Reklama

Nieznane życie Jacka Gmocha

2018-02-07 10:50

Z Jackiem Gmochem rozmawia Krzysztof Tadej
Niedziela Ogólnopolska 6/2018, str. 44-46

Krzysztof Tadej
Jacek Gmoch – jeden z najsłynniejszych polskich trenerów piłki nożnej

Jacek Gmoch to jeden z najbardziej znanych polskich trenerów. Był selekcjonerem polskiej reprezentacji w piłce nożnej. W 1978 r. zdobył z drużyną 5. miejsce podczas mistrzostw świata w Argentynie. Jego życie to gotowy scenariusz na film. W czasie II wojny światowej były dni, gdy głodował. W czasach PRL-u ścigano go listem gończym. Był krytykowany za przyjaźń z księżmi, nazywanymi „wrogami Polski Ludowej”. Po wprowadzeniu stanu wojennego pomagał wielu Polakom, którzy wyemigrowali do Grecji. Karierę piłkarską zaczynał jako zawodnik Znicza Pruszków, później grał w warszawskiej Legii. W reprezentacji Polski rozegrał 32 spotkania. W 1971 r. został współpracownikiem legendarnego trenera reprezentacji narodowej – Kazimierza Górskiego. Stworzył „bank informacji” i był prekursorem badań naukowych w piłce nożnej. W tym czasie reprezentacja pod wodzą Górskiego zdobyła złoty medal olimpijski w Monachium w 1972 r. i 3. miejsce na mistrzostwach świata w RFN w 1974 r. Gmoch trenował wiele klubów piłkarskich, m.in.: słynny Panathinaikos AO, AEK Ateny i Olympiakos SFP. W 2010 r. został uznany za jednego z pięciu najlepszych trenerów w historii greckiej ligi piłkarskiej. Od 1993 r. jest prezesem Grecko-Polskiego Związku Przyjaźni i Współpracy. Należy do najbardziej znanych ekspertów i komentatorów sportowych. Słynie z poczucia humoru. W ekskluzywnym wywiadzie dla tygodnika „Niedziela” opowiada o ważnych momentach swojego życia, swojej wierze i o tym, co w życiu jest najważniejsze. Z Jackiem Gmochem – słynnym trenerem, ekspertem i komentatorem sportowym – rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP

KRZYSZTOF TADEJ: – Pańskie motto życiowe to...

JACEK GMOCH: – Słowa jednego z filozofów: „Pracuj tak, jakbyś miał żyć 200 lat, ale żyj tak, jakbyś miał za chwilę umrzeć”. Dokładnie tak staram się postępować każdego dnia. Pomagają mi w tym rodzina i przyjaciele. Powiem więcej: gdyby nie oni, to nic bym w życiu nie osiągnął.

– Kiedy rozmawialiśmy w 2012 r., powiedział Pan: „Nie napisałem jeszcze autobiografii, bo wydaje mi się, że jeszcze mam tyle do zrobienia... I tyle lat przed sobą. A jak podsumowuje się życie, to powoli trzeba myśleć o odejściu z tego świata”. W maju ma ukazać się Pańska książka. Zmienił Pan zdanie?

– Pan Bóg ostrzegł, że życie nie będzie trwało w nieskończoność. W ostatnich dwóch latach miałem poważne kłopoty zdrowotne. Muszę zacząć myśleć, żeby coś po sobie pozostawić. Zdecydowałem się napisać o pięknych i trudnych chwilach. Ale z miłością, bez złośliwości, oskarżeń i pretensji. Zapisałem to, co piękne. Dlatego w naszej rozmowie nie chcę mówić o bolesnych sprawach. Dzisiaj jestem szczęśliwym mężem, ojcem i dziadkiem. I cały czas człowiekiem zwariowanym na punkcie piłki nożnej!

– „Jacek Gmoch to słynny trener kat”. Zgadza się Pan z tym stwierdzeniem?

– No nie, to przesada! Nie mogę przecież odbierać tego tytułu trenerowi siatkarzy Hubertowi Wagnerowi! (śmiech). On był prekursorem w wyciskaniu z ludzi tego, co najlepsze! Ale rzeczywiście, tak o mnie pisano.

– Przeraźliwie krzyczał Pan w szatni?

– W szatni trzeba nie tylko krzyczeć, ale też potrząsnąć zawodnikami. Piłkarze to ludzie, którzy są na wojnie. W szatni trener ma ich podnieść na duchu, wzmocnić psychicznie, wskazać cel. A w przerwie mówić: tu zagraliśmy paskudnie, a tam rewelacyjnie. I wytłumaczyć, co robić dalej. Prosto, dosadnie. Jeśli trener tego nie zrobi, to nie będzie miał dobrych wyników. Trener musi mieć charyzmę. Jeśli jej nie ma, to wie pan do czego się nadaje?! Najwyżej do robienia kiełbasek na grillu!
Trener musi mieć wizję, strategię. Przed meczem wszystko tłumaczy i każdy wie, za co jest odpowiedzialny. Tak tworzy się zespół. Jeśli tego nie ma, to 11 facetów bez sensu biega po boisku.
Trener ma też motywować. Nastawienie psychiczne do meczu często decyduje o wyniku. Piłkę nożną można opisać jako zbiór kilku elementów. Technika, cechy motoryczne zawodnika, taktyka, psychologia... Dzisiaj psychologia ma decydujące znaczenie, bo dobre drużyny są porównywalne – są świetnie wyszkolone technicznie, mają znakomicie przygotowaną taktykę. Największe rezerwy tkwią w psychice. Kto lepiej przygotuje psychicznie drużynę do meczu, ten wygrywa.

– Pańska kariera sportowa rozpoczęła się od piłki nożnej i koszykówki. Ale mało brakowało, żeby tak się nie stało, bo Pański tata nie był tym zachwycony.

– To dyplomatyczne stwierdzenie. Ojciec stanowczo zabronił mnie i mojemu bratu grania w piłkę. Nauka musiała być na pierwszym miejscu. Mówił: „Skończcie studia i nie zawracajcie sobie głowy sportem”.

Szczególnie nie chciał, żebyśmy grali w piłkę nożną, choć sam był piłkarzem. Może dlatego, że w tamtych czasach śmiano się z piłkarzy? „Człowieczek z krzywymi nogami”, „odrzut człowieczy” – to były najłagodniejsze określenia, które pamiętam. Pomimo tego od najmłodszych lat z moim bratem Andrzejem uprawialiśmy różne dyscypliny. Muszę podkreślić, że dzięki niemu osiągnąłem znaczące sukcesy w sporcie. A to dlatego, że się biliśmy.

– Bił się Pan z bratem?

– Wielokrotnie. Był moim idolem – starszy ode mnie, niezwykle wysportowany, waleczny, zwinny. Chciałem mu dorównać. Jak walczyliśmy, to nieraz u cioci spadał żyrandol. Kończyło się nieszczególnie, bo dostawaliśmy baty od ojca.

– W tym okresie myślał Pan, żeby zostać księdzem?

– Byłem ministrantem w kościele św. Kazimierza w Pruszkowie. O takich planach mówiło się wśród moich bliskich. To było ogromne marzenie mojej cioci, Flory Paczowskiej. Czuła się odpowiedzialna za podtrzymywanie w rodzinie wiary katolickiej. Wspaniała, dobra, ale wymagająca. Z ciocią Florą nie było żartów. Mieszkała naprzeciwko kościoła i była bystrą obserwatorką. Jak ktoś nie przychodził na niedzielną Mszę św. lub stał gdzieś z tyłu, na schodach, to od razu obrywało się rodzicom. Mnie bardzo lubiła i nawet kupiła mi komżę. Ale i to nie pomogło.

– Dlaczego? Nie czuł Pan powołania?

– Ministrantem byłem ponad dwa lata. Ale kiedyś z kolegami, też ministrantami, graliśmy w podziemiach kościoła w ping-ponga. I spóźniliśmy się na Mszę św. Później proboszcz za karę zaczął nas przepytywać z różnych modlitw, kazał je recytować po łacinie. Niestety, jak doszliśmy do Credo, to od połowy mógł usłyszeć tylko nasze mruczando... (śmiech).

– I wybrał Pan sport.

– Grałem w piłkę nożną, ale równolegle studiowałem na Politechnice Warszawskiej. Jestem absolwentem tej uczelni – magistrem inżynierem budowy dróg i mostów. Później przez 10 lat pracowałem naukowo, a w 1975 r. ukończyłem AWF ze specjalnością piłka nożna.

– Był Pan znakomitym zawodnikiem Legii Warszawa, rozegrał Pan też 32 spotkania w reprezentacji Polski. Aż przyszedł pechowy mecz 17 sierpnia 1968 r.

– Dramatyczne wydarzenie, które wpłynęło na całe moje życie. Grałem w meczu Kadry PZPN z „Expressem”. Spotkanie zorganizowali dziennikarze niezwykle popularnej gazety – „Expressu Wieczornego”. Na stadion przyszło ponad 30 tys. widzów. Niestety, bramkarz swoją niefortunną interwencją złamał mi nogę. Trafiłem do szpitala z wielostopniowym złamaniem. Groziło mi kalectwo. Walczyłem o powrót na boisko. Przez pół roku ciężko pracowałem, żeby odzyskać sprawność. Ale mogłem wytrzymać tylko połowę meczu, a potem noga puchła... Okazało się, że w wieku 28 lat muszę zakończyć karierę piłkarską. Do dzisiaj zresztą trochę kuleję.

– I wtedy odczuł Pan, że nie jest już potrzebny drużynie?

– To przykre, wolę mówić o tym, co zdarzyło się dobrego. W szpitalu odwiedzili mnie ks. kan. Witold Jaworski i ks. inf. Józef Wójcik. Chcieli podnieść mnie na duchu i to im się udało. Muszę przyznać, że w kolejnych latach to oni wpływali na moje życie. Z Witkiem Jaworskim byłem zaprzyjaźniony od małego. Wierny przyjaciel, nigdy mnie nie zawiódł. Traktuję go jak drugiego brata. Zna moje dobre i złe strony. Jest powiernikiem tajemnic całej mojej rodziny.

– Drugim wspomnianym przez Pana księdzem był legendarny kapłan diecezji radomskiej ks. inf. Józef Wójcik. O nim kard. Karol Wojtyła powiedział, że był uważany za „wroga nr 1 Polski Ludowej”. 9 razy wsadzano go do więzienia, usłyszał 18 wyroków.

– Poza tym w 1972 r. wykradł kopię obrazu Matki Bożej z Jasnej Góry! Wcześniej obraz wędrował po Polsce, co denerwowało władze. Zatrzymano go, przewieziono do klasztoru, a ludzie modlili się przed pustą ramą. Jak nastąpiła odwilż za Gierka, ks. Józef zorganizował potajemne wywiezienie obrazu, żeby wrócił na szlak modlitewny. Mocno ryzykował. Opowiadał mi kiedyś, jak pojechał do kard. Wyszyńskiego. W tajemnicy powiedział o tym pomyśle, ale Prymas nie był zachwycony. Mogło się to różnie skończyć. Jednak się udało.
Od pierwszego spotkania zaimponował mi głęboką wiarą. Zobaczyłem człowieka, który nie chciał nic dla siebie, a dużo dawał innym. Dla mnie był przykładem, jak postępować. Ludzie się do niego garnęli. Miał w sobie jakąś moc, gdy przekazywał innym wiarę. Szybko się zaprzyjaźniliśmy.

– Pan, mimo że jest osobą tak znaną, nie ukrywał, że jest katolikiem.

– Nigdy nie wstydziłem się wiary i mówienia o Panu Bogu. Jestem wierzący, tak jak cała moja rodzina. Miałem różne okresy w życiu. Do pewnych wniosków trzeba dojrzeć. Na początku przyjmuje się to, co mówią rodzice, katecheci. Potem pojawiają się pytania, wątpliwości. To normalne, bo pytania pozwalają dojść do zrozumienia. A potem, gdy człowiek się zastanowi i dokona wyboru, to wierzy się w pełni świadomie. Dziękuję Bogu, że mogłem w swoim życiu poznać księży, którzy byli dla mnie wzorem wyznawania wiary. To np. kard. John Krol z USA, kard. Józef Glemp czy wspomniani ks. Witold Jaworski i ks. Józef Wójcik.

– W związku ze spotkaniami z ks. Wójcikiem miał Pan też trochę kłopotów.

– Cały czas byliśmy ze sobą w kontakcie. Bywał u mnie w domu, a ja nieraz jeździłem do niego, do Suchedniowa. Tam, w kościele, często razem modliliśmy się w kaplicy św. Jacka. Pamiętam, gdy byłem trenerem reprezentacji Polski, poprosił mnie, żebym przyjechał i zobaczył miejscową drużynę. Popatrzyłem, przekazałem uwagi, potem zjedliśmy obiad i było bardzo sympatycznie. Jak wróciłem do Warszawy, od razu wezwali mnie do Komitetu Centralnego. Partia miała pretensje o to, że zadaję się z takim wywrotowcem, który bez przerwy walczy z komuną. Oczywiście, przyjaźń trwała dalej. Ks. Józef zapraszał mnie na uroczystości kościelne i jak tylko miałem czas, to jechałem. Gościłem go w Atenach, w swoim domu, gdy w 2004 r. razem z ks. Edwardem Pleniem był kapelanem naszych olimpijczyków.

– Wspomniał Pan o stolicy Grecji. Tam ma Pan drugi dom?

– Mniej więcej połowę roku mieszkamy z żoną w Grecji, a połowę w Polsce.

– Gdy w sierpniu 1978 r. przestał Pan być trenerem reprezentacji, wyjechał Pan trenować norweską drużynę Skeid do Oslo, a rok później rozpoczął Pan karierę trenerską w Grecji. Dlaczego? Nie było dla Pana pracy w polskich klubach?

– Z ogromnego sukcesu, jakim było zajęcie 5. miejsca podczas mistrzostw świata w Argentynie, niektórzy chcieli zrobić porażkę. Wyjechałem z kraju. Potem jeszcze chciano zrobić ze mnie złodzieja i byłem poszukiwany listem gończym. O tym szczegółowo opowiem w swojej książce.

– Nieznanym wątkiem w Pańskim życiorysie jest pomoc, której udzielał Pan w Grecji Polakom, np. tym, którzy emigrowali z kraju po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 r.

– Ludzie przyjeżdżali z nadzieją na lepsze życie. W Polsce byli prześladowani, niektórzy nie mieli pracy. Każdy wyjazd to była dramatyczna decyzja. Starałem się pomagać, na ile mogłem. Bardzo rzadko o tym mówię, bo uważam, że pomaganie komuś w potrzebie powinno być czymś oczywistym, normalnym. Nasze życie jest jak piasek, który się przesypuje przez palce, i zostaje tylko to, co ważne. A ważne jest dobro czynione dla innych. Wiele razy za to dostałem po głowie. Na 10 przypadków nieraz i 9 razy się zawiodłem. Ale zawsze był ten jeden, który zachowywał się przyzwoicie. Ktoś, kto podziękował i powiedział, że zmieniłem jego życie.

– To prawda, że jeździł Pan do Polaków na lotnisko i prosił urzędników na lotnisku, żeby ich nie deportować?

– Ile nocy wtedy nie przespałem! Samolot z Warszawy do Aten lądował o godz. 2 w nocy. Nasi rodacy mieli wykupiony bilet tylko w jedną stronę i marzyli, żeby zostać w Grecji. Na lotnisku byli zatrzymywani i przygotowywani do deportacji. Mieli być odsyłani do kraju rano, o godz. 6, węgierskimi liniami. Niektórzy chwytali się ostatniej deski ratunku i twierdzili, że są z mojej rodziny. Mówili tak do urzędników na lotnisku – którzy w większości byli kibicami mojej ówczesnej drużyny, Panathinaikosu. Dlatego dzwoniono do mnie w środku nocy i mówiono, że ktoś twierdzi, iż jest moim kuzynem. Pytali, czy go odesłać do kraju. Prosiłem, żeby poczekali. Jechałem szybko na lotnisko i spotykałem się z kimś, kogo pierwszy raz widziałem na oczy. Ale prosiłem, żeby pozwolili mu zostać w Grecji. Zostawiali.

– Ratował Pan też ludzi zabieranych z ulicy.

– Greckie władze często organizowały naloty na nielegalnych imigrantów. Zabierali też Polaków. Interweniowałem. Pamiętam, jak kiedyś żona nauczyciela informatyki z polskiej szkoły wyszła na chwilę na zakupy. Nie miała przy sobie dokumentów. Zgarnięto ją z ulicy mimo protestów, bo zostawiła w domu dwoje dzieci. Gdy się o tym dowiedziałem, natychmiast zadzwoniłem do ministra spraw wewnętrznych. „Co się dzieje? Dlaczego z ulic zabieracie Polaków?” – zapytałem. Pani została szybko wypuszczona.

– Zaangażował się Pan również w pomoc dla polskiej szkoły w Atenach.

– Przez Grecję w okresie stanu wojennego przewinęło się ponad pół miliona Polaków. Władze Grecji zachowywały się bardzo przyzwoicie – przymykały oko na to, że Polacy pracują na czarno, że mają problem z dokumentami. Szybko powstał problem braku szkoły, bo przecież do Grecji przyjeżdżały całe rodziny.

– Grecki Kościół katolicki w 1985 r. oddał do dyspozycji Polaków jedną ze swoich sal, w której rozpoczęto naukę polskich dzieci, ale dość szybko działalność zawieszono.

– Szkoła powstała dopiero w 1988 r., z inicjatywy jezuity ks. Stanisława Mola. Zwrócił się do mnie, czy mogę pomóc. Natychmiast, wraz z innymi Polakami, zaczęliśmy organizować ławki, pomoce naukowe, piłki. Dawaliśmy wszystko – swój czas, swoją pracę, pieniądze. Podkreślam, że nie był to tylko mój wysiłek. Pomagało wiele osób, w tym np. znakomity piłkarz Krzysztof Warzycha.
Polska szkoła to jeden z wielu przykładów wzajemnej pomocy i solidarności Polaków. Piękny przykład, o którym się nie pisze, nie mówi. Chcę też zwrócić uwagę na inny pomijany szczegół. Otóż Polacy w Grecji są bardzo szanowani, cenieni. Zapisali się złotymi zgłoskami w historii tego kraju. Mogę podać wiele przykładów. Np. po trzęsieniu ziemi w 1986 r. w Kalamacie to właśnie Polacy ją odbudowali. To, jakim uznaniem się cieszymy, najlepiej wyczuła pani prezydentowa Agata Kornhauser-Duda – podczas ostatniej oficjalnej wizyty prezydenta w Grecji powiedziała do mojej żony, że nigdzie za granicą nie spotkała się z tak wielką serdecznością i szacunkiem. Te słowa są najpiękniejszym podziękowaniem dla mnie i dla wielu Polaków, którzy przez lata czynili wszystko, by rozwijać przyjaźń między Polską a Grecją.

– Wspomniał Pan o żonie...

– Stefania, mój anioł. Moja wielka miłość. Święta kobieta. No bo jak można było tyle lat ze mną wytrzymać? Chyba trzeba ją zaliczyć do męczenników (śmiech). Poznałem żonę na Politechnice Warszawskiej. Nie jest związana ze sportem. Nie chciałem mieć sportsmenki, w domu ważna jest normalność. Wspólnie przyjęliśmy zasadę, że po meczu nie rozmawiamy o meczu. Nieraz się nie udawało. Włączałem telewizor, oglądałem relacje. Często w kuchni zaczynałem opowiadać o swoich ideach, o meczach, o piłkarzach. Ale przyszedł moment, że powiedziała: „Mam już dość piłki!”. Musiałem kupić drugi telewizor...

– A Pański syn?

– Paweł został biznesmenem. Do dzisiaj ma pretensje, że nie został piłkarzem. Mówię mu: „Gdybyś był piłkarzem, to jedna kontuzja i już po tobie. W innych dziedzinach jest większa szansa na sukces”. Nie wiem, czy go przekonałem. Mam też troje wspaniałych wnuków, na szczęście też nie grają w piłkę. Jestem szczęśliwym człowiekiem. I o tych szczęśliwych chwilach opowiem w mojej książce. M.in. o jednym z najważniejszych dla mnie spotkań – z Janem Pawłem II, u którego byłem na śniadaniu. Zapraszam czytelników „Niedzieli” do lektury!

***

KONKURS DLA CZYTELNIKÓW „NIEDZIELI”

Nagroda: ZDJĘCIE JACKA GMOCHA Z AUTOGRAFEM

Jacek Gmoch nie tylko podzielił się z Czytelnikami „Niedzieli” nieznanymi informacjami o swoim życiu, ale też podarował swoje fotografie opatrzone autografem. Rozlosujemy je wśród osób, które prawidłowo odpowiedzą na następujące pytania:

1. Absolwentem której uczelni jest Jacek Gmoch?

Reklama

2. Proszę wymienić dwóch kapłanów zaprzyjaźnionych z Jackiem Gmochem.

3. W którym kraju Jacek Gmoch zaangażował się w pomoc Polakom?

Odpowiedzi należy nadesłać do 4 marca 2018 r. pod adresem: Redakcja Tygodnika Katolickiego „Niedziela”, ul. 3 Maja 12, 42-200 Częstochowa.

Tagi:
sport piłka nożna

Wkrótce Mistrzostwa Świata Dzieci z Domów Dziecka w Piłce Nożnej

2018-07-16 12:39

pgo / Warszawa (KAI)

Pod koniec lipca do Warszawy przyjadą młodzi piłkarze z całego świata. W dniach 28-29 lipca na Stadionie Miejskim Legii Warszawa im. Marszałka Józefa Piłsudskiego odbędą się VI Mistrzostwa Świata Dzieci z Domów Dziecka w Piłce Nożnej.

pl.wikipedia.org

Dziewczęta i chłopcy, którzy nie ukończyli jeszcze 17 lat, będą rywalizować przez dwa dni. W niedzielę, 29 lipca najlepsze drużyny zmierzą się w wielkim finale.

W tym roku swoją obecność na turnieju zapowiedziały drużyny m.in. z Japonii, Tajlandii, Białorusi, Chorwacji, Niemiec, Łotwy, Ukrainy, Bośni i Hercegowiny oraz ubiegłoroczni mistrzowie – drużyna z Hiszpanii.

Reprezentacja Polski uchodzi za jednego z faworytów. Ma na swoim koncie już wszystkie tytuły: Mistrza Świata 2013, Wicemistrza Świata 2014 i 2015 oraz brązowy medal w 2016 i 2017 r.

W biało-czerwonych barwach wystąpi reprezentacja wybrana spośród najlepszych zawodników IX Mistrzostw Polski, które odbyły się w kwietniu br. Warszawie. Najlepszy okazał się zespół Sternika Szczecin.

„Bardzo ciężko trenujemy, bo bardzo chcemy wygrać ma Mistrzostwach Świata. Dopiero się zgrywamy, ale myślę, że z każdym dniem będzie coraz lepiej. Zeszłoroczna kadra była świetnie zgrana i wydaje mi się, że na najwyższym poziomie ze wszystkich dotychczasowych reprezentacji Polski. Mam nadzieję, że będziemy co najmniej tak samo dobrzy. Jedziemy po mistrzostwo świata, nie ma innej opcji!” – mówi Dominik Dziąbek z placówki opiekuńczo-wychowawczej w Szczecinie, kapitan drużyny biało-czerwonych.

„Atmosfera jest super, wszyscy się dogadują, treningi są ciężkie. W zeszłym roku udało mi się i wówczas także reprezentowałem Polskę. To było coś wspaniałego! Warto zrobić wszystko, warto walczyć, żeby się dostać do kadry i zagrać na stadionie Legii” – dodaje Szymon Przybylski z placówki opiekuńczo-wychowawczej w Więcborku, król strzelców tegorocznych Mistrzostw Polski.

Co roku w wydarzeniu biorą też udział światowe gwiazdy piłki nożnej, a swój własny mecz rozgrywają też aktorzy i dziennikarze. Gośćmi tegorocznych Mistrzostw będą m.in.: Maniche, Frank Verlaat, Sebastian Mila, Radosław Gilewicz, Dariusz Dziekanowski, Tomasz Kłos, Jacek Krzynówek. Piłkarze, podobnie jak w zeszłym roku, najpierw wystąpią w roli sędziów, a drugiego dnia zagrają w charakterze jokerów w meczu telewizja vs internet.

Organizatorem Mistrzostw Świata Dzieci z Domów Dziecka w Piłce Nożnej jest Stowarzyszenie „Nadzieja na Mundial”, a patronat honorowy nad wydarzeniem objęli Ministerstwo Sportu i Turystyki oraz PZPN.

„Piłka nożna to wielka pasja Polaków. Cieszymy się, że nasze wsparcie, pozwala najmłodszym stać się częścią sportowej rodziny i spełniać ich marzenia. Chcielibyśmy, aby dzięki tym rozgrywkom młode talenty stały się kiedyś wielką nadzieją polskiej piłki” - podkreśla Anetta Jaworska-Rutkowska, kierownik ds. relacji zewnętrznych i CSR w Jeronimo Martins Polska. Właściciel sieci sklepów Biedronka jest głównym sponsorem Mistrzostw.

W ubiegłym roku w Mistrzostwach wzięło udział 22 drużyny. 220 zawodników i zawodniczek rozegrało 57 meczów i strzeliło 523 bramki.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Przeor Jasnej Góry do pielgrzymów: to za mało mówić Bóg, honor, Ojczyzna

2018-08-15 11:22

it / Jasna Góra (KAI)

Na Jasnej Górze trwają się główne uroczystości jednego z największych świąt maryjnych - Wniebowzięcia NMP. Tegoroczny odpust jest „dniem dziękczynienia” za wolną Polskę w setną rocznicę odzyskania przez Polskę Niepodległości. O 8.00 na Mszy św. pod przewodnictwem kard. Kazimierza Nycza zgromadzili się uczestnicy pieszych pielgrzymek, które przyszły z Warszawy. - Do tegorocznego biało-czerwonego pielgrzymowania, trzeba dołożyć jedno bardzo ważne staranie, aby Polska którą kocham, szanuję, za której niepodległość dziękuję, stała się faktycznie i konkretnie mieszkaniem Boga - mówił do pątników przeor Jasnej Góry.

Archiwum Jasnej Góry

O. Marian Waligóra przypomniał w kazaniu, że „w roku setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości wyrażamy mocniej niż w innym czasie naszą troskę o Ojczyznę, o Polskę”. - Na różne sposoby, poprzez różne inicjatywy zewnętrzne dajemy temu wyraz, również w tegorocznym biało-czerwonym pielgrzymowaniu jasnogórskim - zauważył jasnogórski przeor. Podkreślił, że to nie wystarczy. - Do tego trzeba dołożyć jedno bardzo ważne staranie, aby Polska którą kocham, szanuję, za której niepodległość dziękuję stała się faktycznie i konkretnie mieszkaniem Boga, nie poprzez puste slogany, ale poprzez moją osobistą przemianę.

- To za mało mówić Bóg, honor, Ojczyzna. Chlubić się tym, że Polska jest zawsze wierna, Polonia Semper Fidelis, jeśli ja sam nie staram się być mieszkaniem Boga – wołał o. Przeor. Dodawał: „Polska będzie niepodległa zawsze jeśli ja sam zrobię dobry użytek z mojej wolności”. - Tak było w czasie zaborów, Polacy potrafili robić dobry użytek z wolności i nie bali się przychodzić na Jasną Górę, która zawsze, nawet w czasie zaborów, była otwarta na strudzonego pielgrzyma - przypomniał o. Waligóra.

Podkreślał, że „potrzeba pracy nad sobą, wyczulenia na Boże oczekiwania, by stawać się podobnym do Maryi, być gotowym już tu na ziemi, jak Ona, oddać Bogu siebie i swoje serce”.

- Trzeba wielkiej pracy nad sobą, by Polska naprawdę stała się niepodległa przez moją przemianę - mówił kaznodzieja. Podkreślił, że to „od naszego nawracania się, którego wspaniałym obrazem jest pielgrzymowanie, od tego zależy odmiana oblicza tej ziemi”.

Przypomniał prorocze słowa Jana Pawła II, który wołał o odmianę oblicza polskiej ziemi. – To jest testament dla nas, przypomnienie o potrzebie przemiany naszych serc, potrzebę oddania się Duchowi Świętemu – powiedział jasnogórski przeor. Zauważył, że to nie przypadek, że w setną rocznicę odzyskania niepodległości w Kościele w Polsce przeżywamy Rok Ducha

- My też możemy jak Maryja zamieszkać w Bogu. To jest wielka nadzieja serca człowieka wierzącego, które kontempluje wyniesienie Maryi i widzi w Niej jasny znak nieba. To jest nadzieja pielgrzyma, który przychodzi tutaj do Maryi, by doświadczyć bliskości nieba i tym niebem chce dzielić się z innymi – powiedział o. Waligóra. - Stać się tu i teraz mieszkaniem dla Boga, by kiedyś w wieczności w nim zamieszkać, to jedno z najpiękniejszych zadań i wyzwań dla człowieka wierzącego – podkreślał kaznodzieja.

- Tyle wypowiedzianych modlitw, tyle śpiewu, życzliwości okazywanej i otrzymywanej, na ile to otworzyło moje serce na Boga czy zapragnęłam być choć na chwilę, jak Maryja, mieszkaniem dla Boga? - pytał jasnogórski przeor.

Wyraził przekonanie, że pielgrzymowanie „na pewno wyda owoce choć może tego jeszcze nie widzimy, bo jest zmęczenie, ale patrząc na Maryję radujmy się darem zamieszkania w Bogu”.

- Rozpalajmy nasze serca tęsknotą za niebem, bo po to tu przyszliśmy do Maryi. Jesteśmy tu, by wpatrywać się w Nią, czerpać z Jej bliskości siły, po to by stawać się, już tu na ziemi, mieszkaniem dla Boga – mówił kaznodzieja. Zauważył, że „łatwo jest być mieszkaniem dla Boga przez te pięć, czy dziesięć dni na pielgrzymim szlaku. - Nasza serdeczność, rozmodlenie pięknie o tym świadczyły. Teraz postarajmy się coś z tych pięknych, budujących postaw zabrać do naszej codzienności. Niech pielgrzymowanie zaowocuje w moim sercu, w rodzinie, we wspólnocie, w mojej Ojczyźnie, Europie i całym świecie – podkreślał o. Marian Waligóra.

W pięciu pieszych pielgrzymkach z samej tylko Warszawy przyszło na Jasną Górę w sumie 12 tys. 570 osób. Były to: 307. Warszawska Pielgrzymka Piesza, przyszło w niej ponad 6 tys. osób, 38. Warszawska Akademicka Pielgrzymka Metropolitalna, w której dotarło 3 tys. 950 pątników, Grupy „17-ste” Warszawskiej Pielgrzymki Pieszej z liczba 1,6 tys. osób, 27. Pielgrzymka Niepełnosprawnych, w której przyszło 620 wiernych i 35. Praska Pielgrzymka Rodzin z liczbą 400 osób.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Bp Piotrowski prosi o pomoc w organizacji obozu dla 500. syryjskich dzieci

2018-08-16 12:43

dziar / Kielce (KAI)

W odpowiedzi na prośbę maronickiego biskupa Lattaki i Tartous w Syrii, bp Jan Piotrowski zachęca diecezjan do pomocy w organizacji obozu misyjnego dla pięciuset dzieci zamieszkałych tereny ogarnięte wojną w Syrii. Diecezja Lattaki zamierza zabrać dzieci z rejonu walk do spokojnych zakątków kraju, aby pod opieką duszpasterzy i psychologów mogły odpocząć od ciągłego lęku o przetrwanie kolejnego dnia.

TER
Bp Jan Piotrowski

W komunikacie, który będzie odczytywany w najbliższą niedzielę, biskup kielecki przypomina, że wymarzone wakacje nie są udziałem wszystkich dzieci.

„Wakacje przypominają wszystkim o potrzebie oderwania się od codziennych zajęć, aby chociaż na krótki czas zadbać o odpoczynek i zebranie sił do dalszej pracy. Szczególnie z radości wakacyjnego czasu korzystają dzieci. Trzeba jednak pamiętać, że jest na świecie wiele dzieci, które nie tylko nie mają szczęśliwej rodziny i wymarzonych zabawek, ale nawet nie mają dość jedzenia i spokojnego dachu nad głową” – pisze biskup.

Z danych przekazanych przez maronickiego biskupa Lattaki i Tartous w Syrii wynika, że jeden dzień pobytu syryjskiego dziecka na takim turnusie będzie kosztował około 5 Euro, co dla 500 dzieci z tego rejonu czyni wydatek 17500 Euro za 7- dniowe turnusy. Organizacja tego rodzaju turnusu przekracza możliwości zrujnowanej wojną diecezji, gdzie „brakuje na chleb, światło i inne podstawowe środki do życia”.

„Dlatego zwracam się do mieszkańców Kielc i najbliższej okolicy, abyście zechcieli wspomóc to dzieło na miarę swoich możliwości. Wysiłek ten łączymy z innymi działaniami miasta Kielce zapoczątkowanymi naszym wspólnym Apelem podpisanym z Prezydentem Kielc pod koniec maja br. Razem z Papieskim Stowarzyszeniem Pomoc Kościołowi w Potrzebie pragniemy pospieszyć z pomocą udręczonym braciom żyjącym w Syrii, która tak dramatycznie została doświadczona w ostatnich latach” – apeluje bp Jan Piotrowski.

Celem trwającej w Kielcach kampanii jest zbiórka funduszy głównie na pomoc edukacyjną dla syryjskich dzieci i młodzieży. W Syrii, w ciągu ponad 7 lat wojny zginęło niemal 400 tys. ludzi, w tym ponad 20 tys. dzieci.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem