Reklama

Podpis naszego Pana

2018-01-24 12:43

Witold Gadowski, dziennikarz
Niedziela Ogólnopolska 4/2018, str. 23

ADAM RAK

Od wielu miesięcy marzę o tym, aby napisać taki tekst, który stanie się wariografem, niezawodnym testem na prawdę i fałsz. Zadanie megalomańskie...

Oczywiście, spełza to wszystko na marzeniach, ale kłamstwo jako metoda osiągania politycznych i społecznych celów intryguje mnie niezmiennie i niezmiennie skłania do snucia ocierających się o banał rozważań.

Czy istotnie cel może uświęcić środki i czy można łajdackimi metodami dążyć do osiągnięcia szczytnych ideałów? Pytania tyleż banalne, ile niewygodne. Kto bowiem lubi przyznawać się do tego, że – nawet w służbie najwyższych ideałów – popełnia mniejsze i większe szalbierstwa, ba – w toku szalbierczych operacji całkiem gubi z oczu swój ideowy horyzont?

Reklama

Znałem wielu porządnych ludzi, którzy szli do polityki, aby uskuteczniać najlepsze porywy swoich serc. Nie kłamali, naprawdę mieli szczytne cele.

Po kilku latach jednak ci sami ludzie byli już mniej ciekawi, wydawali się jacyś spłaszczeni, sprowadzeni do kilku – zaledwie – wymiarów. Co tak na nich podziałało?

Tak działa praktyka codziennych kompromisów, uleganie argumentacji, że na luksus stosowania rygorystycznych zasad będziemy mogli sobie pozwolić dopiero wtedy, gdy będzie lepiej, gdy nie będzie „onych”, gdy już wszystko będzie jasne. Problem w tym, że ten upragniony „złoty wiek” nigdy nie nadejdzie, a z ludzi hołdujących kompromisom pozostają żałosne wydmuszki. Człowiek bowiem z wiekiem staje się tym, co robi...

Spójrzcie np. na takiego najsłynniejszego profesora od muszek – kiedyś uosabiał wszelkie możliwe przymioty byłego opozycjonisty, katolika, człowieka walczącego o zasady. I co się nagle stało, że dziś jest... taki jaki jest?

Czyżby w jego życiu zdarzył się jakiś spektakularny przełom? Nie sądzę, raczej codzienna praktyka przymykania oka, małych kompromisów, folgowania coraz gwałtowniejszym porywom emocji sprawiły, że wyrosło z niego zjawisko, które teraz – z coraz większym niesmakiem – obserwujemy.

W wielu kościołach co niedziela rozbrzmiewają mądre słowa o kłamstwie, jego władcy i twórcy oraz o wpływie, który kłamstwo wywiera na nasze codzienne życie. Jedno kłamstwo rodzi całą architekturę innych kłamstw. Z czasem powstaje rzeczywistość, która wydaje się realna, a jednak nigdy nie istniała.

Dziś przyzwyczajono nas do zatartych granic między kłamstwem i rzeczywistością, odbywa się cała technologia tego zacierania. Mówi się o wirtualnej rzeczywistości, o public relations i reklamie, które przecież mają swoje prawa. Ale gdyby tak zdroworozsądkowo zapytać: co też wytwarzane jest w tych uszlachconych w ostatnich latach dziedzinach? – miraże, zapaści na prawdziwe słowa, symulacje realności. To wszystko dzieje się w naszym świecie, ale przecież nie są to takie realności, jak: miłość, zmęczenie, strach, radość, życie i śmierć.

Idealizm – tak mówią politycy na domaganie się realizowania głoszonych przez nich zasad w praktyce. Faktycznie, idealizmem niewiele da się zwojować dziś i jutro, idealizmem nie nakarmi się głodnych dzieci, ale czy bez idealizmu udałoby się przetrwać religii Jezusa Chrystusa?

A czy ktoś – nawet największy osobisty nieprzyjaciel Pana Boga – powie, że katolicyzm nie ma praktycznego znaczenia we współczesnym świecie?

Kardynalne zasady są niewygodne, uwierają jak twarde wędzidła, ale czy ktoś kiedykolwiek zabłądził, kierując się podpowiedziami właśnie z nich płynącymi?

Ci, którzy sądzili, że liczy się tylko tu i teraz, że tzw. zasady są jedynie przestarzałymi przesądami, zwykle przeradzali się albo w potwory, albo w ludzi całkowicie opuszczonych przez chęć życia.

„Kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą” – mawiał Joseph Goebbels. Osiągał on dzięki swojej metodzie wcale niemałe sukcesy, ale jak ostatecznie skończył?

Dziś wielu jego spóźnionych uczniów nadal powtarza te słowa jak mantrę. Są jakby ślepi i nie zauważają jego ropiejącego trupa, widzą tylko okres świetności, powodzenia, które nagle spadło na tego niepozornego kuternogę.

Kiedy zatem spoglądam dziś na ludzi, którzy – z łajdackimi uśmiechami – ostentacyjnie obwieszają się na tramwaju Dobrej Zmiany, aż mnie korci, aby im przypomnieć, że jeżeli chodzą w nie swoich ubraniach, jadają z nie swoich talerzy, to nic dobrego im to nie przyniesie.

Polityczne hasła nie mogą być traktowane jedynie jako wytrychy, które mogą spowodować otworzenie drzwi do kariery.

Przyznam, że drażni mnie już ten rutynowy żargon, którym posługują się przedstawiciele obecnej władzy. To, co na początku ich rządów brzmiało świeżo, autentycznie i prawdziwie, teraz staje się jakąś drętwą nowomową. Takie pustosłowne kody towarzyszyły każdej władzy, gdy już zmierzała do własnej karykatury, gdy odrywała się od słuchania tego, co w trawie piszczy.

Żyjemy w świecie, gdzie wszystko musi być atrakcyjne i nieco ponad rzeczywistość zareklamowane i opakowane. Bez tego ani rusz. Oddychamy rzeczywistością, w której prawda, realna wiedza o procesach, które determinują nasze życie, są ściśle reglamentowane i stanowią wiedzę „ściśle tajną”, z którą zapoznawani są nieliczni wybrańcy.

My wszyscy utrzymywani jesteśmy w ułudzie, jest przed nami rozgrywany spektakl, który ma na celu trzymanie nas w ryzach. Jednak świat, w którym prawda pisana jest jedynie w ściśle tajnych raportach służb specjalnych, a całej reszcie populacji sprzedawane są imitacje prawdy, przyjemne złudzenia i głupoty podnoszone do rangi trendów intelektualnych, nie przetrwa próby. Dążenie do prawdy jest dziś najbardziej niepopularnym i wywrotowym kierunkiem w myśleniu.

Ktoś powie: kłamstwo jest zjawiskiem, które towarzyszy ludzkości od zarania jej istnienia, czasem kłamstwo jest po prostu funkcjonalne, ułatwia życie, skraca czas niewygodnych rozmów i ogólnie tak całkowicie bez kłamania żyć się nie da. To fakt, jednak rzecz nie w tym, że dziecinnie wierzę w świat, z którego kłamstwo będzie usunięte.

Dotychczas, milcząco, godziliśmy się na istnienie kłamstwa, ale intuicyjnie przynajmniej czuliśmy, że to coś wstydliwego, złego, coś, co należy ukrywać w najciemniejszym kącie i czym nie można się nigdy pochwalić.

Dziś tym, co najbardziej martwi, jest powszechny bezwstyd. Wielu znanych ludzi bezwstydnie kłamie, ba, z kłamania różne osoby czynią sobie wehikuł wiodący do popularności i pieniędzy. Największa manipulacja polega właśnie na wypreparowaniu z nas wstydu, wyrzuceniu z naszego wewnętrznego kompasu nieznośnego uczucia, które nas przepełnia, gdy zrobimy coś, o czym wolelibyśmy, aby inni się nie dowiedzieli.

I tu właśnie zmierzam do prostej, niezaskakującej puenty.

Jeśli gdy uczestniczysz w czymś, oglądasz coś, czytasz coś, budzi się w tobie nieuświadomiony nawet lęk, poczucie, że obcujesz z czymś niedobrym, to znak, że twój wewnętrzny kompas jeszcze działa, jeszcze nie został zakrzyczany przez stugłowe media, jeszcze nie wyssano z ciebie istoty człowieczeństwa.

Nie udawajmy, każdy z nas wie, kiedy robi coś dobrego, i czuje, jak go takie zdarzenie wewnętrznie buduje; każdy też ma w sobie odrobinę wstydliwej refleksji nad epizodami, w których upada. Tak jesteśmy skonstruowani i to właśnie ten nieuświadamialny wewnętrzny sędzia stanowi najlepszy, tomistyczny nieomal, dowód na prawdziwość przekonania, że człowiek jest stworzeniem wyjątkowym, wykreowanym na podobieństwo swego Stwórcy, który... pozostawił w nim taki właśnie, niewielki, niesamowity w swojej niewypowiedzianej mądrości – podpis.

Tagi:
felieton

Sen wariata?

2018-05-16 11:23

Witold Gadowski, dziennikarz
Niedziela Ogólnopolska 20/2018, str. 26


Archiwum prywatne

Tym razem będzie mało realistycznie. Zaczęło się bowiem od snu (i pewnie na nim też się skończy)... a potem przyszły pierwsze przemyślenia. Wszystko to jednak oderwane od dzisiejszego kontekstu... a może nie...

Ocenicie sami. Najpierw uwaga natury politologicznej: im bardziej Prawo i Sprawiedliwość poszukuje wyborców w tzw. centrum, tym większa rośnie niezapełniona luka wśród patriotycznie nastrojonych Polaków. Wygląda to jak słynny dylemat Puchatka z „Chatki Puchatka” Alana Milne’a. Pamiętacie? „Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było”... Rośnie zatem liczba wyborców, którzy nie bardzo wiedzą, na kogo mają oddać swoje głosy, bowiem im bardziej chcą je oddać na PiS, tym bardziej PiS staje się im obcy. Aleksander Łukaszenka, wizytując kiedyś kołchoz, zauważył, że poza pokazowymi zagonami, nieco dalej, zamiast zboża pleniły się bezczelnie chwasty. Przygryzł wąsa i sentencjonalnie szepnął: – No cóż! Życie nie znosi próżni... No właśnie.

A teraz o samym śnie: wyjawiła mi się w tym śnie sceneria jasnogórskiego klasztoru. Trwała Msza św. i abp Marek Jędraszewski głosił: – Nie jesteśmy skazani na obronę katolicyzmu, my mamy misję jego odrodzenia. To ciężka misja, wymagająca często zaparcia się samych siebie, męstwa i odwagi. Podniósł w górę kropidło i pobłogosławił rosłe szeregi „różańcowych plutonów”, odzianych w odświętne szaty, Rycerzy Jana Pawła II i stojący za nimi czerstwy lud o rozmodlonych twarzach. Obok stali o. Tadeusz Rydzyk i kilku innych znanych kapłanów i kaznodziei. To była jakaś niezwykła okazja, ale ja na początku nie zorientowałem się, o co chodzi. Dopiero po chwili zrozumiałem, że z Jasnej Góry właśnie wychodzi wielka pielgrzymka, która ma dojść do miejsca, gdzie odszedł z tego świata apostoł Jakub – do Santiago de Compostela. Szli bulwarami Częstochowy. Twardzi, postawni, a w ślad za nimi ruszały rzesze zwykłych ludzi. Prowadzili ich niosący olbrzymie krzyże księża. Ktoś krzyknął: – To już nie pielgrzymka, to prawdziwa krucjata wyzwolenia Europy.

Szli tysiące kilometrów, upadali ze zmęczenia, wykruszali się po drodze, ale ich szeregi zasilali nowi ludzie. Ruszali z nimi Niemcy, Francuzi, Belgowie, Holendrzy, Czesi, Słowacy – mnóstwo różnych grup i nacji, wśród których wyróżniali się dumnie kroczący Wandejczycy. Szaty i sutanny wypłowiały im od słońca. Po drodze usiłowały ich rozpędzić różne policje, stawali im naprzeciw muzułmańscy migranci. Nic jednak nie mogło ich zatrzymać, bo oni szli w imię Jezusa Chrystusa...

Obudziłem się rozgorączkowany i zlany potem. Zacząłem myśleć nad tym, co zobaczyłem. Oni nie szli w imię żadnej politycznej doktryny, nie mieli żadnych aktualnych postulatów społecznych, szli jedynie po to, aby za sobą zostawiać ziemię wydartą szatanowi. Uniosła mnie ta wizja i popędziłem opowiadać o niej swoim sceptycznym znajomym. Oni jednak wcale nie wydziwiali, tylko kolejno popadali w zadumę.

– Wiesz, było co najmniej siedem oficjalnych krucjat, z tym że ostatnia pod koniec XIII wieku, i wiele to one nie zwojowały – zasępił się Kajtek filozof. W moim śnie pochód toczył się jak śniegowa kula. Zrazu cichy i niezauważony, ale potem otoczony coraz większym szumem mediów, wyszydzany i zwalczany stawał się coraz bardziej potężny, znaczący.

Wszyscy powtarzali, że wyszedł z Polski, jedynego tak Maryjnego i wiernego Bogu kraju na kontynencie. Obraz Pani Jasnogórskiej, obraz Chrystusa Miłosiernego z Łagiewnik... te wizerunki niesione były na przedzie.

– Jakie to oczywiste i proste – chrząknął Marcin, niedowiarek z natury.

– Takie wizje mają moc – emocjonował się Grzegorz, znany i wzięty malarz, jak przystało na szczerego artystę, zawsze bez pieniędzy.

Opowiedziałem znajomym mój sen i od tej pory nie chce mi on zniknąć z pamięci. Co więcej, zacząłem się nad nim na serio zastanawiać. Wyobraźcie sobie bowiem, że do takiej krucjaty rzeczywiście dochodzi i biorą w niej udział najtwardsi w Polsce wojownicy Pana Jezusa. Wielu – z różnych przyczyn – wykruszy się po drodze, ale przecież jakaś najtwardsza kompania dojdzie – nic ich nie zmoże ani nie przestraszy. Tak powstanie legion najtwardszych, których nic nie jest w stanie zmóc, zepchnąć z raz obranej drogi. Na nich będą spoglądać ludzie z całej Europy, te wszystkie grupy, które dołączyły się po drodze.

Sarkacie, że to zbyt wielka egzaltacja, patos bez realnego podszycia... ale czy nie znudziła się wam już ta nadwiślańska realpolityka, te ciągle i bez wstydu powtarzane frazesy? A tu, po takim marszu – krucjacie, wielu mówi coraz głośniej, że prawda pochodzi właśnie z Polski. Oczywiście, cała „liberalna” Europa pomstuje, gazety zapluwają się od piany i jadu, ale ludzie wiedzą swoje, pocztą pantoflową kolportowane są wystąpienia najtwardszych uczestników krucjaty. Różne europejskie Geremki robią dobrą minę do złej gry i udają, że nic się nie stało, ale przecież drożdże poszły w ciasto, ze wszystkich stron słychać ferment, zasiany przez polskich rycerzy ducha.

Całkiem na zimno spoglądam na ten mój sen i tuszę, że gdyby się on rzeczywiście wydarzył, byłby nie lada przełomem. Przecież tacy mocarze krucjaty nie potrafiliby już wrócić do normalnego obgryzania skórek z chleba, łaknęliby czynu i spektakularnej przemiany.

Czy w Polsce byliby inaczej postrzegani niż wprzódy? Ci ludzie, w sposób naturalny, staliby się istotni nie tylko dla polskiego życia społecznego, ale ich koncepcje byłyby ważne dla Europy. Jako pierwsi rozerwali bowiem sztampę, gorset tradycyjnej polityki i wpuścili do niej coś metafizycznego, coś, co wymyka się wszelkim rozgrywkom partyjnym i strategiom planowanym przez spin doktorów.

Wiem, że to dość niebezpieczna wizja, może bowiem narobić hałasu, który sprawi, że długo nie uśniemy. Ale czy warto jeszcze sycić się tym względnym spokojem na kontynencie? Przecież od dawna nad tę ziemię nadciągają złowieszcze pomruki. Jeszcze bogaci Europejczycy kupują sobie spokój i bezpieczeństwo, ale jak długo można żyć jako zakładnik? Dziś Europa jest zbyt bogatą wioską, aby mogli ją pozostawić w spokoju nadciągający ze wszystkich stron barbarzyńcy. Europę ocalić może jedynie renesans wiary w Jezusa Chrystusa. Nic nie poruszy tłumów, nie wzmoże oporu, jak tylko pojawienie się prawdziwych idei i ludzi, którzy chcą o nie walczyć. Ludzie ruszają na pielgrzymkę – krucjatę, mimo iż wiedzą, że po drodze spotka ich prawdziwa próba, że zostaną poddani chłoście drwiny, szyderstwom, że zmobilizują przeciw nim policyjne regimenty, wiedzą też jednak, że tak naprawdę nic nie jest w stanie ich zatrzymać. Ryzykują wszystkim, cierpią po drodze, ale gdy dochodzą do celu, stają się prawdziwymi gigantami. Oczywiście, zdaję sobie w pełni sprawę z tego, że snuję teraz bardzo niebezpieczne i wywrotowe rozważania, ale powiedzcie mi: Czy nasze życie musi być tak nudne, ułożone i zanurzone w śmierdzącym błocie kompromisu, zgody za wszelką cenę?

Pewnego dnia zrozumiałem, że ten sen może stać się rzeczywistością, i nie mówię tu o żadnej alegorii czy metaforze. Pewnego dnia naprawdę może z Polski wyruszyć krucjata obrony Europy. Czy nie lepiej bowiem iść naprzeciw zagrożeniu niż biernie czekać, aż niewidzialny potwór Pana Cogito zmieni tu wszystko nie do poznania?

Oczekiwaniem narażamy się na to, że gdy pewnego dnia wstaniemy z łóżka, ujrzymy świat, w którym jesteśmy obcy i do którego żadną miarą już nie pasujemy.

Czy nie lepiej zatem wyruszyć?!

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Krajewski o swej nominacji: ta purpura jest dla ubogich

2018-05-21 12:59

pb (KAI/vaticannews.va) / Watykan

- Ta purpura jest dla ubogich i dla wolontariuszy, ja nie mam żadnych zasług - tak na wiadomość o swej nominacji kardynalskiej zareagował jałmużnik papieski abp Konrad Krajewski. Dodał, że było to „coś niespodziewanego”, o co się nigdy nie starał.

Grzegorz Gałązka

Wyraził przekonanie, że nie jest to nominacja dla niego osobiście, tylko dla urzędu jałmużnika papieskiego, którego zadaniem jest być „ramieniem charytatywnym” papieża. - Robię tylko to, czego chciał Ojciec Święty - wyznał kardynał-nominat.

Jego zdaniem nominacja ta jest wyróżnieniem także dla wszystkich wolontariuszy, którzy co wieczór wychodzą na ulice, by pomagać potrzebującym. - Pierwszymi kardynałami byli diakoni, a więc ci, którzy obsługiwali ubogich, bo diakoni są dla ubogich - przypomniał abp Krajewski.

Przyznał, że o swej nominacji dowiedział się z przemówienia papieża po modlitwie „Regina caeli”. - Ojciec Święty nic mi [wcześniej] nie powiedział - ujawnił kardynał-nominat.

Oznaki godności kardynalskiej otrzyma on, wraz 13 innymi nominatami, z rąk papieża Franciszka 29 czerwca.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Papież Franciszek podpisał dekret o heroiczności cnót kard. Hlonda

2018-05-21 17:25

tk, st, abd / Warszawa (KAI)

Miłość do Matki Bożej i patriotyczna niezłomność – to cechy charakteryzujące kard. Augusta Hlonda - powiedział KAI ks. Kozioł Bogusław Kozioł SChr, komentując podpisanie dziś przez Franciszka dekretu o heroiczności cnót Prymasa Polski. Papieska decyzja oznacza zamknięcie formalnego etapu procesu beatyfikacyjnego, a do wyniesienia zmarłego w 1948 r. kard. Hlonda na ołtarze potrzebny będzie jeszcze cud.

Archiwum
Kard. Hlond kierował Kościołem w trudnych czasach

Ks. Kozioł wyraził radość, że podpisanie dekretu o heroiczności cnót wielkiego polskiego patrioty nastąpiło w roku obchodów 100. rocznicy odzyskania niepodległości. Przypomniał, że w październiku przypada 70. rocznica śmierci Prymasa Polski.

Po promulgowaniu dekretu przez Franciszka, formalny etap procesu beatyfikacyjnego został zakończony. Słudze Bożemu przysługuje odtąd tytuł „Czcigodny Sługa Boży”.

Proces beatyfikacyjny toczył się od 9 stycznia 1992 roku. Jego postulatorem był z urzędu postulator generalny salezjanów ks. Pierluigi Cameroni, a wicepostulatorem chrystusowiec ks. Bogusław Kozioł.

Jeszcze przed dzisiejszym wydarzeniem ks. Kozioł zaznaczył w rozmowie z KAI, że po podpisaniu dekretu przez papieża, sprawa kard. Hlonda będzie formalnie na tym samym etapie co sprawa kard. Wyszyńskiego, to znaczy w obydwu wypadkach do beatyfikacji niezbędny będzie uznany przez Kościół cud.

Wicepostulator przyznał, że postać Prymasa Hlonda została w świadomości Polaków przyćmiona przez jego wielkiego następcę, kard. Stefana Wyszyńskiego. Zauważył jednak, że podjęte w ub. roku starania o przywrócenie pamięci o kard. Hlondzie zaczyna przynosić efekty. Coraz więcej osób sięga bowiem do dzieł i przemówień.

„Te teksty są nieraz bardzo aktualne, sprawiają wręcz wrażenie pisanych niemal tu i teraz” – ocenia ks. Kozioł. Jego zdaniem należy wciąż popularyzować osobę Prymasa na różnych płaszczyznach oraz prostować narosłe wokół jego postaci fałszywe informacje, jak ta, że w 1939 roku uciekł z Polski, że był antysemitą czy też, że nadużył kompetencji otrzymanych od papieża.

„Trzeba też mieć świadomość, że to zapomnienie kard. Hlonda było wynikiem celowego działania: Niemców podczas II wojny światowej, a po wojnie – reżimu komunistycznego” – zaznaczył ks. Kozioł.

August Hlond urodził się w 1881 r. w Brzęczkowicach, należących obecnie do Mysłowic, w rodzinie dróżnika kolejowego. Jako 12-letni chłopiec opuścił rodzinny dom i rozpoczął naukę w salezjańskim kolegium misyjnym w Turynie. W 1896 r. wstąpił do zgromadzenia salezjanów, w 1905 r. przyjął święcenia kapłańskie. Pracował m.in. w Krakowie, Przemyślu i Wiedniu.

W 1922 r. został administratorem apostolskim polskiej części Górnego Śląska, a potem pierwszym biskupem diecezji katowickiej. W 1926 r. papież Pius XI mianował go arcybiskupem gnieźnieńskim i poznańskim, co było równoznaczne z objęciem funkcji prymasa. W 1927 r. abp Hlond został kardynałem. Po śmierci Piusa XI wymieniany był jako kandydat na papieża lub watykańskiego sekretarza stanu.

Wojna zastała go w Warszawie, potem przeniósł się do Lublina. Wkrótce udał się na emigrację; nie przyjął propozycji objęcia stanowiska pierwszego premiera polskiego rządu na emigracji. Mieszkał w Rzymie, potem w Lourdes, a następnie - na żądanie rządu Vichy - w benedyktyńskim opactwie w Sabaudii.

W 1944 r. został aresztowany przez gestapo i namawiany do kolaboracji. Był internowany we Francji i w Niemczech. Po zakończeniu wojny odebrał od papieża nadzwyczajne pełnomocnictwa, na mocy których ustanowił organizację kościelną na Ziemiach Odzyskanych. Odmawiał współpracy z komunistycznymi władzami Polski.

Zmarł 22 października 1948 r., przeżywszy lat 67, w tym 25 lat w zgromadzeniu salezjańskim, 21 w kapłaństwie, 22 w biskupstwie, i 21 lat jako kardynał. Ciało prymasa Hlonda złożono w ruinach warszawskiej katedry. Taka była jego ostatnia wola. Jego pogrzeb był wielką religijną i patriotyczną manifestacją.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem