Reklama

BETEL - Zakupy z sercem - Deribie Mekanene

Zło szaleje, dobro zwycięża

2018-02-07 10:50

Z Beata Kempą rozmawia Wieslawa Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 6/2018, str. 22-23

Grzegorz Boguszewski
Beata Kempa

O potrzebie i sensie niesienia pomocy syryjskim uchodźcom wojennym z min. Beatą Kempą rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Czy ma Pani dostatecznie grubą skórę, Pani Minister?

BEATA KEMPA: – W polityce trzeba ją mieć, a jeśli polityk jej nie ma, to w ogóle nie powinien zaczynać swojej działalności.

– Niemal na każdym kroku od dawna doświadcza Pani Minister wyjątkowo bolesnych uderzeń wrogów politycznych– niedawno podpalono Pani biuro w Sycowie. To naprawdę nie boli?

– Boli, zwłaszcza gdy przekraczane są – co, niestety, zdarza się coraz częściej – wszelkie możliwe granice cywilizowanej walki politycznej. Ale już do tego przywykłam – podobnie jak moi koledzy z Solidarnej Polski i PiS – bo przecież przez 8 lat rządów koalicji PO-PSL bez przerwy nas atakowano. Krzepiące jest jednak to, że mimo tej nieustannej agresji wygraliśmy wybory. Im głośniej więc teraz krzyczą, tym bardziej utwierdza mnie to w przekonaniu, że trzeba czynić dobro, na przekór zawiści, która nas otacza.

– Urząd, który Pani Minister niedawno objęła w Kancelarii Premiera – departament ds. polskiej pomocy humanitarnej na świecie, z definicji ma służyć dobru, tymczasem już samo jego istnienie, jak zresztą każde z Pani przedsięwzięć, spotyka się z atakiem wściekłej furii opozycyjnej czarnej propagandy...

– Niestety. Gdy obejmowałam ten urząd, jedna z zaprzyjaźnionych sióstr zakonnych ostrzegła mnie: Niech pani pamięta, że pomoc humanitarna to samo dobro, jeśli pani będzie czyniła to dobro, to zły będzie szalał, robił zamieszanie, podnosił krzyk bez przyczyny. I niestety, nie pomyliła się. Ja jednak wiem, że służę dobrej sprawie i pragnę się skupić przede wszystkim na pomocy najbardziej potrzebującym. To jest mój cel.

– Nie obawia się Pani Minister skuteczności złego? W końcu zawsze objawia się po to, by unicestwić dobro.

– Nie, nie obawiam się. Po mojej stronie stanęła spora część tzw. normalnego świata. Właśnie na skutek pełnego oszczerstw ataku w związku z moją wizytą w Jordanii zgłosiło się bardzo wiele osób gotowych do wspierania misji, którą mam do spełnienia. Mogłam się dzięki temu przekonać, że w Polsce jest bardzo wielu ludzi potrafiących czynić dobro bez wielkiego krzyku i szumu w mediach. Mamy w sobie wiele dobroci i trzeba tylko, byśmy się wszyscy spotkali w pół drogi.

– Mamy nadzieję, że tym miejscem będzie właśnie Pani urząd?

– Tak. Wierzę, że w jego ramach uda nam się wypracować właściwą filozofię pomagania, przede wszystkim w kontekście ogólnoeuropejskiego problemu z uchodźcami, do którego podejście jest obecnie tak bardzo zróżnicowane. Chcę tu wyraźnie zaznaczyć, że nikt nie jest w stanie poróżnić mnie w tej sprawie – co próbuje się już także robić – z hierarchami Kościoła. Deklaruję, że moje zaufanie do przedstawicieli Kościoła, szacunek do nich i dobra współpraca z nimi nie zachwieją się, choćby nie wiem, jakie złe moce działały.

– Jaki jest mechanizm i cel działania departamentu ds. pomocy humanitarnej? Czy ma to być przede wszystkim instytucja sprawiedliwie i efektywnie dystrybuująca pomoc humanitarną państwa polskiego?

– Chciałabym, aby nie był to wyłącznie urząd dysponujący większymi lub mniejszymi funduszami na wielkie akcje charytatywne, ale miejsce spotkania ludzi i środowisk dobrej woli, po to, by polska pomoc humanitarna była w świecie bardziej znacząca i coraz lepiej skoordynowana. Z problemami polskich organizacji pomocowych spotykałam się często w ciągu minionych dwóch lat jako szef Kancelarii Premiera; razem szukaliśmy rozwiązań, które mogłyby być choć w części odpowiedzią na kryzys migracyjny, czyli chcieliśmy przede wszystkim ulżyć ofiarom wojny na Bliskim Wschodzie. Teraz moim pierwszym zadaniem jest rozeznanie najpilniejszych kierunków pomocy, zinwentaryzowanie możliwie wszystkich sił organizacyjnych oraz środków, którymi już dziś dysponujemy, a następnie – połączenie wszystkich naszych organizacji pomocowych na jednym forum dyskusyjnym. Chciałabym udowodnić, że państwo będzie je traktować poważnie i w sposób partnerski. Chodzi o to, żeby uwaga państwa nie ograniczała się wyłącznie do prostej dystrybucji skromnych środków, do rozpisywania konkursów.

– Na czym zatem ma polegać to zwiększenie roli państwa polskiego w niesieniu pomocy humanitarnej w świat?

– Przede wszystkim na poszerzeniu bazowej oferty państwa dla sprawnie działających organizacji pozarządowych. Abyśmy jako państwo mogli nieść pomoc, musimy skorzystać z rozeznania i praktyki tychże organizacji. Wiele z nich dotychczas nawet nie zabiegało o wsparcie państwa, a mimo to znakomicie spełniało swą misję w różnych zakątkach świata. Najwyższy już czas, by połączyć wszystkie siły, bo przed nami – przed Europą – stoi dziś naprawdę wielki problem efektywnej pomocy uchodźcom. Państwo polskie deklaruje bardzo konkretną pomoc humanitarną – naszym zdaniem, bardziej efektywną niż przyjmowanie uchodźców w Polsce. To pomoc skierowana wprost do miejsc dotkniętych wojną, do poszkodowanej ludności, która nie zamierza uciekać jak najdalej od swych zniszczonych domów, lecz przeniosła się do sąsiednich krajów. W ostatnim roku z budżetu państwa wydaliśmy 200 mln zł na tego rodzaju pomoc.

– Jedni mówią, że to niewiele, a drudzy, że za dużo, bo przecież u siebie mamy też wielu potrzebujących...

– Jestem przekonana, że Polacy mają wielkie serca i są gotowi do pomagania innym, jednakże zawsze trzeba pokazywać, na co konkretnie przeznaczamy pieniądze, w jaki sposób realizujemy naszą pomoc humanitarną. Jak bardzo ważne jest każde wsparcie, mogłam się przekonać, gdy odwiedzałam obozy syryjskich uchodźców wojennych w Jordanii. Problem jest tam tak głęboki i tak duży, że Jordania sama sobie z nim nie poradzi. Bez pomocy z zewnątrz z tamtejszych terenów będą wypływać fale emigrantów w kierunku Europy. Wszyscy – myślę tu zarówno o Europejczykach, jak i o nas, Polakach – powinniśmy wreszcie zdać sobie z tego sprawę i dołożyć starań, aby ta nasza pomoc mogła zaspokoić najbardziej prozaiczne problemy ludzi skupionych w obozach dla uchodźców. Każde z europejskich państw powinno rozważyć, w jaki sposób – kierując się roztropnością oraz dobrze pojętą troską o własnych obywateli – może skutecznie ulżyć ludziom cierpiącym z powodu wojny, aby nie musieli uciekać jak najdalej od własnych domów. Pomoc można świadczyć na różne sposoby, a jako państwa możemy się tu znakomicie uzupełniać.

– Jednak nie uzupełniamy się...?

– Sądzę, że zaczyna się już jakieś wspólne myślenie na ten temat. Jestem po spotkaniu z węgierskim dyplomatą – powołanym przez Viktora Orbána specjalnym przedstawicielem Węgier ds. pomocy humanitarnej – ambasadorem Péterem Heltai, który podobnie jak ja stara się wizytować obszary wymagające pilnej pomocy humanitarnej. Mam nadzieję, że uda nam się wypracować wspólne projekty.

– Jak może Pani Minister opisać tę dzisiejszą polską pomoc humanitarną? Jaka mogłaby być?

– W najbliższym czasie zamierzam zaproponować Radzie Ministrów konkretne rozwiązania oraz przedstawić wybrane kierunki pomocy. Z pewnością polska pomoc humanitarna będzie się kierowała formułą otwartości, od dawna z powodzeniem stosowaną przez charytatywne organizacje katolickie. Bardzo liczę na ożywioną współpracę kompetentnych w tym zakresie osób oraz organizacji, współpracę, wokół której może się stworzyć naprawdę wartościowa wspólnota Polaków.

– Jest Pani niepoprawną marzycielką, Pani Minister!

– Bynajmniej! W tej akurat sprawie widzę naprawdę realną szansę na narodową zgodę. W naszej Polsce powiatowej rozmawiałam z wieloma osobami, które po obejrzeniu relacji z mojej wizyty w obozach dla uchodźców w Jordanii zarzuciły mnie nie tylko pytaniami o to, jak można pomóc, ale nawet już pewnymi propozycjami organizacyjnymi. Każdą taką inicjatywę zamierzam wspierać.

– Jaki rejestr konkretnych potrzeb przywiozła Pani Minister z Jordanii?

– Ogromny! Tamtejsze dwa obozy dla syryjskich uchodźców to skupisko ludzi najbardziej biednych i najbardziej pokrzywdzonych, jak to tylko można sobie wyobrazić. Moim zdaniem, rozsądnego wsparcia ze strony europejskich krajów potrzebują przede wszystkim sama Jordania oraz inne kraje tego regionu, które goszczą wojennych uchodźców. Jordański rząd robi, co może, by sobie poradzić z kryzysem uchodźczym, jednak tamtejsza gospodarka jest coraz mniej wydolna. Na miejscu rozmawiałam na ten temat z jordańskim ministrem ds. planowania i współpracy międzynarodowej Imadem Fakhourym, a po powrocie do Polski podejmuję wspólne rozmowy i działania z naszymi ministrami odpowiedzialnymi za współpracę w obszarze gospodarczym.

– Jakiego wsparcia udziela świat obecnie tamtejszym uchodźcom z Syrii? Jakie są ich najpilniejsze potrzeby?

– Znaczącą pomoc niesie bardzo wiele międzynarodowych organizacji charytatywnych, wśród których bardzo wysoko cenione są Caritas Polska czy Papieskie Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie. Duże wrażenie zrobiły też na mnie działania UNICEF-u, zwłaszcza w zakresie edukacji. Przekonałam się, jak bardzo ważne jest organizowanie szkolnictwa w obozach dla uchodźców, w co jako Polska moglibyśmy się już natychmiast włączyć. W liczącym 80 tys. uchodźców obozie w Zaatari przebywa ok. 45 tys. dzieci w wieku szkolnym, a tygodniowo rodzi się tam ok. 80 dzieci, zaś w obozie Azraq przebywa ok. 34 tys. Syryjczyków, a prawie 20 tys. z nich to dzieci. Już mówi się tam o tzw. straconym pokoleniu, zatrzymanym w rozwoju, pozbawionym możliwości edukacyjnych. Szeroko rozumiana pomoc edukacyjna jest więc pilnie potrzebna. Tak samo jak niezbędna jest pomoc medyczna.

– Jak się domyślam, Pani Minister podjęła już w tej sprawie energiczne działania...

– Jak najbardziej! Na dobry początek w obozie dla syryjskich uchodźców w Zaatari otworzyliśmy polskie centrum szkoleniowe dla kadry medycznej. Obecnie wspólnie rozważamy złożenie wniosku do budżetu państwa o wsparcie syryjskich uchodźców w Jordanii w zakresie organizacji szkolnictwa zawodowego. Tego rodzaju wsparcie byłoby naprawdę znaczące dla powstrzymania migracji młodych ludzi na Zachód. Gdy rozmawiałam z nimi w jordańskich obozach, wielokrotnie słyszałam, że bardzo czekają na koniec wojny i powrót do kraju, żeby odbudowywać swoje domy. Tworzenie szkolnictwa w obozach dla uchodźców nie byłoby dla Polski wielkim wydatkiem, a byłaby to naprawdę ogromna praca u podstaw, fundamentalna pomoc, bez której te społeczności, poszkodowane przez wojnę, mogą się już nigdy nie podnieść. W dodatku poziom frustracji w tego rodzaju zamkniętych obozach jest tak duży, że z łatwością może prowadzić do różnego rodzaju złych zjawisk...

– ...które rykoszetem odbijają się na społeczeństwach sytego i zadowolonego z siebie Zachodu.

– Otóż to! Dlatego moją rolą, rolą mojego urzędu jest jak najbardziej dogłębne rozeznanie kryzysowych sytuacji, nie tylko po to, by szybko i celnie reagować na ludzkie potrzeby, ale także po to, by spokojnie i rzeczowo móc rozmawiać w gronie europejskich państw o tym, co razem możemy zrobić, jak możemy się uzupełniać w niezbędnych działaniach u samych źródeł kryzysu humanitarnego – dla rzeczywistego bezpieczeństwa Europy.

Beata Kempa, prawnik, wiceprezes partii Solidarna Polska, poseł na Sejm V, VI, VII i VIII kadencji, sekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości (2006-07), od 2015 r. minister – członek Rady Ministrów w rządach Beaty Szydło oraz Mateusza Morawieckiego, szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów (2015-17), od grudnia 2017 r. minister – członek Rady Ministrów odpowiedzialny za sprawy pomocy humanitarnej.

Tagi:
rozmowa

Ogień Ewangelii

2018-02-07 10:50

Z ks. patrykiem Chocholskim i ks. Tomaszem Nowakiem rozmawia ks. Jacek Molka
Niedziela Ogólnopolska 6/2018, str. 24-25

Z okazji jubileuszu 200-lecia przybycia św. Jana Marii Vianneya do Ars, które miało miejsce 11 lutego 1818 r., z ks. Patrykiem Chocholskim, kustoszem tamtejszego sanktuarium, którego dziadek był Polakiem, oraz z ks. Tomaszem Nowakiem, kustoszem sanktuarium tego świętego w Mzykach w archidiecezji częstochowskiej – rozmawia ks. Jacek Molka

Bożena Sztajner/Niedziela
Ks. Patryk Chocholski i ks. Tomasz Nowak w studiu telewizyjnym „Niedzieli”

KS. JACEK MOLKA: – Księże Patryku, czy w związku z jubileuszem przewidziane są w Ars jakieś szczególne religijne wydarzenia?

KS. PATRYK CHOCHOLSKI: – Uroczystości będą trwały cały rok. Zaczną się one 11 lutego br. pod przewodnictwem kard. Beniamina Stelli, prefekta watykańskiej Kongregacji ds. Duchowieństwa, który odprawi Mszę św. na ich rozpoczęcie.

Drugim ważnym wydarzeniem będą rekolekcje kapłańskie dla duchownych z całego świata. Odbędą się one w dniach 24-29 września br. Chcemy pochylić się nad nauczaniem św. Jana Marii Vianneya, patrona proboszczów, by z niego czerpać inspirację do posługi kapłańskiej w dzisiejszym zmieniającym się świecie.

– Kto wygłosi te rekolekcje?

– Zaprosiliśmy, za zgodą Kongregacji ds. Duchowieństwa, o. Enza Bianchiego, jednego z watykańskich doradców ds. ekumenizmu i znawców świętego proboszcza z Ars, by powiedział kapłanom, co znaczył dla św. Jana Marii Vianneya zwrot „ogień Ewangelii”. To też jest hasło rekolekcji.

– Ksiądz Kustosz ma polskie korzenie. Można więc powiedzieć, że Ars jest w jakimś sensie polskim sanktuarium...

– W pewnym sensie można tak powiedzieć, bo po raz pierwszy kustosz ma polskie nazwisko. Trzeba wyraźnie zaznaczyć, że większość pielgrzymów, którzy przybywają do Ars, to właśnie Polacy.

– A propos pielgrzymów. Jak wygląda ruch pielgrzymkowy w Ars?

– Pątnicy przybywają indywidualnie i w zorganizowanych grupach. Pielgrzymują księża, siostry zakonne i osoby świeckie. Nie tylko do Ars, ale również do Lourdes czy Fatimy. Podkreślę, że prawie codziennie przybywa przynajmniej jeden autokar z Polski. Warto tam pielgrzymować. Warto dosłownie skosztować tego miejsca. Serdecznie zapraszam do Ars.

– W Mzykach na uroczystościach związanych z jubileuszem św. Jana Marii Vianneya gościł niedawno kustosz sanktuarium w Ars...

KS. TOMASZ NOWAK: – 14 stycznia br. w parafii w Mzykach Mszy św. przewodniczył ks. Patryk Chocholski. W Eucharystii uczestniczyło wielu wiernych. Odbył się też okolicznościowy koncert. Ks. Patryk przybliżył nam duchowość św. Jana Marii Vianneya, dosłownie porwał słuchaczy. Było to bardzo głębokie duchowe przeżycie.

– Księże Patryku, skoro mówimy o duchowości, to co takiego ma dziś do zaoferowania współczesnemu światu św. Jan Maria Vianney? Jak sprawić, by ów „ogień Ewangelii” zapłonął?

KS. PATRYK CHOCHOLSKI: – Duchowość św. Jana Marii Vianneya polegała na tym, że odkrywał ciągle, na nowo, miłosierdzie Boże we własnym życiu. I dzielił się tym swoim odkryciem ze wszystkimi, z parafianami i z pielgrzymami. Pytał np. wiernych, czy dziś się kąpali. I wyjaśniał zaraz, że on czuje się zanurzony w miłości Trójcy Świętej. Był on więc człowiekiem, który sam był dobrą nowiną, był ogniem Ewangelii.

– Można zatem powiedzieć, że był takim mistykiem, który w swoim życiu pokazywał tę wewnętrzną radość życia Trójcy Przenajświętszej.

– Tak. I wyrażał to w relacjach z innymi ludźmi, m.in. w różnych dziełach, które powstawały w Ars, jak np. dom opieki dla dziewcząt. Miał niezwykłą umiejętność postrzegania ludzi dokładnie takimi, jakimi byli. Rozumiał ich, szczególnie podczas spowiedzi. Potrafił wczuć się w ich życiowe sytuacje. Nie wszyscy jego parafianie uczęszczali na niedzielne Msze św., ale on potrafił ich zaangażować w działalność na rzecz Kościoła.

– Zaczynał od garstki parafian, a potem było ich tysiące. Jak obecnie wyglądają Księdza parafia i sanktuarium?

– Co roku sanktuarium nawiedza ok. pół miliona pielgrzymów. W niedziele frekwencja też jest wysoka. Ludzie się angażują. Francja przeżywa pewien kryzys ze względu na sekularyzację. Brakuje też księży. Ale można powiedzieć, że sanktuarium i parafia w Ars promienieją. Jeszcze raz podkreślę, że parafianie włączają się w życie wspólnoty.

– Księże Tomaszu, czy w Mzykach jest podobnie?

KS. TOMASZ NOWAK: – Mzyki to przede wszystkim sanktuarium modlitwy za kapłanów i osoby konsekrowane. Pielgrzymuje tu wielu księży, nie tylko z archidiecezji częstochowskiej. Ruch pielgrzymkowy obejmuje także osoby świeckie, które przyjeżdżają, by się pomodlić. Jako kustosz miejsca, w którym są relikwie patrona proboszczów, prawie każdego dnia, kiedy pielgrzymi są obecni, doświadczam takiego wielkiego świadectwa ogromnej miłości i przywiązania wiernych do kapłanów. Ta modlitwa, którą ludzie tam zanoszą, przynosi owoce. Wiele razy pielgrzymi proszą o to, by mogli dłużej zostać w sanktuarium na adoracji Najświętszego Sakramentu, na modlitwie w intencjach, z którymi przybywają.

KS. PATRYK CHOCHOLSKI: – Dodam jeszcze do tego, co powiedział ks. Tomasz, że w obecnej sytuacji w Europie to Polska jest znakiem nadziei. Przecież większość zagranicznych pielgrzymów w Ars to właśnie Polacy. Mnie się wydaje, że w Polsce widać tę duchowość św. Jana Marii Vianneya w życiu duchowieństwa i świeckich. Dlatego takie sanktuaria proboszcza z Ars, jak to w Mzykach, mają sens i wielkie znaczenie.

– To prawda. Warto też wiedzieć, że w Mzykach Ksiądz Proboszcz podejmuje pielgrzymów specyficznym posiłkiem – zapiekanymi ziemniakami. To danie symboliczne, które nawiązuje do posiłków św. Jana Marii Vianneya...

KS. PATRYK CHOCHOLSKI: – To genialna idea. Już dwa razy je jadłem z ks. Tomaszem. I one naprawdę w Mzykach smakują inaczej.

KS. TOMASZ NOWAK: – Wszyscy pielgrzymi, którzy przyjeżdżają do sanktuarium, dostają propozycję spożycia takiego posiłku. Zwykle opowiadam historię tych ziemniaków – o tym, jak św. Jan się nimi posilał. One były przypleśniałe, niekiedy już stare i dzieci – szczególnie małe – gorąco w to wierzą i mają taki lęk przed ich spożyciem, że i te oferowane w Mzykach są takie same. Ale są zawsze świeże i zdrowe. To dobry posiłek.

KS. PATRYK CHOCHOLSKI: – Jeszcze raz bardzo serdecznie zapraszam wszystkich do Ars.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Rocznica objawienia obrazu „Jezu, ufam Tobie”

2018-02-22 12:14

Agnieszka Bugała

S. Faustyna przyjeżdża do domu w Płocku w maju, lub w czerwcu 1930 r. Rok później 22 lutego 1931r. widzi Pana Jezusa i notuje w „Dzienniczku”:

pl.wikipedia.org
Eugeniusz Kazimirowski, Jezu ufam Tobie, 1934


„Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady. (…) Po chwili powiedział mi Jezus: Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie” (Dz. 47).

Ale dopiero 2 stycznia 1934r. w Wilnie rozpoczyna się malowanie obrazu wg instrukcji przekazanej Świętej przez samego Jezusa. W tym dniu s. Faustyna pierwszy raz udaje się do malarza Eugeniusza Kazimirowskiego, który ma malować obraz Miłosierdzia Bożego. W czerwcu, gdy obraz jest ukończony, Siostra Faustyna płacze, że Pan Jezus nie jest tak piękny, jak Go widziała…

Dziś, 22 lutego 2018 r. mija 87 lat od chwili, gdy Pan Jezus poprosił s. Faustynę o namalowanie obrazu. Wiele kościołów szczególnie dziś zaprasza na Koronkę do Bożego Miłosierdzia o godz. 15.00.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Rachunek sumienia ze wspólnotowości

2018-02-23 19:12

Antoni Szymański

Mija drugi tydzień Wielkiego Postu w którym rozpoczęliśmy refleksję nad własną skłonnością do grzechu. Zło osłabia nie tylko nas samych ale każdą wspólnotę, którą tworzymy.

domagoj8888 / fotolia.com

Otwieram Ewangelię św. Marka i czytam: Niektórzy uczeni w Piśmie, spośród faryzeuszów, widząc, że je z grzesznikami i celnikami, mówili do Jego uczniów: «Czemu On je i pije z celnikami i grzesznikami?» Jezus usłyszał to i rzekł do nich: «Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników». (Mk 2, 16-17)

Zarzuty religijnych przywódców Izraela podszyte były niczym niezmąconym samozadowoleniem. Przekonani byli, że przestrzeganie odpowiednich przepisów, zachowań i rytuałów, a także skupienie się na osobistej doskonałości, zapewnia im sprawiedliwość w oczach Boga. Tymczasem obok „elity” żyła masa zwyczajnych ludzi, którzy lgnęli do Jezusa, czuli się bezpiecznie i coraz śmielej otwierali na wzajemne zaufanie i więzi.

Aby nie popaść w faryzeizm dano nam właśnie okres Wielkiego Postu. To doskonała okazja do zburzenia samozadowolenia – zarówno w wymiarze osobistym jak i wspólnotowym. Stając w prawdzie zdajemy sobie sprawę, że różnorakie społeczności, które tworzymy dalekie są od doskonałości.

Najdokładniej widzimy to w relacjach rodzinnych. Język, którym się do siebie zwracamy, zdolność do przebaczania, ilość i jakość wspólnie spędzanego czasu – mimo podejmowanych wysiłków często nie odpowiada oczekiwaniom. Nadal nie spada wskaźnik rozwodów i trwają cierpienia dzieci, które wychowują się bez obojga rodziców. Podobnie jest ze społecznościami zawodowymi (w korporacjach, urzędach, fabrykach) – wiemy to i czujemy, że nie jesteśmy nawzajem stuprocentowo lojalni, szczerzy i nie zawsze potrafimy działać zespołowo. Wciąż mamy kłopot z relacjami pracownik – pracodawca, z efektywnym zarządzaniem ludźmi, szacunkiem dla cudzego i własnego czasu.

Jakie są nasze rodziny i zakłady pracy, takie społeczności lokalne. Czy w wystarczającym stopniu odczuwamy odpowiedzialność za przestrzeń naszej ulicy, dzielnicy, miejscowości, czy regionu? Czy często zdarza się nam przedkładanie prywaty nad dobro wspólne oraz podkopywanie dobrego imienia osób i środowisk. Podobnie dzieje się przy budowaniu wspólnot edukacyjnych. Oświatę nierzadko uznajemy za domenę urzędników i dość łatwo dyspensujemy się od odwiedzania szkoły, w której uczą się nasze dzieci i wnuki. Dezerterujemy mimo, że młode pokolenie potrzebuje wspólnego wysiłku rodziców, nauczycieli, administracji i innych dorosłych, aby nauczyć się żyć w świecie wiedzy i wartości.

A jak angażujemy się w funkcjonowanie społeczeństwa obywatelskiego? Możliwość wolnego zrzeszania się obywateli i działania w kierunku osiągania zróżnicowanych pozytywnych celów, to sukces przemian społecznych w naszym kraju. Czy potrafimy go docenić i wykorzystać biorąc udział w działaniach różnorakich stowarzyszeń, fundacji, grup nieformalnych czy wolontariatów? Codzienne doświadczenie i badania wskazują, że aktywność obywatelska pozostaje u nas nadal na słabym poziomie. Spoglądamy wreszcie na nasz stosunek do polityki uprawianej w parlamencie i upowszechnianej w mediach – jaki obraz się wyłania? Czy stać nas na wysiłek samodzielnego myślenia i rozróżniania ziarna od plew? Czy potrafimy zachować dobry język, czy nie pozwalamy się podzielić przez poglądy i ideologie?

Te i podobne rozważania – jeśli prowadzimy je uczciwie, z pewnością nakierują nas prędzej czy później na przekonanie, że nie posiadamy wystarczających przesłanek do poczucia wyższości i mówienia o sobie „idealny obywatel”. I to będzie ważny sukces Wielkiego Postu! Być może dopadnie nas przy tym troska i pewnego rodzaju zasmucenie. To też dobry objaw pod warunkiem, że nie prowadzi do pesymizmu. Jeśli zdajemy sprawę jak bardzo jesteśmy niesolidni, niezorganizowani, nieopanowani, leniwi, nietolerancyjni, nieobiektywni, itd. – to znaczy, że do nas właśnie przychodzi Lekarz. Będąc w sytuacji podobnej do celników i grzeszników, uzbrojeni w pokorę, możemy zacząć czynić kroki, by zmieniać siebie i otaczający świat. Takiej właśnie refleksji – przeżycia Wielkiego Postu z pokorną nadzieją na przemianę, życzę w tym czasie nam wszystkim.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem