Reklama

Kto nie umie się modlić, niech wypływa na morze

2018-01-11 07:13

Rozmawiał Bogdan Nowak
Edycja szczecińsko-kamieńska 2/2018, str. VI

Archiwum prywatne
Kpt. Grzegorz Węgrzyn w czasie Mszy św. sprawowanej na jachcie

Przez ostatnie dwa lata Grzegorz Węgrzyn z Gryfina stał się popularnym żeglarzem w świecie ze względu na swój samotny rejs dookoła ziemi, którego nie zdołał dokończyć z powodu niespodziewanej awarii układu sterowniczego na wzburzonym oceanie niedaleko Nowej Zelandii. Powrócił do Ojczyzny, rozsławiając polskie żeglarstwo, nasz bohaterski kraj wraz z jego chrześcijańskimi dziejami i słowiańską tożsamością

Przyszły żeglarz urodził się w Zwierzyńcu koło Zamościa. Po ukończeniu Technikum Elektrycznego przeniósł się na Pomorze Zachodnie, znajdując zatrudnienie w elektrowni „Dolna Odra”. Później założył własną firmę w swoim zawodzie. Ale największą jego miłością, począwszy od 12. roku życia, było dla niego żeglowanie, czyli pływanie na jednostkach napędzanych siłą wiatru za pośrednictwem żagli. Sprzyjało temu położenie Zwierzyńca nad rzeką Wieprz, a potem jeszcze bardziej lokalizacja Gryfina nad rzeką Odrą, Zalewem Szczecińskim i Morzem Bałtyckim. Kpt. Węgrzyn od ponad 40 lat nieustannie pływał nie tylko na jachtach, zdobywając kolejne stopnie żeglarskie, by dziesięć lat temu zdać stosowne egzaminy na tytuł kapitana jachtowego, który uprawnia do prowadzenia jachtów żaglowych po wodach śródlądowych i morskich bez ograniczeń. Dzięki tej wodnej pasji, która w całości wypełniała mu zdrowo i rekreacyjnie wolny czas po niełatwej pracy zawodowej, uzyskując nawet zaszczytny tytuł dwukrotnego Morskiego Mistrza Polski, szereg razy opłynął wszystkie morza Europy w różnych porach roku, a także dane mu było żeglować na Morzach Czarnym i Adriatyckim.

– Do tego samotnego rejsu „dookoła ziemi” przygotowywałem się przez całe swoje 40-letnie żeglarstwo, z każdego rejsu wynosiłem doświadczenie, które potem miało mi pomóc – wspomina Grzegorz Węgrzyn. – Dwa lata remontowałem zakupiony 35-letni jacht, odpowiednio go przystosowując do tej wielkiej podróży dookoła ziemi. Na pokład tego mojego wodnego domu pływającego zabrałem najdroższe przedmioty z mojego domu ze Szczawna: drewniany krzyż wykonany przez mojego dziadzia Mirosława Rybickiego w niemieckim obozie koncentracyjnym, metalowy ryngraf maryjny z orłem w koronie poświęcony przez kard. Stanisława Dziwisza, ofiarowany mi przez kolegów, oraz modlitewnik ludzi morza przekazany mi przez kapelana „Stella Maris” ks. Stanisława Flisa. Ponadto zabrałem trzy różańce, by tą modlitwą wspierać się w trudach oceanicznego podróżowania. Byłem też przekonany, że nad moją samotną drogą w bezbrzeżach wodnych czuwają z niebios: babcia Regina (na jej część swój jacht nazwałem jej imieniem) i dziadzio Mirosław, dlatego na pokład żaglowca zabrałem też ich portretowe fotografie. W ten sposób zapewniłem sobie obecność Boga i moich bliskich w czasie tej prawie 2-letniej podróży szlakami morskimi wokół naszej planety.

Bogdan Nowak: – Czy czuł Pan tam potrzebę modlenia się?

– W czasie swej historycznej pielgrzymki 30 lat temu papież Jan Paweł II w Gdyni przypomniał nam znane wśród ludzi morza mądre powiedzenie: „Kto nie umie się modlić, niech wypływa na morze!”. Potem dodał wymowne słowa: „Morze pozwala lepiej zrozumieć ludzką słabość, ograniczoność i wszechmoc Boga”. Modliłem się tam codziennie, bo dzięki tej rozmowie z Panem Jezusem Chrystusem nie byłem sam w tej oceanicznej pustce i nic nie było w stanie mnie złamać psychicznie i fizycznie. Na takie słabości dość często skarżą się inni żeglarze, którzy polegają tylko na sobie i ludzkich autorytetach. W którymś zakonie na klęcznikach jest wyryte teologiczne stwierdzenie o wartości modlenia się: „Pamiętaj, nie jesteś sam”. Taka wiedza i doznane moce z modlitwy w moim samotnym życiu jeszcze bardziej utrwaliły potrzebną pokorę wobec wszechpotężnego Boga, którego niepojętą potęgę mogą dostrzec wszyscy podróżujący w nieokiełznanym morskim żywiole.

– W czasie swego niedokończonego samotnego rejsu dookoła ziemi był Pan na jachcie z godłem i flagą Polski na grocie najlepszym ambasadorem naszej Ojczyzny wszędzie, dokąd Pan Kapitan dopływał...

– Wszędzie entuzjastycznie witały mnie środowiska polonijne, począwszy od Wysp Zielonego Przylądka, gdzie zaprzyjaźniłem się z księdzem, który po polsku powitał mnie w miejscowym kościele na Mszy św. Okazało się, iż ten kapłan kiedyś był w Polsce i trochę poznał nasz trudny język. Potem dopłynąłem do Afryki Południowej, gdzie również co niedzielę uczestniczyłem w Najświętszej Ofierze, ale tam liturgia była celebrowana po angielsku. Wreszcie dopłynąłem do dwumilionowego portu Perth na kontynencie australijskim. I tam też doznałem wsparcia duchowego i materialnego od niezwykle gościnnej miejscowej Polonii. Nawet nasi rodacy zebrali dla mnie żywność na dalsze samotne zmaganie się na oceanie, a także dokonali koniecznego remontu jachtu, wszak nieokiełznany żywioł wodny umie zniszczyć wszystko. Mój czwarty postój miał miejsce w małym porcie Marina Bay, w którym nie było kościoła, więc tym samym byłem pozbawiony udziału w liturgii mszalnej. Ale mając modlitewnik ludzi morza, odmawiałem w każdą niedzielę tekst Mszy św. W ponadczteromilionowym Melbourne zabierał mnie na Msze św., nie tylko w niedziele, do kościoła poświęconego przez Ojca Świętego Jana Pawła II w czasie jego pielgrzymki na ten odległy kontynent, znakomity duszpasterz Polonii australijskiej o. Tadeusz Rostworowski. W tym miejscu muszę dodać, iż ten 62-letni jezuita, wywodzący się z duszpasterstwa akademickiego Karola Wojtyły, wyświęcony przez polskiego papieża oraz doktoryzujący się w Rzymie, wspominał nieraz naszego świętego papieża. Przecież to jego matka – Janina Rostworowska – mieszkała w czasie okupacji na krakowskich Dębnikach, dwie ulice od domu Wojtyłów. W tym okresie często widywała przyszłego papieża Jana Pawła II na zebraniach Żywego Różańca, a także gdy szedł do pracy w fabryce „Solvay”. Ojciec Tadeusz przed wstąpieniem do jezuitów brał udział w roku 1974 w wyprawie kajakowej z kard. Wojtyłą i grupą jego młodych przyjaciół. Mogę zatem być dumny, że poniekąd wzorcem w szlachetnym wypełnianiu wolnego czasu jest dla mnie sam św. Jan Paweł II, bo on lubił podróżować na kajakach, a ja na jachtach. Polonia we wszystkich miejscach mojego, nieraz kilkumiesięcznego, postoju serdecznie mnie podejmowała i była dumna, że z polską flagą i godłem naszej Ojczyzny wpływałem do poszczególnych portów na świecie. Niestety, polskie placówki dyplomatyczne okazywały obojętność wobec mojego samotnego rejsu dookoła ziemi, a nawet ignorancję. A przecież byłem – w mniemaniu moim i tak licznych Polaków witających mnie wszędzie – najlepszym ambasadorem Polski, szczycącej się naszym ponadtysiącletnim chrześcijaństwem, walczącej z różnymi zewnętrznymi wrogami oraz tyloma znakomitościami międzynarodowej sławy.

– Pan Kapitan jest szczególnie dumny z waleczności i patriotyzmu swego ukochanego dziadzia Mirosława Rybickiego...

– Mój dziadzio już jako 17-latek wstąpił na ochotnika do wojska i poszedł ze swoim szwagrem, który był wojskowym, na wojnę z bolszewikami w roku 1920, za co został wyróżniony Krzyżem Niepodległości. W okresie międzywojennym pracował jako urzędnik w biurze Zarządu Ordynacji Zamojskiej. Gdy wybuchła II wojna światowa, mój dziadzio Mirosław został powołany do wojska. Uczestnicząc w bitwie pod Kockiem, dostał się do niewoli. Przeżył w niewoli w pięciu niemieckich obozach koncentracyjnych. W jednym z nich wykonał drewniany krzyż w wyżłobioną datą 21 II 1940, który przetrwał z nim aż do wyzwolenia w 1945 r. obozu w Dachau przez amerykańskich żołnierzy. Ta niezwykła pamiątka – niczym rodzinna relikwia – została mi przekazana i umacnia mnie w osobistej i żeglarskiej drodze, przypominając, że Chrystus nikogo nie opuszcza, kto Mu wierzy. Babcia Regina wychowywała mnie na pracowitego i życzliwego człowieka, aktywnego katolika oraz niezależnego od rozmaitych opcji politycznych patriotę.

***


Kpt. Grzegorz Węgrzyn obdarza swoich rozmówców ujmującą dobrocią, skromnością i głębokim zaufaniem Chrystusowi, mimo że życie nie szczędziło mu rozmaitych cierpień. Przekonuje wszystkich swoim subtelnym i starannie dobranym słownictwem, że warto iść za swoim wewnętrznym głosem, bo jest to wola samego Boga, której nie wolno lekceważyć.
Ściskam kapitańską rękę w podgryfińskim Szczawnie, wyrażając wdzięczność za dar twórczego żeglowania, bo przecież sam Chrystus rzekł do wszystkich stojących nad wodą: „Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!” (Mt14, 27). Nie lękajmy się, skoro żeglujemy po swoich życiowych akwenach pod opieką samego Syna Bożego.

Tagi:
żeglarz

W obliczu zagrożeń człowiek nawraca się

2018-02-14 11:10

Bogdan Nowak
Edycja szczecińsko-kamieńska 7/2018, str. V

Archiwum dr. Mirosława Lewińskiego
Tym jachtem szczeciński lekarz opłynął świat

Płynąc samotnie swoim jachtem „Ulysses” przez niebezpieczny szlak Pacyfiku, stałem się nagle katolikiem bardzo wierzącym, zdanym całkowicie na Bożą Opatrzność – wspomina kapitan jachtowy, lekarz medycyny Mirosław Lewiński, gdy go odwiedzam w czasie dyżuru w Izbie Przyjęć. – Podobnego nawrócenia doznają pacjenci, przed którymi lekarze nie ukrywają zbliżającej się śmierci. Wówczas chorzy powierzają swój los ufnie w ręce Boga, który może wszystko. Przecież człowiek w ziemskiej wędrówce ma ograniczone możliwości w urzeczywistnianiu swoich nawet najpiękniejszych planów. Na bezkresnym oceanie, na którym czyha tyle rozmaitych niebezpieczeństw w czasie żaglowania, oddałem się w opiekę Stwórcy, mając świadomość, że On chce zawsze mojego dobra i o mnie się troszczy.

Doktor Lewiński urodził się w 1958 r. w Lesznie. Tam już w okresie szkolnym zachwycał się treścią książek żeglarskich, a szczególnie postacią Bernarda Moitessiera, nazywając go „wielkim romantykiem morza”. Chciał ukończyć szkołę morską, ale przeszkodą okazała się wada wzroku, zmuszająca go do stałego noszenia okularów od 15. roku życia. Nie mógł zatem poświęcić się marynarce handlowej. Miłość do pływania najpierw realizował po pobliskim jeziorze, a potem na żeglarskich obozach nadmorskich organizowanych dla młodzieży. Po maturze stanął przed dylematem, w jakim kierunku kreować swoją przyszłość. Uznał, iż będzie najbliżej żeglowania, gdy ukończy studia medyczne, bowiem już wtedy wielu lekarzy pływało różnymi szlakami wodnymi.

Lewiński ukończył studia na poznańskiej Akademii Medycznej w 1983 r. Jako lekarz został zatrudniony na tej samej uczelni na etacie asystenta Kliniki Chorób Pasożytniczych i Tropikalnych, gdzie również uzyskał specjalizację w zakresie chorób wewnętrznych. Wolny czas młody internista najchętniej spędzał, żeglując nie tylko po jeziorach wielkopolskich, ale również na morzu. Zdobywał też kolejne stopnie żeglarskie aż do uzyskania w 1998 r. stopnia kapitana jachtowego, który jest konieczny do samodzielnego prowadzenia jachtu oceanicznego.

Skorzystał z propozycji armatora dużego szkoleniowego żaglowca „Pogoria”, na którym w 1990 r. pełnił funkcję III oficera oraz lekarza w czasie półrocznego rejsu z Karaibów przez Atlantyk do Polski. To było jego kolejne doświadczenie „morskiego wilka” do przyszłej kilkuletniej jachtowej podróży pod swoim dowództwem.

Doktor Lewiński marzył o jachtowej wyprawie okołoziemskiej już w okresie licealnym. Chciał w ten sposób uczcić żeglarski wyczyn międzywojenny Władysława Wagnera, który jako pierwszy Polak opłynął świat w latach 1932-39. Przy pomocy swego pracowitego ojca Władysława (będącego współtwórcą dwóch kosztownych jachtów Lewińskiego) i przyjaciół zbudował w Lesznie i w Szczecinie w ciągu trzech lat 13-metrowy jacht „Stary”, którym opłynął w 2003 r. przylądek Horn w Chile, a w 2006 r. – dopłynął do Przejścia Północno-Zachodniego z Europy do Azji Wschodniej. – Jacht został sprzedany szczecińskiemu Jacht Klubowi AZS, dobrze służąc studenckim pasjonatom żeglowania do dnia dzisiejszego – dopowiada kapitan lekarz. – Warto podkreślić, iż „Stary” jest pierwszym polskim jachtem z najmłodszą załogą, który okrążył Amerykę Północną.

Pan Mirosław w 2007 r. podjął się budowy jeszcze nowocześniejszego i mocniejszego jachtu „Ulysses” przystosowanego do dalekich rejsów oceanicznych. Budowa żaglowca została rozpoczęta w Odessie (Ukraina), a w 2007 r. zakończona w Szczecinie.

Nazwa jachtu zachęca Lewińskiego do żeglowania po nieznanym świecie wczytującego się w słowa poematu Alfreda Tennysona z 1842 r. – „Ulysses”: „Nie jest za późno, moi przyjaciele,/ By świata jeszcze innego poszukać./ Odwiążcie cumy, chwyćcie wiosła w ręce,/ W rozkołysane bruzdy bijcie nimi,/ Bo jest mą wolą aż na skraj Zachodu,/ Aż tam, gdzie gwiazdy się kąpią, żeglować,/ Póki nie umrę”.

W precyzyjnie przygotowany szlak Rejsu Wagnera wyruszył 52-letni lekarz 29 maja 2010 r. w towarzystwie swego syna Piotra (towarzyszył mu tylko na odcinku europejskim) i przyjaciela. Ten oceaniczny żaglowiec, posiadający siedem koi, w czasie swej ponad 4-letniej podróży okołoziemskiej zabrał na krócej lub dłużej 150 sympatyków wodnych rejsów dziesięciu narodowości. Przepłynął „Ulyssesem” ponad 44 tysięcy mil, w tym prawie 10 tysięcy mil morskich – samotnie. Dzięki ich finansowemu współudziałowi w kosztach żeglowania „Ulissesa” to marzenie o wielkiej przygodzie światowej mogło się spełnić.

– Decyzja o tak długiej podróży nie była łatwa – wyjaśnia – zwłaszcza gdy się ma żonę i dwoje dzieci. A ponadto pacjentów. Jest zawsze lęk, czy będzie do kogo wracać. Wprawdzie kilka razy przylatywałem do rodziny w czasie tej życiowej podróży dookoła świata, ale te niedługie wizyty przerywające rejs nie są w stanie zastąpić stałej obecności w lądowym życiu. Moja mama nawet uznała, że zrobiłem sobie prawie pięcioletni urlop od egzystencji na polskiej ziemi. Inni z rodziny nawet stwierdzili językiem żołnierskim, iż uciekłem z pola codziennej bitwy, czyli z życia.

W niezwykle aktywnej osobowości Mirka tkwią dwie wielkie pasje górujące nad wszystkim: żeglarska i lekarska.

Profesja lekarska przydała się nie tylko samemu kapitanowi jachtu, który dzięki takiej świadomości, że jest internistą czuł się odważniejszym i mocniejszym w żeglowaniu. Poprzez darowizny zaprzyjaźnionych firm farmaceutycznych miał dobrze zaopatrzoną aptekę jachtową służącą uczestnikom tej wyprawy, a także tubylcom odwiedzanych wysp, chętnie korzystających z lekarskich porad Polaka. Doktor Lewiński mógł nawet na sobie dokonywać stosowne zabiegi pielęgniarskie, a nawet chirurgiczne, gdy doznał niespodziewanie zranienia stopy.

Wysoko ceni sobie praktyczny ekumenizm na Pacyfiku, którego brakuje w Polsce, opowiadając: – Będąc na wyspie Panasia wchodzącej w skład Luizjadów na Oceanie Spokojnym, zaprzyjaźniłem się z szefem wioski Judą. Jej mieszkańcy są chrześcijanami różnych odłamów. Na Samoa Zachodnim zamieszkałym przez 140 tys. osób jest ponad dwadzieścia wyznań, które bezkonfliktowo prowadzą swój żywot. W niedzielę wszyscy ubrani na biało idą z Biblią w ręku do kościoła. W rodzinach często zdarza się, że każdy jej członek należy do innego wyznania; wcale ich to nie skłóca. Brałem udział w nabożeństwie metodystów, na które zaprowadził mnie miejscowy przyjaciel. Ich świątynię stanowił zadaszony podest z krzyżem, ołtarzem i ławkami. Ubóstwo i prostota nie rozpraszała modlitewnej atmosfery. Ściany są tam niepotrzebne; ma być przewiewnie. Czuło się radosną atmosferę wiernych. Jako jedyny gość zostałem przedstawiony przez pastora i pierwszy raz miałem okazję stanąć na ambonie, by metodystów pozdrowić z dalekiej Polski, znanej im być może z pontyfikatu św. Jana Pawła II.

Wydaje mi się, że dla kochających żeglowanie nie ma znaczenia wiek ani trudności, jakich dostarcza żywioł wodny. Za sterami jachtów można spotkać nawet prawie 90-letnich szczecińskich marynarzy, których było mi dane odwiedzić.

Dlatego kapitan Mirosław Lewiński przygotowuje się do kolejnej podróży, która będzie wiodła ze Szczecina do niespokojnego kontynentu południowo-amerykańskiego.

Czeka też na wszystkich, którzy w ten sposób chcą poznać oblicze Ziemi, stworzonej przez Niepojętą Dobroć Bożą.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Czy duszpasterze stracili młodzież, czy młodzież straciła duszpasterzy?

2018-09-12 10:43

Bp Andrzej Przybylski
Edycja częstochowska 37/2018, str. VIII

kanamlodych.pl

Tyle powiewów Ducha Świętego kieruje Kościół w stronę młodych. Przed nami święto patrona polskiej młodzieży – św. Stanisława Kostki. W październiku ma się odbyć synod biskupów na temat młodych. Ale Duch Święty „wieje” również w nasze wewnętrzne niepokoje, w których nosimy pytania o obecność młodych w Kościele.

Duch przenika wszystko i mocno wierzę, że pragnie tą troską o młodzież przeniknąć przede wszystkim nasze wspólnoty parafialne. Wiatr zwykle zmienia kierunek. Myślę, że jedna zmiana przydałaby się nam na pewno. Mniej powinniśmy się zastanawiać, co takiego jest w świecie, co zagraża młodym, a więcej powinniśmy myśleć o tym, czego brakuje nam w Kościele, że młodych nie przyciągamy. I choć świat się diametralnie zmienia, warto czasem sięgnąć do sprawdzonych metod.

Przyjaciel młodzieży św. Jan Bosko nie zasłynął wielką dydaktyką, czy też pełnymi rozgłosu spotkaniami i koncertami na arenach sportowych. Miał za to wielkie przekonanie, że najskuteczniejszym środkiem dotarcia do młodych jest po prostu obecność z młodymi. Tę asystencję wychowawczą rozumiał jako proces pracy organicznej w środowisku młodzieżowym. Tu niczego nie da się osiągnąć pojedynczą akcją – trzeba stale być blisko młodych. Być to najpierw słuchać. Nie zaczynać od oceny, od krytyki, od narzucania własnego planu działania, ale zacząć słuchać. Tylko uważne słuchanie może być skutecznym źródłem odkrycia tego, czego oczekują młodzi i jakie mają problemy, z którymi chcą przyjść do Pana Boga.

Drugi warunek to czas dla młodych, i to taki na mur beton. Wbrew pozorom mało kto ma dzisiaj czas dla młodych. Zapracowani rodzice, przemęczeni nauczyciele. Pozostaje czasem tylko komputer i koledzy z ulicy. Jeśli młodzi mają pewność, że w parafii ktoś na nich czeka, jest o konkretnej godzinie do ich dyspozycji i chce ich szczerze posłuchać, to powoli zaczną przychodzić. Pamiętam z czasów duszpasterskiej pracy z młodymi, że jedną nieobecność musiałem czasem nadrabiać miesiącami. Wystarczyło, że raz nie było mnie na spotkaniu, a już niektórzy mieli wątpliwości, czy warto przyjść, bo może znów mnie nie będzie. Im bardziej i częściej nasze plebanie i my sami jesteśmy otwarci na młodych, tym chętniej będą się pojawiać. Oczywiście, że młodzi muszą też wiedzieć, że przyjść warto. Wbrew pozorom młodym szybko nudzą się dobre ciasteczka i kawa, smaczna pizza i coca-cola. Młodzi są mądrzy i zostają tam, gdzie naprawdę warto, gdzie oferta jest sensowna i głęboka. Również ta religijna i formacyjna.

Choćby tyle przypomnień wystarczy, żeby zrobić sobie rachunek sumienia z duszpasterstwa młodych. Na jego podsumowanie warto sobie szczerze odpowiedzieć, kto kogo bardziej stracił: czy duszpasterze stracili młodzież, czy też młodzież straciła dobrych duszpasterzy?

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

Young Caritas przygotuje młodych liderów wolontariatu

2018-09-18 19:47

km / Koszalin (KAI)

W Koszalinie rusza projekt Young Caritas, którego celem jest formacja liderów działających w ramach Szkolnych Kół Caritas. Chodzi nie tyle realizację kalendarza akcji charytatywnych, ile o twórcze podejście do form pomagania i umiejętność tworzenia zespołu. Nagrodą w programie będzie wyjazd do Rzymu i spotkanie z papieżem Franciszkiem.


- Potrzebujemy liderów w Szkolnych Kołach Caritas, ale zależy nam, żeby nie byli nimi katecheci czy nauczyciele będący ich opiekunami. Chcemy, by młodzi sami wzięli na siebie odpowiedzialność za akcje na rzecz potrzebujących - powiedziała Marlena Woźniak, koordynatorka projektu. - By sami wpadali na to, co i jak zorganizować. A przede wszystkim otwierali oczy, komu w ich środowisku pomoc jest potrzebna.

Young Caritas jest skierowany głównie do młodzieży gimnazjalnej i licealnej. - Young to młodość, jako Caritas inwestujemy w tych, którzy mają być naszą przyszłością. Chcemy by młodzi potraktowali to nie jako kolejną akcję, lecz przygodę życia - powiedział Paulina Kaźmierczak z CDKK.

Zadania, które młodzi podejmą w ramach projektu w kolejnych miesiącach, dotyczyć będą wspierania osób potrzebujących z różnych grup społecznych, zarówno w skali lokalnej, jak i ogólnopolskiej.

- Zamierzamy zaktywizować młodzież do pomocy seniorom, niepełnosprawnym, rodzinom wielodzietnym i innym. Chcemy pokazać wolontariuszom, co mogą zrobić w tym względzie, np. odwiedzić chorych w hospicjum, znaleźć w swojej okolicy osoby niesamodzielne, pobawić się z dziećmi - wyjaśnia Woźniak.

Caritas przygotowała zadania, które młodzi będą realizować w miesięcznych cyklach. Każdy zespół, który się tego podejmie, będzie swoją pracę dokumentował, a udostępnienie tego na fanpage'u otworzy innym możliwość głosowania na najlepsze pomysły. Po wielomiesięcznej pracy najlepszy zespół SKC - wyłoniony głosami internautów - pojedzie do Rzymu i spotka się tam z papieżem Franciszkiem.

Co ciekawe do projektu mogą przystąpić nie tylko osoby wierzące. - Wiemy, że są młodzi niewierzący, którym podobają się nasze działania charytatywne. Zapraszamy także ich do szkolnych Caritasów i potem staramy się uczyć ich wiary - dodaje Kaźmierczak.

Pomocą we wdrożeniu się w nowy styl wolontariatu Caritas będzie obóz "Noc przygody", który odbędzie się w Koszalinie 28-29 września. Zapisy na obóz przyjmowane są do 26 września drogą mailową: mwozniak@caritas.pl) lub telefonicznie pod nr 500 398 444.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem