Reklama

Nowy Testament

Podpis naszego Pana

2018-01-24 12:43

Witold Gadowski, dziennikarz
Niedziela Ogólnopolska 4/2018, str. 23

ADAM RAK

Od wielu miesięcy marzę o tym, aby napisać taki tekst, który stanie się wariografem, niezawodnym testem na prawdę i fałsz. Zadanie megalomańskie...

Oczywiście, spełza to wszystko na marzeniach, ale kłamstwo jako metoda osiągania politycznych i społecznych celów intryguje mnie niezmiennie i niezmiennie skłania do snucia ocierających się o banał rozważań.

Czy istotnie cel może uświęcić środki i czy można łajdackimi metodami dążyć do osiągnięcia szczytnych ideałów? Pytania tyleż banalne, ile niewygodne. Kto bowiem lubi przyznawać się do tego, że – nawet w służbie najwyższych ideałów – popełnia mniejsze i większe szalbierstwa, ba – w toku szalbierczych operacji całkiem gubi z oczu swój ideowy horyzont?

Reklama

Znałem wielu porządnych ludzi, którzy szli do polityki, aby uskuteczniać najlepsze porywy swoich serc. Nie kłamali, naprawdę mieli szczytne cele.

Po kilku latach jednak ci sami ludzie byli już mniej ciekawi, wydawali się jacyś spłaszczeni, sprowadzeni do kilku – zaledwie – wymiarów. Co tak na nich podziałało?

Tak działa praktyka codziennych kompromisów, uleganie argumentacji, że na luksus stosowania rygorystycznych zasad będziemy mogli sobie pozwolić dopiero wtedy, gdy będzie lepiej, gdy nie będzie „onych”, gdy już wszystko będzie jasne. Problem w tym, że ten upragniony „złoty wiek” nigdy nie nadejdzie, a z ludzi hołdujących kompromisom pozostają żałosne wydmuszki. Człowiek bowiem z wiekiem staje się tym, co robi...

Spójrzcie np. na takiego najsłynniejszego profesora od muszek – kiedyś uosabiał wszelkie możliwe przymioty byłego opozycjonisty, katolika, człowieka walczącego o zasady. I co się nagle stało, że dziś jest... taki jaki jest?

Czyżby w jego życiu zdarzył się jakiś spektakularny przełom? Nie sądzę, raczej codzienna praktyka przymykania oka, małych kompromisów, folgowania coraz gwałtowniejszym porywom emocji sprawiły, że wyrosło z niego zjawisko, które teraz – z coraz większym niesmakiem – obserwujemy.

W wielu kościołach co niedziela rozbrzmiewają mądre słowa o kłamstwie, jego władcy i twórcy oraz o wpływie, który kłamstwo wywiera na nasze codzienne życie. Jedno kłamstwo rodzi całą architekturę innych kłamstw. Z czasem powstaje rzeczywistość, która wydaje się realna, a jednak nigdy nie istniała.

Dziś przyzwyczajono nas do zatartych granic między kłamstwem i rzeczywistością, odbywa się cała technologia tego zacierania. Mówi się o wirtualnej rzeczywistości, o public relations i reklamie, które przecież mają swoje prawa. Ale gdyby tak zdroworozsądkowo zapytać: co też wytwarzane jest w tych uszlachconych w ostatnich latach dziedzinach? – miraże, zapaści na prawdziwe słowa, symulacje realności. To wszystko dzieje się w naszym świecie, ale przecież nie są to takie realności, jak: miłość, zmęczenie, strach, radość, życie i śmierć.

Idealizm – tak mówią politycy na domaganie się realizowania głoszonych przez nich zasad w praktyce. Faktycznie, idealizmem niewiele da się zwojować dziś i jutro, idealizmem nie nakarmi się głodnych dzieci, ale czy bez idealizmu udałoby się przetrwać religii Jezusa Chrystusa?

A czy ktoś – nawet największy osobisty nieprzyjaciel Pana Boga – powie, że katolicyzm nie ma praktycznego znaczenia we współczesnym świecie?

Kardynalne zasady są niewygodne, uwierają jak twarde wędzidła, ale czy ktoś kiedykolwiek zabłądził, kierując się podpowiedziami właśnie z nich płynącymi?

Ci, którzy sądzili, że liczy się tylko tu i teraz, że tzw. zasady są jedynie przestarzałymi przesądami, zwykle przeradzali się albo w potwory, albo w ludzi całkowicie opuszczonych przez chęć życia.

„Kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą” – mawiał Joseph Goebbels. Osiągał on dzięki swojej metodzie wcale niemałe sukcesy, ale jak ostatecznie skończył?

Dziś wielu jego spóźnionych uczniów nadal powtarza te słowa jak mantrę. Są jakby ślepi i nie zauważają jego ropiejącego trupa, widzą tylko okres świetności, powodzenia, które nagle spadło na tego niepozornego kuternogę.

Kiedy zatem spoglądam dziś na ludzi, którzy – z łajdackimi uśmiechami – ostentacyjnie obwieszają się na tramwaju Dobrej Zmiany, aż mnie korci, aby im przypomnieć, że jeżeli chodzą w nie swoich ubraniach, jadają z nie swoich talerzy, to nic dobrego im to nie przyniesie.

Polityczne hasła nie mogą być traktowane jedynie jako wytrychy, które mogą spowodować otworzenie drzwi do kariery.

Przyznam, że drażni mnie już ten rutynowy żargon, którym posługują się przedstawiciele obecnej władzy. To, co na początku ich rządów brzmiało świeżo, autentycznie i prawdziwie, teraz staje się jakąś drętwą nowomową. Takie pustosłowne kody towarzyszyły każdej władzy, gdy już zmierzała do własnej karykatury, gdy odrywała się od słuchania tego, co w trawie piszczy.

Żyjemy w świecie, gdzie wszystko musi być atrakcyjne i nieco ponad rzeczywistość zareklamowane i opakowane. Bez tego ani rusz. Oddychamy rzeczywistością, w której prawda, realna wiedza o procesach, które determinują nasze życie, są ściśle reglamentowane i stanowią wiedzę „ściśle tajną”, z którą zapoznawani są nieliczni wybrańcy.

My wszyscy utrzymywani jesteśmy w ułudzie, jest przed nami rozgrywany spektakl, który ma na celu trzymanie nas w ryzach. Jednak świat, w którym prawda pisana jest jedynie w ściśle tajnych raportach służb specjalnych, a całej reszcie populacji sprzedawane są imitacje prawdy, przyjemne złudzenia i głupoty podnoszone do rangi trendów intelektualnych, nie przetrwa próby. Dążenie do prawdy jest dziś najbardziej niepopularnym i wywrotowym kierunkiem w myśleniu.

Ktoś powie: kłamstwo jest zjawiskiem, które towarzyszy ludzkości od zarania jej istnienia, czasem kłamstwo jest po prostu funkcjonalne, ułatwia życie, skraca czas niewygodnych rozmów i ogólnie tak całkowicie bez kłamania żyć się nie da. To fakt, jednak rzecz nie w tym, że dziecinnie wierzę w świat, z którego kłamstwo będzie usunięte.

Dotychczas, milcząco, godziliśmy się na istnienie kłamstwa, ale intuicyjnie przynajmniej czuliśmy, że to coś wstydliwego, złego, coś, co należy ukrywać w najciemniejszym kącie i czym nie można się nigdy pochwalić.

Dziś tym, co najbardziej martwi, jest powszechny bezwstyd. Wielu znanych ludzi bezwstydnie kłamie, ba, z kłamania różne osoby czynią sobie wehikuł wiodący do popularności i pieniędzy. Największa manipulacja polega właśnie na wypreparowaniu z nas wstydu, wyrzuceniu z naszego wewnętrznego kompasu nieznośnego uczucia, które nas przepełnia, gdy zrobimy coś, o czym wolelibyśmy, aby inni się nie dowiedzieli.

I tu właśnie zmierzam do prostej, niezaskakującej puenty.

Jeśli gdy uczestniczysz w czymś, oglądasz coś, czytasz coś, budzi się w tobie nieuświadomiony nawet lęk, poczucie, że obcujesz z czymś niedobrym, to znak, że twój wewnętrzny kompas jeszcze działa, jeszcze nie został zakrzyczany przez stugłowe media, jeszcze nie wyssano z ciebie istoty człowieczeństwa.

Nie udawajmy, każdy z nas wie, kiedy robi coś dobrego, i czuje, jak go takie zdarzenie wewnętrznie buduje; każdy też ma w sobie odrobinę wstydliwej refleksji nad epizodami, w których upada. Tak jesteśmy skonstruowani i to właśnie ten nieuświadamialny wewnętrzny sędzia stanowi najlepszy, tomistyczny nieomal, dowód na prawdziwość przekonania, że człowiek jest stworzeniem wyjątkowym, wykreowanym na podobieństwo swego Stwórcy, który... pozostawił w nim taki właśnie, niewielki, niesamowity w swojej niewypowiedzianej mądrości – podpis.

Tagi:
felieton

Lokalna sitwa – studium przypadku

2018-04-18 11:44

Witold Gadowski, dziennikarz
Niedziela Ogólnopolska 16/2018, str. 17

Adufilms/pixabay.com

Układ – to słowo najlepiej opisuje mechanizm działania wielu miasteczek i miast, które stały się niemalże prywatną własnością lokalnych sitw. Bez przezwyciężenia tych sitw nie będzie w ogóle mowy o realnych zmianach, które trwale odcisną się na kształcie naszej państwowości. Utrapieniem Polski lokalnej są kliki, które całkowicie zawłaszczyły miejscowy potencjał. Zwykle dzieje się to podobnie: oto wśród miejscowych biznesmenów jeden zaczyna się wyróżniać, idzie mu znacznie lepiej niż pozostałym i zarabia nieporównywalnie większe pieniądze. Niekoniecznie jest to jednak jego zasługa, najczęściej jest wspomagany przez ludzi służb specjalnych.

W miasteczku X, które chcę przedstawić jako nieomal laboratoryjny przykład tej patologii, zaczęło się od tego, że jeden z biznesmenów zorganizował przedsiębiorstwo budowlane, zdobywał dobre kontrakty, z czasem zaczął zakładać następne firmy, a kilka – dzięki swoim znajomościom – wprowadził nawet na giełdę. Wokół biznesmena pojawili się znani w okolicy notable, a on zatrudnił ich na eksponowanych stanowiskach w swojej firmie. Nie muszą zbyt wiele robić, ot, niech stwarzają po prostu wrażenie, że te firmy liczą się bardziej niż wszystkie inne. Potem w lokalnym środowisku rozchodzi się informacja, że właściciel holdingu posiada całkiem poważne konto w IPN, a tak naprawdę to od wielu lat był powiązany z wojskowymi służbami specjalnymi. Biznesmen hojnie łoży na działalność charytatywną, aż w końcu otrzymuje statuetkę „Anioła Dobroci”, wręczoną mu publicznie. Biznesmen znajduje wreszcie swojego kandydata na prezydenta. Finansuje mu kampanię i promuje go w lokalnej gazecie, która wydawana jest przez jedną z jego firm. Kandydat biznesmena wygrywa wybory i zatrudnia w urzędzie tylko „krewnych i znajomych królika”, wskazanych mu przez – obrastającego w piórka – biznesmena.

Od miasteczka aż do siedziby powiatu wszyscy prokuratorzy i sędziowie biorą udział w sutych imprezach, które wyprawia nasz biznesmen. Nawet gdy uroczystość dwudziestolecia firmy przypada w dzień Wigilii, to goście zorganizowanego przez biznesmena balu mogą do woli raczyć się w tym czasie napojami obfitującymi w dobrze stężony alkohol.

Prezydent miasta trwa na swojej pozycji wyłącznie dzięki wsparciu biznesmena, ten nie wymaga od niego zbyt wiele. Ot, gdy okazuje się, że miasto musi wybudować nowe przedszkole, przetarg na tę usługę wygrywa firma należąca do naszego biznesmena. Całkiem przypadkowo zresztą tak się dzieje. Nikt im nie pomaga, nikt o niczym nie wie. Rychło okazuje się, że w naszym miasteczku koszt budowy przedszkola jest dwukrotnie wyższy niż w Warszawie, kto by tam jednak zawracał sobie głowę takimi drobnostkami, nasza firma dostaje kolejne zlecenie – tym razem na wybudowanie nowej szkoły. I tym razem koszt tej budowy jest zdecydowanie wyższy niż w dużych miastach.

W spółkach naszego biznesmena zatrudnieni są członkowie rodzin kilku okolicznych prokuratorów i sędziów, pracę znajduje tam także żona szefa policji w miasteczku. Lokalna gazeta pilnie tępi każdego, kto śmiałby się krytycznie wypowiedzieć o biznesmenie.

Zmieniają się jednak czasy i do naszego miasteczka wkracza Prawo i Sprawiedliwość. Rychło miejscowi liderzy nowego ruchu są precyzyjnie owinięci sieciami rozmaitych zależności, snutymi wprost z portfela naszego biznesmena. Z lokalnego oddziału partii usunięci zostają wszyscy ci członkowie, którym nie podoba się działalność biznesmena. Dotychczas w miasteczku „rządził” młody burmistrz, którego nasz biznesmen odnalazł w lokalnym zakładzie rzeźniczym i jako tako przysposobił do pełnienia publicznej funkcji. Dla pewności burmistrz otrzymał od biznesmena wiano w postaci doświadczonego zastępcy, wieloletniego działacza PZPR na szczeblu miasteczka. Praktycznie młody prezydent nie musi się zbyt często pojawiać w pracy. Wszystkie dylematy rozwiązuje za niego zastępca, były działacz komunistyczny.

Przychodzi jednak nowa rzeczywistość i należy odpowiednio przygotować się do nadchodzących wyborów. W miasteczku nawet kioskarz Ruchu nie może pisnąć bez zgody i wiedzy naszego biznesmena, stąd też rychło na zebraniach PiS pojawiają się ludzie siedzący u biznesmena w kieszeni. Oni doskonale pojmują lokalną grę. Zatem do wyborów jako kandydat PiS i lokalny konkurent prezydenta rzeźnika wystawiony zostanie człowiek, któremu – za sowitą zapłatą – przyjdzie pełnić rolę „zająca”, ma przegrać, stwarzając pozory, że realnie stara się o fotel, który nasz biznesmen przeznaczył dla kogoś innego.

– PiS, PO i inne partie mogą sobie istnieć w Warszawie, u nas każdą taką organizację prędzej czy później opanują ludzie naszego biznesmena. On dba o to, aby w miasteczku nie wyrósł nikt niezależny i krytyczny wobec panującego w nim od lat układu – opowiada mi jeden z radnych działających w tym miasteczku.

– I wy tak bez szemrania się na to godzicie? – pytam nieco zdruzgotany opowieściami o sposobach działalności lokalnej szajki.

– Proszę pomieszkać w naszym miasteczku, sam Pan wtedy zrozumie, na czym to polega – uśmiecha się mój rozmówca.

– Tu, u nas, dużo trudniej jest być niezależnym i badać afery niż tam, u was, w stolicy – dodaje z miną, jakby wyjaśniał dziecku rzeczy najprostsze.

Miasteczko istnieje w rzeczywistości, leży w połowie drogi między Warszawą a Łodzią. Ludzie mówią tu ściszonym głosem, bowiem największym pracodawcą w okolicy jest właśnie nasz biznesmen, a każdy ma kogoś w rodzinie, kto zależy od wahań humoru biznesmena.

Czy taki lokalny układ, bezczelna sitwa, da się skutecznie rozbić, czy można w takim miasteczku zaprowadzić jaką taką normalność? Teoretycznie jest to możliwe, praktycznie dokonać tego może albo człek nieświadomy siły oddziaływania tego układu, albo też ktoś zupełnie z zewnątrz, kto nie da się obłaskawić i wkręcić przez lokalne bagienko.

Oczywiście, sumy, które nikną w kieszeniach kliki, nie przyprawiają o zawrót głowy. Jednak na niespełna pięćdziesięciotysięczne miasteczko są na tyle znaczące, że musi się z nimi liczyć każdy przedstawiciel lokalnej władzy, każdy – myślący o karierze – działacz społeczny.

Pozornie miasteczko jest ospałe i pozbawione werwy, kiedy jednak słucham opowieści o zabawach biznesmena i jego świty, to natychmiast mam się na baczności. To nie są gry lokalnych bonzów, to po prostu sposób na wypoczywanie preferowany przez „lokalną elitę”, którą wyhodował i obudził do życia nasz – wierzący w swoje moce – biznesmen. Lokalny układ, sitwa, porozumienie łapówkarskie nie powstaną, oczywiście, bez przedstawicieli miejscowej elity. Jednak pozyskanie jej przychylności to relatywnie bardzo niewielkie koszty. Straty spowodowane działaniem takiej sitwy są trudne do oszacowania, największą z nich jest jednak masowa ucieczka młodzieży z miasteczka. Oni doskonale widzą założony w nim „szklany sufit”, znają doświadczenia rodziców związane z nieudanymi próbami przebicia tej szklanej powały. Uciekają, bo chcą żyć inaczej, bez wszechobecnego uścisku „sitwy”.

Czy gdyby udało się sitwę rozbić, wypełniłaby się luka pokoleniowa między dziećmi szkolnymi a staruszkami, którzy spacerują ulicami miasteczka? Warto spróbować, może wtedy wielu młodych – zamiast szlifować londyńskie bruki, byle dalej od biznesmena i jego akolitów – pozostanie na miejscu i senna, lekko depresyjna atmosfera naszego miasteczka ulegnie poprawie. Pamiętajcie jednak – sitwa powstaje tam, gdzie w układ wchodzi biznes, policja, urzędnicy i przedstawiciele lokalnych władz. I szczególna prośba o wytężoną uwagę dla księży – nie przyjmujcie za dobrą monetę wszystkiego, co lśni w wyciągniętych w waszą stronę dłoniach biznesmena.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Ordo Iuris alarmuje: inicjatywa obrońców życia "Jeden z nas" zignorowana w Unii Europejskiej

2018-04-25 16:06

abd / ordoiuris.pl / Warszawa (KAI)

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej potwierdza decyzję Komisji Europejskiej odrzucającą inicjatywę „Jeden z Nas” - alarmuje Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris. Przypomina, że tę inicjatywę poparły niemal niemal 2 miliony obywateli UE, została jednak odrzucona przez Komisję Europejską 28 maja 2014 r. Jej celem było wprowadzenie zakazu finansowania przez Unię Europejską działań niszczących embriony ludzkie oraz naruszających godność człowieka


Publikujemy komunikat Instytutu na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej potwierdza decyzję Komisji Europejskiej odrzucającą inicjatywę „Jeden z Nas”. „Nie dopuszczono się błędnej oceny prawnej” – tak brzmiał wyrok, który 23 kwietnia 2018 r. zapadł przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) na skargę wniesioną przez obrońców życia i twórców Europejskiej Inicjatywy Obywatelskiej "Jeden z Nas" (złożoną 25 lipca 2014 r.). Inicjatywę "Jeden z Nas" poparło niemal 2 miliony obywateli UE, została jednak odrzucona przez Komisję Europejską 28 maja 2014 r.

Fasadowość demokracji

- Orzeczenie Komisji Europejskiej i wyrok Trybunału Sprawiedliwości pokazuje przede wszystkim dwa niepokojące zjawiska. Pierwszym z nich jest niechęć Komisji do wprowadzenia wyższych standardów ochrony życia i godności wszystkich istot ludzkich. Drugim jest jawne pokazanie, że europejska inicjatywa obywatelska jest jedynie fasadowym kreowaniem pozorów demokratyczności Unii Europejskiej. – komentuje Karina Walinowicz, Dyrektor Centrum Prawa Międzynarodowego Ordo Iuris.

Celem Inicjatywy było wprowadzenie zakazu finansowania przez Unię Europejską działań niszczących embriony ludzkie oraz naruszających godność człowieka. Twórcy Inicjatywy, nie zgadzając się z decyzją Komisji, podnieśli w skardze przede wszystkim fakt, że nie uwzględniła ona dotychczasowego orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości w kwestii embrionu ludzkiego, użyła błędnej argumentacji uzasadniającej finansowanie aborcji. W skardze powołano się także na naruszenie procedury rozpatrywania EIO oraz fakt utrwalania deficytu demokracji w unijnych instytucjach (http://www.ordoiuris.pl/ochrona-zycia/europejska-inicjatywa-obywatelska-jeden-z-nas-przed-sadem-unii-europejskiej)

W wydanym orzeczeniu Trybunał przyznał, że wydany przez Komisję Europejską komunikat przedstawia ostateczne i wystarczające dobrze uzasadnione stanowisko KE. Ponadto wyraźnie podkreślił, że przedłożenie ustawodawczej europejskiej inicjatywy obywatelskiej nie zobowiązuje Komisji do przedłożenia wniosku dotyczącego aktu prawnego. Taką decyzję Komisja podjąć może, ale nie musi.

Kwestie proceduralne ważniejsze niż wymiar etyczny inicjatywy

Trybunał zgodził się, że należy zachęcać obywateli UE do aktywnego uczestniczenia i korzystania z odpowiednich narzędzi prawnych, co wpłynie na "uczynienie Unii bardziej dostępną"- wobec czego konieczna jest ochrona europejskiej inicjatywy obywatelskiej przed arbitralnością KE. Działania KE nie powinny jednak zniechęcać obywateli UE do aktywności „w życiu demokratycznym”. Niestety w wydanym orzeczeniu Trybunał skupił się na kwestiach proceduralnych, pomijając etyczny wymiar "Jeden z Nas", mający na względzie ochronę ludzkiego życia w fazie prenatalnej.

Stwierdził także, że KE wystarczająco uzasadniła wydany przez siebie komunikat oraz nie popełniła błędu w ocenie. Podkreślono, że dysponuje ona szerokimi uprawnieniami dyskrecjonalnymi co do tego czy podjąć określone działania, postulowane w inicjatywie, czy nie, wskazując przy tym, że ma ona obowiązek wspierania ogólnego interesu UE, podejmując także próby pogodzenia ewentualnych rozbieżnych interesów (na podstawie art. 17 ust. 1 TUE KE). Pośrednio dlatego Trybunał nie zbadał szczegółowo skargi w kontekście związanym z kwestiami etycznymi, podniesionymi przez Inicjatywę „Jeden z Nas”, podsumowując, że decyzja KE w tej kwestii nie była obarczona błędem.

Powyższa sprawa unaoczniła monopol Komisji Europejskiej w ramach inicjatywy ustawodawczej oraz potwierdziła kontrolną funkcję Trybunału Sprawiedliwości względem Komisji. Niestety głos obywateli UE w sprawie obrony życia został całkowicie zignorowany.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kraków modli się za Alfiego Evansa

2018-04-26 20:58

md / Kraków (KAI)

Alfie żyje i jest głosem wyrzutu sumienia – mówił ks. Andrzej Muszala w kościele św. Marka w Krakowie podczas Mszy św. w intencji Alfiego Evansa. W świątyni licznie zgromadzili się krakowianie, którzy solidaryzują się z dwulatkiem i jego rodzicami.

Alfie Evans/facebook.com

Na początku Mszy św. ks. Andrzej Muszala, który jest dyrektorem Międzywydziałowego Instytutu Bioetyki UPJPII i szefem Poradni Bioetycznej, powitał wszystkich, którzy „solidaryzują się z Alfiem Evansem, niespełna dwuletnim dzieckiem, któremu w białych rękawiczkach usiłowano zakończyć uporczywą terapię, a zafundowano uporczywe umieranie”.

„Ale Alfie żyje i jest głosem wyrzutu sumienia. Już kolejny dzień żyje odłączony od maszyny podtrzymującej życie, wbrew wszelkim kalkulacjom. A miał żyć tylko trzy minuty” - mówił kapłan.

Celebrans podkreślił, że krakowianie wspierają małego chłopca z Liverpoolu i zachęcał do wspólnej modlitwy za to dziecko. „Ponieważ nie możemy mu pomóc fizycznie, modlimy się do Boga, który jest Dawcą wszelkiego życia. Modlimy się za niego, za jego rodziców, i też o jakąś mądrość i opamiętanie dla tych, którzy ustalają prawa, ażeby pozwolono mu żyć i pozwolono mu na normalną, ludzką terapię” – dodał.

W kościele św. Marka licznie zgromadzili się krakowianie, wśród nich było wiele rodzin z małymi dziećmi. W Mszy św. uczestniczyli również przygotowujący się do przyjęcia sakramentów inicjacji chrześcijańskiej w prowadzonym przez siostry jadwiżanki Ośrodku Katechumenalnym, który działa przy tej świątyni.

Mieszkańcy Krakowa wyrażają swoją solidarność z Alfiem, przynosząc także maskotki, zabawki i świeczki pod siedzibę konsulatu honorowego Wielkiej Brytanii na ul. św. Anny. Na murach kamienicy umieszczono napis po angielsku „God save Alfie Evans”, a także napisy w językach angielskim i polskim, jak: „Trzymaj się, Alfie. Modlimy się za ciebie” czy „Wielka Brytanio, nie będziesz już nigdy wielka”. Pod murem wciąż płoną świece, dzieci wraz z rodzicami układają duże i małe maskotki oraz wiązanki kwiatów.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem