grupa członków Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży z parafii w Ćmielowie, Gościeradowie, Potoku Wielkim, Sandomierzu, Godziszowie, Zaklikowie i Zabrniu uczestniczyła w obozie zimowym w Zakopanem.

– W drodze młodzież miała możliwość uczestniczyć we Mszy św. w Sanktuarium Matki Bożej w Hebdowie. Kolejną atrakcją pierwszego dnia była podróż w głąb ziemi i 3-godzinne zwiedzanie najstarszej kopalni soli w Polsce, która znajduje się w Bochni. Uczestnicy mieli okazję usłyszeć historię powstania kopalni, zwiedzić unikatowe komory solne i wykute w soli kaplice. Obok pieszego spaceru część trasy młodzież mogła pokonać kolejką. Zwiedzanie kopalni zakończyło się pobytem w największej z komór, w której było wiele atrakcji, a największą popularnością cieszył się zjazd na zjeżdżalni, liczącej kilkadziesiąt metrów – relacjonuje Damian Warchoł.

Członkowie KSM każdego dnia uczestniczyli we wspólnych modlitwach oraz Eucharystii. – W ciągu tych dni KSM-owicze uczestniczyli we Mszy św. w Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach, mieli możliwość spaceru po Krupówkach, a także kilkugodzinnej nauki i doskonalenia umiejętności jazdy na nartach. W ramach odprężenia miłośnicy zabaw wodnych mogli wieczorem zrelaksować się w aquaparku, zaś pozostali rywalizowali ze sobą w robieniu jak najlepszych piruetów na lodowisku. Czwarty ostatni dzień to wyjazd do Krakowa, a tam Eucharystia w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach i zwiedzanie Centrum św. Jana Pawła II. Kolejnym punktem krakowskiego programu było zwiedzanie Katedry na Wawelu, a także odwiedzenie grobu pary prezydenckiej – śp. Marii i Lecha Kaczyńskich. Był też czas wolny na krakowskiej starówce – kończy relację członek KSM. W czasie pobytu na wypoczynku w Zakopanem ważne dla uczestników było zakończenie dnia wieczorem integracyjnym.

Oaza

Ruch Światło-Życie, który w ostatnim czasie mocno skupia się wokół sandomierskiego ośrodka rekolekcyjnego „Quo Vadis”, dla członków oazy i sympatyków organizuje nie tylko szkolenia oraz zgrupowania w ciągu roku szkolnego, ale odpowiedzialni również zadbali o możliwość wypoczynku w czasie przerwy semestralnej. Z możliwości proponowanych przez oazę skorzystali zarówno młodzi z gimnazjum, jak i dzieci ze szkoły podstawowej. Opiekę duszpasterską oprócz moderatorów i moderatorek zapewniali również liczni animatorzy.

Na Oazę Modlitwy dla dzieci, którą poprowadził ks. Łukasz Kołodziej wraz z grupą animatorów, przybyło 30 dzieciaków.

– Poruszano podczas spotkań tematykę chrztu św. Animatorzy dla uczestników zorganizowali adorację Chrystusa obecnego w Najświętszym Sakramencie, codzienną Mszę św., ale również grę terenową i różnorakie zajęcia twórcze. W ostatki nie mogło oczywiście zabraknąć zabawy karnawałowej. W Sandomierzu odbyła się również Oaza Modlitwy dla młodzieży, na którą przybyło 29 osób. Przewodniczył jej ks. Marek Bednarz wraz z grupą animatorów. Młodzi pochylali się nad tajemnicą sakramentu Eucharystii. Tu też nie brakowało zarówno modlitwy, gdzie uczestnicy spotkania włączyli się w tradycyjną Noc Młodych odbywającą się w kościele św. Józefa, jak i elementów formacyjnych czy integracyjnych – informuje Maria Gorycka, koordynująca wypoczynek oraz formację dzieci i młodzieży zrzeszonej lub sympatyzującej z Ruchem Światło-Życie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Idę po śmierć, idę po życie

2018-11-28 11:01

Z ks. Piotrem Pawlukiewiczem – słynnym rekolekcjonistą, zmagającym się z ciężką chorobą – rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP
Niedziela Ogólnopolska 48/2018, str. 18-20

Ks. Piotr Pawlukiewicz to jeden z najbardziej znanych polskich rekolekcjonistów.
Na spotkania z nim przychodzą wielkie rzesze wiernych. Znany jest również z niedzielnych kazań podczas Mszy św. transmitowanej przez Polskie Radio. W wyjątkowym wywiadzie dla „Niedzieli” opowiada o swojej chorobie, o tym, jak przygotować się na śmierć, i dlaczego warto dążyć do świętości

youtube

KRZYSZTOF TADEJ: – „Wstań. Albo będziesz święty, albo będziesz nikim” – to tytuł najnowszej Księdza książki. Dlaczego tak wysoko stawia Ksiądz poprzeczkę? Nie lepiej powiedzieć: „Czyń więcej dobra” lub po prostu: „Bądź lepszy”?

KS. PIOTR PAWLUKIEWICZ: – Wysoko to nie znaczy ponad ludzkie możliwości. Co to znaczy być świętym? Jeśli ktoś myśli, że święty to ten, kto nie popełnia błędów, że to chodzący ideał, to rzeczywiście za wysoko stawiam poprzeczkę. Ona będzie nieosiągalna nawet dla papieża. Ale dla mnie święty to ten, kto dąży do świętości. Małymi krokami – dwa centymetry na godzinę, milimetr na rok. Idzie do świętości, a jak się cofnie, upadnie, zgrzeszy, to z pokorą podejmuje decyzję, żeby nadrobić stracony dystans. Wraca na poprzednią drogę, mozoli się, żeby osiągnąć łączność z Chrystusem.

– Czym zatem jest świętość?

– Świętość to wybór. Nieraz młodzież pyta: „Po co się spowiadać?”. „Po co się spowiadać, skoro i tak zgrzeszę, upadnę, zawiodę w różnych sytuacjach? Po co się spowiadać, skoro ciągle wracam do grzesznego życia?”. Zawsze odpowiadam: nasze decyzje dotyczą tego, na co mamy wpływ; tego, co możemy wybrać.

– Co dokładnie ma Ksiądz na myśli?

– Każdy z nas ma zaplanowany dzisiejszy wieczór i jutrzejszy dzień. Mniej więcej wiemy, co będziemy robili w tym dniu, czy coś dobrego, czy złego. Nikt nie wie, czy popełni zło np. w 2054 r. Nie wiemy, co będzie się działo w dalszej przyszłości. Odpowiadamy za to, nad czym mamy władzę. Jeśli ktoś pyta: „Po co się spowiadać, skoro znów zgrzeszę?”, to ja pytam, czy planuje grzech. Jeśli planuje, to rzeczywiście jest kiepsko. Jeśli natomiast w dniach, nad którymi mamy władzę, nie planujemy grzechu, to w tym momencie stajemy się święci. W pełnym znaczeniu tego słowa.

– Kiedyś, mówiąc o świętości, opowiadał Ksiądz o filmie, którego bohaterem był Gandhi...

– Jest w tym filmie scena, jak Hindusi idą do fabryki. Angielska policja wali ich pałkami po głowie. Potem stojące kobiety obmywają im rany, a oni na nowo ustawiają się w kolejkę i idą do fabryki. I znowu dostają w głowę, i znowu kobiety obmywają im rany, i tak w kółko. To jest symbol naszej drogi do nieba. Szatan daje nam po głowie, a Kościół robi opatrunek. Opatruje sakramentem, Eucharystią, miłością bliźniego. Potem szatan znowu daje nam po głowie i Kościół znowu nas leczy. Świętym nie jest ten, kto siedzi obok i krytykuje: „I co ci to da?”. Świętym jest ten, kto uporczywie zmierza do Pana Boga. Spójrzmy na Piotra. Dlaczego był święty? Przecież nic nie umiał, nic mu nie wyszło oprócz jednego. Oprócz wracania do Pana Boga. Wielu ludzi jest pysznych. Wstydzą się spowiedzi. Wychodzą na ring tylko wtedy, gdy wiedzą, że wygrają. A jeśli mają cień podejrzenia, że mogą przegrać, to nie podejmują w ogóle walki. Ja zachęcam do walki.

– Nieraz słyszymy, że człowiek, który grzeszy, nie będzie szczęśliwy. To dlaczego ludzie grzeszą?

– Bo to jest na początku bardzo atrakcyjne. Dlaczego jeszcze? Ludzie są pyszni, pokazują płytką dumę, nieraz pokazują, „kim to ja nie jestem”. I wadzą się z samym Bogiem. Kiedyś zapytano żebraka przed katedrą w Warszawie, ile dziennie zarabia. Odpowiedział, że w niedzielę do dwustu złotych. Pytający był zdumiony: „Jak to?! Pan tak sobie tylko siedzi i zarabia aż dwieście złotych? To przecież niesamowite!”. Żebrak odpowiedział krótko: „Bo ludzie są głupie!”. No i my grzeszymy dlatego, że też jesteśmy „głupie”. Wydaje nam się, że obietnica diabła to jakaś superoferta, coś nadzwyczajnego. A kończy się jak zwykle: płaczem, łzami, wyrzutami sumienia i uświadomieniem sobie własnej głupoty.

– W najnowszej książce pisze Ksiądz, że wiele osób jest niezadowolonych. I dzieje się tak bez względu na to, co mają i czym się zajmują. Ciągle coś nam przeszkadza. To jak znaleźć szczęście? Zaakceptować życie takie, jakie jest? Jeśli np. widzimy coś złego w Kościele, to mamy się nie odzywać, tylko kochać Kościół bez względu na to, co się w nim dzieje?

– Kiedy podczas rejsu ktoś nagle krzyknie, że w okręcie jest dziura, to raczej wszyscy rzucą się do roboty pod kierunkiem kapitana, żeby mieć szansę wyjść z tego cało. Mamy kochać Kościół takim, jaki jest. Nigdy nie był doskonały. Zawsze byli w nim grzesznicy, bo Kościół jest szpitalem. Człowiek, który grzeszy, jest w szpitalu. Jest chory i znajduje pomoc. Nieraz słyszę: „Tamten facet chodzi do kościoła, a przecież grzeszy. Wieczorami kłóci się z żoną”. Odpowiadam: „Ale jakby nie chodził do kościoła, to może by ją zabił?”. Ja, gdybym codziennie nie chodził do kościoła, na pewno byłbym gorszy, niż jestem, na pewno trochę bym rozrabiał. Kościół nas leczy. Pan Jezus jest ordynatorem, Matka Boża – pielęgniarką.

– Wróćmy do tych osób niezadowolonych z życia. Czy można znaleźć szczęście już teraz? W miejscu, w którym żyjemy, i w warunkach, w których się znajdujemy?

– Oczywiście. Kiedyś czytałem wspomnienia jednej z więźniarek z Ravensbrück. Napisała, że nigdzie nie spotkała tak wspaniałych ludzi jak tam – życzliwych, pomocnych, z otwartym sercem. Mówiła o swoich towarzyszkach, że to aniołowie chodzący po ziemi. Tam więźniarki pomagały sobie nawzajem. Gotowe były oddać za siebie życie. I chwaliły Boga za dobro, które przekazywał przez ich serca.

– Nie zawsze łatwo odnaleźć szczęście. Ktoś np. dowiaduje się, że jest chory na nowotwór, ma przerzuty i zostało mu kilka miesięcy życia. Jak ma odnaleźć szczęście?

– Wszystko zależy od tego, czy ta osoba jest przygotowana na śmierć. Każdy z nas ma się przygotowywać do tej chwili. Godzina śmierci jest najważniejsza, bo w niej dokonamy ostatecznego wyboru. Wybierzemy szczęście albo, nie daj Boże, piekło. Niektórzy pójdą do piekła z własnej chęci, z własnej woli na złość Panu Bogu. Tak Go nienawidzą. Nienawiść zatruwa człowieka. Człowiek nieraz z nienawiści potrafi cierpieć tylko po to, żeby innemu zadać ból.

– Wróćmy do człowieka, który się dowiedział, że ma nowotwór.

– Człowiek powinien być przygotowany, że może stać się inaczej, niż sobie tego życzymy. Gdy składamy życzenia, często słyszymy: „wszystkiego najlepszego”, „niech ci się wiedzie”, „powodzenia”, zdrówka, zdrówka, a przede wszystkim zdrówka”. Trzeba być przygotowanym, że może być inaczej, i życzyć ufności Chrystusowej. Kiedyś mój kolega ksiądz opowiadał, że w dzieciństwie, kiedy jechał rowerem, ciężarówka przycisnęła go do krawężnika. Przewrócił się z wielkim hukiem, rozbił kolano i zapłakany wrócił do domu. Mama spytała, o czym myślał, gdy ta ciężarówka na niego jechała. Była przekonana, że usłyszy o mamusi i tatusiu. Ale tak nie odpowiedział. To są chwile, kiedy trzeba myśleć o Bogu. Gdy spotyka nas takie nieszczęście jak nowotwór, myślmy o Bogu.

– Pojawiają się pytania: „Dlaczego ja? Skoro Bóg jest wszechmogący, może mi przecież pomóc; dlaczego nie pomaga?”. Czy są dobre odpowiedzi na takie pytania?

– Oczywiście, można znaleźć odpowiedź. Zależy to od konkretnej sytuacji. W niejednym domu nastąpiły zgoda, pojednanie, otwarcie oczu na coś, czego się wcześniej nie dostrzegało, tylko dlatego, że ktoś z pokorą przyjął śmierć. Takie osoby mogą zrobić dużo dobrego. Dostały oręż do czynienia dobra. A śmierć przecież i tak kiedyś nastąpi.

– Śmierć, która niczego nie kończy. Można powiedzieć: Idę po śmierć, czyli idę po życie?

– Życie się nie kończy, ale się zmienia. Idę po śmierć, idę po życie. Tak, to dobre określenie. Na pogrzebie mówi się o człowieku, który umarł. Ale przecież to my umieramy, a on żyje. Ilu rodziców, ojców, matek bierze dzisiaj Biblię do ręki i rozmawia z dzieckiem o zmartwychwstaniu? Posłużę się przykładem. Na dworcu kolejowym możemy zobaczyć tunel. Na peronie ptak dziobie okruszki. Mógłby wlecieć w ten tunel i znaleźć dużo jedzenia. Ale się boi. My też tak żyjemy. Nasze okruszki to samochód, DVD, komputer. Dziobiemy, a ciasny tunel prowadzi do życia wiecznego. Tylko że młodzi ludzie wiedzą jedno: liczy się kasa. Jedyną powszechną ideologią w Polsce jest materializm praktyczny. My tu sobie rozmawiamy, a tymczasem w Polsce odbywa się, powiedzmy, kilka tysięcy rozmów o pieniądzach. Jak mało mam kasy, jak bardzo potrzebuję kasy, gdzie można więcej zarobić...

– Co Ksiądz mówi tym, którzy tylko o tym myślą?

– Puknijcie się w głowę! Wjechaliście w ślepą uliczkę. Ona jest bajecznie kolorowa, śliczna, ale na końcu okaże się, że jest ślepa. Nie zaprowadzi nikogo do szczęścia. Godzinami mogę opowiadać o ludziach, którzy teoretycznie powinni być nieszczęśliwi, a jednak jest inaczej. Ostatnio np. fotografowano siostrę zakonną, która ma sto lat. Szukano oblicza starego człowieka na okładkę książki. Siostra zapytała, o czym jest ta książka. Usłyszała, że o ludziach starych, smutnych, chorych. Podziękowała. „To nie dla mnie i nie o mnie”. Miała pokój w sercu. Była szczęśliwa.

– Był Ksiądz kiedyś kapelanem w szpitalu. Widział, jak ludzie odchodzą z tego świata. I przyszła ta chwila, kiedy to Księdza dotknęła choroba. Jak to Ksiądz przeżywa?

– Na razie raczej z humorem. Nie załamuję się. Lubię rozmawiać z Panem Bogiem po wojskowemu, chociaż nigdy w wojsku nie byłem. Wyobrażam sobie, że Pan Jezus mówi o chorobie: „Pawlukiewicz, masz nowego przyjaciela”. Odpowiadam: „Tak jest!”. I żyję dalej.

– Boli?

– Bólu nie czuję. To ograniczenie ruchowe, brak koordynacji. Przewróciłem się już może z 30, 40 razy.

– Czyli żartów nie ma?

– Bywa niebezpiecznie. Jak upadam, np. ze schodów, to myślę, żeby jakoś ręce pochować i przyjąć ciałem ciężar uderzenia.

– To choroba Parkinsona?

– Tak.

– Można ją zatrzymać?

– Można ją spowolnić i to się w dużym stopniu udaje. Ale po jakimś czasie zawsze sunie do przodu. Pół milimetra, centymetr, ciągle dalej.

– Kiedy Ksiądz się zorientował, że jest poważnie chory?

– W 2007 r. Przy goleniu zadrżała mi ręka. Nie mogłem precyzyjnie dotykać maszynką twarzy. Potem był problem z wyciągnięciem chusteczki do nosa albo portfela z kieszeni. Z trudem myłem zęby. Ale jeszcze wtedy były to drobne dolegliwości. Teraz jest inaczej. Szukam jednak pozytywnych stron. Jestem wzruszony opiekuńczością sióstr zakonnych, kapłanów, ludzi świeckich. Przychodzą, pytają, czy w czymś mi pomóc, czy dokądś podwieźć, coś kupić. Te codzienne doświadczenia kontrastują z obrazem polskiego kleru, który ostatnio przedstawił jeden z reżyserów. Ja widzę codziennie inny świat i jestem nim pozytywnie zaskoczony.

– Czy boi się Ksiądz śmierci?

– Teraz nie (uśmiech). Siedzimy sobie w miły jesienny wieczór. Miło się rozmawia, jest przyjemnie. Ale jak przyjdzie lekarz i powie, że to już koniec, to pewnie będę zazdrościł tym, którzy będą mogli oglądać następne mistrzostwa świata w piłce nożnej. Pewnie też tym, którzy dostaną nowy sprzęt muzyczny, taki idealny, bezszumowy... Wiem jednak, że Pan Bóg pokaże mi w niebie wiele fantastycznych rzeczy, o których na ziemi nie mamy pojęcia. Oczywiście, jeśli znajdę się w niebie, o co Boga pokornie proszę.

– Mówi Ksiądz, że każdy powinien przygotować się do śmierci. A Ksiądz jak to robi?

– Dużo myślę o śmierci, o przemijaniu. Dwa miesiące temu umarła moja mama. Widziałem ją przez całe moje życie, czyli prawie przez 60 lat. Przyglądałem się, jak żyła, byłem blisko w chorobie, kiedy umierała. I bardzo realnie spojrzałem na siebie. Mam prawie 60 lat, jestem chory. Oczywiście, można jeszcze pracować, funkcjonować, ale trzeba realnie oceniać sytuację i przygotować się na ten moment. Przygotować – to znaczy wypełnić swoją misję na maksa. Zrobić to, co zostało do zrobienia i co można zrobić przy wszystkich ograniczeniach. Tak, aby potem stanąć jak szeregowiec przed Generałem i usłyszeć od Niego słowa: „Dobrze, synu. Wiele uczyniłeś dobrego i wielką dostaniesz nagrodę w niebie”.

– Liczy Ksiądz na cud? Przecież wiele osób doświadczyło cudu.

– Kiedy o tym myślę, mówię sobie: „To byłby numer!”. Podchodzę do wszystkiego z humorem. Na początku, gdy lekarze stwierdzili, że to choroba Parkinsona, pojechałem do sióstr zakonnych na rekolekcje. Laseczką się podpierałem, żeby się nie przewrócić. Na spotkaniu po skończonych rekolekcjach słuchaczki wymieniały poglądy: które nauki się podobały, które mniej. Ze zdumieniem usłyszałem od 90 proc. zakonnic, co zrobiło na nich największe wrażenie: to, że ks. Pawlukiewicz o lasce zmagał się przy ołtarzu, żeby czegoś nie wylać, bo ręka mu drżała. Potem pojechałem na zamknięte rekolekcje do studentów i usłyszałem to samo. Wtedy dopiero można się było załamać! Trochę się buntowałem, no bo jak to, nie podziwiają moich słów, wygłaszanych mądrości, tylko podziwiają laskę, którą się podpieram, żeby nie wylądować na ziemi? Skandal! (śmiech).

– Bywają chwile depresji?

– Kiedyś miałem złe dni. Pomyliłem tabletki i zajrzała mi w twarz perspektywa domu starców. Marzyłem wcześniej, że jak będę ociężały, to kupię sobie jakiś fajny, duży telewizor. Tak na koniec. A potem przepiszę go jakimś biednym dzieciom. A tu po lekach nastąpiło jakieś nagłe załamanie zdrowia i perspektywa, że już nie zdążę zrobić nawet tego i wyląduję w domu księży emerytów. A tam łóżko i pampersy.

– Czy w takiej sytuacji inaczej przeżywa się życie? Czy jest się bliżej Boga?

– Cieszę się, że Bóg uchronił mnie od postawy buntu. Od stawiania pytań, dlaczego, i mówienia: „przecież dobrze żyłem”.

– Powróćmy na koniec do najnowszej książki. Jakie jest jej najważniejsze przesłanie?

– Chcę przekazać wszystkim: gryź, kop, szalej, ale wracaj. Wracaj do Pana Boga. Na różne sposoby. Możesz żebrać, płakać, prosić o spowiedź, ale jednego nie zaniechaj. Wróć do Kościoła, wróć do Pana Boga. Konfesjonały są otwarte codziennie, za darmo. Nie czekaj na koniec życia, bo nie wiesz, kiedy nastąpi. Zacznij wracać. Już teraz.

– Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Pierwsza beatyfikacja w kraju muzułmańskim

2018-12-10 16:48

pb (KAI/lexpressiondz.com) / Algier

Beatyfikacja 19 zakonnic i zakonników katolickich, zabitych przez Zbrojną Grupę Islamską (GIA) w latach 1994-96, dokonana 8 grudnia w Oranie, była pierwszą tego typu ceremonią, jaka odbyła się w kraju muzułmańskim. Zwraca na to uwagę algierski dziennik „L’Expression”, ukazujący się w języku francuskim.

screen/tvn24
Beatyfikacja 19 katolickich męczenników z czasów wojny domowej

Jej komentator Saïd Boucetta podkreśla, że było to bezprecedensowe wydarzenie, które otwiera nową kartę w relacjach algiersko-watykańskich. Choć bowiem istnieją formalne stosunki dyplomatyczne między obu stronami, to beatyfikacja nadaje im „wymiar cywilizacyjny”. - Choć bowiem po tego typu relacjach nie można spodziewać się korzyści gospodarczych, to mogą one stanowić bardzo piękny przykład międzyreligijnego pojednania i początek czegoś pasjonującego dla muzułmanów i chrześcijan całego świata - pisze Boucetta.

I choć ta „bardzo optymistyczna wizja może wydawać się komuś utopią”, to 9 grudnia otrzymała konkretną aplikację. Była nią audiencja udzielona przez premiera Ahmeda Ouyahię przedstawicielowi papieża Franciszka, kard. Angelo Becciu, prefektowi Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, który dzień wcześniej przewodniczył beatyfikacji. Nie został on przyjęty „w błahych ramach kurtuazyjnej wizyty”, gdyż dopiero co „przewodniczył uroczystości o najwyższym znaczeniu dla Stolicy Apostolskiej w państwie muzułmańskim”. I to nie „pierwszym lepszym”, gdyż Algieria przeszła przez „najgorsze doświadczenia, by w końcu przyjąć za życiową filozofię pojednanie narodowe”.

Zdaniem komentatora obaj rozmówcy zdają sobie sprawę, że ich spotkanie nabiera ważniejszego wymiaru niż dyplomatyczny. Jest „kartą historii, którą Algieria i Watykan piszą razem, stawiając wyzwanie wszelkim ekstremizmom, skądkolwiek pochodzą”.

Boucetta zwraca uwagę, że „spotkanie Ouyahia-Becciu, jak również chrześcijańska uroczystość pod przewodnictwem wysokiego przedstawiciela duchowieństwa nie wzbudziły żadnych negatywnych reakcji w społeczeństwie”. Pokazuje to „determinację Algierczyków w powrocie do swych świeckich punktów odniesienia, naznaczonych tolerancją wobec wszystkich religii”. - Stolica Apostolska bierze tę gościnność Algierczyków za taka, jaką ona jest, czyli szczerą i pozbawioną ukrytych zamiarów. A oprócz Watykanu katolicy całego globu widzą w islamie algierskim dowód na to, że ekstremiści z GIA, ISIS i inni nie mają nic wspólnego z religią Algierczyków - zaznacza komentator.

Według niego beatyfikacja była dla tamtejszych muzułmanów „początkiem żałoby po 19 mężczyznach i kobietach, którzy złożyli swe życie w ofierze, gdyż uważali, że powinni dzielić ból narodu algierskiego, pogrążonego wówczas w ślepym terroryzmie obskurantystów”. To „otwartość ducha” Algierczyków jest wynikiem m.in. wysiłku wydobywania na światło dzienne „autentycznego islamu” przodków. Służy temu „seria tekstów prawnych”, które przeciwdziałają okazywaniu przemocy i wspierają wzajemne współżycie.

Boucetta zapowiada, że ministerstwo spraw religijnych przygotowuje nowelizację ustawy o stowarzyszeniach, której jeden rozdział będzie poświęcony stowarzyszeniom o charakterze religijnym. Przepisy dotyczyć będą zarówno islamu, jak i innych religii. Świadczy to, zdaniem komentatora, o woli władz publicznych, by nie wprowadzać różnić między religiami i wpisać pokojowe współżycie do prawodawstwa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem