Reklama

Musimy wykonać jeszcze dużo pracy

2018-02-07 10:50

Z mecenasem Stefanem Hamburą rozmawia Mateusz Wyrwich
Niedziela Ogólnopolska 6/2018, str. 16-17

Mateusz Wyrwich

MATEUSZ WYRWICH: – Uczestniczył Pan Mecenas pod koniec zeszłego roku w spotkaniu mieszkańców i samorządu Wielunia, które dotyczyło spisywania polskich strat wojennych w tym mieście. Wieluń jako pierwszy został zaatakowany przez „bohaterską” Luftwaffe i „bohaterski” Wehrmacht. Niemieccy żołnierze, przekroczywszy granicę, jedne dzieci częstowali cukierkami – dla potrzeb kroniki filmowej, drugie zaś zabijali – już bez kamer. Podobnie działo się z mieszkańcami wielu polskich wsi, którzy wychodzili z domów, by popatrzeć na jadące niemieckie kolumny wojskowe... Można to było zobaczyć na wystawie „Zbrodnie Wehrmachtu” prezentowanej przed kilkunastu laty w Polsce i w Niemczech.

STEFAN HAMBURA: – Po tym wieluńskim spotkaniu powstała strona: stratywojenne.pl. Mamy tam już konkretne wypowiedzi świadków zachowań Niemców. Tych świadków, którzy mieli wtedy po kilkanaście lat i doskonale pamiętają to, co się wtedy działo. Wieluń jest synonimem niemieckiej zbrodni. W tym miasteczku nie było jakiejś wielkiej obrony, bo nie było tam jednostek wojskowych. Głównie ludność cywilna, która została bestialsko zbombardowana. A przecież to jest tylko jeden Wieluń, a bombardowana była cała Polska. Miasteczka, wsie, które się nie broniły, bo nie miały czym.

– Czy jesteśmy dziś w stanie oszacować straty wojenne poniesione przez Polskę, zarówno te rzeczowe, jak i osobowe?

– Już po II wojnie światowej została wykonana bardzo duża praca szacowania polskich strat wojennych. Te dane przygotowano w styczniu 1947 r. Powstał wówczas raport na ten temat. Później gdzieś te dane zostały zapomniane, choć wiem, że nie zaginęły. W Archiwum Akt Nowych jest bardzo wiele dokumentów na temat zniszczeń. Może więc to być baza wyjściowa. Wiem, że są one bardzo szczegółowe, ponieważ ludzie wypełniali listy strat i szkód. Jeżeli weźmiemy je jako punkt wyjścia, będą podstawą do urealnienia na dzisiejsze przeliczenia. W wielu wypadkach wiemy też więcej o stratach, bo mamy więcej danych. Kiedyś np. nie było wiadomo, czy ktoś zginął, czy nie. Dzisiaj wiemy dodatkowo, że w tym czy innym niemieckim obozie. Mamy bardzo dobrze opisane straty Warszawy czy Poznania. Ale to niewiele. Uważam, że wszystkie miejscowości, wszystkie samorządy powinny przygotować swoje spisy. W najbliższym czasie opracujemy plan działania – mam na myśli naszą nieformalną grupę skupioną wokół strony: stratywojenne.pl . Będzie to rodzaj planu czy kwestionariusza, jak trzeba obliczać takie szkody. Bo to jest zadanie obywatelskie dla wszystkich Polaków. Chcielibyśmy, aby 1 września 2018 r. w całej Polsce – we wszystkich szkołach, bibliotekach i samorządach – zostały już przedstawione wstępne raporty. Pokazać straty, które poniosły każda wioska, gmina, miejscowość, powiat, i uzupełnić o fotografie, dokumenty. Ostatnio widziałem pismo, które podczas wojny Niemcy przesłali do polskiej rodziny, powiadamiające o śmierci jej ojca. Do tego dołączony był... kapelusz zamordowanego. Bo Niemcy są skrupulatni.

– Czy jednak w Niemczech panuje atmosfera, aby Polsce płacić odszkodowania? Coraz częściej pisze się tam o „polskich obozach”, co miałoby sugerować, że Polska nie jest ofiarą, ale współsprawcą wojny...

– Niemiecka narracja historyczna jest prowadzona bardzo konsekwentnie od kilkudziesięciu lat. Widzimy to choćby teraz w zderzeniu z wypowiedzią pani ambasador Izraela. To, co mnie zszokowało w samym wystąpieniu pani Anny Azari, to fakt, że powiedziała: my wiemy, kto zakładał i prowadził obozy, że nie byli to Polacy... Jednak nie padło z jej ust słowo: Niemcy. To było symptomatyczne. Nie wiem, dlaczego nie chciała wypowiedzieć tego słowa.

– Dlaczego tak się stało, że Polska jako jedyne państwo, które przecież najwięcej ucierpiało w czasie II wojny światowej, doświadczone przez niemieckich i sowieckich okupantów, nie wyegzekwowało odszkodowań?

– Bo polskie państwo do tej pory o to nie dbało. I nie widzę, żeby się to teraz radykalnie zmieniało. To znaczy zmienia się, ale zbyt powoli. Owszem, istnieje Polska Fundacja Narodowa, której zadaniem jest obrona dobrego imienia Polski. Ale, moim zdaniem, ona zbyt mało aktywnie działa. Ja bym sobie życzył, aby wykupiła kilkadziesiąt bilbordów w samym Berlinie, bo przecież jest wolność słowa w Niemczech, wolność sztuki i ekspresji w Unii Europejskiej. I żeby Polska informowała na plakatach, jaka jest prawda. Na razie pojawiają się tylko inicjatywy oddolne. Dlaczego jednak również instytucje państwa polskiego nie wykorzystują swoich możliwości w przedstawianiu prawdy? W Berlinie musimy zmienić narrację. Mówić, jak naprawdę było w czasie II wojny światowej, bo teraz wiedza Niemców na ten temat jest mizerna. Na początek powinny się pojawić w Berlinie banery informacyjne w kilku językach.

– A później, jak Pan Mecenas już niejeden raz podkreślał, w samym sercu Berlina powinno powstać polskie centrum informacyjne o II wojnie światowej...

– Tak. I powinno się tam przewijać kilka wątków informacyjnych. Kilkaset metrów od Bramy Brandenburskiej Polska ma swoją posiadłość po byłej ambasadzie w NRD. Naprzeciw i obok mieszczą się ambasady rosyjska i węgierska. To jest samo serce Berlina, ale przez nas niewykorzystane. Plac jest własnością polskiego Skarbu Państwa. Przez 17 lat niezagospodarowany! Ta nieruchomość ma ok. 4 tys. m2, można ją znakomicie wykorzystać. Zbudować tam centrum informacyjne, sale wystaw, hotel czy hostel. Tam może powstać budynek o powierzchni użytkowej ok. 17 tys. m2. Moja koncepcja jest taka: przenieść tam – w skali jeden do jednego – kopię muzeum Ulmów. Również kopię kaplicy Ojców Redemptorystów z Torunia, w której znajdują się tablice z nazwiskami ponad 1000 udokumentowanych osób, które zostały zamordowane przez Niemców za pomoc Żydom. Ale mało kto w Niemczech wie, że za ukrywanie czy pomaganie Żydom groziła kara śmierci, że zabijano nie tylko pojedyncze osoby, ale całe polskie rodziny. I takie luki w wiedzy Niemców, Europejczyków czy ludzi z całego świata musimy uzupełnić. Tamtędy przechodzi codziennie kilkadziesiąt tysięcy turystów, którzy powinni się o tym dowiedzieć. Powinno być to opisane w kilku językach: niemieckim, angielskim, francuskim, włoskim czy hiszpańskim. Jeśli to wszystko zrobimy, to zmienimy całą kłamliwą narrację o Polsce w czasie II wojny światowej. Oczywiście, nie od razu, ale z czasem. W Niemczech znane są dwie wioski, które zostały wymordowane przez Niemców w czasie II wojny światowej: Lidice – w Czechach i Oradour-sur-Glane we Francji. Każdego roku jest to upamiętniane przez Niemców. A takich Lidic i Oradour jest w Polsce blisko tysiąc. Ale o nich się nie mówi w Niemczech czy na świecie. A nie mówi się, bo się nie wie. Następny wątek: Powstanie Warszawskie, które często mylone jest w Niemczech z powstaniem w Getcie. Pomylił je nawet były prezydent Niemiec Roman Herzog, zaproszony do Polski na obchody rocznicy Powstania Warszawskiego. To pokazuje, jak dużo pracy musimy jeszcze wykonać.

***

Mec. Stefan Hambura
Prowadzi kancelarię adwokacką w Berlinie. Specjalizuje się w polskim i niemieckim prawie gospodarczym, rodzinnym, publicznym i karnym oraz w prawie europejskim. Od wielu lat reprezentuje polskie rodziny w sprawach związanych z niemieckimi Jugendamtami. Jest również pełnomocnikiem rodzin ofiar katastrofy polskiego Tu-154M w Smoleńsku. W przeszłości reprezentował m.in. Annę Walentynowicz. Był również doradcą polskiego Episkopatu w sprawie Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej.

Tagi:
wywiad rozmowa

Lubię oddawać siebie

2019-01-16 11:02

Z Kamilem Bednarkiem rozmawia Agnieszka Bugała
Niedziela Ogólnopolska 3/2019, str. 54-57

Sukces może zmienić ludzkie serce i przyjaciół wokół – ale on sobie z tym poradził. Jest niekwestionowaną gwiazdą polskiej sceny muzyki reggae. Pisze, komponuje, wciąż się uczy. I ścisza głos, gdy mówi o domu, o przyjaźni, miłości i... o babci

Agnieszka Bugała

AGNIESZKA BUGAŁA: – Kamil, już niebawem, bo 1 lutego premiera płyty „MTV Unplugged”. Dołączyłeś do listy niewielu artystów, którzy dostali szansę nagrania swoich utworów w aranżacjach akustycznych.

KAMIL BEDNAREK: – To było dla mnie i zespołu muzyczne wyzwanie i wyróżnienie, bo rzeczywiście, nie każdy dostaje propozycję realizacji takiego projektu. Zmobilizowaliśmy się, włożyliśmy mnóstwo pracy – odbyło się aż 40 prób, by wszystko brzmiało dobrze – i ten wysiłek się opłacał. Dzięki temu byliśmy przygotowani, choć nie ukrywam, że nigdy jeszcze nie czułem tak ogromnego stresu przed koncertem. Dzięki temu, jeśli chodzi o tremę, znów przesunęła mi się granica strachu. Mimo że gram już od 10 lat, to zdarzało się, że stres się pojawiał.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

"Szczęść Boże" czy... "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus"?

Ks. Paweł Staniszewski
Edycja łowicka 6/2003

Piotr Drzewiecki

Ostatnio jedna z kobiet zapytała mnie jakby z pewnym wyrzutem: "Proszę księdza, zauważam z niepokojem, że ostatnimi laty coraz modniejsze w ustach duchownych, kleryków, sióstr duchownych jest pozdrowienie: «Szczęść Boże» zamiast «Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus». Nawet ksiądz, który przyszedł do mnie po kolędzie, pozdrowił nas słowami «Szczęść Boże». To nie jest przywitanie chwalące Boga. Kiedyś w taki sposób pozdrawiano osoby pracujące: «Szczęść Boże w pracy» i wówczas padała odpowiedź: «Bóg zapłać». Dzisiaj kiedy słyszę «Szczęść Boże», od razu ciśnie mi się na usta pytanie: do czego, skoro nikt nie pracuje w tej chwili? Nie wiem, co o tym myśleć. Według mnie to nie jest w pełni chrześcijańskie pozdrowienie".
No cóż, wydaje się, że powyższa interpretacja pozdrowień chrześcijańskich jest uzasadniona. Ale chyba może za bardzo widać tutaj przyzwyczajenie do tego, co jest tradycją wyniesioną z dziecinnych lat z domu rodzinnego. Pamiętajmy jednak o jednym: to, co jest krótsze, a mam tu na myśli zwrot "Szczęść Boże", niekoniecznie musi być gorsze.
Owszem, pozdrowienie "Szczęść Boże" jest krótsze i z tego powodu częściej stosowane. Ale ono ma swoją głęboką treść, która nie tylko odnosi się do ciężkiej, fizycznej pracy. To w naszej tradycji związano to pozdrowienie z pracą. A przecież życzenie szczęścia jest związane z tak wieloma okolicznościami. Bo jest to ludzkie życzenie skierowane do Boga, stanowiące odpowiedź na całe bogactwo życia człowieka. I jest tu wyznanie wiary w Boga i Jego Opatrzność; wyznanie wiary, że to, co jest ludzkim życzeniem, spełnić może tylko Bóg. To szczęście ma pochodzić od Niego. Mamy tu więc skierowanie uwagi na Boga i naszą od Niego zależność. Zależność, w którą wpisana jest Boża życzliwość dla człowieka. Tak oto odsłania się nam głębia tego skromnego pozdrowienia "Szczęść Boże". Czyż to mało?
Poza tym życzyć szczęścia od Boga, to znaczy życzyć Bożego błogosławieństwa. A jak jest ono cenne, świadczy opisana w Księdze Rodzaju nocna walka patriarchy Jakuba z aniołem, której celem jest m.in. uzyskanie błogosławieństwa w imię Boga: "Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz" (por. Rdz 32, 25-32). I tu znów odsłania się znaczenie naszego pozdrowienia "Szczęść Boże". Jest to prośba o udzielenie przez Boga błogosławieństwa, czyli prośba o uszczęśliwienie człowieka, a więc ogarnięcie go Bożą łaską. Z tym łączy się życzenie osiągnięcia szczęścia wiecznego, którego wszelkie szczęście doczesne jest zapowiedzią i obrazem.
Nie chciałbym jednak być źle zrozumiany. To, że piszę tak wiele o pozdrowieniu "Szczęść Boże", nie znaczy automatycznie, iż chcę przez to podważać pierwszeństwo pozdrowienia "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus". Moją intencją jest jedynie odkrycie głębokiej wartości wypowiedzenia słów "Szczęść Boże" przy spotkaniu dwóch osób.
A na koniec pragnę przytoczyć - niejako w formie argumentu na poparcie moich rozważań - słowa Ojca Świętego Jana Pawła II, które wypowiedział 10 czerwca 1997 r. w czasie wizyty w Krośnie: "Niech z ust polskiego rolnika nie znika to piękne pozdrowienie «Szczęść Boże» i «Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus». Pozdrawiajcie się tymi słowami, przekazując w ten sposób najlepsze życzenia (bliźnim). W nich zawarta jest wasza chrześcijańska godność. Nie dopuście, aby ją wam odebrano".

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Koncert kolęd 2019 300x300 nowy termin

Brochów poleciał do Panamy

2019-01-17 16:51

Agnieszka Bugała

Agnieszka Bugała

Przygotowywali się od ponad dwóch lat. Nie tylko zbierali pieniądze potrzebne na bilet lotniczy do dalekiego kraju, ale też podjęli trud formacji duchowej. Dziś (17.01) o północy wzięli udział w uroczystej Mszy św., która była modlitwą posłania. Na czas pielgrzymowania otrzymali niezwykły dar – ks. Jan Kleszcz, proboszcz brochowskiej parafii, wręczył każdemu z młodych pielgrzymów krzyż św. Benedykta, jednocześnie udzielając każdemu z osobna błogosławieństwa.

– Na krzyżu, który za chwilę otrzymacie, nie ma nic o Brochowie, ani słowa - mówił w homilii – ale dołóżcie tam cząstkę Waszego trudu, Waszego potu i wysiłku pielgrzymów. My, jako parafia i ja, jako Wasz proboszcz, jesteśmy dumni – z Waszej decyzji, odwagi, konsekwencji i efektu wszystkich wyrzeczeń, które musieliście podjąć przez ostatnie dwa lata, aby dziś być w tej grupie, która wyrusza na spotkanie z Ojcem Świętym. Dziękuję też Wam, rodzicom, za wszelką pomoc, za to, że mogli na Was liczyć – podkreślał wzruszony kapłan. W homilii nie zabrakło też słów podziękowania skierowanych do sponsorów.

Młodzi pielgrzymi wyruszyli na ŚDM pod opieką swoich duszpasterzy, w tym ks. Arkadiusza Krzeszowca. Kapłani zabrali do Panamy szczególny dar Księdza Proboszcza - krzyż św. Benedykta, który towarzyszy wyruszającym na pielgrzymki z brochowskiej parafii. Był już w Rzymie, u św. Jakuba w Santiago de Compostela a nawet w Rwandzie. Teraz został zabrany do Panamy. – Kładźcie go zawsze w miejscu, w którym będziecie sprawować Eucharystię - prosił Ksiądz Proboszcz.

Po nałożeniu krzyży, błogosławieństwie rodziców i kapłanów, młodzi pielgrzymi zabrali walizki i wyruszyli autokarem do Warszawy, aby stamtąd odlecieć do Panamy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem